Wiekopomne odkrycie. Chickpea #23

Kontrastujące na talerzu faktury działają na mnie magicznie. Przeżywam je chyba mocniej niż same smaki. Odkąd pamiętam upajam się dodawaniem chrupiącego czynnika do większości moich posiłków. Zaczęło się od deserów – blach owoców pod kruszonką, karmelowych skorupek na crème brulée, smoothie bowls z orzechami na wierzchu i lodów pełnych kawałków czekolady czy posypek. Później poszłam o krok do przodu i zajęłam się właściwymi daniami. I starając się nadać swoim ulubionym chrupaczom nowe, odpowiednie dla nich wcielenia, dokonałam odkrycia.

Obsypywałam już sałaty prażonymi nasionami, piekłam migdały z solą i chili i nie zjadłam ani jednej porcji zupy bez czegoś na wierzchu (czy przynajmniej bez pajdy chleba o super chrupiącej skórce!). Ale jednego wcześniej nie uwytrawniłam. Uchowała się do tej pory granola, istniejąca dla mnie właściwie tylko w porannej misce z jogurtem. Podjęłam wyzwanie zrobienia z niej godnej części obiadu, i co to był za sukces! Moimi narzędziami były świeże zioła, chlust sosu sojowego, trochę musztardy i szczypta pieprzu kajeńskiego. Zamiast ulubionego soku jabłkowego użyłam piwa, które pokryło wszystkie składniki glazurą-marzeniem i nadało granoli wyjątkowy posmak.

Odkryłam potencjał granoli poza sceną śniadaniową i czuję się w obowiązku podzielić tym ze światem. Upieczcie jedną blachę i przekonajcie się sami, będziecie chcieli posypywać nią wszystko, co ugotujecie! Ale gdyby potrzebna była jakaś podpowiedź, już spieszę: chrupie wyjątkowo dobrze na górce pieczonych w syropie klonowym marchewek, z perełkami soczystych winogron i mnóstwem kremowego awokado. Przepis na to danie oraz na samą wytrawną granolę na piwie, z kaszą jaglaną, orzechami i skórką pomarańczy, znajdziecie w wiosennym numerze wegańskiego magazynu Chickpea, czyli TUTAJ! Jeśli ktoś chciałby je zrobić, a ma problem z j. angielskim lub amerykańskimi miarami, to oczywiście chętnie pomogę. Oprócz tego w numerze mnóstwo innych pyszności w jak zwykle pięknej oprawie graficznej. Korzystajcie!

O winogronach

Częściej niż jako składniki dań winogrona traktujemy jako samodzielną przekąskę. Nic dziwnego – są słodkie, soczyste i, jak wszystkie „jednokęsowe” przyjemności, bardzo wciągające. Choć sama uwielbiam zajadać się nimi solo, lubię też rodzynki w serniku i lampkę wina do obiadu, ale jestem zdania, że sporo dobrego omija nas przez to jak rzadko korzystamy z nich w kuchni. Dlatego tym razem dorzuciłam je do jesiennej sałatki przygotowanej z myślą o portalu HelloZdrowie!

Zgodzicie się chyba, że winogrona to jedne z owoców najlepiej odnajdujących się w wytrawnych daniach, jakby stworzone specjalnie do łączenia z charakternymi serami, wyrazistą oliwą, spieczonymi orzechami... Latem idealną bazą do tego rodzaju dania mogłaby być chrupka sałata rzymska, jesienią lepiej sięgnąć po lekko jeszcze ciepłą kaszę gryczaną.  

Wizja krojenia licznych winogron i wyciągania ich malutkich pestek może odstraszać, ale nie taki diabeł straszny, jak go malują, sprawdziłam! Pozornie żmudne zajęcie okazuje się nie wymagać wcale tak dużo pracy i czasu. Kto nie wierzy, może oczywiście sięgnąć po winogrona bezpestkowe, w sezonie coraz powszechniej dostępne. Ciekawych odmian jest jednak tyle, że nie warto ograniczać się do jednej jedynej tylko z obawy przed odrobiną zabawy z pestkami.

