Good more-ning

Serce mi rośnie, kiedy widzę jak jedzenie rośnie w naszych oczach. Trend slow food przyszedł do nas już dłuższą chwilę temu i wygląda na to, że nigdzie się na razie nie wybiera. Całe szczęście! Jedzenie stało się modne, w najlepszym tego słowa znaczeniu, gdyż moda ta sprawia, że obchodzi nas nie tylko to, co mamy na talerzu, ale też skąd to się tam wzięło i po co tam właściwie jest. W geście świadomego odżywiania (zarówno ciała jak i duszy), coraz bardziej doceniamy wagę dobrego śniadania. I to raduje mnie najmocniej, musicie bowiem wiedzieć, że jestem fanatyczką śniadań. 

Weźmy pod lupę owsiankę. Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu przypinaliśmy jej łatkę przedszkolnej traumy; dziś z finezją ozdabiamy miski pełne jej najróżniejszych wariacji. Choć ilu ludzi, tyle owsianek (bo eksperymentować można tu na kilku polach – rodzaj mleka, dodatki, gęstość), od jakiegoś czasu coraz śmielej odbiegamy od klasyki, folgując w temacie szerzej pojętych „miseczkowych” śniadań. Aby nie znużyć się owsianką, sięgamy po alternatywy – płatki z innych ziaren (np. orkiszu, jęczmienia czy żyta) i kasze, których w ojczystej kuchni mamy pod dostatkiem. Do moich ulubionych śniadaniowych nie-owsianek należą kasza jaglana (ostatnio na kolana powaliła mnie wersja na kozim mleku!), niepalona gryczana (ciekawa też w wersji surowej po skiełkowaniu – ale o tym kiedy indziej) i kleisty czarny ryż (który pokochałam zanim jeszcze odkryłam, że serwują go na malezyjskie śniadanie w NOPI).

Dobrze, że był późny wieczór, kiedy dostałam w swoje ręce paczkę Rice&More „Ziarna starożytne”. Nie zdążywszy jeszcze do końca przeczytać składu już wiedziałam co będzie jutro na śniadanie.

Są takie poranki, kiedy ze śniadaniowych rozterek wynika tylko jedno – chęć wrzucenia do garnka wszystkiego naraz. Uwaga, to rewelacyjny pomysł! Różnorodność jest kluczem zarówno do zdrowia, jak i zadowolonego podniebienia. Co więcej, nie wymaga to od nas dodatkowego wysiłku – Monini miesza ziarna za nas, w jednej paczce mamy więc brązowy ryż, kaszę jaglaną, gryczaną, płatki owsiane i bulgur z pszenicy. Delikatna kombinacja aż woła o mleko, miód, wanilię... i gotowanie odrobinę za długo,  aby efekt końcowy okazał się mariażem comfort food’owego ryżu na mleku z sycącą owsianką i kilkoma jej kuzynkami.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Śniadaniowa „owsianka”
z duszonymi brzoskwiniami

2 porcje

140 g mieszanki Rice&more „Ziarna starożytne”
200 ml wody
200 ml mleka
szczypta wanilii/łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 łyżka miodu

1 brzoskwinia
1 łyżka masła
1 łyżeczka oleju
uprażone płatki migdałów

Mieszankę ziaren umieszczamy w garnku z mlekiem, wodą i wanilią. Podgrzewamy na średnim ogniu, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy pod przykryciem, często mieszając. Po około 15 minutach ziarna wchłoną niemal cały płyn i lekko się rozgotują, przybierając postać porannej owsianki. Dodajemy miód i ewentualnie więcej mleka, regulując konsystencję wedle własnych upodobań.
Kiedy ryż się gotuje, na patelni rozgrzewamy łyżkę masła z łyżeczką oleju (dzięki temu dodatkowi masło nie spali się). Brzoskwinię pestkujemy i kroimy na ćwiartki. Obsmażamy z każdej strony na złoto, przykrywając patelnię, aby owoce się poddusiły.
Owsiankę przekładamy do misek i dekorujemy uduszonymi ćwiartkami brzoskwini. Posypujemy płatkami migdałów i podajemy. Smacznego!

IMG_2592 copy.jpg

A czy pamiętacie o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More? Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid! Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 10 lipca! Powodzenia! :)

Risotto & more

Średnio co pół roku dopada mnie pewne zjawisko i za każdym razem obiecuję sobie, że kiedyś rzetelnie je przebadam. Musi w tym siedzieć jakaś biologia, bo nie wierzę, że to wyłącznie złośliwość umysłu! Mowa o tym, jak w obliczu goniących terminów i pilnych obowiązków wzrasta ludzka kreatywność i chęć działania na najróżniejszych polach – prócz tego jednego, na które jesteśmy skazani!

