Przedsmak

Wybaczcie mi zastój, który panował tu w ostatnim czasie! Bardzo brakuje mi regularnej aktywności (a jeszcze bardziej regularnego gotowania…) i mam nadzieję, że nadchodzące dni będą dla mnie łaskawsze. Cisza nie wynika z niechęci, a z braku czasu – nie lubię, kiedy przecieka mi on przez palce, ale z drugiej strony wiąże się to z natłokiem ciekawych wydarzeń, projektów i zmian, a te zawsze są przecież pozytywami. 

Kilka dni temu minął równiutki rok od chwili, w której po raz pierwszy postawiłam nogę na japońskiej ziemi. To dobra okazja na kontynuowanie relacji z podróży (niesamowite, że wciąż nie dotarłam do jej końca).  Wpis o matchy od początku widniał na szczycie listy „do opracowania”. Zielona herbata jest w Japonii tak wszechobecna, że nie wyobrażam sobie pominięcia jej w serii moich okołojedzeniowych opowiastek. Do tematu udaje mi się dotrzeć dziś, a żeby załagodzić trochę żal wywołany długim oczekiwaniem zdradzę, że wpisów (a więc i przepisów!) będą nie jeden, a całe cztery.

Cztery są bowiem rodzaje dostępnej w Polsce matchy, której udało się skraść moje serce. Po tym jak skończyły się zapasy przywiezione z podróży, szukałam herbaty tu na miejscu, ale pierwsze nabytki nie spełniały moich oczekiwań. Udało się to dopiero Moya Matchy, więc jeśli szukacie pewnego źródła, tu macie moją gwarancję jakości! Ich herbata smakuje dokładnie tak, jak najlepsza gatunkowo matcha, którą piłam w Japonii. Pewnie dlatego, że szczelnie pakowana jest na miejscu, w rejonie Uji (musiałam wypytać ich o wszystkie szczegóły). Cztery rodzaje – kulinarna, codzienna, tradycyjna i luksusowa – mają różne przeznaczenia, a ja postanowiłam opracować przepisy z udziałem każdego z nich. 

Dziś, na pobudzenie apetytu, mam dla Was sernik. Wzięty matcha cheesecake, który ku mojej uciesze coraz częściej widuje się w kawiarniach i restauracjach! W Japonii jadłam go tylko raz, w tokijskiej dzielnicy Nakameguro. Wspominam to tak dobrze, że musiałam zacząć eksperymenty właśnie od niego. Rzecz jasna dopiero po wypiciu pierwszej czarki spienionej matchy sauté – ale o tym w kolejnym odcinku. Dziś to tylko przedsmak – następnym razem pokażę Wam kilka zdjęć z Japonii i opowiem dokładnie, co to właściwie ta matcha i z czym się to tak naprawdę je.

Matcha cheesecake -
- sernik z zieloną herbatą

tortownica o średnicy 15-20 cm
w oparciu o ten przepis*  

na spód
100g ciasteczek digestive
30g masła

na sernik
580 g tłustego, mielonego twarogu (używam twarogu Mój ulubiony z Wielunia)
50 ml śmietanki kremówki
80 g cukru
3 jajka
łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki z małą górką matchy (użyłam codziennej)
odrobina gorącej wody

na polewę
1 łyżeczka matchy
100 g dobrej białej czekolady
30 ml śmietanki kremówki
+ maliny do dekoracji

* W oryginalnym przepisie jest moim zdaniem pomyłka – niewielki sernik z podaną tam ilością matchy (4 łyżki) byłby gorzki i niesmaczny. Jeśli proponowana przeze mnie ilość Wam nie wystarcza, po mału dodawajcie więcej wedle uznania!

Dno tortownicy wykładamy papierem do pieczenia, przycinamy obręczą, a boki formy pozostawiamy suche. Zaczynamy od przygotowania spodu. Ciasteczka miksujemy w malakserze, lub umieszczamy w porządnej foliowej torebce i miażdżymy wałkiem lub tłuczkiem. Mieszamy z roztopionym masłem. Masą przypominającą mokry piasek wykładamy dno tortownicy, dobrze ubijamy pięścią lub spodem łyżki. Chowamy do lodówki.