Sałatka z kaszy gryczanej i kalafiora
z winogronami i orzechami laskowymi

6-8 porcji

  • 1/2 szklanki niepalonej kaszy gryczanej

  • 1 mała głowa kalafiora romanesco (lub zwykłego) + kilka łyżek oliwy

  • 3/4 szklanki orzechów laskowych (po wyłuskaniu, jeśli używamy świeżych)

  • 1/2 niedużej kiści winogron, najlepiej bezpestkowych

  • 50 g twardego sera dojrzewającego (np. grana padano lub pecorino romano)

  • 1/2 pęczka natki pietruszki

    na sos:

  • 1/3 szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia

  • 3-4 łyżki octu winnego

  • sok z 1/2 cytryny

  • 1 łyżeczka musztardy dijon

  • 1 łyżka miodu

  • sól, pieprz do smaku

Kaszę gryczaną płuczemy, a następnie umieszczamy rondlu i zalewamy wrzątkiem dwukrotnie ponad jej poziom. Gotujemy bez mieszania aż do wchłonięcia całego płynu, kasza ma być sypka i al dente (zajmie to około 10 minut). Studzimy.

W międzyczasie łuskamy orzechy (jeżeli używamy świeżych). Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Rozkładamy je na blaszce i pieczemy 7-10 minut, bacznie obserwując – ich skórka ściemnieje i popęka, a orzechowy aromat będzie obezwładniający.

Kiedy orzechy się pieką, kalafiora kroimy na różyczki podobnej wielkości. Układamy na blasze, hojnie skrapiamy oliwą, obsypujemy solą i czarnym pieprzem. Upieczone orzechy niezwłocznie przekładamy na kuchenną ściereczkę, szczelnie zawijamy i intensywnie pocieramy przez kilka minut, tak aby pozbyć się ich ciemnej skórki (nic się nie stanie, jak część nie zejdzie). Temperaturę piekarnika zwiększamy do 200 stopni i umieszczamy w nim blachę z kalafiorem. Pieczemy, aż będzie złotobrązowy z zewnątrz i maślanie miękki w środku, około 20-30 minut, co jakiś czas mieszając.

Czekając, przygotowujemy winogrona – myjemy, osuszamy, kroimy na połówki i wyciągamy pestki, jeśli są (to nie taka syzyfowa praca jak by się mogło wydawać, ale przydają się długie paznokcie). Ostudzone uprażone orzechy siekamy, ścieramy na płatki ser, a natkę pietruszki drobno szatkujemy. W słoiku łączymy wszystkie składniki dressingu i intensywnie nim potrząsamy.

W dużej misce łączymy kaszę, orzechy i kalafiora. Dodajemy sos i dokładnie mieszamy. Następnie wrzucamy winogrona, ser i natkę pietruszki, łączymy delikatnymi ruchami. Sałatka zyskuje na drugi dzień, po przegryzieniu smaków – warto przygotować ją z wyprzedzeniem, ale przed podaniem wyciągnąć wcześniej z lodówki (najlepiej smakuje w temperaturze pokojowej).

Japonia, cz. 4. Kibichuo, Okayama

Obiecuję, że niedługo przeniesiemy się do miasta, do nazw i widoków, które mogą być Wam już mniej lub bardziej znane – jednak zanim to nastąpi, króciutko dokończę o japońskim pustkowiu, czyli wsi pod Okayamą, gdzie przez chwilę trudniłam się profesjonalnym przebieraniem winogron w domu rodziny Ota. Miałam zatrzymać się tam na siedem dni – wydawało mi się to optymalnym czasem na to, by odpocząć po intensywnej podróży z JR passem (tygodniowym biletem na wszystkie pociągi, którego posiadanie motywowało mnie do przemieszczania się z jednego końca kraju na inny prawie każdego dnia). Starałam się jednocześnie pamiętać, że znajdowanie się zbyt długo pośrodku niczego (gospodarstwo było naprawdę z dala od cywilizacji) może stać się męczące – chciałam naładować tam akumulatory i ruszyć dalej zanim nadeszłoby znużenie kompletnie odizolowaną, wyciszoną wsią.