Sesje egzaminacyjne odkrywają we mnie pomysłową i wszechstronną osobę. Robię przemeblowania, biję życiowe rekordy w sporcie, słucham zaległych audycji, bawię się w naukę kaligrafii i czytam o sztuce komponowania zapachów. Zawsze przypomina mi się też, że bardzo chcę nauczyć się robić na drutach. Ale jak nic innego, kiedy nie wolno, chce mi się gotować!

Co chwilę przychodzą mi do głowy kolejne dania, które koniecznie muszę zrobić. Szczególnie trudno jest teraz, w przypadku sesji letniej – kto nie ma motylków w brzuchu przechodząc obok uginających się pod ogromem warzyw i owoców straganów! Zaprzestanie gotowania nie wchodzi w grę, to jasne. Na razie więc segreguję w głowie pomysły, jako pierwsze realizując te zjadające możliwie mało przeciekającego przez palce czasu.

Jeśli więc na blogach kulinarnych szukacie ucieczki od obowiązków, mam złą wiadomość! Przygotowanie obiadu nie będzie dziś jedną z nich :) zielone risotto wniesiecie gotowe na stół niecałe pół godziny po przekroczeniu progu kuchni.

Właściwie przepis, który dla Was mam to coś więcej niż risotto. Zdecydowanie nie jest klasyczne! Przygotowałam je z mieszanki brązowego ryżu, komosy ryżowej, amarantusa i bulguru z łubinu, przemycając tym samym dużo zdrowego urozmaicenia. Dobra wiadomość – nie musicie mieć tych egzotycznych ziaren w kuchennych szufladach. Wszystkie znajdziecie w mieszance „Ziarna Inków” z Rice&More, nowej serii produktów Monini. Bardzo je sobie upodobałam, szybko się gotują i są pyszne! Rozwiązują też mój częsty dylemat między kaszami i ryżem (uwielbiam je jednakowo). Przygotuję dla Was przepis z każdą mieszanką w roli głównej. Będzie bardzo pysznie i różnorodnie, obiecuję!

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone „risotto"
ze szpinakiem, groszkiem i serem kozim

2-4 porcje

2 łyżki oliwy
1 szalotka
2 małe ząbki czosnku
200 g mieszanki Rice&more "Ziarna Inków"
650ml bulionu drobiowego lub warzywnego

200 g groszku zielonego mrożonego
120 g szpinaku
1/3 szklanki listków bazylii
skórka z ½ cytryny
180 ml gorącej wody

100 g sera koziego pleśniowego
½ małej cukinii + odrobina oliwy do podsmażenia
świeżo mielony czarny pieprz

Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy drobno posiekaną szalotkę i czosnek. Dusimy aż zmiękną, przez około dwie minuty, a następnie dodajemy mieszankę ziaren. Podsmażamy jeszcze dwie minuty, po czym podlewamy bulionem (lekko ponad poziom ryżu). Gotujemy na najmniejszym ogniu, często mieszając, na bieżąco uzupełniając bulion małymi porcjami – tak, jak przy przygotowywaniu klasycznego risotto.

W międzyczasie w blenderze lub malakserze mrożony groszek zalewamy gorącą wodą. Dodajemy umyty i osuszony szpinak, bazylię oraz skórkę z cytryny. Całość miksujemy pulsacyjnie, pozostawiając w masie niewielkie grudki.

Po dodaniu całego bulionu, kiedy „risotto” osiągnie odpowiednią konsystencję, wlewamy zieloną masę. Dorzucamy także połowę sera koziego (50 g) w małych kawałkach. Wszystko mieszamy delikatnie i gotujemy jeszcze 4-5 minut. W międzyczasie na patelni podsmażamy plastry cukinii. Gotowe risotto doprawiamy ewentualnie do smaku solą (czy będzie to konieczne zależy od bulionu – zdarzają się mniej i bardziej słone).

Risotto podajemy w głębokich talerzach, przyozdobione podsmażonymi plastrami cukinii, resztą koziego sera i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Smacznego! 