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni. Przygotowujemy nadzienie. Mikserem ubijamy twaróg ze śmietanką. Powoli mieszając (hakiem lub ręcznie, łyżką) wbijamy po jednym jajku. Dodajemy cukier, ekstrakt waniliowy i mąkę ziemniaczaną. Matchę rozrabiamy na pastę w odrobinie wody (tylko tyle, by pozbyć się grudek) i dodajemy do masy serowej. Wszystko razem dokładnie mieszamy, ale staramy się nie napowietrzyć masy, aby sernik nam nie pękał.

Schłodzoną tortownicę dokładnie owijamy w kilka warstw folii aluminiowej. Sernik będziemy piec w kąpieli, ważne więc by dobrze zabezpieczyć formę przed wodą. Zieloną masę wylewamy na ciasteczkowe dno i wygładzamy powierzchnię szpatułką. Umieszczamy formę w dużym żaroodpornym naczyniu, wypełniamy je gorącą wodą i całą konstrukcję wstawiamy do piekarnika. Pieczemy przez 15 minut, następnie zmniejszamy temperaturę do 120 stopni, przykrywamy sernik folią aluminiową również z wierzchu i pieczemy jeszcze około godzinę. Im większa forma, tym krócej – bardziej płaski sernik będzie gotowy szybciej. Przy wyjmowaniu, środek powinien się lekko trząść. Wyciągamy formę z wody, odstawiamy do wystudzenia, a następnie chowamy do lodówki na minimum 8 godzin (najlepiej na całą noc). Po tym czasie gorącym nożem oddzielamy sernik od ścianek formy i delikatnie ją odpinamy. Szpatułką (najlepiej także gorącą) wygładzamy brzegi.

W garnuszku przygotowujemy polewę, mieszając ze sobą wszystkie składniki do ich rozpuszczenia i połączenia. Ciasto przekładamy na paterę, oblewamy przestudzoną polewą i dekorujemy malinami. Smacznego!

More than tabbouleh

Była kiedyś taka historia, że zakazałam sobie kupować Plenty More Yotama Ottolenghi. Pamiętacie? To była trudna decyzja; i choć nie mogę sobie przypomnieć jakie były te trzy cele, które miałam osiągnąć by się nią nagrodzić, to musiałam polec – zgodnie z przepowiednią dostałam ją dopiero po dłuższym czasie w prezencie od mojej siostry.

Puśćmy w niepamięć te niepowodzenia – najważniejsze, że już jesteśmy razem. Od kiedy książka trafiła w moje ręce, odczuwam fascynację bliskowschodnią kuchnią jeszcze mocniej niż zazwyczaj. A wydawało mi się, że na co dzień jestem wielbicielką! Póki co wypróbowałam przepisy na bób i ciasto, ale lista „do zrobienia” jest bardzo, bardzo długa.

Nie potrafię wskazać jednoznacznie co dokładnie urzeka mnie tak w kuchni arabskiej. Z pewnością trafia bardzo w moje smaki. Śnią mi się po nocach te bakłażany, ciecierzyce, pomidory, pietruszki i mięty, oliwy, tahiny, sumaki, harissy... Bardzo odpowiada mi też formuła stołu zastawionego najróżniejszymi mezze, z których każdy komponuje na własnym talerzu kolorowe mozaiki. I wreszcie, ma w sobie coś sama kultura jedzenia, pełna bliskowschodniej hojności, otwartości, dokładek i oblizywania palców.

Ale poza tymi wspaniałościami jest jeszcze coś mniej konkretnego; wszechobecnego, a jednak niełatwego do nazwania po imieniu. To chyba coś w rodzaju elementu zaskoczenia, który zawsze czai się za rogiem przy styczności z kuchnią Bliskiego Wschodu. Różowe pikle z rzepy. Mięso z cynamonem. Kiszone cytryny. Mam nieustanne poczucie, że tam wciąż jest coś do odkrycia. Że jest coś, a za tym czymś zawsze jest jeszcze coś więcej

