Under pressure

Na co najczęściej przegapiacie sezon? Na mnie ciąży klątwa młodej pokrzywy, jeszcze nigdy nie udało mi się upolować jej w dobrym momencie. Zawsze zaskakuje mnie szybkie zniknięcie dzikich jeżyn z krzaków wokół działki moich rodziców. Nigdy nie czułam też całkowitego spełnienia w temacie czosnku niedźwiedziego. Ale najgorzej jest ze szparagami!

Sezon na szparagi jest tak krótki, że podczas jego trwania waham się nieustannie – czy lepiej próbować najbardziej fantazyjnych receptur, czy jeść je niemal sauté, tak, jak lubię najbardziej? Jeszcze żadnej wiosny nie udało mi się zrealizować całego szparagowego planu, który rozpisuję sobie w głowie kiedy pierwsze pęczki pojawiają się w warzywniaku. W tym roku czeka mnie zupa, risotto (a nawet dwa, jedno dziwne), lasagne, sushi (!) i łosoś. A w międzyczasie przewinie się przez kuchnię co najmniej kilka pęczków zjedzonych z tostem i jajkiem, zgrillowanych na oliwie, czy ugotowanych al dente na parze, z jakimś nowym, ale nie przesadnie skomplikowanym sosem.

Sezon szparagowy mija mi pod presją i to te proste przerywniki w postaci intuicyjnych szparagowych oczywistości sprawiają, że nie tracę z tej presji zmysłów (ani apetytu!). Jeśli zdążę wypróbować zaplanowane dania – pięknie, jeśli nie – mam pewność, że za rok nie zagrozi mi deficyt pomysłów. W imię tej beztroski przychodzę dziś z recepturą na przerywnik. Nie byle jaki, bo sos z poniższego przepisu rzuca na kolana, od kilku dni jemy go w domu codziennie. Ale specjały i dziwne risotto też Wam obiecuję, naprawdę!

Szparagi z vinaigrette z brązowym masłem

1-4 porcje (jako danie/dodatek)

  • 40 g świeżego masła
  • 2 łyżki oliwy extra vergine
  • 1/2 łyżeczki miodu lub syropu z agawy
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka octu z białego wina
  • 2-3 łyżki drobno posiekanych liści bazylii
  • pęczek zielonych szparagów
  • ½ pęczka rzodkiewek
  • płatki parmezanu
  • pieprz czarny, sól (idealnie w płatkach)

W garnuszku podgrzewamy na niewielkim ogniu masło. Pozwalamy mu lekko się spienić, a następnie zbrązowieć (pilnujemy, by się nie przypaliło!). Ma mieć orzechowy aromat i ciemnozłoty kolor. Odstawiamy do przestudzenia. Następnie przelewamy je do słoika – będzie nam wygodnie wymieszać w nim składniki dressingu. Uwaga, nie dodajemy wszystkich czarnych drobinek, które zbiorą się na dnie! Można dodać połowę lub zostawić w garnku niemal wszystkie (im ich więcej, tym palony aromat będzie silniejszy). Ja dodaję około 1/3. Do słoika dodajemy resztę składników – oliwę, miód, sok z cytryny i ocet. Dorzucamy też poszatkowaną bazylię (ostrym nożem siekamy ją najdrobniej jak umiemy). 

Szparagi myjemy w chłodnej wodzie i odłamujemy zdrewniałe końcówki. Układamy w naczyniu do gotowania na parze i gotujemy 6-7 minut. Powinny pozostać chrupkie i intensywnie zielone. W międzyczasie kroimy rzodkiewki na plasterki najcieńsze jak potrafimy (nożem lub na mandolinie, jeśli posiadamy). Zanurzamy je na kilka minut w miseczce z wodą i lodem – nabiorą jeszcze większej chrupkości i ładnie się powyginają. Szparagi przekładamy na półmisek, polewamy vinaigrettem i posypujemy świeżo utartymi płatkami parmezanu. Doprawiamy pieprzem czarnym i solą (najlepiej w płatkach, delikatnie roztartych w palcach). Dodajemy też rzodkiewki. Podajemy jako dodatek do dania głównego lub samo w sobie jako posiłek, np. w towarzystwie pieczywa, jajka w koszulce, i tym podobnych. Smacznego!

PS. Ten sos jest zachwycający również po schłodzeniu. Przyjmuje konsystencję aksamitnej pasty i nadaje się do wszystkiego, od kanapek, pit i tortilli, przez pieczone bataty czy ziemniaki, po wszystkie chrupiące świeże nowalijki. Róbcie z potrójnej porcji!

