Sznycel, kimchi i kobiety

Z książkami kucharskimi zapoznaję się stopniowo, a pierwszym krokiem jest powierzchowne, ale powolne przewertowanie całości. Najprzyjemniej zabiera mi się do tego przy śniadaniu, czasem wręcz odmawiam sobie zajrzenia do książki dzień wcześniej, odkładając ją na poranek. Zajęcie to ma trzy podstawowe cele – upoić się zapachem świeżego druku (znacie to!), niespiesznie pozachwycać fotografiami i wstępnie zorientować w przepisach.

Przyjmę więc podobny schemat przedstawiając książkę Wam, bo o ile się nie mylę robię to po raz pierwszy i przyda mi się jakaś konkretna taktyka. Żałuję, że nie mogę załączyć tu zapachu papieru – po to będziecie musieli nabyć własny egzemplarz – ale przejdę dalej, do kolejnych podpunktów, i coś czuję, że skutecznie Was one do tego zachęcą. 

„Przepisy i opowieści” to zbiór receptur i związanych z nimi historii od dwóch warszawskich szefów kuchni - Pawła Suwały (Butchery & Wine) i Aleksandra Barona (Solec 44), a także od Grzegorza Kwapniewskiego (Rzeźnika), Dariusza Wolszczaka (Pana Sandacza) i Juliana Karewicza (solcowego Barmana). Niniejszym wiecie o publikacji dwie podstawowe rzeczy - pełna jest dobrego jedzenia i testosteronu.

Zgodnie z obietnicą zaczynam od kwestii estetyki. Na codzień, zdjęcia Igora Haloszki są w gronie tych rzeczy, które przyczyniają się do łapiącej mnie co jakiś czas tęsknoty za Warszawą. Przewijają mi się na wallu przy zmianach w menu Solca, tak sugestywne, że raz, zobaczywszy je siedząc akurat w pociągu do Warszawy, pozmieniałam nieco plany, by prosto z dworca jechać na obiad.

Jasna sprawa więc, że i w książce zdjęcia potraw nie zawodzą. Nie są aż tak minimalistyczne, jak te do menu, ale wciąż proste i prawdziwe. Nie pokazują dań w wystudiowanych aranżacjach, raczej tak, jak kucharze postawiliby je na wydawce. To autentyczność, która mnie i mój apetyt nakręca dużo mocniej, niż dopracowane plany. Ostatnio nie lubię, kiedy na zdjęciach dzieje się za dużo – staram się skupiać na stylizacji potrawy, a nie jej tła. Są więc białe naczynia, proste kąty i bliskie kadry. Czasem pojawią się czyjeś ręce, a kilka dań sfotografowanych jest na tle najpiękniejszego jak dla mnie wzoru spośród kuchennych tekstyliów – granatowego fartucha w białe paski.

Ale najbardziej trafiają do mnie zdjęcia niezwiązane z przepisami, te z kuluarów, gdzie są twarze i kuchnie autorów–bohaterów. Poprzeplatana jest nimi cała książka, ale jeśli o mnie chodzi, mogłoby być ich co najmniej dwa razy więcej. Nie istnieje dla mnie coś takiego jak przesyt „drugą stroną” jedzenia – historią, składnikami, tym gdzie (lub czym) były zanim trafiły do kuchni. A na czele owej strony stoją przecież ręce, które się tym wszystkim zajęły. Oglądałabym je bez końca, nawet jeśli z (i tak potężnej) książki kucharskiej zrobiłby się opasły album.

Całe szczęście to samo co historii sfotografowanych, tyczy się tych opowiedzianych. Ogromnie cenię również czytanie o zapleczu, procesie i okolicznościach powstawania dań czy pomysłów. I w tej kwestii o niedosycie nie może być mowy. Najpierw jest wstęp do całej publikacji, a później autobiograficzne (wielostronicowe!) wstępy do rozdziałów poszczególnych autorów, lub po prostu ich kilka słów od siebie. Jakby tego było mało, każdy przepis z osobna opatrzony jest indywidualnym wprowadzeniem. 

Wszystko to ujęte jest prostym, bezpośrednim językiem, który sprawia, że ta książka jest trochę jak rozmowa. Bo mimo, że nie ma tu właściwej interakcji, czytając te zwyczajne wypowiedzi nietrudno uznać się za oficjalnie zaprzyjaźnionego z ich autorami. A potem idziecie do takich na kolację czy zakupy i wprawiacie ich w konsternację chcąc zbijać piątki jak z dobrymi kumplami.