A teraz najlepsze - prezenty!  Gorąco zachęcam Was do udziału w konkursie, w którym do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid! Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki Rice&More i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Powodzenia! :)

Sake, na obiad

Zanim przejdziemy do jedzenia (a dziś będzie naprawdę wyjątkowo smacznie), zgodnie z obietnicą powiem Wam parę słów o sake – narodowym japońskim trunku, o którym często wiemy mniej, niż nam się wydaje. Nie jest to bowiem, jak powszechnie się uważa, „japońska wódka”! Zacznijmy od tego, że słowem sake nazywa się w języku japońskim napój alkoholowy ogólnie, niezależnie od rodzaju. To, o czym mówimy to tak naprawdę nihonshu, ale przyjęło się używanie nazwy ogólnej właśnie w odniesieniu do tego konkretnego wyrobu (przede wszystkim za granicą, ale w samej Japonii również). Produkcja sake opiera się na procesie fermentacji, a nie destylacji. Znacznie trafniejsze jest więc określanie go winem ryżowym. Choć, żeby było śmieszniej, cały przebieg najbliższy jest warzeniu piwa – w końcu bazą jest tutaj ziarno, nie owoce. Proponuję, żeby sake zostało po prostu sake; niezależnie od tych podobieństw, jest przecież jedyne w swoim rodzaju.

Sake pija się na zimno lub ciepło (w temperaturze około 40 stopni). Zależy to od rodzaju samego alkoholu, ale także od tego z czym go podajemy. Bardzo ważna jest bowiem kompatybilność między napojem i jedzeniem, które zawsze powinno stanowić akompaniament dla kieliszka. Nie chodzi o przypadek, w którym barman bez pytania podaje nam do zamówionej kolejki senbei (ryżowe krakersy) czy orzeszki. Chodzi o kulinarną sztukę tworzenia tych połączeń – dlatego tak popularną instytucją jest izakaya! Mariaż baru z restauracją, gdzie serwuje się niekiedy naprawdę wybitną kuchnię, a do każdego specjału dopasowuje odpowiedni rodzaj alkoholu. Szefowie kuchni w ekskluzywnych restauracjach haute cuisine, rozplanowując wielodaniową ucztę (tzw. kaiseki) również uwzględniają w niej precyzyjnie dobrane rodzaje sake.

Powyżej: z lewej ja, kieliszek i kolacja u Okiny, podczas której piłam najlepsze sake w całej swojej podróży (przy kolejnych odwiedzinach, jeszcze wspanialszych niż te, które Wam pokazywałam). Z prawej - kawałek baru w Mahakali, mojej ulubionej izakayi w Tokio.

Sake ma standardowo między 15 a 20% alkoholu – nie zdziwcie się jednak, jeśli na etykiecie wśród japońskich znaków zobaczycie napis 50%, 60% czy nawet 70%. Mowa tam o ilości ryżu pozostałej po procesie polerowania. Im więcej wierzchniej warstwy ziaren się odrzuca, tym szlachetniejszy efekt końcowy. (Wstyd się przyznać, ale kiedyś tego nie wiedziałam - wszyscy znajomi, którym przywiozłam po buteleczce, razem ze mną dziwili się jakie to sake pyszne jak na to, ile ma procent!)

Smak sake ciężko opisać, szczególnie, że między poszczególnymi rodzajami występują spore różnice. Zasadniczo przypomina mi wytrawne wermuty, ale o słodkim posmaku (który szczególny potencjał uwalnia kiedy używamy sake do gotowania!). Smak jest charakterny, często dość ostry, ale wciąż odpowiedni do sączenia bez zbędnych dodatków. Bardzo lubię też amazake - osobliwy rodzaj gęstego, mlecznego i bardzo słodkiego sake. Często występuje w wariancie bezalkoholowym.

Powyżej: sklep z alkoholami na Nishiki Market w Kioto.

Powyżej: beczki sake stojące na drodze do świątyni Meji-Jingu w Tokio. Nie są, rzecz jasna, pełne – to byłoby marnotrawstwo kompletnie niezgodne z wartościami japońskimi! Nazywają się kazaridaru i pełnią symboliczną funkcję dekoracyjną. Sake od czasów starożytnych jest istotną częścią wielu obrzędów religii shintō – wierzy się, że to trunek zbliżający ludzi do bogów. Spożycie znacząco wzrasta podczas obchodów różnych świąt i festiwali, dlatego świątynie przyjmują wówczas dary od wytwórni sake. W przypadku niewielkich świątyń sprawa nie jest skomplikowana, wspierają je te najbardziej lokalne przedsiębiorstwa, ale z taką Meji-Jingu nie jest już tak łatwo! Ta ogromna świątynia akceptuje darowizny od wszystkich producentów sake z Japonii. Jest ich około 1,8 tysiąca, dlatego nad planowaniem „transakcji” czuwa specjalnie powołany komitet. Jego członkowie mają za zadanie dopilnować, by w świątyni nie znalazło się więcej sake niż potrzebne dla lokalnej społeczności przy danym obrządku. Dlatego wielu wytwórców przesyła malutkie buteleczki, albo wręcz puste beczki – najważniejszy jest przecież kimochi (gest)!