Jak wiecie, ostatnio moim wyzwaniem są mieszanki ziaren Rice&More. Tłumaczyć chyba nie trzeba – ryż i więcej, więcej niż ryż. Z jedną zawędrowałam do Włoch, z drugą odczarować śniadanie z przedszkola, a ostatnia otrzymała wcielenie japońskie. Rozkochana w Plenty, nomen omen, More, ostatnią mieszankę wysłałam na Bliski Wschód. Bulgur, którego aż trzy różne rodzaje znajdują się w jej składzie, jest tam w końcu dobrem narodowym. Jeśli jesteście wielbicielami klasycznej sałatki tabbouleh, koniecznie spróbujcie tej wersji – bogatszej o bulgur z łubinu, bulgur z zielonego grochu, i przede wszystkim o brązowy ryż! Jest dzięki nim bardziej treściwa, pozostając jednocześnie lekką i świeżą. Syci, odżywia, eksploduje owocowym smakiem oliwy, kwaśną cytryną i ogromną ilością świeżych ziół. Nie wiem, czy jest lepsze jedzenie na lato.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

"Tabbouleh" z trzech rodzajów bulguru
na hummusie

4 porcje

100 g suchej mieszanki Rice&More „Bulgur mix”
½ dużego pęczka natki pietruszki
garść liści mięty, najlepiej pieprzowej
½ pęczka drobnego szczypiorku
300 g pomidorów truskawkowych
sok z ½ cytryny
½ szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia, Waszej ulubionej
½ łyżeczki cynamonu
½ łyżeczki gałki muszkatołowej
1 płaska łyżeczka soli
szczypta pieprzu kajeńskiego

+ hummus (najlepiej domowy, ale jeśli nie macie czasu, można po prostu kupić go w ulubionej knajpie lub wybrać sprawdzony z tych dostępnych w sklepach), uprażone orzeszki piniowe, pieczywo/pita do podania

Zaczynamy od ugotowania ziaren – Rice&More zalewamy w garnku wrzątkiem 1 cm ponad poziom i gotujemy na niewielkim ogniu 10-15 minut, aż mieszanka wchłonie cały płyn i będzie al dente. Studzimy.

W międzyczasie przygotowujemy resztę składników. Umyte i osuszone listki ziół siekamy bardzo drobno dużym, ostrym nożem (to ważne – złe ostrze pogniecie je i zniszczy). Kroimy też szczypiorek i przepoławiamy pomidory. Wszystkie składniki łączymy w dużej misce, dodajemy ostudzony ryż z bulgurem i mieszamy. Zalewamy oliwą i sokiem z cytryny, dorzucamy cynamon, gałkę muszkatołową, pieprz kajeński i sól. Dokładnie wszystko mieszamy i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie próbujemy, w razie potrzeby doprawiamy, i gotowe! Serwujemy na talerzykach hummusu, z wierzchu wedle uznania posypując prażonymi orzeszkami piniowymi (u mnie tym razem ich zabrakło, ale Was namawiam). Smacznego!

Pamiętajcie też o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More! Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid. Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 17 lipca! Powodzenia! :)

On a roll

W obliczu obfitości składników w najróżniejszych kuchniach świata, fakt że na podium w moim sercu mam ich nie trzy, a kilkadziesiąt, nie powinien budzić zdziwienia. To i tak nieduża część tego, spośród czego możemy wybierać! Obok miodu, twarogu, marchewek, orzechów czy parmezanu, wśród faworytów ex aequo zajmujących u mnie pierwsze miejsce, na pewno znalazłaby się i quinoa. 

Rice&More z dodatkiem trzech kolorów komosy ryżowej zainteresowało mnie najbardziej ze wszystkich mieszanek. Przypominam, że tworzę właśnie serię wpisów, przygotowując dania z każdą z nich. Zielone risotto i poranną owsiankę z trzech kasz utrzymałam w dość klasycznym tonie, z quinoą miałam ochotę na coś specjalnego. W tej samej, ścisłej choć rozległej czołówce moich faworytów bez dwóch zdań wylądowałoby też sushi – reszta kropek połączyła się już sama.

Do sushi można podejść dwojako. Jeśli chcemy przygotować je spełniając rygorystyczne wymogi japońskiej tradycji, będzie to nie lada wyzwanie. Znaczenie będą tu miały sekundy, milimetry, kąty nachylenia, wypracowana w technika, cztery specjalne noże i przede wszystkim – oryginalne składniki najwyższej jakości i ich minimalistyczne, japońskie kombinacje. Ale temat można potraktować też znacznie luźniej i mimo wielkiego szacunku dla tradycji gorąco Was do tego zachęcam! Pomyśleć o sushi jako o wymyślnym patencie na ryż (lub inne ziarna!) z ulubionymi dodatkami. Dla zabawy zawinąć wszystko w arkusz wodorostów – kręcenie tych rolek to jeden z najlepszych pomysłów na wspólne gotowanie!