Te teksty to nie słowa ludzi, którzy piszą. To słowa ludzi, którzy gotują, i o tym chcą opowiedzieć. Tym, czyli wszystkim, co przyjdzie im do głowy jako istotne. Raz będzie to historyczne zaplecze sznycla wiedeńskiego, kiedy indziej opowieść o zakopanym koło Solca słoiku kimchi, po którym ślad zaginął, czasem anegdota o kobiecie i miłości, która przyczyniła się do powstania przepisu. Od zwierzeń i opowiastek po dokładny opis patentu na przedłużenie trwałości grasicy, panowie dzielą się zarówno kuchennymi wskazówkami będącymi częścią ich profesji, jak i osobistymi komentarzami.

Nie udało mi się opamiętać i, jak to ja, rozpisałam się na temat zaplecza. Tymczasem samego jedzenia jest tutaj wielka obfitość, więc nie zasiadajcie lepiej do lektury bez czegoś smacznego pod ręką.

Ja na przykład do kuchni pobiegłam zanim jeszcze doszłam do pierwszego przepisu. W tekście o swoich ulubionych składnikach Paweł Suwała zdradza bowiem, że lubi mielić suszone grzyby i szczypta po szczypcie wykorzystywać je jako przyprawę. Próbowałam czytać dalej, ale zupełnie nie mogłam się skupić – myślałam tylko o borowikach, które leżały sobie w mojej szufladzie od czasu gotowania świątecznej zupy. Wstałam, sproszkowałam co trzeba, i ani się obejrzałam, a już dorzucałam szczyptę tego co powstało do białego sosu w ulubionym farfalle z kurczakiem i suszonymi pomidorami. Dopiero po tym jak zjadłam (a następnie chwilę porozmyślałam nad tym jak długo żyłam w niewiedzy) mogłam kontynuować lekturę.

Mówi się, że to książka dla wielbicieli mięsa. Coś w tym jest, mięsnych receptur jest mnóstwo, zanim jeszcze zaczyna się rozdział Rzeźnika, naturalnie w pełni im poświęcony. Dodałabym tylko, że w szczególności interesująca będzie dla tych, którzy lubią jeść, ale nie zawsze potrafią przyrządzać. Sama już o tym pisywałam, często nie wiem jak się do mięsa zabrać. Ta książka ma to ułatwiać, przybliżać onieśmielającą kwestię obróbki mięsa, której trudność często wyolbrzymiamy. W rozdziale Rzeźnika znajduje się solidna porcja wiedzy – każdy rodzaj mięsa i technika przyrządzania z osobna wzięte są pod lupę i opatrzone cennymi wskazówkami.

Do poznawania mięsa wciąż jeszcze się szykuję, na pierwszy ogień wypróbowałam proste przepisy, które – przyznaję – wybrałam w oparciu o to, co akurat znajdowało się w mojej lodówce.  W tej chwili już czekają w niej rzeczy potrzebne do przygotowania pulled porka i śledzi, Pan Sandacz ma też w swoim rozdziale przepis na zupę rybną, która śni mi się po nocach, odkąd o niej przeczytałam. Jeśli uda mi się je udokumentować, na pewno podzielę się efektami. Znajomi wiedzą, że od jakiegoś czasu oficjalnie zobowiązuję się też do opanowania sztuki robienia koktajli, a zacząć planuję naturalnie od swoich faworytów. Moim niekwestionowanym numerem jeden jest Krwawa Mary, na którą od ponad roku zachowuję przywiezioną z Meksyku butelkę tequili. Proponowane przez Juliana Karewicza towarzystwo kandyzowanej dymki i soku z żółtych pomidorów (własnoręcznie przygotowanego!) MUSI być godne jej otwarcia. 

Ale póki co... Można uznać to za test, czy panowie równie dobrze co z mięsem radzą sobie bez niego (odp: tak, radzą). Albo za komplement, bo czytając chciałam zacząć gotować tak prędko, że nie mogłam tracić czasu nawet na pójście do sklepu. 

Mus z awokado Pawła Suwały
z pieczonymi batatami

4-6 porcji

3 dojrzałe awokado hass
sok z 1 cytryny
30 g natki pietruszki
½ szalotki
30 ml oliwy extra vergine
150 g kremowego serka*
duża szczypta soli
świeżo mielony czarny pieprz

Do podania (moje):
3 duże bataty
kilka łyżek oliwy
sól wędzona (np. Maldon) 
skórka otarta z 1 limonki
koperek

* Najlepszy jest ten z Wielunia, znany jako Mój Ulubiony, gładki, tłuściutki i z prawdziwym składem, tj. bez żadnych dodatków. Jest genialny też na sernik! Tu w zastępstwie można użyć też creme fraiche. 