Skończyłam ochoczo rezygnując z przysługujących mi dni wolnych, tylko po to, by móc zostać z rodziną Ota w Kibichuo tak długo jak to było możliwe. Generalnie będąc w Japonii stałam się bardziej czułostkowa, jakby i mój umysł i serce otworzyły się szeroko po latach (życiu!) niewiedzy. Wcześniejszy normalny stan rzeczy zaczął wydawać mi się dziwnie zdrętwiały i pełen barier. W Japonii czułam się otwartą księgą; byłam bezbronna wobec napotykanego piękna, które nieraz dosłownie rozdzierało mnie od środka. Piękna ludzi i ich opowieści, miejsc i ich historii, piękna różnych błahostek, małych zdziwień, różnic, przypadków i niespodzianek. Przepełniało mnie natchnienie, chciałam słuchać, wypytywać, gapić się i jak najwięcej chłonąć, nieustannie głodna (co można – i należy –  rozumieć dwojako).  Spokojnie, mnie samej wydawało się to nawiedzone! Dlatego jeśli czytając ten akapit myślicie: creepy, nie martwcie się. Byłam wtedy tak szczęśliwa, że nawet jakbym chciała, nie umiałabym się tym przejmować. Ale do rzeczy – to wynurzenie miało tylko wyjaśnić, że przywiązywałam się do wszystkiego w Japonii jak głupia, a opuszczenie tej winogronowej farmy po niecałych dziesięciu dniach było trochę jak wyjazd z rodzinnego domu.

Winogronowa rodzinka składa się z mamy Yoshimi, taty Katsutaki, trzyletniej Amiki, babci Kyoko, no i Kanty, małego shiby-inu nazwanego na cześć postaci z Mojego sąsiada Totoro. Od kilku lat zapraszają oni do siebie podróżników z całego świata, oferując dach nad głową, jedzenie i niepowtarzalne doświadczenie życia na japońskiej farmie, w zamian za pomoc przy winogronach i produkcji słodyczy. Bo prócz uprawy owoców, zajmują się też wytwarzaniem słodkości, które Yoshimi opatentowała po swojej odbytej za młodu kilkumiesięcznej podróży przez Włochy. Robią więc obłędnie pyszne salamino (coś na wzór naszego bloku – przepis na końcu wpisu!), pan aux fruits (bakaliowe przekąski) i granolę, pyszności budzące duże zainteresowanie w kraju, którego scena słodyczowa opiera się żelkowatych mochi, słodkiej paście z fasoli (anko) i kinako, prażonej mące z soi.

Początek września to czas winogronowych zbiorów, dlatego pracy było dość sporo. Najpierw, jeszcze przed świtem, winogrona trzeba było zerwać i przetransportować w skrzynkach do domu. Wszystkie kiści odwinąć z papierków (w który – w obawie przed insektami – zawijane są na ostatni etap dojrzewania), a później odpowiednio zaklasyfikować (do sprzedaży na miejscu, „na eksport”, do suszenia, na sok, na wino, do zjedzenia, do kosza). Dalej, w zależności od przeznaczenia, następował szereg różnych kroków – mycie, odcinanie nieładnych fragmentów, krojenie na pół, pakowanie w torebki, a następnie w kartony... To wszystko stawało się naprawdę ciężką robotą, kiedy w grę wchodziły dziesiątki kilogramów owoców. Codziennie trzeba jeszcze było wydelegować kogoś na bazarek, a w razie potrzeby znaleźć co najmniej dwie pary rąk mogące zająć się uzupełnieniem zapasów pozostałych produktów (salamino, granoli, pan aux fruits, itp.). Yoshimi sama wyrabiała 300% normy, i choć nigdy nie angażowała nas do pracy ponad to, co umówione (5 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu), musiała mieć porównanie do okresów gdy pracy jest mniej i czuła chyba wyrzuty sumienia. Starała się wynagradzać nam to zabieganie różnymi miłymi gestami – mnie na przykład bez przerwy wprawiała w euforię wytaczając coraz to dziwniejsze japońskie składniki i ucząc mnie z nimi gotować. Ale choć eksperymentalnych kolacji było kilka, jedzenie w Kibichuo zasadniczo opisałabym jako świadectwo najprostszego i najprawdziwszego domowego japońskiego gotowania.