Quinoa, coraz lepiej przez nas oswajana, pasuje tu idealnie ze swoim orzechowym posmakiem. Chrupkość, której dodaje, dobrze współgra ze świeżymi, soczystymi składnikami, a dzięki odpowiednim proporcjom w stosunku do ryżu pozostaje dodatkiem, a nie dominantą, przez co danie nie odbiega za daleko od swojego japońskiego pierwowzoru. Poza tym, komosa ryżowa jest szalenie zdrowa, dopełnia więc całości, tworząc danie lekkie, pełne kolorowych witamin i minerałów, orzeźwiające podczas upałów, sycące i treściwe.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone sushi maki
z quinoą w trzech kolorach

2-4 porcje

w oparciu o przepis na sushi, który przywiozłam z Yokohamy, oraz recepturę Sary Britton

  • 200 g mieszanki Rice&More „Quinoa trzy kolory”
  • 3 łyżki japońskiego octu ryżowego
  • 1 łyżeczka miodu lub syropu z agawy
  • 1 łyżeczka soli
     
  • 4-5 arkuszy wodorostów nori
  • mata bambusowa do zwijania maków

    oraz wszystko, co zapragniecie włożyć do środka rolek, czyli na przykład:
     
  • 200 g ugotowanego, łuskanego bobu*
  • ½ dojrzałego awokado, najlepiej odmiany hass
  • 2 małe ogórki
  • ½ kostki wędzonego tofu
  • szczypiorek, kiełki
  • majonez lub serek philadelphia (opcjonalnie)
  • sezam
  • sos sojowy do podania

*Najlepszego sposobu na bób nauczył mnie mój przyjaciel-super kucharz. Klucz do sukcesu to łuskanie go na surowo. Zajęcie odrobinę żmudne, ale jak wyrobimy sobie mechanizm, to idzie sprawnie. Odcinamy końcówkę każdego ziarenka nożykiem i obieramy surową skórkę. Wyłuskany bób wrzucamy do garnka z wrzątkiem z łyżeczką soli i łyżeczką cukru i gotujemy 4-5 minut, po czym od razu przelewamy lodowatą wodą.

Mieszankę Rice&More gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Odcedzamy na sitku. W szklance lub słoiczku mieszamy składniki zaprawy – ocet ryżowy, sól oraz miód lub syrop. Dodajemy do ugotowanego ryżu z quinoą i mieszamy dokładnie, ale delikatnie, aby nie pognieść ziaren. Pozostawiamy do wystudzenia.

W międzyczasie zajmujemy się resztą składników, czyli nadzieniem. Ogórka i szczypiorek kroimy w podobnej długości słupki, tofu w paski, a awokado w plasterki. Przygotowujemy wybrane przez siebie składniki tak, aby wygodnie układało nam się je w rolkach. Bambusową matę owijamy kilka razy folią spożywczą. Rozkładamy na niej arkusz nori i równo uklepujemy na nim 120 g ryżu. Zostawiamy jedynie wolną górną granicę szeroką na około 2 centymetry. Na ryżu układamy pasek składników.

Aby zwinąć rolkę, podnosimy dół maty bambusowej razem z nori i bardzo ściśle podwijamy go, dociskając rolkę do środka (razem z matą). Następnie matę wyciągamy do poziomu i rozpoczynamy rollowanie "od siebie". Cały czas mocno uciskając! Ciężko opisać tę czynność słowami, najlepiej zobaczyć na przykład na tym filmie. Zwinięte rolki kroimy przepoławiając kolejne części - najpierw całość na dwa, każdą połówkę na ćwiartki, i ćwiartki na ósemki. Dzięki temu dużo prościej jest zachować identyczny rozmiar rolek.

Podajemy z sosem sojowym, można nawet zaopatrzyć się w marynowany imbir (lub zrobić go własnoręcznie!) i wasabi. Smacznego!