Wiele wiosen przy jednym stole

Wiosna to moja pora roku. Urodziłam się wiosną, wieczną wiosną chciałabym żyć, i coś mi mówi, że jak już przyjdzie mój czas, to wiosną również odejdę. Na wiosnę podjęłam wiele ważnych decyzji - cztery lata temu stworzyłam Coutellerie, trzy – obrałam życiowy kierunek: Wrocław, dwa – zorientowałam się, że pasja zaczęła dawać mi na chleb i nagle wiem, co chcę robić w życiu, a przed rokiem kupiłam bilet do Japonii, na odważną wyprawę, która zmieniła moje życie. Tej wiosny zamierzam skończyć kolejny etap edukacji, a następnie z wielkim zaciekawieniem popatrzeć, co mi przyniesie nowy dzień. 

Ale dziś nie o tym! Zmierzam do tego, że wiosna, co roku grając w moim życiu ważną rolę, stała mi się bliska i nie mogę pojąć, że przeżyłam ją ledwie kilkanaście razy w życiu (te pierwsze kilka się nie liczy, bo nie mam prawa ich pamiętać). Tak dobrze znam uczucie radości, które przynosi pierwsze słońce, przypływ piegów, wyjście z domu bez płaszcza, piknik, rzodkiewki, pierwsze truskawki, powoli nabierające smaku pomidory. Poczuwszy to szczęście w tym roku, dałabym sobie rękę uciąć, że doświadczałam go w życiu częściej; że znam je o wiele za dobrze jak na to, ile mogłam go mieć w tych „marnych” kilkunastu razach. 

Te wszystkie młode szpinaki, natki i marchewki wiosenny staż na polskich stołach mają dużo dłuższy. Właściwie, choć pojedynczo doświadczają tylko jednej, jako gatunek taką wiosnę w dużym stopniu tworzą. I z niezmiennym sukcesem ekscytują co roku, od kilkunastu, kilkudziesięciu, kilkuset pokoleń. A ile wiosen ma za sobą drewniany stół, który stoi w kuchni w moim rodzinnym domu? Ile zjedzono przy nim nowalijkowych obiadów, ile przewinęło się przez niego bukietów bzu? Tata nie wie, to nie będę zgadywać. Ale czy to pięćdziesiąt, sto, czy dwieście lat, z pewnością wystarczyło, by na jego blacie zapisało się dużo ważnych informacji. Informacji o tym szczęściu, które wyżej Wam opisywałam. Bo zadrapania to z noża, który omsknął się przy krojeniu marchewek, okrągły ślad po gorącym garnku ze świeżo ugotowanym Pięknym Jasiem, a te ciemniejsze plamki to (niezbędne w wiosennym zestawie) wino, które którędyś uciekło z kieliszka.

Wszyscy, których gusta i apetyty dojrzewają w rytmie zgodnym z kalendarzem – dla Was jest dzisiejszy przepis. Nie chodzi tylko o sezonowe składniki, ten obiad jest wiosenny w swojej istocie. Bo charakter ma prosty i polski, a do tego łatwo go przyrządzić, nie zatrzyma Was na długo przy kuchence. Sycący, ale lekki, najlepiej smakuje jedzony na słońcu, więc w miarę możliwości serwujcie na balkonie, w ogrodzie, na parapecie przy oknie… a to, co zostanie (i na drugi dzień będzie jeszcze smaczniejsze) zapakujcie na wynos i zabierzcie na piknik w parku. Dobrej wiosny, która by to dla Was nie była!

Fasola z patelni
ze szpinakiem, cytryną i orzechami

na podstawie przepisu Heidi Swanson

3-4 porcje

  • 2 łyżki oliwy
  • 170 g ugotowanej białej fasoli, dużej, np. Piękny Jaś*
  • 50 g orzechów włoskich (łuskanych)
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 200 g listków młodego szpinaku
  • duża szczypta gałki muszkatołowej
  • 40 g rodzynek
  • skórka otarta z 1 cytryny (niewoskowanej)
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka listków świeżego tymianku
  • pieprz, sól (jeśli mamy, bardzo pasuje wędzona!)
  • parmezan, natka pietruszki, pieczywo, jajo sadzone, etc.