W rice cookerze zawsze parował zapas ryżu z własnego pola, na półkach pod ścianami piętrzyły się słoje z domowymi śliwkami umeboshi i piklami. W lodówce stały słoiki pasty z wodorostów i miso, zawsze był też zapas natto (uwielbianego przeze mnie gluta z fermentowanej soi, doczeka się osobnego wpisu!) i dzbanek mugichy („ice tea” z prażonego jęczmienia). Z własnego ogródka zrywaliśmy małe pomidory, papryki, cebule ze szczypiorem, goyę (warzywo przypominające trędowatego ogórka, jest bezlitośnie gorzkie, ale bardzo zdrowe) i najróżniejsze zioła. Z nich robiliśmy sałatki w kręconych na szybko dressingach z oleju sezamowego, sosu sojowego i mirinu. Bakłażany, cukinie, dynie, okrę (a także jej kwiaty!) i wiele innych warzyw dostawaliśmy u sąsiadów, a potem wrzucaliśmy je do zup, grillowaliśmy, wykładaliśmy na góry makaronu soba czy somen. Piekliśmy do tego ryby, gotowaliśmy małże, a nawet smażyliśmy lokalne mięso z dzika (jakie ono było pyszne!). Posiłki były pochwałą prostoty, ale tej japońskiej, dla mnie wciąż egzotycznej wystarczająco, by za każdym razem ekscytować. Mam bardzo mało zdjęć stołu w Kibichuo – to do mnie niepodobne, ale nawet nie chciałam wyciągać wtedy aparatu! W tamtym czasie chodziło o obecność i odpoczynek od każdego rodzaju presji, nawet tej zazwyczaj dobrowolnej i przyjemnej.

To z prawej to jinenjo - najdziwniejsze warzywo, jakie w życiu widziałam. Jest dziką odmianą słodkiego ziemniaka, ale można jeść je na surowo, jest chrupkie i soczyste. Ścierane na tarce zaczyna pienić się i zmieniać w ciągnącą, kleistą flegmę, którą można jeść świeżą, np. w misce ryżu, lub mieszać z jajkiem, szczypiorem i dodatkami i smażyć jak okonomiyaki. Bardzo dziwne i oczywiście bardzo zdrowe.

Pokrojona goya gotowa na sałatkę. W duecie ze słodkimi winogronami smakowała naprawdę dobrze!

Ten klocek przypominający kawał drewna to bonito, ususzony filet wędzonego tuńczyka. Też nie mogłam w to uwierzyć - dopóki własnoręcznie nie utarłam z niego w specjalnej mandolinie płatków katsuobushi. Z prawej zaś wspomniane mięso z dzika, które Shimo zdobyła na bazarku.

Kilka razy jedliśmy też po zachodniemu – nie wyobrażacie sobie jak po całym tym ryżu wspaniale smakował świeżo upieczony chleb z chrupiącą skórą! A że ze względu na produkcję salamino w domu mieliśmy prawdziwe masło – mnie tego wieczora nie obchodziły japońskie specjały, zjadłam chyba połowę bochenka. Chleb upiekła Shimo, zakochana w Japonii dziewczyna ze Słowacji. Innym razem były naleśniki Reki z Irlandii, niemieckie ciasteczka Louisy, zupa grzybowa, pumpkin pie, domowa galaretka, a nawet moje polskie mazurki z domowym kajmakiem. Bardzo długo musiałam przekonywać wszystkich, że nie postradałam zmysłów przez cztery godziny gotując słoik z mlekiem skondensowanym – byli pod ogromnym wrażeniem, kiedy zaczęło zmieniać kolor, a efekt końcowy bardzo wszytkim smakował.