Pamiętajcie też o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More! Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid. Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 10 lipca! Powodzenia! :)

Good more-ning

Serce mi rośnie, kiedy widzę jak jedzenie rośnie w naszych oczach. Trend slow food przyszedł do nas już dłuższą chwilę temu i wygląda na to, że nigdzie się na razie nie wybiera. Całe szczęście! Jedzenie stało się modne, w najlepszym tego słowa znaczeniu, gdyż moda ta sprawia, że obchodzi nas nie tylko to, co mamy na talerzu, ale też skąd to się tam wzięło i po co tam właściwie jest. W geście świadomego odżywiania (zarówno ciała jak i duszy), coraz bardziej doceniamy wagę dobrego śniadania. I to raduje mnie najmocniej, musicie bowiem wiedzieć, że jestem fanatyczką śniadań. 

Weźmy pod lupę owsiankę. Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu przypinaliśmy jej łatkę przedszkolnej traumy; dziś z finezją ozdabiamy miski pełne jej najróżniejszych wariacji. Choć ilu ludzi, tyle owsianek (bo eksperymentować można tu na kilku polach – rodzaj mleka, dodatki, gęstość), od jakiegoś czasu coraz śmielej odbiegamy od klasyki, folgując w temacie szerzej pojętych „miseczkowych” śniadań. Aby nie znużyć się owsianką, sięgamy po alternatywy – płatki z innych ziaren (np. orkiszu, jęczmienia czy żyta) i kasze, których w ojczystej kuchni mamy pod dostatkiem. Do moich ulubionych śniadaniowych nie-owsianek należą kasza jaglana (ostatnio na kolana powaliła mnie wersja na kozim mleku!), niepalona gryczana (ciekawa też w wersji surowej po skiełkowaniu – ale o tym kiedy indziej) i kleisty czarny ryż (który pokochałam zanim jeszcze odkryłam, że serwują go na malezyjskie śniadanie w NOPI).

Dobrze, że był późny wieczór, kiedy dostałam w swoje ręce paczkę Rice&More „Ziarna starożytne”. Nie zdążywszy jeszcze do końca przeczytać składu już wiedziałam co będzie jutro na śniadanie.

Są takie poranki, kiedy ze śniadaniowych rozterek wynika tylko jedno – chęć wrzucenia do garnka wszystkiego naraz. Uwaga, to rewelacyjny pomysł! Różnorodność jest kluczem zarówno do zdrowia, jak i zadowolonego podniebienia. Co więcej, nie wymaga to od nas dodatkowego wysiłku – Monini miesza ziarna za nas, w jednej paczce mamy więc brązowy ryż, kaszę jaglaną, gryczaną, płatki owsiane i bulgur z pszenicy. Delikatna kombinacja aż woła o mleko, miód, wanilię... i gotowanie odrobinę za długo,  aby efekt końcowy okazał się mariażem comfort food’owego ryżu na mleku z sycącą owsianką i kilkoma jej kuzynkami.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Śniadaniowa „owsianka”
z duszonymi brzoskwiniami

2 porcje

140 g mieszanki Rice&more „Ziarna starożytne”
200 ml wody
200 ml mleka
szczypta wanilii/łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 łyżka miodu

1 brzoskwinia
1 łyżka masła
1 łyżeczka oleju
uprażone płatki migdałów

Mieszankę ziaren umieszczamy w garnku z mlekiem, wodą i wanilią. Podgrzewamy na średnim ogniu, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy pod przykryciem, często mieszając. Po około 15 minutach ziarna wchłoną niemal cały płyn i lekko się rozgotują, przybierając postać porannej owsianki. Dodajemy miód i ewentualnie więcej mleka, regulując konsystencję wedle własnych upodobań.
Kiedy ryż się gotuje, na patelni rozgrzewamy łyżkę masła z łyżeczką oleju (dzięki temu dodatkowi masło nie spali się). Brzoskwinię pestkujemy i kroimy na ćwiartki. Obsmażamy z każdej strony na złoto, przykrywając patelnię, aby owoce się poddusiły.
Owsiankę przekładamy do misek i dekorujemy uduszonymi ćwiartkami brzoskwini. Posypujemy płatkami migdałów i podajemy. Smacznego!

IMG_2592 copy.jpg

A czy pamiętacie o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More? Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid! Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 10 lipca! Powodzenia! :)

Risotto & more

Średnio co pół roku dopada mnie pewne zjawisko i za każdym razem obiecuję sobie, że kiedyś rzetelnie je przebadam. Musi w tym siedzieć jakaś biologia, bo nie wierzę, że to wyłącznie złośliwość umysłu! Mowa o tym, jak w obliczu goniących terminów i pilnych obowiązków wzrasta ludzka kreatywność i chęć działania na najróżniejszych polach – prócz tego jednego, na które jesteśmy skazani!

