Wolno? Nie wolno

Gdybym w spokoju przesypiała teraz noce, z całą pewnością  każdego poranka budziłaby mnie myśl o tym, że niedługo zacznie się prawdziwe, pełne, wolne lato. Nie wiem jak Wy, ale ja sercem jestem już daleko od deszczowego Wrocławia, w którym znajduję się obecnie w (wymęczonej) postaci fizycznej. Dotrwam tylko do końca egzaminów, później to już z górki –  czekają mnie w tym roku same wspaniałości (jeśli pominąć fakt, że na trasie wyjątkowo nie mam Francji – na razie metodą wyparcia nie zastanawiam się jak to zniosę). Ale póki co, dobiega końca ten mniej przyjemny okres. Czas, w którym nie wolno robić rzeczy wolno. Czytanie wymaga tempa średnio dwudziestu stron na minutę, na zwyczajowe przebiegnięcie 10 kilometrów poranek jest nagle za krótki, a w kwestii obiadu – standardowo zamawianego w tym okresie przez telefon – pieczenie młodych marchewek to maksimum, jakie można stworzyć pozwalając sobie na tak niewielkie zaangażowanie.

Ale już nic nie mówię, bo akurat marchewki to ostatnie, na co w tej chwili przyszłoby mi narzekać. Kolejka niewygód jest pokaźna, a one, pieczone z za'atarem – nawet jeśli będąc ostatecznością – wychodzą naprawdę przepyszne. Znikają momentalnie, prędkość szacuję mniej więcej na półtora pęczka na minutę (dlatego pieczcie hurtowo!). Pod warunkiem, że macie podzielność uwagi i prócz zachwycania się w trakcie jedzenia możecie przeglądać książkę i robić z niej notatki, gratulacje - właśnie znaleźliźcie tę jedną rzecz, którą będzie Wam wolno robić wolno.

Pieczone młode marchewki z za’atarem

1-2 porcje (w zależności czy to przekąska, czy np. dodatek do dania głównego)

1 pęczek młodych marchewek
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka płynnego miodu
1 łyżeczka za’ataru
2/3 łyżeczki soli
szczypta kminu rzymskiego
świeżo mielony czarny pieprz
garść świeżej bazylii

Marchewki szorujemy (ja używam do tego twardej szczotki) i osuszamy. Nie ma potrzeby obierania. Kroimy każdą wzdłuż na pół, układamy na blaszce i smarujemy oliwą wymieszaną z miodem, najłatwiej przy pomocy silikonowego pędzla (lub po prostu dłoni). Posypujemy solą, za’atarem, kuminem i odrobiną pieprzu. Pieczemy w 200 stopniach do porządnego przyrumienienia, około 30 minut. Warto w połowie przemieszać marchewki i je poodwracać. Podajemy od razu, posypując posiekaną świeżą bazylią. Świetnie pasują też wszelkie orzeźwiające sosy czy dipy na bazie jogurtu greckiego. Smacznego!

before there comes More

Postanowiłam, że nie kupuję kolejnych książek. Nie dopóki nie nadgonię z tym, co już stoi na moich półkach – a dokładniej co leży na moim stole, koło mojego łóżka, na kuchennym blacie i na dnie wielkiej torby. Moja lista do przeczytania jest na dzień dzisiejszy naprawdę długa, a ja mam tak mało czasu by coś w tej kwestii zmienić! Ostatnio moją jedyną literaturą są maile, dokumenty, bibliografie i, od święta, słownik łacińsko-polski. W wolnym czasie też nie czytam za dużo, czuję chyba potrzebę resetu – od kolejnych lektur wolę wtedy rozmowy, dobrze działa też na mnie odkrywanie talentów Luizjany (mój kot jak wytresowany aportuje korkiem od wina), zasypianie przy filmie i - w ostateczności - pisanie przydługich postów na bloga (pozdrawiam!).

IMG_0762.jpg

Ale gotuję trochę. Po części jestem zmuszona, właśnie ze względu na różnorakie projekty, ale dużo robię też tak po prostu, dla relaksu, dla siebie, dla znajomych i dla wymówek, bo pracę w kuchni od zawsze uważam za wystarczająco produktywną by być wartą niespełnienia jakiegoś obowiązku czy dwóch. No więc gotuję, także teoretycznie w temacie mojego książkowego postanowienia powinnam dać sobie dyspensę na pozycje kulinarne. Generalnie lubię kupować książki i dość często bywam w swojej ulubionej wrocławskiej księgarni (oraz dwóch antykwariatach), ale do kucharskich mam słabość szczególną, chciałabym je nabywać bez końca, naprawdę. Ze względu na ciągłe pragnienie pracy nad sobą i swoją silną wolą - no i troochę też na brak funduszy – uznałam, że tej dyspensy sobie nie udzielę. Nabyłam Jadłonomię i powiedziałam papa kolejnym zakupom. Później na chwilę odstąpiłam od swojego postanowienienia przez Davida Lebovitza, i zaraz potem dałam sobie już ostatecznego bana na nowości.