Ale ostatnio oprócz wiedzy obiecałam Wam też przepisy! Nie wiem, czy spodziewaliście się drinków (może będą, mam w tej kwestii jeden pomysł) - na razie mam coś znacznie ciekawszego. Jeśli poczujecie chęć, świetnym pomysłem będzie sączenie sobie sake do obiadu; niezależnie od tego, ja pokażę Wam dziś jak to sake sobie na obiad zaserwować.

Oprowadzając Was po Kochi mówiłam o motywach rządzących kuchnią w So-An. O tym jak wiele przebytych kilometrów, zebranych doświadczeń i poznanych smaków wpłynęło na ostateczną formę tego, co każdego dnia tworzy w swojej kuchni właściciel tego miejsca. Dokonał on tego, co jest ni mniej, ni więcej moim idealnym planem na życie - przejechał pół świata, spróbował wszystkiego, czym odwiedzane przez niego miejsca się szczyciły, a następnie wrócił i zaczął intensywnie dzielić się zdobytym doświadczeniem (wplatając w nie jednocześnie to, co ma w ofercie jego własny dom). Rozmyślając o fenomenie takiego rozwiązania, dotarło do mnie, że kiedyś podziwiałam już kogoś za podobny scenariusz! Moja idolka Heidi Swanson zrobiła w zasadzie tę samą rzecz, a zwieńczeniem jej przygód, zamiast restauracji, jest zachwycająca książka Near & Far

To w Near & Far znalazłam przepis na dressing z dodatkiem sake. W sałatce z czarnego ryżu jaśminowego, marchewki oraz pachnących prażonych nasion i orzechów. Nie mogłam czekać ani chwili i zrobiłam ją od razu. A smak... co tu dużo mówić, najlepiej przekonajcie się sami. Szepnę tylko o idącym za tym ryzyku - jest szansa, że po posmakowaniu efektów, Wy także zapragniecie spakować plecak i wcielić w życie plan Wielkiej Podróży!

Sałatka z czarnego ryżu i młodych marchewek
z dressingiem z sake

na podstawie przepisu z książki Near & Far Heidi Swanson

2-4 porcje

na dressing:
2 łyżki sake
1 płaska łyżka cukru trzcinowego
1/3 szklanki soku z cytryny
4 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
1 niepełna łyżeczka oleju sezamowego
kilka szczypt soli morskiej

na sałatkę:
1 szklanka mieszanki nasion i orzechów (u mnie ½ szklanki nasion słonecznika, ¼ pestek dyni i ¼ orzechów laskowych)
2 szklanki ugotowanego czarnego ryżu
3-4 młode marchewki
1 ogórek gruntowy
szczypior z małego pęczka dymki
skórka z ½ cytryny
sól morska

do podania (propozycja):
½ pęczka zielonych szparagów,
małe awokado hass

Składniki na dressing łączymy w niewielkim słoiku – to najwygodniejszy sposób ich wymieszania. Po prostu zakręcamy i energicznie wstrząsamy przez kilkanaście sekund.

Nasiona i orzechy płuczemy, a następnie zalewamy zimną wodą i zostawiamy na 20-30 minut do namoczenia. Po tym czasie odcedzamy i jeszcze raz płuczemy. Wysypujemy na rozgrzaną głęboką patelnię i dodajemy dużą szczyptę soli. Póki nasiona są wilgotne, nieustannie mieszamy szpatułką. Kiedy wyschną i zaczną się prażyć, zmniejszamy ogień do minimum i pozostawiamy je w spokoju, mieszając jedynie co jakiś czas (najlepiej potrząsając patelnią). Trzeba dać im czas, by się przypiekły, napęczniały (pestki dyni rosną jak baloniki!). Kiedy będą już ciemne i intensywnie pachnące, zdejmujemy z ognia i przekładamy do głębokiego talerza aby wystudzić. Uwaga! Są wspaniałe i uzależniające, ja zawsze mam w kuchni słoik tak przygotowanych nasion/orzechów, posypuję nimi wszystko. Świetne też jako samodzielna przekąska.  

