Nowe życie lodów na patyku

IMG_4965.jpg

Od jakichś trzech lat (czyli odkąd rozpoczęła się w Polsce złota era rzemieślniczych lodziarni, a do tego zaczęłam robić trochę w domu) nie jem już raczej zwykłych lodów na patyku. Tyle się najadłam naprawdę dobrego towaru, że ten sklepowy przestał mnie satysfakcjonować. W lodach, które kiedyś lubiłam, nagle znalazłam napompowaną strukturę i sztuczne posmaki (podejrzewam też, że znane mi z dzieciństwa bigmilki mogły w międzyczasie zmienić skład nie do poznania). Potem przestałam próbować i szukać... Spróbowałam jednak lodów Dione, które znalazły mnie same. A to, że o tym teraz czytacie, to dowód że była to próba bardzo udana. 

Najważniejsze to smak. Ale zaraz za nim jest skład – również w przypadku rzeczy, które z zasady są dla przyjemności, a nie na przykład dla zdrowia. Nie chodzi tylko o to, że w trosce o swój organizm chcę przyjmować składniki dobrej jakości (to też, ale w przypadku jedzonych raz na jakiś czas słodkości bardziej liczy się dla mnie pożytek dla ducha, niż dla ciała). Ważniejszy jest fakt, że ze złych surowców cieżko osiągnąć zachwycający efekt smakowy. Szczególnie dla podniebienia rozpieszczonego lodami tradycyjnej domowej produkcji. I w tych lodach Dione czuć, że są porządne – oblane grubą warstwą dobrej czekolady, smakują prawdziwą wanilią, a w konsystencji są kremowe i konkretne, nie nadmuchane. Wiecie, że nie reklamuję tu rzeczy zbyt często, a już na pewno nie takie, co do których miałabym wątpliwości. Tu przekonuje mnie brak konserwantów, tłuszczów roślinnych, substancji słodzących, barwników i wzmacniaczy smaku i produktów modyfikowanych genetycznie. Ten wpis jest przysługą dla Was (zajadajcie się, Dione kupicie we wszystkich Biedronkach) i moimi trzema groszami do tego, żeby więcej takich lodów wypełniało zamrażarki polskich sklepów. 

IMG_4932 copy copy.jpg
IMG_4932.jpg

Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy wykorzystywanie lodów na patyku w przepisie. Są one z definicji formą kompletną; na patyku, by wygodnie było zjeść w każdych możliwych warunkach – byle od razu. Ale chwilę się zastanowiłam i zaczęły mi w głowie kiełkować pomysły na dekonstrukcję tej formy. Zdekonstruowałam przy okazji tosty francuskie, dodałam mascarpone które zrobiło z tego kremowy deser, a dla przełamania słodyczy – kwaśną melasę z granatów (kupicie ją w sklepach arabskich lub zrobicie sami, gotując sok z granatów 100% tak długo, aż zredukuje się do syropu). Wszystkie składowe zyskały kompletnie nowe życie, na które nie da się powiedzieć złego słowa – mimo, że trzeba je teraz jeść łyżeczką :)

IMG_4942 copy.jpg

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem lodów naturalnych Dione. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

IMG_4973.jpg

Deser z lodów na patyku
z tostami francuskimi i melasą z granatów

4 porcje

  • 250 g mascarpone
  • 4 lody na patyku w czekoladzie (użyłam Dione waniliowych z solonym karmelem i czekoladowych crema di nocciole – wybierzcie swoje ulubione)
     
  • 2 jajka
  • ½ szklanki mleka
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego
  • szczypta soli
  • 4 kromki chałki, może być nawet „przedwczorajsza”
  • ok. 30 g masła do smażenia
     
  • melasa z granatów

Wyjmij lody z opakowań. Odkrój górę każdego z nich, aż do poziomu patyczka. Posiekaj je i dobrze wymieszaj z mascarpone. Powstały krem oraz końcówki lodów na patykach schowaj z powrotem do zamrażalnika.

Przygotuj tosty francuskie. W głębokim talerzu roztrzep jajka z mlekiem, wanilią i solą. Na patelni rozpuść masło. Kromki chałki włóż na kilka sekund do masy jajecznej, następnie odwróć na drugą stronę, by namoczyły się z równomiernie. Przełóż na patelnię i smaż na średnim-dużym ogniu na złoto z obu stron. Zdejmij z patelni na ręcznik papierowy i odsącz z nadmiaru masła. Następnie, wciąż gorące, pokrój w kostkę i wrzuć do czterech przygotowanych pucharków/szklanek. Na warstwę tostów nałóż po dużej łyżce kremu lodowego. Każdą porcję udekoruj końcówką loda na patyku i oblej kwaskową melasą z granatów. Smacznego!