Trwanie w mojej decyzji nie jest pójściem na łatwiznę, do jakiego zdarza mi się czasem uciec (kiedy np. postanawiam przejść na dietę w momencie w którym uda mi się opróżnić pudełko lodów). Rynek książek kulinarnych zdecydowanie pusty nie jest. Szczególnie dla miłośników Ottolenghiego, do których bezsprzecznie się zaliczam. Właśnie ukazało się polskie wydanie Jerusalem, a światową premierę ledwo co miała Plenty More, luźna kontynuacja mojej ukochanej książki Yotama. Trzymam się jednak twardo, może dlatego, że mam te cuda mimo wszystko na horyzoncie – ustaliłam sobie trzy niewygodne cele jakie muszę osiągnąć, żeby nagrodzić się ich kupnem. A jeśli w którejś kwestii zawalę, to liczę że znajomi lub rodzina znają mnie na tyle dobrze (tudzież czytają tego bloga na tyle uważnie), że będą wiedzieli co sprezentować mi w tym roku na święta.

W międzyczasie skupiam się na tym, co mam pod ręką. Na wypróbowanie czekają jeszcze setki przepisów z książek, które posiadam od dawna. Niektóre z nich stoją na półkach już tak długo, że przestałam w ogóle zwracać na nie uwagę. Niech ta przerwa od nowości oczyści mi głowę i pozwoli skupić się na skorzystaniu z tego co już mam, do ostatniego okruszka.

Nie zaczynamy jednak od żadnego dania ukrytego w którejś z moich książek i odkrytego dopiero wczoraj dzięki jakiemuś „oczyszczaniu”. Na pierwszy ogień idzie mój hit i klasyk, pieczone bakłażany z maślanką, granatem i za’atarem Ottolenghiego. Są one trochę wizytówką Plenty. Po pierwsze dlatego, że są wyjątkowo rozpoznawalne (i popularne wśród blogerów). A po drugie stanowią kwintesencję tego, co prezentuje cała książka – prostoty, wschodniego twistu i prze-prze-dobrego smaku. Robiłam to danie siedem razy, jest moim ratunkiem zarówno na dni w których jem sama i nie chce mi się  kombinować, jak i na specjalne okazje, kiedy potrzebuję sprawdzonych, niezawodnych receptur sprostujących licznym wymagającym podniebieniom. Nigdy nie robiłam mu zdjęć, teraz – dzięki mojemu odwykowi zakupowemu – doceniam je, razem z resztą książki, na nowo. Wiele z Was na pewno nie posiada Plenty, jest też szansa, że nie trafiliście do tej pory na ten przepis w internecie – niech więc będzie Wam dane. Zanim nadejdzie More – wyciśnijmy sto procent z Plenty.

(Możecie albo zjechać trochę niżej i go przeczytać, albo kliknąć tutaj i posłuchać samego Yotama przygotowującego swój specjał.)

Pieczone bakłażany z sosem maślankowym, za’atarem i granatem

źródło przepisu: PLENTY, Yotam Ottolenghi

2 porcje (jako danie, lub 4 jako przystawka)

na sos:
100 g jogurtu greckiego

½ szklanki maślanki
1,5 łyżki oliwy + odrobina na wierzch
1 ząbek czosnku, starty na drobnych oczkach
sól morska

dodatkowo:
2 duże bakłażany
oliwa do nasmarowania
2 łyżeczki listków świeżego tymianku (najlepiej cytrynowego, ale zwykły też jest OK)
sól morska, czarny pieprz
1 nieduży granat
za’atar

Rozpoczynamy od przygotowania sosu. Wszystkie składniki mieszamy dokładnie trzepaczką, dostosowując proporcje jogurtu i maślanki tak aby końcowy efekt był dosyć gęsty (mi tym razem wyszedł dość rzadki, też dobry, ale mniej wygodny w obsłudze). Wstawiamy do lodówki.