* W ostateczności można oczywiście użyć fasoli z puszki, ale zdecydowanie lepiej sprawdzi się ta ugotowana własnoręcznie. Lepiej trzyma kształt i jest większa, zresztą generalnie więcej w niej zdrowia i smaku! Ja gotuję za jednym razem większą ilość fasoli i trzymam ją w wodzie w lodówce, zużywając po trochu – spokojnie wytrzymuje do tygodnia.

Samo podsmażanie zajmie nam kilka minut, dlatego zaczynamy od przygotowania wszystkich składników. Fasolę płuczemy i dokładnie odsączamy na sitku, czosnek drobno siekamy, szpinak myjemy i suszymy. Ścieramy skórkę z cytryny, wyciskamy z niej sok. Obrywamy listki tymianku.

Na suchej patelni najpierw prażymy orzechy. Kiedy wydobędziemy z nich aromat, przekładamy do miseczki i rozgrzewamy na patelni oliwę. Wrzucamy fasolę i na średnim ogniu podsmażamy przez kilka minut, co jakiś czas poruszając patelnią. Kiedy z jednej strony się zbrązowi, intensywnie mieszamy, by przewrócić wszystkie fasolki na drugi bok (kilka pewnie trzeba będzie obrócić ręcznie). Dorzucamy na patelnię czosnek, a po kilku chwilach także szpinak oraz tymianek. Doprawiamy gałką, solą i pieprzem. Dusimy do zmięknięcia szpinaku. Na koniec dorzucamy rodzynki, skórkę i sok z cytryny. Całość podgrzewamy jeszcze przez minutę, po czym zdejmujemy z ognia. Na talerzu posypujemy płatkami parmezanu, a także posiekaną natką pietruszki, jeśli mamy ochotę.

Podajemy z czym dusza zapragnie, pod warunkiem, że są to dobra wiosenne. Na przykład takie, jak młode marchewki glazurowane w miodzie gryczanym (jeszcze zeszłorocznym, ale zapasy trzeba wykończyć). Do tego jajo sadzone (czy też na miękko lub w koszulce, wolna amerykanka), kromka dobrego chleba (u mnie oczywiście chleb maminy) i cześć!

Glazurowane młode marchewki
w miodzie gryczanym

2-4 porcje

  • 1 pęczek młodych marchewek
  • 2 łyżki oliwy
  • łyżka miodu gryczanego
  • szczypta soli

Obcinamy natki i dokładnie szorujemy marchewki. W całości (bez obierania) układamy je w naczyniu do gotowania na parze. Wyciągamy po 5-6 minutach (zależnie od wielkości) – mają lekko zmięknąć, ale nie rozpadać się. Marchewki można też ugotować w osolonej wodzie. Po przestudzeniu kroimy wzdłuż na połówki lub ćwiartki, jeśli są większe.

Na patelni rozgrzewamy oliwę. Dodajemy miód, a kiedy rozpuści się i wymiesza z oliwą, zwiększamy ogień i układamy na patelni marchewki. Doprawiamy solą. Podsmażamy marchewki na dużym ogniu aż do zezłocenia, poruszając patelnią, aby glazurowały się równomiernie. Po kilku minutach odwracamy je delikatnie na drugą stronę i trzymamy jeszcze kilka minut.

Smacznego!

Paris au printemps

Moja ciągnąca się w nieskończoność relacja z Japonii jest mało rzeczowa. Przybrała raczej formę osobistej opowieści, choć staram się przemycać w niej pojedyncze konkrety w postaci przepisów, rekomendacji i ciekawostek. Ta podróż była dla mnie zbyt rewolucyjna, nie jestem w stanie zatrzymać w sobie wrażeń i emocji. Czysto informacyjna treść przydatna dla podróżujących tonie więc w ich nadmiarze (choć nie tracę nadziei, że sam mój bogato zilustrowany, subiektywny punkt widzenia zainteresuje kogoś planującego odwiedzić Japonię!).

Paryż zrewolucjonizował mnie już dawno temu. Zaczął jeszcze zanim odwiedziłam go po raz pierwszy, zachwycając w książkach, filmach i na fotografiach. Później była wyczekana wycieczka, podczas której idealnie sprostał oczekiwaniom zrodzonym w mojej ledwie nastoletniej głowie. Od tamtej pory odwiedzałam go prawie co roku, a po skończeniu szkoły spakowałam manatki i wreszcie pojechałam tam na dłużej. Niespiesznie zapoznając się z nim od podszewki, moja szczenięca fascynacja tym miastem przekształciła się w prawdziwą, dojrzałą miłość. Dlatego dziś, dożywszy dnia, w którym przyjeżdżając do Paryża czuję się jakbym wracała do domu, chcę przydać Wam się trochę bardziej niż zazwyczaj. Zamiast tylko rozwodzić się nad tym co i dlaczego utkwiło mi w pamięci, postaram się przekazać Wam konkrety w postaci kilku najsmaczniejszych adresów w stolicy Francji.