Shimo wygrała wtedy ze wszystkimi – dostarczając mi bardzo dużo radości zjadła chyba siedem kawałków. W kwestii oddania sprawom jedzeniowym byłyśmy bratnimi duszami, wyszukującymi ciekawe składniki na bazarku, wytrwale – choć czasem na ślepo – gotującymi z dziwnych składników przyniesionych przez Yoshimi i Katsutakę kiedy ci byli zbyt zabiegani... Wymyśliłyśmy dwa nowe smaki salamino (czarny sezam i pistacja-miód), obie dzień w dzień ładowałyśmy do śniadaniowych misek znienawidzone przez innych natto, i z namaszczeniem parzyłyśmy w plastikowym dripperze nie za dobrą kawę, rozmawiając o ulubionych ziarnach, którymi wymienimy się po powrocie do Europy. Kilka dni temu dostałam od niej w paczce Etiopię z palarni w Bratysławie, którą właśnie popijam sobie po zaparzeniu w aeropressie. Shimo była w Kibichuo dłużej niż ja, zdążyła więc nawiązać lokalne znajomości (zwłaszcza, że naprawdę nieźle znała japoński). Przedstawiła mnie na przykład pani prowadzącej po sąsiedzku piekarnię Milky Way. Nie wiem jak miała na imię – nazywaliśmy ją Milky Mamą, a jej melonpan (słodka bułka z charakterystyczną kratką mającą przypominać melona) z masłem klonowym w środku do dziś śni mi się po nocach. Milky Mama zapraszała nas na lodowe matcha milk, a mnie wpuściła nawet za kulisy, gdzie mogłam podglądać ją i jej męża wyrabiających ciasto, formujących bułeczki i wałkujących croissanty.

Do szklanki matcha milk konieczna była jakaś przekąska, np. croissant z serkiem i pione (winogronem) z naszej farmy!

Powyżej Milky Mama formuje melonpany, a niżej my dobieramy się do jeszcze ciepłych.

Może uda mi się powtórzyć w domu któryś ze specjałów Milky Mamy (na pierwszy ogień pójdzie anpan, drożdżówka z anko widoczna powyżej). Nie omieszkam wtedy podzielić się przepisem. Póki co, za zgodą Yoshimi dzisiejszy długi wpis kończę przekazując recepturę na osławione salamino. Przygotowanie jest bardzo proste, spróbujcie! Przeniesienie się na japońską wieś przy pomocy włoskiej receptury dyktowanej przez polską blogerkę to nie bagatela – wykorzystajcie tę niepowtarzalną możliwość.

Salamino Yoshimi Ota

ok. 20-25 sztuk

350 g herbatników lub ciasteczek digestive
225 g masła
300 g słodkiego mleka skondensowanego
30 g suszonych winogron (można zastąpić śliwkami czy żurawiną)
15 g ulubionego likieru lub rumu**
opcjonalnie: 20 g kakao / 10 g mielonej kawy / 15 g czarnej herbaty / 5 g suszonych ziół*

* Yoshimi stworzyła salamino z dodatkiem suszonego shiso – typowo japońskiego zioła o niepowtarzalnyn, korzennym smaku (tutaj więcej przydatnych informacji!). W Polsce shiso jest trudno dostępne, ale słodkie salamino wspaniale skomponuje się też z tymiankiem, rozmarynem (to moje ulubione zioła „deserowe”), czy np. miętą.

** W wersji przyjaznej dzieciom alkohol można pominąć, dodając dowoloną inną ciecz w jego miejsce.

Ciasteczka kruszymy na małe kawałeczki, ale nie na piasek (szczególnie się pilnujemy jeśli używamy malaksera, najlepiej krótko zmiksować je pulsacyjnie). Przekładamy do dużej miski. W garnku podgrzewamy masło. Kiedy prawie całe się rozpuści, dodajemy mleko skondensowane i nieustannie mieszając doprowadzamy do zagotowania i na małym ogniu redukujemy mieszankę do wagi 500 g. Najprościej zrobić to przed rozpoczęciem zapisując wagę swojego garnka! Tym sposobem wystarczy kontrolować wagę całości i odejmować odpowiednią liczbę. Przykładowo, mój garnek waży 450 g, tak więc odparowując masę stawiam go kontrolnie na wadze co jakiś czas i czekam, aż pokaże 950 g.