W dużej misce mieszamy składniki sałatki – ryż, marchewki pokrojone na cieniutkie plastry (najlepiej na mandolinie, ale nóż też da radę, choć zajmie więcej czasu), 1/2 szklanki nasion, posiekany szczypior i skórkę z cytryny. Ogórka kroimy wzdłuż na pół, wydrążamy łyżeczką pestki, kroimy w półplasterki i również je dorzucamy. Mieszamy wszystkie składniki, stopniowo dodając dressing. Może się okazać, że będzie go za dużo, wówczas nie dodajemy całego. Bez obaw, na pewno się nie zmarnuje – świetny do warzyw (np. fasolki szparagowej!) czy choćby na miejscu vinaigrette do zwykłych zielonych sałat.

Każdą porcję na talerzu posypujemy resztą uprażonych nasion i podajemy z wybranymi dodatkami – u mnie zblanszowane szparagi i awokado skropione cytryną. Smacznego!

Japonia, cz. 11. Kochi, Shikoku

Moje pierwsze doświadczenie z Kochi, kolejnego przystanku na japońskiej trasie, podsumowuje ducha tego rejonu, mimo że miało de facto miejsce zanim jeszcze postawiłam tam stopę. Miałam zatrzymać się u Guy’a, muzyka z Indiany mieszkającego w Kochi od siedmiu lat. Ale kiedy przyjeżdżał mój pociąg, Guy akurat grał koncert, powiedział mi więc, żebym zostawiła bagaże w jego domu i do niego dołączyła. Plan bez zarzutu, ale nie wiedząc jak się tam dostanę dopytywałam o wskazówki chociażby w kwestii klucza. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że wystarczy mi adres – dom jest po prostu otwarty, nie ma bowiem najmniejszej potrzeby, by instalować w nim jakiekolwiek zamki. I to jest wszystko, co na wstępie musicie wiedzieć o Kochi.

Oczywiście, z bezpieczeństwa i szacunku do cudzej własności słynie cała Japonia, ale ludzie w Kochi żyją ze sobą w wyjątkowo rodzinnych stosunkach. Co ciekawe, mieszkańcy tej prefektury szczycą się jednocześnie bardzo wysokim spożyciem alkoholu i najwyższą średnią rozwodów w kraju. To nie taki paradoks na jaki wygląda – Guy pół-żartem podsumował to mówiąc, że to po prostu dowód na to, że ludzie korzystają tutaj z życia. Są bardziej wyluzowani, żywiołowi i namiętni niż większość ich rodaków, owszem! Ale nie koliduje to z zachowaniem japońskich cnót, a połączenie tych dwóch cech zdaje się przepisem na szczere, proste i szczęśliwe życie.

Z Guy’em nadawaliśmy na tych samych falach. Wiedziałam, że pokaże mi dużo dobrego jedzenia, kiedy chwilę po tym jak się poznaliśmy wyciągnął M&M’sy z lodówki (takie, które wcześniej lekko się rozpuściły, a schłodzone pozlepiały na nowo w duże kawałki. To moja najulubieńsza rzecz na świecie, a on nie miał prawa o tym wiedzieć – w przypadkowość takiego losu nie wierzę). Miałam rację – Guy był kolejną napotkaną przeze mnie osobą, z którą poszczęściło mi się w kwestii kuchni. Kazu przyjaźnił się z królem i królową soby, Wujek Montse – z zaprawionym sushi masterem, u rodzinki Ota za pracę na pysznym bazarku miałam miejsce do spania, Taro wiedział które miejsca mają znaczek jakości od Anthony’ego Bourdain… Guy zaś pracował w aż dwóch lokalnych restauracjach! Skrajnie różnych, ale jednakowo wspaniałych – zobaczcie.

Pierwsza z nich to sushi bar Umasushi. Szef kuchni, Hideo, który prowadzi to miejsce ze swoją narzeczoną Micą, z imponującą pasją podchodzi do swojej pracy. Jest perfekcjonistą i niemal wszystko robi tu własnoręcznie (Guy bardzo chce się od niego uczyć i póki co ma pozwolenie na obieranie makreli, którą podają w zupie miso). Spróbujcie tutaj klasyków, będą wykonane z najświeższych ryb prosto z oceanu. Koniecznie tamago (słodki omlet, na zdjęciu w środku)! Jest tak dobre, że serwuje się je bez dodatków (nawet w postaci ryżu). Z dziwności, bardzo polecam Wam nigiri z surową kaczką (pierwsze z lewej na zdjęciu), a także przystawkę w postaci awokado smażonego w gęsim tłuszczu. Tego ostatniego pewnie nie spróbowałabym aż tak chętnie wiedząc co to jest, ale powiedzieli mi dopiero, kiedy już rozpływałam się z zachwytu.