Nadmorska majówka

Podróż nad morze nieodłącznie kojarzy się z goframi. My już zapakowaliśmy swój samochód, pijemy kawkę i ruszamy zobaczyć bunkry. Jeśli nie macie dziś takiej możliwości, zróbcie sobie nadmorski klimat w domu – upieczcie gofry, które smakują lepiej niż te z kołobrzeskej budki! Gofry z przepisu Magnusa Nillsona są (prawie) dwuskładnikowe, to tylko kremówka i trochę mąki. Przygotowanie tego ciasta zajmuje kilka minut, a efekty wbijają w fotel (leżak). To uosobienie lekkości, ciasto w środku jest mięciutkie i pełne dziur, przypomina ptysiowe. Z zewnątrz ma idealnie chrupiącą skorupkę, która nie nasiąka zbyt prędko od bitej śmietany (ani od ricotty, z którą smakują wyjątkowo pysznie).  Nie rozpisuję się za bardzo, ruszajmy nad morze. Dobrej majówki! 

aaaIMG_2454 copy.jpg

Gofry lepsze niż z nadmorskiej budki

przepis z "Nordic Cooking" Magnusa Nillsona

  • ok. 3/4 szklanki wody
  • 90 g mąki pszennej
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1/2 laski
  • szczypta soli
  • szczypta cukru
  • 150 ml śmietany kremówki (30% lub 36%)
  • masło do smarowania gofrownicy
  • do podania: bita śmietana, ulubione owoce, ricotta, skórka z cytryny, czego  tylko zapragniesz

Zanim zaczniesz przygotowywać ciasto na gofry, włącz gofrownicę – niech się porządnie rozgrzeje. Do dużej miski wlej wodę, dodaj mąkę, wanilię, sól i cukier, i wymieszaj całość mikserem na gładkie ciasto. W osobnym naczyniu lekko ubij śmietanę (nie na sztywno, ale niech będzie zdecydowanie puszysta). Wmieszaj ją w ciasto delikatnymi ruchami szpatułki lub drewnianej łyżki. Na gofrownicy rozsmaruj odrobinę masła (najlepiej użyć do tego silikonowego pędzelka). Wylej ciasto, zamknij i piecz aż będą rumiane z obu stron. Po wyjęciu przestudź gofry na kratce lub od razu zajadaj. Jeśli chcesz zabrać je na piknik, przed spakowaniem wystudź całkowicie. Zachowają chrupkość przez wiele godzin. Smacznego!

Affogato verde

matcha affogato

Zielonej herbacie jest do twarzy we włoskich przepisach. Zorientowałam się niedawno, że znaczna część mojej matchowej listy "do zjedzenia" jest rodem właśnie z półwyspu Apenińskiego. Tiramisu, panna cotta... czy na przykład gnocchi! A ostatnio odhaczyłam punkt, którego na tej liście nawet nie było. Dopiero kiedy oblałam kulkę lodów waniliowych gorącym "espresso" z matchy (na co ochota przyszła mi bardzo spontanicznie), zorientowałam się, że to japońska adaptacja włoskiego klasyka. I muszę przyznać, że prześcignęła dla mnie oryginał.

Przepis na matcha affogato czeka TUTAJ!

Obserwujcie stronę Moya Matcha, gdzie będzie pojawiać się coraz więcej moich zielonych przepisów! Na pyszności z różnych stron świata. Wszystkie będą zielone, obiecuję – co bardzo się nam wszystkim przyda przy tej ociągającej się wiośnie!

IMG_1573.jpg

 

 

Przez zimę i przez życie

dark muscovado pistachio banana bread

Kiedy 31 grudnia piekłam to ciasto, na ulicach nie było ani grama śniegu. Ale zimę poczuli wszyscy, którzy go spróbowali – pojawiła się w głowach, w odpowiedzi na jedzenie, które powstało pod jej pretekstem. Kojące i rozgrzewające, bo obowiązkowo z kubkiem parzącej herbaty. O głębokiej melasowej słodyczy i wilgotnej ale lekkiej strukturze, przełamywanej raz na jakiś czas chrupiącą pistacją. Całkiem dobrze się składa, że mam prawie miesiąc opóźnienia z publikacją tego przepisu. Teraz zimy nie trzeba sobie wyobrażać, a zapotrzebowanie na ciasto jest znacznie pilniejsze.