Gorącą mieszankę dodajemy do pokruszonych ciasteczek i jeśli mamy ochotę, dorzucamy dodatki smakowe – kakao, kawę, herbatę lub zioła. Łączymy wszystkie składniki dokładnie, aby cała masa była jednakowo wilgotna. Dodajemy drobno posiekane suszone winogrona oraz likier. Mieszamy i gotowe!

Z masy formujemy małe kiełbaski (ok. 35-40 g), układając je obok siebie na papierze do pieczenia. Uformowane salamino chowamy do lodówki na minimum 3 godziny. Kiedy będą schłodzone i zwarte, każdą sztukę pakujemy w pergamin i zaklejamy taśmą. Takie salamino możemy rozdawać w prezencie, trzymać na czarną godzinę w lodówce czy też zabierać w podróż lub na przekąskę w pracy. Możemy też ulepić jedno duże salamino i serwować je później krojąc w plastry! Ta opcja zaoszczędzi nam sporo czasu, a sposób podania będzie przypominać prawdziwe salami jeszcze bardziej. Smacznego!

継続します (C.D.N.)

 

P-P-P-Przeprowadzka

Dzień dobry! Pozwólcie, że zacznę od ogłoszenia: do jutrzejszego południa trwa głosowanie smsowe w konkursie Blog Roku. Trąbię już od tygodnia o tym, że startuję w nim po warsztaty Jamiego Olivera. Jeśli chcecie zwiększyć moje szanse na spełnienie tego marzenia, ślijcie E11449 na nr 7122. Koszt to 1,23 zł (pieniądze idą na konto Fundacji Dzieci Niczyje). DZIĘKUJĘ!

To trochę głupie, że wymagam od Was najwięcej zaangażowania właśnie teraz, kiedy sama milczę od dość długiego czasu. Ale to nie jest milczenie definitywne, zapewniam, a za całe wsparcie jaki od Was mam odwdzięczę się z nawiązką już bardzo, bardzo niedługo. Na razie po prostu czas jest pierwszy na liście moich towarów deficytowych.

W zeszłym roku w kulminacyjnym momencie sesji pojechałam do Marsylii (częściowo usprawiedliwiona – bo  na inny egzamin, ale przy okazji na trzy dni spacerowania, picia wina i jedzenia na zmianę owoców morza i lodów). Tym razem na kilka dni przed gigantycznym egzaminem zaplanowałam przeprowadzkę. No dobra, przeprowadzka zaplanowała się trochę sama – ale nie zmienia to faktu, że zajęła sporo cennego w owym momencie czasu. Przez kolejny tydzień mieszkałam wśród kartonów, pozbyłam się ich dopiero chwilę temu. Teraz wyczekuję luźniejszych dni, żeby móc wszystkie rzeczy porozkładać na właściwe miejsca. Jedynie z układaniem książek czekam na przyjazd mojej przyjaciółki, która obsesyjnie uwielbia się tym zajmować. Sama chciałabym już rozparcelować wszystkie naczynia i przybory po odpowiednich kuchennych szafkach i szufladach. Póki co nabyłam ogromną liczbę pudełek i jedną roślinę, a moja pełna ważnych zaznaczeń mapa Paryża, która przez pięć ostatnich lat wisiała na pięciu różnych ścianach, wreszcie doczekała się oprawienia! Na razie stoi sobie na podłodze, ale jak tylko uporam się z tą ostateczną końcówką semestru, przybiję dla niej gwóźdź w jakimś honorowym miejscu.

Ale są rzeczy ważne i ważniejsze. I tak jak pilniejsza od mieszkania jest nauka, tak przed nauką w hierarchii stoi jeszcze dobre jedzenie. Wyjątkowo nie tylko dlatego, że w większości przypadków znajduje się na samej jej górze – tym razem trzeba mieć też na uwadze odpowiednie odżywienie mózgu, aby późniejsze punkty programu w ogóle miały sens i szansę powodzenia. Śniadanie to podstawa (jakbyście wcześniej tego nie słyszeli), raczcie się więc pysznym, zdrowym i w najlepszym towarzystwie.