Mica odpowiedzialna jest za menu napojów. Można się tutaj napić czego dusza zapragnie, szczególnie jeśli mowa o duszy japońskiej. Choć jest w karcie, nie sięgajcie po francuskiego szampana – zdecydowanie lepszym wyborem będą tradycyjne trunki japońskie. Piwa z najodleglejszych (i tych bliższych również!) prefektur, wina śliwkowe (umeshu) i ryżowe (sake), a nawet japońska wódka (shochu) i koktajle na jej bazie. Można urządzić sobie tutaj indywidualny tasting, a Guy’a i Micę wypytać o wszystko, co związane jest z kulturą picia alkoholu w Kochi i w całej Japonii.

Zespół Umasushi liczy cztery osoby, co w zupełności wystarcza, bo miejsca dla gości można tam policzyć na palcach dwóch rąk. Lokal jest tak mały, że wszyscy, którzy w nim przebywają, nieważne po której stronie baru, mogą swobodnie prowadzić wspólne rozmowy. To jest wspaniałe! Sama będąc tam po raz pierwszy w życiu czułam się jak sąsiadka, która wpadła z wizytą. Jeśli będziecie w Kochi, koniecznie ich odwiedźcie! Zdobędziecie kilku bardzo pozytywnych znajomych i zjecie i wypijecie jak królowie.

Umasushi
追手筋1-9-8
Kochi-shi, Kochi, Japan

Na dzień po uczcie i libacji nie nastawiajcie budzika. Wstańcie o tej, o której podpowie Wam organizm, a przy dobrym śniadaniu i miłej muzyce zdecydujcie, czy macie bardziej ochotę na zwiedzanie atrakcji, czy okolicznej natury. Jeśli to pierwsze, niestety za bardzo Wam się nie przydam. Nie zawsze jestem typem wytrwałego zwiedzacza, a do Kochi dotarłam wyjątkowo zmęczona. Powiedziałam Guy'owi, że zamierzam jeden dzień od początku do końca przeleżeć nad oceanem, a on uświadomił mi, że na Katsurahamie, plaży na którą się wybierałam, ze względu na silne prądy jest zakaz kąpieli, a także że dzieli nas od niej 40 minut drogi autobusem. Powiedział jednak, że zna inne miejsce, które mi się spodoba. I że będzie to najczystsza rzeka, jaką w życiu widziałam. Rzeka Shimanto. Nie pomylił się!

(P.S. Po świetną i treściwą relację z właściwego zwiedzania Kochi odsyłam Was do Karoliny - tutaj i tutaj. Na pewno wrócę tam z Twoim przewodnikiem, dowiedzieć się czegoś więcej o miasteczku, niż tylko gdzie iść na sake! :) )

Zobaczcie jak tam pięknie! Kąpiel w tej krystalicznie czystej rzece była wtedy jak szczyt wszystkich moich marzeń - przyjemne uczucie, ot tak spełnić je i usatysfakcjonować się kompletnie. To był gorący dzień, a na dodatek zamiast wsiąść do pociągu i kawałek podjechać, poszliśmy nad rzekę pieszo (ok. 10 kilometrów). Było ciężko, ale po drodze objedliśmy się figami, ku mojemu zdziwieniu rosnącymi na drzewach wzdłuż ścieżki.

W drugiej knajpce nie odwiedzałam Guy’a w pracy – razem wybraliśmy się tam, kiedy miał wolne. To dla SO-AN bardzo dobre świadectwo, prawda? Było to miejsce odległe od Umasushi niemal we wszystkim, ale na pewno nie w kwestii dobrej energii. Tutaj również łatwo zasiedzieć się na długie godziny nie wiadomo jak i kiedy. Właściciel tego miejsca przyjmuje jak we własnym domu, każde kapciuszki są od innej pary, każdy talerz z innego kompletu. Ściany obwieszone są zaś pocztówkami, amuletami i najróżniejszymi pamiątkami z podróży.

Pamiątki są tu kluczowe, podobnie jak witający gości napis „Bienvenidos”. Wystarczy krótkie spojrzenie w stronę menu i od razu widać, że w So-An powstaje kuchnia podróży. Przed powrotem w rodzinne strony i otwarciem swojej restauracji, właściciel tego miejsca zjechał kawał świata, w wielu jego zakątkach próbując lokalnych specjałów i ucząc swoje podniebienie najróżniejszych smaków. Teraz jego gotowanie jest esencją tak zwanej kuchni fusion – mieszanką Japonii raz z Meksykiem, Brazylią czy Chile, raz z Indiami, Sri Lanką i Tajlandią. A nieraz pewnie z kilkoma jednocześnie! Lunche składają się z malutkich pojedynczych dań na osobnych półmiskach i talerzykach. Każdego dnia ich zawartość jest niespodzianką.