Od czasu ostatnich śnieżyc jeszcze chętniej  niż na co dzień wracam do Nigela Slatera, z którego przepisami mam dziwną relację. Niby sama decyduję z których receptur kiedy skorzystać, ale to jak dobrze trafiają one zazwyczaj w moje potrzeby, daje mi poczucie jakby Nigel po prostu znał mnie na wylot. Więc idę sobie z nim przez zimę, a jak zima się skończy będę iść dalej, pewnie przez całe życie. Trochę najczęściej kombinuję i podmieniam (między innymi tutaj – czekoladę na pistacje), wiem że Nigel byłby dumny.

dark muscovado pistachio banana bread
dark muscovado pistachio banana bread

Piekąc ciasta bardziej niż przy gotowaniu dbam o solidny mise-en-place – przygotowuję sobie składniki, odmierzam i ważę potrzebne ilości przed przystąpieniem do działania, szykuję też wszystkie akcesoria, z których będę korzystać. Zapewnia to niesamowity komfort pracy, zawsze czuję się jakbym miała asystenta, który stawia mi pod nosem to czego potrzebuję, zanim jeszcze doczytam w przepisie, że czas po to sięgnąć. Jeśli nie macie tego w zwyczaju, spróbujcie przy tym przepisie. Sformułowałam go uwzględniając mise-en-place, który zajmuje około dziesięciu minut (z czego połowa to łuskanie pistacji). Poskładanie ciasta z tego, co przyszykujecie to już zabawa!

dark muscovado unrefined sugar
dark muscovado pistachio banana bread

Chlebek bananowy
z ciemnym cukrem muscovado i pistacjami

na podstawie przepisu  z „The Kitchen Diares II” Nigela Slatera
foremka o długości 23-25 cm

  • 100 g solonych pistacji (waga w łupinach)
  • 230 g ciemnego cukru muscovado
  • 125 g masła w temperaturze pokojowej
  • 2 jajka
  • 250 g mąki
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • 4 średnie dojrzałe banany (400 g – waga po obraniu)
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego

Naszykuj cztery małe miseczki. Wyłuskaj pistacje i umieść je w pierwszej. Do drugiej wsyp cukier, a w trzeciej umieść miękkie masło. Do czwartej miseczki wbij jajka i roztrzep je delikatnie widelcem. Przygotuj też dwie duże miski. Do pierwszej przesiej mąkę z proszkiem do pieczenia. W drugiej umieść obrane banany i rozgnieć je widelcem (niezbyt dokładnie, pozostaw małe kawałki bananów).  Dodaj do nich ekstrakt waniliowy i wymieszaj.

Przygotuj też narzędzia – mikser z końcówką do ubijania (oraz dużą miskę, jeśli nie ma wbudowanej), szpatułkę i długą wykałaczkę. Foremkę wyłóż papierem do pieczenia. Rozgrzej piekarnik do 180 stopni.

A teraz zabierz się za robienie ciasta! W dużej misce (lub naczyniu miksera jeśli jest stojący) roztrzep masło, następnie dodaj cukier i ubijaj je razem kilka minut, aż utworzą puszystą masę w kolorze kawy z mlekiem. Wówczas dodaj jajka i ubijaj kolejne kilka minut. Nigel pisze, że jeśli masa zacznie się warzyć, należy dodać 1-2 łyżki mąki (u mnie wszystko było w porządku). Wyłącz mikser. Dodaj banany i pistacje, przemieszaj szpatułką i wsyp mąkę z proszkiem. Delikatnie wymieszaj całość szpatułką na jednolite, gęste ciasto. Przelej je do formy i wstaw do piekarnika na 45-50 minut. Po tym czasie sprawdź jego gotowość wbijając w środek wykałaczkę. Jeśli wyjdzie czysta, ciasto jest gotowe. Po wyjęciu z piekarnika zostaw je na kilkanaście minut w formie, następnie wyjmij do całkowitego ostudzenia (może zostać w papierze). Wystudzone ciasto krój w grube plastry i podawaj! Nam najbardziej smakowało na drugi dzień (nie traci wilgotności, a smak jakoś lepiej się rozwija).