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Kroimy bakłażany wzdłuż na pół (razem z łodyżkami – względy estetyczne). Ostrym nożykiem nacinamy każdą połówkę trzy lub cztery razy na krzyż nie naruszając skórki. Układamy w żaroodpornym naczyniu. Następnie przy pomocy pędzla nacieramy wierzchy oliwą (w oryginalnym przepisie tak długo, aż przestanie się „mieścić”, ja osobiście nie lubię tych bakłażanów przesadnie przesiąkniętych. Mój ideał to mniej więcej 2-3 łyżki oliwy na jedną połówkę. Mniej nie radzę dawać, jak wiadomo nie ma nic gorszego niż źle upieczony, gąbczasty bakłażan). Następnie każdą połówkę posypujemy hojnie solą, pieprzem i tymiankiem. Oprócz listków można ułożyć też kilka całych gałązek, pięknie się prezentują. Pieczemy przez około 40 minut, aż bakłażany będą miękkie, pokurczone i ciemnozłote.

Po wyjęciu studzimy bakłażany, następnie dekorujemy sosem i pestkami granatu. Na samą górę dodajemy kilka kropel swojej najlepszej oliwy, kilka sporych szczypt za’ataru i ewentualnie odrobinę świeżego tymianku. Podajemy z pitą albo ulubionym jasnym pieczywem. Smacznego!

Gdy jeden i dwa tysiąc da

Przypomniałam sobie ostatnio pierwsze motto jakim opatrzyłam tego bloga, zaraz po jego utworzeniu, ponad dwa lata temu. Nawiązywało ono do fascynacji dziedzinami, w których po zsumowaniu dwóch elementów otrzymujemy znacznie więcej niż tylko ich sumę. Nic się w zasadzie nie zmieniło i na dzień dzisiejszy wciąż mogłabym się pod takimi słowami podpisać. A na poparcie mam przepis, który stanowi wzorcowy wręcz dowód na fakt, iż sztuka gotowania jest wśród takich dziedzin wiodącą.

Dukkah to egipska mieszanka aromatycznych przypraw i prażonych orzechów. Każda jej część składowa jest rewelacyjna, ale dopiero wszystkie razem, po wymieszaniu i przemieleniu, stają się po prostu WOW i nie do odparcia. Dukkah ma bardzo szeroką gamę zastosowań (co ni mniej, ni więcej znaczy, że kiedy już ją zrobicie, zapragniecie dodawać ją do wszystkiego). Podaję Wam dziś podstawowy przepis, który można wzbogacać o najróżniejsze przyprawy - opcji jest nieskończenie wiele! Jeśli jednak nie czujecie się pewnie w takim eksperymentowaniu, mam dla Was gotowy zestaw z gwarancją sukcesu - wersję z pistacjami  i nutą kardamonu, naprawdę przepyszną.

"Gruboziarnista" dukkah (jak ze zdjęcia powyżej) świetnie nada się np. jako skorupka do zapiekania mięsa czy ryb. Jeśli jednak zamierzacie jeść "na świeżo" - jako mieszankę przyprawową (np. do sosów), posypkę gotowego dania (kanapek, warzyw, past i dipów, placków) lub "maczadło" dla pieczywa zanurzonego wcześniej w oliwie (aaaaaa!!!), polecam zmielić ją drobniej (jak dwa zdjęcia niżej).

Lada dzień podzielę się z Wami przepisem na niesamowite danie uwzględniające duże ilości tego cuda. Tak smaczne, że zwali Was na kolana, a Wy zostaniecie tak i będziecie oddawać mi cześć. Poważnie!

Dukkah
przepis podstawowy + wersja pistacjowo-kardamonowa

w oparciu o The Kitchn

1 szklanka orzechów, najlepiej laskowych
1/2 szklanki sezamu
1/3 szklanki nasion kolendry
1/4 szklanki nasion kminu rzymskiego
¾ łyżeczki soli

plus:
(podmiana połowy orzechów laskowych na niesolone pistacje)
3 łyżki suszonego tymianku
2 łyżki nasion czarnuszki
1 łyżka z górką mielonego kardamonu
1 łyżka suszonej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka pieprzu kajeńskiego

Wszystkie nasiona (sezam, kolendrę i kumin) oraz orzechy podprażyć  (w osobnych partiach!) na sucho aż rozwiną aromat. W przypadku orzechów bezpośrednio z patelni należy zawinąć je w czystą kuchenną ściereczkę i dłuższą chwilę pomiętosić – powycierać, pozbywając się skórek (ale jeśli trochę ich zostanie nie należy się przejmować. Szczególnie z pistacji odchodzą niechętnie. Nie ma to dużego wpływu na smak). Wszystko razem (dodając pozostałe przyprawy) utrzeć w moździerzu lub robocie kuchennym (uwaga z maszynami, żeby zrobiła się pasta!). Przechowywać w słoiku, najlepiej w lodówce (orzechy), do miesiąca. Smacznego!