Jeśli uda Wam się odwiedzić to cudowne miejsce, koniecznie powiedzcie kucharzowi, że jesteście z Polski! Ma przyjaciółkę z naszego kraju od lat żyjącą w Kochi, i na pewno z przyjemnością Was z nią skontaktuje, tak jak mnie! Nam udało się tylko porozmawiać przez telefon (następnego dnia musiałam jechać dalej), ale jestem pewna, że to osoba, z którą warto się tam spotkać i pozamęczać pytaniami!

Multinational food So-An
高知県高知市宗安寺844-4
Kochi-shi, Kochi, Japan

Jest jeszcze jedno bardzo ważne miejsce, bez którego nie pozwalam Wam wyjechać z Kochi. Jeśli pamiętacie mój zachwyt paryskim Marché des Enfants Rouges, wiecie że mam słabość do food marketów. W Kochi działa Hirome Ichiba – najlepszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.  Na wejściu stoi foodtrack z melonpanami - pamiętacie je z piekarni Milky Mamy pod Okayamą? Oddałabym teraz duszę za jedną bułeczkę w kratkę z masłem klonowym w środku.

Ale wracamy do Kochi. Nie wiem, czy da się zidentyfikować wszystkie czynniki odpowiedzialne za magię targu Hirome, ale na pewno będzie wśród nich towarzyskie usposobienie tutejszej społeczności (o którym wspominałam) i dostęp do najwyższej jakości składników – świeżych ryb, wodorostów, lokalnie uprawianych warzyw i owoców. Połączenie tych dwóch rzeczy daje cudowną, przyjacielską atmosferę i przepyszne jedzenie zrobione z sercem. Hirome tętni życiem, ludzie nie tylko jedzą tutaj przy dużych wspólnych stołach, ale nawzajem się przy nich zagadują, poznają i częstują jedzeniem (jest tutaj prawie 60 stoisk, duża szansa że każdy ma coś z zupełnie innej bajki)!  

Jeśli już się martwicie, że nie bylibyście w stanie zdecydować, co zjeść, spieszę z pomocą. Jest bowiem coś, co podczas wizyty w Kochi jest absolutną koniecznością. Istnieje spora szansa, że będzie to jedna z najsmaczniejszych rzeczy, jakie zjecie w całej podróży (tak, to ja!). 

Mowa o katsuo no tataki, czyli tuńczyku opalanym w żywym ogniu z płonącej słomy ryżowej. Filety wkłada się tam dosłownie na kilka sekund, aby w środku pozostały całkiem surowe. Następnie kroi się je na grube plastry przypominające sashimi i serwuje z gruboziarnistą solą, świeżym czosnkiem (!), z sokiem z yuzu (japońskiej cytryny) i shiso (japońskim ziołem przypominającym połączenie mięty i pietruszki). 

Powyżej: tuńczyki nabite na widły na moment przed włożeniem do ognia. Poniżej dzieje się już magia.

Nie popełnijcie tego samego błędu co ja i nie spróbujcie katsuo no tataki tuż przed wyjazdem. Zjedzcie na pierwszy posiłek w tym mieście, bo gwarantuję, że będziecie chcieli zjeść ponownie, tyle razy ile tylko się uda. I choć można, rzecz jasna, spróbować tego przysmaku w innych miejscach w Japonii, to jednak zgrillowany na patelni albo podawany wyłącznie z sosem sojowym to nie jest to samo.

W pewnym momencie biesiady w Hirome Guy mi uciekł, a po chwili wrócił z porcją pierożków gyoza, które dzień wcześniej chcieliśmy kupić, ale sklep zamknął nam się przed nosem. On był niepocieszony, ja przymknęłam na to oko. Próbowałam ich wcześniej raz i nie zostałam fanką, ale Guy stwierdził, że to niemożliwie i na pewno źle trafiłam. Na targu momentalnie zrozumiałam dlaczego tak mu zależało, żebym ich spróbowała. Były nieziemsko pyszne – sami widzicie jak idealnie chrupiące od spodniej strony. Potwierdziła się obawa, że to czego próbowałam z dobrymi gyoza nie miało nic wspólnego. Szkoda, bo były domowe!

Hirome-Ichiba
〒780-0841帯屋町2-3-1,
Kochi-shi, Kochi, Japan

A za parę chwil ukaże się kontynuacja tej części relacji - będzie kilka słów o sake i kilka przepisów także!

継続します (C.D.N.)