Sesje egzaminacyjne odkrywają we mnie pomysłową i wszechstronną osobę. Robię przemeblowania, biję życiowe rekordy w sporcie, słucham zaległych audycji, bawię się w naukę kaligrafii i czytam o sztuce komponowania zapachów. Zawsze przypomina mi się też, że bardzo chcę nauczyć się robić na drutach. Ale jak nic innego, kiedy nie wolno, chce mi się gotować!

Co chwilę przychodzą mi do głowy kolejne dania, które koniecznie muszę zrobić. Szczególnie trudno jest teraz, w przypadku sesji letniej – kto nie ma motylków w brzuchu przechodząc obok uginających się pod ogromem warzyw i owoców straganów! Zaprzestanie gotowania nie wchodzi w grę, to jasne. Na razie więc segreguję w głowie pomysły, jako pierwsze realizując te zjadające możliwie mało przeciekającego przez palce czasu.

Jeśli więc na blogach kulinarnych szukacie ucieczki od obowiązków, mam złą wiadomość! Przygotowanie obiadu nie będzie dziś jedną z nich :) zielone risotto wniesiecie gotowe na stół niecałe pół godziny po przekroczeniu progu kuchni.

Właściwie przepis, który dla Was mam to coś więcej niż risotto. Zdecydowanie nie jest klasyczne! Przygotowałam je z mieszanki brązowego ryżu, komosy ryżowej, amarantusa i bulguru z łubinu, przemycając tym samym dużo zdrowego urozmaicenia. Dobra wiadomość – nie musicie mieć tych egzotycznych ziaren w kuchennych szufladach. Wszystkie znajdziecie w mieszance „Ziarna Inków” z Rice&More, nowej serii produktów Monini. Bardzo je sobie upodobałam, szybko się gotują i są pyszne! Rozwiązują też mój częsty dylemat między kaszami i ryżem (uwielbiam je jednakowo). Przygotuję dla Was przepis z każdą mieszanką w roli głównej. Będzie bardzo pysznie i różnorodnie, obiecuję!

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone „risotto"
ze szpinakiem, groszkiem i serem kozim

2-4 porcje

2 łyżki oliwy
1 szalotka
2 małe ząbki czosnku
200 g mieszanki Rice&more "Ziarna Inków"
650ml bulionu drobiowego lub warzywnego

200 g groszku zielonego mrożonego
120 g szpinaku
1/3 szklanki listków bazylii
skórka z ½ cytryny
180 ml gorącej wody

100 g sera koziego pleśniowego
½ małej cukinii + odrobina oliwy do podsmażenia
świeżo mielony czarny pieprz

Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy drobno posiekaną szalotkę i czosnek. Dusimy aż zmiękną, przez około dwie minuty, a następnie dodajemy mieszankę ziaren. Podsmażamy jeszcze dwie minuty, po czym podlewamy bulionem (lekko ponad poziom ryżu). Gotujemy na najmniejszym ogniu, często mieszając, na bieżąco uzupełniając bulion małymi porcjami – tak, jak przy przygotowywaniu klasycznego risotto.

W międzyczasie w blenderze lub malakserze mrożony groszek zalewamy gorącą wodą. Dodajemy umyty i osuszony szpinak, bazylię oraz skórkę z cytryny. Całość miksujemy pulsacyjnie, pozostawiając w masie niewielkie grudki.

Po dodaniu całego bulionu, kiedy „risotto” osiągnie odpowiednią konsystencję, wlewamy zieloną masę. Dorzucamy także połowę sera koziego (50 g) w małych kawałkach. Wszystko mieszamy delikatnie i gotujemy jeszcze 4-5 minut. W międzyczasie na patelni podsmażamy plastry cukinii. Gotowe risotto doprawiamy ewentualnie do smaku solą (czy będzie to konieczne zależy od bulionu – zdarzają się mniej i bardziej słone).

Risotto podajemy w głębokich talerzach, przyozdobione podsmażonymi plastrami cukinii, resztą koziego sera i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Smacznego! 

A teraz najlepsze - prezenty!  Gorąco zachęcam Was do udziału w konkursie, w którym do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid! Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki Rice&More i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Powodzenia! :)