To zaczynamy! Postaram się trzymać schematu opartego na kompromisie między trasą na mapie, a porą dnia (i tym, co w zależności od niej powinniśmy konsumować)!

Paryż to miasto, w którym nietrudno o dobre pieczywo. Na jednego mieszkańca przypada tu około pięciu piekarni i większość z nich trzyma bardzo wysoki poziom. Ciężko spośród nadmiaru dobrego wyłonić najlepsze. Ale jeśli miałabym wybrać, za najlepszą piekarnię uznałabym Du Pain et des Idées

Przepiękne wnętrze i stosy worków z ekologiczną mąką, której do wypieku chleba używa Christophe Vasseur, tutejszy szef. Piekarnia sięgnęła po nią dopiero parę lat temu, w obawie przed chemią wykorzystywaną przy uprawie pszenicy. Vasseur mówi, że od czasu zmiany, chleb (prócz tego, że zyskał na smaku) przestał szkodzić tym, którzy nie mogli go wcześniej spożywać. A dam sobie rękę uciąć, że winili gluten :)

Jeśli nie możecie się zdecydować czego tu spróbować, najlepiej wybrać to, co na waszych oczach wyjdzie z pieca! Wiadomo, że wypieki smakują najlepiej kiedy są wciąż gorące. Niezależnie od tego, w Du Pain polecam Wam przetestowanie klasyków – to miejsce, w którym dowiecie się jak rzeczy POWINNY smakować, wyrobicie sobie odpowiedni standard. Po pierwsze – "chleb przyjaciół" (Pain des amis – na zdjęciu), z najgrubszą i najbardziej chrupiącą skórą jakiej w życiu próbowałam. Czuć w nim organiczną mąkę i powolną fermentację zakwasu, to najlepszy chleb na Ziemi! Wygrywa wiele rankingów i podbija liczne serca krytyków, recenzentów i zwykłych śmiertelników, zarówno lokalnych jak i przyjezdnych. Po drugie, tradycyjne croissanty. U nas popularność rogali pociągnęła za sobą spadek ich jakości – wiele miejsc wypieka je z mrożonek, dając nam niewłaściwe wyobrażenie o tym, jak powinny smakować. Spróbujcie minimum jednego, aby raz a dobrze poznać smak i fakturę odpowiednio wyrobionego ciasta francuskiego. Z mniej oczywistych wyborów, namawiam Was na ślimaki z pastą pistacjową i czekoladą, oraz na niesamowity chleb kakaowy z orzechami i borówką.

Du Pain et des Idées
34 Rue Yves Toudic
75010, Paris

Całe szczęście, że piekarnia znajduje się w bliskim sąsiedztwie jednego z moich ulubionych miejsc w Paryżu – kanału Saint-Martin. Po zrobieniu zapasów warto udać się tam prosto na piknik! Pobliskie sklepy są idealnie przygotowane, dostaniecie w nich oliwki, winogrona, przegryzki, hummusy, sto rodzajów serów i wino w pakiecie z plastikowymi kieliszkami.

Po drugiej stronie kanału kryje się (dosłownie!) miejsce, które przy każdej wizycie wciąga mnie bez reszty. Nie sposób trafić tam przypadkiem. Szyldu brak, a i tak niepozorne wejście znajduje się za rogiem po skręcie w wąską bramę. Dość długo chciałam zatrzymać to miejsce dla siebie, ostatecznie jednak miałabym chyba wyrzuty sumienia. Zresztą aż cztery osoby pisały do mnie z pytaniami po tym, jak poniższe zdjęcie pojawiło się na instagramie:

Mowa o Le Comptoir Général, czyli pięknie i organicznie urządzonej przestrzeni pełniącej liczne funkcje. To miejsce do tańca i do różańca, dobre na kawę rano i na piwo wieczorem, na warsztaty dla dzieci i dorosłych, na pogaduchy na wielkiej kanapie pod palmą, na kolorowe drinki, śpiewy i tańce do granej na żywo muzyki, na pokazy filmów, spotkania, dyskusje, i wiele innych inicjatyw. Na najwyższym piętrze znajduje się sklep z ręcznie robionymi oraz używanymi przedmiotami, a w sali obok jest jadłodajnia, gdzie można zjeść pyszny posiłek rodem z odległych krajów.