Under pressure

Na co najczęściej przegapiacie sezon? Na mnie ciąży klątwa młodej pokrzywy, jeszcze nigdy nie udało mi się upolować jej w dobrym momencie. Zawsze zaskakuje mnie szybkie zniknięcie dzikich jeżyn z krzaków wokół działki moich rodziców. Nigdy nie czułam też całkowitego spełnienia w temacie czosnku niedźwiedziego. Ale najgorzej jest ze szparagami!

Sezon na szparagi jest tak krótki, że podczas jego trwania waham się nieustannie – czy lepiej próbować najbardziej fantazyjnych receptur, czy jeść je niemal sauté, tak, jak lubię najbardziej? Jeszcze żadnej wiosny nie udało mi się zrealizować całego szparagowego planu, który rozpisuję sobie w głowie kiedy pierwsze pęczki pojawiają się w warzywniaku. W tym roku czeka mnie zupa, risotto (a nawet dwa, jedno dziwne), lasagne, sushi (!) i łosoś. A w międzyczasie przewinie się przez kuchnię co najmniej kilka pęczków zjedzonych z tostem i jajkiem, zgrillowanych na oliwie, czy ugotowanych al dente na parze, z jakimś nowym, ale nie przesadnie skomplikowanym sosem.

Sezon szparagowy mija mi pod presją i to te proste przerywniki w postaci intuicyjnych szparagowych oczywistości sprawiają, że nie tracę z tej presji zmysłów (ani apetytu!). Jeśli zdążę wypróbować zaplanowane dania – pięknie, jeśli nie – mam pewność, że za rok nie zagrozi mi deficyt pomysłów. W imię tej beztroski przychodzę dziś z recepturą na przerywnik. Nie byle jaki, bo sos z poniższego przepisu rzuca na kolana, od kilku dni jemy go w domu codziennie. Ale specjały i dziwne risotto też Wam obiecuję, naprawdę!

Szparagi z vinaigrette z brązowym masłem

1-4 porcje (jako danie/dodatek)

  • 40 g świeżego masła
  • 2 łyżki oliwy extra vergine
  • 1/2 łyżeczki miodu lub syropu z agawy
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka octu z białego wina
  • 2-3 łyżki drobno posiekanych liści bazylii
  • pęczek zielonych szparagów
  • ½ pęczka rzodkiewek
  • płatki parmezanu
  • pieprz czarny, sól (idealnie w płatkach)

W garnuszku podgrzewamy na niewielkim ogniu masło. Pozwalamy mu lekko się spienić, a następnie zbrązowieć (pilnujemy, by się nie przypaliło!). Ma mieć orzechowy aromat i ciemnozłoty kolor. Odstawiamy do przestudzenia. Następnie przelewamy je do słoika – będzie nam wygodnie wymieszać w nim składniki dressingu. Uwaga, nie dodajemy wszystkich czarnych drobinek, które zbiorą się na dnie! Można dodać połowę lub zostawić w garnku niemal wszystkie (im ich więcej, tym palony aromat będzie silniejszy). Ja dodaję około 1/3. Do słoika dodajemy resztę składników – oliwę, miód, sok z cytryny i ocet. Dorzucamy też poszatkowaną bazylię (ostrym nożem siekamy ją najdrobniej jak umiemy). 

Szparagi myjemy w chłodnej wodzie i odłamujemy zdrewniałe końcówki. Układamy w naczyniu do gotowania na parze i gotujemy 6-7 minut. Powinny pozostać chrupkie i intensywnie zielone. W międzyczasie kroimy rzodkiewki na plasterki najcieńsze jak potrafimy (nożem lub na mandolinie, jeśli posiadamy). Zanurzamy je na kilka minut w miseczce z wodą i lodem – nabiorą jeszcze większej chrupkości i ładnie się powyginają. Szparagi przekładamy na półmisek, polewamy vinaigrettem i posypujemy świeżo utartymi płatkami parmezanu. Doprawiamy pieprzem czarnym i solą (najlepiej w płatkach, delikatnie roztartych w palcach). Dodajemy też rzodkiewki. Podajemy jako dodatek do dania głównego lub samo w sobie jako posiłek, np. w towarzystwie pieczywa, jajka w koszulce, i tym podobnych. Smacznego!

PS. Ten sos jest zachwycający również po schłodzeniu. Przyjmuje konsystencję aksamitnej pasty i nadaje się do wszystkiego, od kanapek, pit i tortilli, przez pieczone bataty czy ziemniaki, po wszystkie chrupiące świeże nowalijki. Róbcie z potrójnej porcji!