Wróciłam. Pudding wcale nie japoński

Cześć, a może raczej konnichiwa! Z tej strony Marianna (Mari-san?), która jakiś czas temu zniknęła bez śladu daleko od Polski i tego bloga. Wybaczcie mi długą ciszę, obiecuję, że nie próżnowałam! Ale teraz wracam już z nowymi przepisami. Dobrze jest czasem porządnie się stęsknić – za pisaniem, własną kuchnią i polskim jedzeniem. Na wszystkie trzy rzeczy mam większą ochotę niż kiedykolwiek dotychczas.

W tej Japonii byłam jednak naprawdę długo, nie miejcie mi więc za złe jeśli nie uda mi się tak od razu przestawić na nasze lokalne realia. Łapię się na tym, że na wpół świadomie przemycam wszędzie japońskie smaki, nawet jeśli polega to tylko na podmianie soli na sos sojowy. A czasem wystarczy mi sama myśl o tym, że Japonia jest na moim talerzu – na przykład kiedy robię pudding jak w dzieciństwie, ale z wyjątkowego ryżu z prefektury Niigata.

Nie zniechęcajcie się. Nie trzeba po ten pudding jechać do Japonii (ani nawet do sklepu z importowaną żywnością). Równie pyszny wyjdzie ze zwykłym ryżem krótkoziarnistym dostępnym w co drugim spożywczaku (zazwyczaj pod nazwą „ryż do risotto”). Upewnijcie się też, że macie pod ręką laskę wanilii. A pozostałe składniki to już samo polskie dobro. Z francuskim finiszem – opcjonalnym, ale jaki deser nie smakuje lepiej ze skorupką crème brûlée niż bez niej? Efekt to remedium dla wszystkich smutasów, niezależnie od narodowości. Szczególnie dobrze działa jednak w miejscach, gdzie jest aktualnie wietrznie, szaro, mokro i zimno. Jest w nim bowiem kremowość, ciepło, chmurkowatość i komfort, czyli całe tego przeciwieństwo.

Kremowy pudding ryżowy
brûlée (lub nie)

8-10 małych porcji, jest bardzo sycący
przepis z magazynu Good Food 01/2016

  • 75 g masła
  • 175 g krótkoziarnistego, klejącego ryżu
  • 1 laska wanilii
  • 120 g (80 g + 40 g) jasnego cukru trzcinowego*
  • 500 ml śmietanki 36%
  • 600 ml pełnotłustego mleka
  • woda do konsystencji

* W oryginalnym przepisie cukru było 140 g, ale dla mnie efekt był za słodki, zwłaszcza w wersji z karmelową skorupką. Jeśli nie planujesz jej robić, możesz mocniej dosłodzić sam pudding. Bezpieczniej jednak zrobić to po ugotowaniu, zacznij więc od proporcji podanych przeze mnie powyżej (czyli 80 g cukru; 40 g na skorupkę po prostu pomiń).

W głębokiej patelni podgrzej masło. Kiedy się rozpuści, wrzuć rozciętą wzdłuż laskę wanilii i wsyp suchy ryż. Przemieszaj dokładnie, aby wszystkie ziarenka były równomiernie pokryte. Podpraż przez 5 minut co jakiś czas mieszając, a kiedy masło zacznie nabierać złotego koloru, dodaj 80 g cukru. Podgrzewaj przez kolejne 5 minut, aż cukier zacznie się rozpuszczać. Następnie wlej śmietankę i raz po raz mieszając gotuj, aż cukier się skarmelizuje i całość zacznie przypominać gęsty, krówkowy sos. Wtedy wlej mleko i wszystko razem gotuj na najmniejszym ogniu przez około godzinę, mieszając delikatnymi ruchami, tak aby nie rozgniatać ziarenek ryżu. Najlepiej wykorzystać do tego drewnianą łyżkę. Po 30-40 minutach spróbuj puddingu i oceń, czy proporcje są odpowiednie, a więc czy konsystencja nie robi się za gęsta, a ryż gotuje w odpowiednim tempie. W razie potrzeby wlej trochę wody. Ja dodałam w sumie około 250-300 ml. Jeśli wlejesz trochę za dużo, nie ma tragedii, wystarczy odparować pudding dodatkowe kilka minut! Końcowy efekt (wciąż gorący) ma przypominać dość płynne, bardzo kremowe risotto. Gotowy pudding rozlej do kokilek lub miseczek.

Jeśli chcesz przygotować wersję brûlée, odstaw je do wystygnięcia (a najlepiej schłodzenia), a następnie posyp powierzchnię pozostałym cukrem i przypal palnikiem gazowym. Podawaj od razu, kiedy skorupka jest chrupiąca. Smacznego!