Śniadaniowa quinoa z orzechami i winogronami
czyli P-P-P (poranna power pobudka) dla mózgu

2 porcje

8 łyżek komosy ryżowej (quinoa) dowolnego koloru
1 szklanka mleka, może być roślinne*
½ łyżeczki ekstraktu waniliowego
2 łyżki miodu
woda
szczypta soli
3 łyżki łuskanych orzechów włoskich
garść ulubionych winogron, najlepiej bezpestkowych
ew. szczypta gruboziarnistej demerary

* można zmieniać proporcje płynów wedle uznania (np. na samym mleku, ale nawet gotowane na samej wodzie jest OK)

Mleko podgrzewamy w garnku. W międzyczasie komosę płuczemy pod zimną wodą na bardzo drobnym sitku (lub zwykłym, ale wyłożonym gazą). Dodajemy do gorącego mleka razem z wanilią i szczyptą soli. Uzupełniamy wrzątkiem, tak aby płynu było dwa razy tyle co komosy. Mieszamy chwilę łyżką, a od momentu zagotowania już nie dotykamy. Zmniejszamy ogień i z uchyloną przykrywką czekamy aż quinoa wszystko wchłonie. Na koniec dodajemy miód.

Umyte i osuszone winogrona kroimy na połówki. Orzechy możemy podprażyć delikatnie na suchej patelni, ale nie jest to konieczne (wydobywa to ich smak, ale nie zmienia go tak diametralnie jak np. w przypadku migdałów, laskowych czy słonecznika). Komosę przekładamy do dwóch misek i dekorujemy dodatkami. Ja lubię posypać też całość odrobiną gruboziarnistej demerary. Smacznego!


Przetworowy spleen

W zeszłym roku pobiłam rekord w produkcji owocowych przetworów. Objadaliśmy się konfiturami całą zimę, rozdawałam słoiki znajomym i wykorzystywałam dżemy i powidła w ciastach i piernikach, a i tak nie udało nam się pozbyć całego zapasu z drewnianego kredensu w sieni. Trochę z uwagi na to, a trochę przez brak czasu i intensywność moich wakacji, tego lata nie zrobiłam nic. Ale wakacje właśnie nie dały mi się tym przejąć - dopóki, naturalnie, nie dobiegły końca. Wracałam już powoli do wrocławskiej codzienności, szykując się na październik i wszystkie nowe rzeczy czekające mnie w niedalekiej przyszłości, a tymczasem dopadł mnie przetworowy spleen i ciągota do słoika. Mama zadbała o zapas śliwkowych powideł, dostanie mi się więc pewnie trochę do jedzenia, ale ja za robieniem tęskniłam chyba bardziej niż za smakiem! Owszem, przez naszą kuchnię przewinęło się w tym roku 50 kg pomidorów, ale to jednak coś zupełnie innego niż słodka owocowa produkcja.

Chętka na domowy dżemor chwyciła mnie nagle i w żaden sposób nie chciała przyjąć odmowy. Pal sześć że nie miałam czasu; ja nie miałam owoców! A była to, bez zbędnej dramy, kwestia TU i TERAZ. Całe szczęście, że moje autogenne potrzeby jednak wiedzą najlepiej. Bo wystarczyło wyjść przed dom i się rozejrzeć...

Winogrona concord obrastają werandę w domu moich rodziców, od zawsze będąc tam po prostu dekoracją. Podjadaliśmy je co prawda z przyjaciółmi przesiadując na tarasie, kiedy w zeszłe wakacje zaszyliśmy się na kilka dni na wsi. Ale był to raczej rodzaj podjadania bezwiednego; skubania, które dłonie uskuteczniają same w momencie gdy oddajesz głos innemu rozmówcy. Winogrona nigdy nie były pierwszoplanowe, nikt na werandę nie wyszedłby specjalnie po nie, a co dopiero przedzierał się przez dziki gąszcz i zbierał całe kiści!

Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków.. i byłoby to najtrafniejsze podsumowanie mojej winogronowej przygody, gdyby nie istniało inne - że głupi ma zawsze szczęście. Bo  b y ł a m  głupia nie poświęcając uwagi winogronom, i  m a m  szczęście, że jednak odkryłam jak smaczna jest z nich konfitura. Teraz, po ujrzeniu ich potencjału, mam ochotę czarować z nimi na tysiąc sposobów. Za rok powtórka - pod warunkiem, że zostanie coś po winie, lodach i amerykańskich plackach w kratkę.

Przejdźmy do konkretów. Co może odstraszać, to fakt iż do zrobienia tej konfitury konieczne będzie obranie ze skórki każdego winogrona z osobna. Ale zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z mozolną syzyfową pracą, której pozory stwarza! Winogrona concord wyskakują ze skórek chętniej niż filip z konopi. Wystarczy nacisnąć je lekko u dołu dwoma palcami aby soczysta kulka miąższu już była na zewnątrz. Po wyłuskaniu kilku sztuk będziecie robić to automatycznie - wówczas pozostaje już tylko włączyć film, zasiąść z dwiema miskami na kanapie i rozpocząć produkcję maszynową.

Konfitura z winogron concord

ok. 5 słoików (350ml)

3,5 kg winogron concord
2-3 szklanki cukru trzcinowego*
1 szklanka wody
duża szczypta soli

* Można dodać więcej – jedni, w tym ja, wyznają "kwaskowy = dobry", ale jeśli wiecie, że nie przepadacie, to śmiało sypcie hojniej.

Winogrona dokładnie umyć, zwłaszcza jeśli zbierane były własnoręcznie (wiadomo – pajęczyny i tym podobne). Następnie każdy jeden owoc obrać, wrzucając kulki miąższu do jednego garnka, a skórki do drugiego. Miąższ zagotować i mieszać na małym ogniu przez około 10 minut, dopóki kulki się nie porozpadają. Przetrzeć przez sito pozbywając się pestek. Do garnka ze skórkami dodać wodę i doprowadzić całość do wrzenia. Gotować 20 minut, następnie dodać cukier i szczyptę soli. Po kilku minutach dorzucić miąższ winogron. Całość gotować do uzyskania trochę-rzadszej-niż-pożądanej konsystencji (zgęstenieje po wystudzeniu). Pakować do wyparzonych słoików, zakręcać mocno i odstawiać do wekowania do góry dnem. Ja dodatkowo pasteryzuję wcześniej 20 minut w piekarniku nagrzanym do 100 stopni.

Konfitura z winogron smakuje wspaniale wszędzie tam, gdzie do tej pory lądowały Wasze ulubione owocowe przetwory. Szczególnie dobrze wypada jednak w towarzystwie serów (ja najbardziej upodobałam ją sobie na wytrawnie z comté, ale super równoważy się też z łagodniejszymi serami, np. mascarpone czy ricottą). Świetnie jej w parze z ziołami (można nawet dodać ich trochę do środka, przy gotowaniu). Poniżej przepis (a raczej pomysł) na obłędne crostini z ricottą, konfiturą z winogron, tymiankiem i syropem klonowym.

Crostini z ricottą i konfiturą z winogron

konfitura winogorona z przepisu powyżej*
owcza ricotta (lub zwykła, jeśli nie lubicie posmaku owczych serów,pasuje też mascarpone)
bagietka + odrobina dobrego masła
świeży tymianek lub rozmaryn, posiekany
syrop klonowy lub miód

* Można oczywiście użyć każdej innej kwaśnej (!) konfitury, a także w sezonie zastąpić np. świeżymi jeżynami.

Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Każdą kromkę bagietki posmarować delikatnie masłem, ułożyć wszystkie na blasze lub kratce i podpiec dosłownie kilka minut (do zezłocenia z zewnątrz, nie wysuszenia na sucharki). Następnie każdą kromkę posmarować ricottą, nałożyć konfiturę i udekorować świeżymi ziołami. Polać odrobiną syropu klonowego lub miodu. Smacznego!