O sobie mówią „świątynia egzotyki”, bo ponad wszystko inne cenią wielokulturowość i to, co możemy z niej czerpać. Niedoceniane, słabo znane społeczeństwa, ich tradycje, historie i dziedzictwa – wszystko to dostaje należytą uwagę w tej przepięknej paryskiej przestrzeni. Odwiedźcie to miejsce koniecznie, będziecie zachwyceni. Sprawdźcie wcześniej w kalendarzu czy dzieje się tam coś ciekawego, lub po prostu wpadnijcie naładować tam akumulatory od pozytywnego nastawienia, jakie ma tamtejsze towarzystwo.

Le Comptoir Général
80 Quai de Jemmapes
75010, Paris

Jeśli z powrotem przejdziemy na drugi brzeg kanału Saint-Martin, znajdziemy miłą knajpkę, w której jako francuska studentka lubiłam umawiać się ze szkolnymi znajomymi na bajgle, plotki i wspólną naukę. Sésame jest tym komentarzem dość całościowo zobrazowane – zjemy tu domowo, prosto i nowocześnie, poza bajglami są quiche, zupy, sałatki, lunche. Z przyjemnym widokiem na kanał można zasiedzieć się tu pisząc, czytając, gaworząc czy sącząc herbatę. Wpadnijcie jeśli macie ochotę poczuć się jak współcześni młodzi Francuzi – to jedno z tych codziennych, „sąsiedzkich” miejsc, gdzie nie ma żadnej atrakcji przyciągającej turystów.

Le Sésame
51 Quai de Valmy
75010, Paris

Po późnym śniadaniu, tudzież wczesnym lunchu, konieczna jest dobra kawa! Jeszcze jakiś czas temu w Paryżu było o nią dosyć trudno. Dziś kawowa scena imponująco się rozrasta. Na początek zabieram Was pod mój absolutnie ulubiony adres.

Ten Belles było jednym z pierwszych miejsc odpowiedzialnych za kawową rewolucję w Paryżu. To zaskakujące, ale w stolicy Francji zaczęła się ona później niż u nas. Miejsce to otwarte zostało przez dwóch Australijczyków, obecnie jeden z nich dowodzi w kawiarni Fondation, a drugi w palarni Belleville Brûlerie. Nie jestem pewna kiedy dokładnie wypuścili Ten Belles spod swoich skrzydeł, wiem natomiast, że poziom parzonej tu kawy się nie obniżył, podobnie jak narodowości pracowników (choć ostatnio poznany barista był z Nowej Zelandii) i dobra, beztroska atmosfera wisząca tu w powietrzu.

Określenie coffee snob i stereotyp niemiłego baristy nie wzięły się znikąd. Pasja do kawy często idzie w parze z pretensjonalną postawą, brakiem litości dla americano i tendencją do wyrażania swoich poglądów w sposób skrajny i niesympatyczny. Ja, choć jako fanka kaw przelewowych nie powinnam obawiać się krytyki, nie lubię nadętych ludzi i odwiedzam tylko miejsca, w których czuję się dobrze i swobodnie. Ten Belles jest pierwsze na liście tych miejsc w Paryżu. Tutaj wszechobecne jest słońce, uśmiech i pogawędki z miłymi (nie)znajomymi. Przychodzę tu od początku i przychodzić będę zawsze przy wizycie w Paryżu.

W ciepły dzień można wygrzewać się na zewnątrz z kawą przelewową na lodzie; w zimny, z parującą filiżanką schowajcie się w małym, przytulnym wnętrzu kawiarni. Aha, koniecznie spróbujcie domowych wypieków i przekąsek, cztery lata temu jadłyśmy tu kanapkę z cheddarem, która śni nam się do dziś!

Ten Belles
10 Rue de la Grange aux Belles
75010, Paris

Jeśli tak jak my jesteście wielbicielami przelewów, wybierzcie się też do Télescope. W Ten Belles café filtre dostępna jest tylko z ekspresu – jest bardzo dobra, ale jeśli macie ochotę na dripa, chemex lub aeropress, zamówcie je w Télescope i uważnie patrzcie, jak bariście wyrastają cztery ręce i parzy kilkanaście kaw naraz. Wszystkie w punkt!

W podziemiu tej małej kawiarenki znajduje się imponujących rozmiarów restauracyjna kuchnia, w której w soboty przygotowuje się pyszne brunche. Przetestujcie je dla mnie!

Télescope
5 Rue Villedo
75001, Paris

Innym miejscem, które warto odwiedzić jest kawiarnia Fragments. Za moich paryskich czasów znałam ich i wielbiłam pod inną nazwą (Black Market Café na Montmartre). Ja przeprowadziłam się do Polski, a oni – do trzeciej dzielnicy. Wróciłam z otwartym sercem, ale dla mnie to już nie to samo. Coś się po drodze zgubiło, nie wiem dokładnie co to było, ale odpowiadało za pozytywną energię i dobre samopoczucie w tym miejscu. A może po prostu tym razem źle trafiłam? Niezależnie od nastrojów baristów kawa wciąż pierwsza klasa, więc polecam. Tutaj wybierzcie się na espresso albo kawy mleczne!

Fragments
76 Rue des Tournelles
75003, Pari

Najwyższa pora zacząć już myśleć o czymś do jedzenia, prawda? Obiadowych propozycji mam dla Was kilka, z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. Bardzo ciekawym wyborem będzie posiłek na Marché des Enfants Rouges (fr. bazarku „czerwonych dzieci”, nazwanym na cześć sierocińca, który mieścił się tu w XVI wieku). To niesamowite miejsce, gdzie na kilkunastu stoiskach w kilku alejkach zmieścił się spory kawał świata. Można zaopatrzyć się tu w przeróżne produkty – rzemieślnicze sery, kolorowe warzywa i owoce, świeże ryby i owoce morza, przyprawy, wina, cydry i wiele, wiele innych.

Ale najfajniejsze jest to, co można zjeść tu na miejscu. Z różnych stron świata zjechali się tu smakosze chcący karmić Paryżan swoimi rodzimymi specjałami.  Nie dajcie się zniechęcić długim kolejkom do wszystkich stoisk. Odczekanie swojego wzmaga apetyt, zresztą czas spędzony na obserwowaniu targowego życia, podziwianiu uwijających się kucharzy i, przede wszystkim, decydowaniu co wyląduje na Waszym talerzu, mija w mgnieniu oka. 

Włosi mają tu królestwo świeżych makaronów. Prowadzą też sprzedaż najwyższej jakości produktów ze swojej ojczyzny - m.in. serów, konserw, octów, oliw, czy pomidorów pod każdą możliwą postacią.

Reprezentacja Libanu karmi ogromnymi falafelami, na talerzach lub w ręcznie wypiekanych arabskich chlebkach. Świeżo ukręcony hummus, baba ghanoush, zielony tabbouleh, sałatka z okry i kolorowe pikle to mała część z tego, co tu serwują (a także sprzedają na wagę).

Stoisko z kanapkami i naleśnikami należy do moich ulubionych. Alain, pan którego widzicie na zdjęciach wyżej, to prawdziwy czarodziej. Pracuje sam (druga osoba pomaga mu przy detalicznej sprzedaży pieczywa i półproduktów), od ponad dziesięciu lat zwinnie smażąc crêpy, krojąc wielkie ciabatty i wypełniając wszystko pysznymi nadzieniami w różnych konfiguracjach. Alain porusza się bardzo płynnie, zagaduje czekających w kolejce gości, co jakiś czas dyskretnie pozuje do zdjęcia; widać, że taniec przed tłumem obserwatorów sprawia mu prawdziwą przyjemność. Porcje, które serwuje są naprawdę gigantyczne, ale jedzenie jest tak smaczne, że wcale nie będziecie mieć ochoty oddawać nikomu drugiej połowy.

Corossol i tajemnicze słoiki na barze stoiska z kuchnią karaibską. Specjalnością tego miejsca są kreolskie acras de morue, czyli smażone kulki z dorsza w cieście. I oczywiście kolorowe drinki!

Każdy, kto przekroczy bramę Marcheé des Enfants Rouges, stanie się bezsilny w obliczu intensywnych aromatów wirujących tu w powietrzu. Nie wiadomo gdzie patrzeć, z każdej strony dolatuje inny apetyczny zapach! Ale jest taki jeden, co to zdaje się delikatnie górować ponad całą resztą. Jest to charakterny zapach kuchni marokańskiej.