Awokado, posiekaną szalotkę, oliwę, sok z cytryny i pietruszkę blendujemy na gładką, puszystą masę. Jeśli obawiacie się o możliwości swojej maszyny, na wszelki wypadek możecie najpierw zmiksować pietruszkę z sokiem z cytryny i oliwą (aby w musie nie było żadnych zielonych drobinek). Na koniec dodajemy serek i miksujemy do połączenia. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem, odstawiamy do schłodzenia (będzie się lepiej formować).

Bataty szorujemy i kroimy w łódeczki. Smarujemy oliwą i pieczemy w 200 stopniach aż będą złotobrązowe z zewnątrz i miękkie w środku - ok. 30-40 minut. Wykładamy na talerze, posypujemy hojnie solą (można użyć zwykłej, ale polecam spróbować wędzonej!), skórką z limonki i odrobiną koperku. Na wierzch wykładamy mus z awokado (wersja elegancka), lub podajemy go osobno jako dip (wersja domowa).

Pyszne i nieoczywiste, dobre na zime, choć lekkie.

A na deser...

Jabłka pod kruszonką Aleksandra Barona
z maślanką i wędzoną papryką

4-6 porcji

3-4 twarde, kwaśne jabłka (najlepiej szare renety)
200 ml maślanki
cukier (opcjonalnie, nie dodałam)

Na kruszonkę:
100 g masła
100 g mąki pszennej
30 g płatków owsianych
20 g otrębów gryczanych*
70 g cukru trzcinowego
1 łyżeczka z górką ostrej wędzonej papryki
szczypta soli morskiej

* Dodałam je zamiast części płatków owsianych, uwielbiam je w kruszonkach! Mają orzechowy posmak i chrupią.

Wymyte jabłka ze skórką kroimy w kostkę (gniazda nasienne można wykorzystać do domowego octu jabłkowego - przepis w książce) i wrzucamy do żaroodpornych kokilek lub jednego większego naczynia. Zalewamy maślanką.

Suche składniki kruszonki mieszamy i dodajemy bardzo miękkie/podtopione masło. Rozcieramy palcami (nie za drobno - mają być grudki). Posypujemy jabłka i pieczemy 15-20 minut w 180 stopniach.

Wskazówka Barona: świetnie smakują podobnie przyrządzone pomidory (z kruszonką z dodatkiem świeżych ziół, tymianek, cząber, szałwia lub rozmaryn). Moja wskazówka: duet gorącego z zimnym jest niezawodny i jak każda kruszonka, ta także najlepiej smakuje z kulką lodów.

Może dzięki tej recenzji książka pojawi się u kogoś z Was pod choinką; byłaby pięknym i - być może wbrew pozorom - bardzo uniwersalnym prezentem. W tekstach (przesiąkniętych pięcioma różnymi osobowościami) jest szczerość i skrajnie charakterna prawda, w przepisach - polskość, odwaga, ale i prostota. Dobre dla tych, którzy po kuchni chcieliby biegać z tasakiem czy siekierą, ale nie tylko (jak widać po lekkim jak chmurka musie i słodkich pieczonych jabłkach).  I dla wszystkich, którzy lubią historie od kuchni. Luźne, ale pełne cennych informacji, inspirujące. Będzie też absolutnie w porządku, jeśli podarujecie ją samym sobie.

Przepisy i Opowieści
P. Suwała, A. Baron, G. Kwapniewski, D. Wolszczak, J. Karewicz
red. Piotr Szczęsny
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2015

IMG_0355.jpg

P.S. Ten wpis powstał przy współpracy z Wydawnictwem Dwie Siostry. Zastanawiam się, czy chcielibyście w przyszłości widzieć tu takie częściej? W Polsce wydawane jest coraz więcej ciekawych książek kulinarnych, a mnie pisanie o nich chodziło po głowie już od jakiegoś czasu. Z racji skrajnego subiektywizmu pewnie tylko dla części z Was moje recenzje byłyby przydatne, ale ogromną przyjemność sprawia mi przelewanie na papier tych wszystkich spostrzeżeń i odczuć względem kolejnych lektur, zawsze wnikliwie przeze mnie studiowanych.

Czym czarował miesiąc trzeci

Ok, to zdjęcie musiało pojawić się jako pierwsze, żeby narobić Wam apetytu na najpyszniejszą szakszukę świata. Jest piękna, pyszna, zdrowa, szybka w przygotowaniu, i jedyną jej wadą jest możliwość porysowania patelni widelcem, kiedy będziecie wyskrobywać z niej ostatki (prosta rada - zróbcie to przy pomocy kawałka chleba). Przepis czeka na końcu wpisu, więc możecie już szykować patelnie.

Przedtem opowiem Wam jeszcze o kilku rzeczach, które znalazłam na swoich zdjęciach z marca. O tym, co dobrego działo się w czasie tego (minionego w mgnieniu oka) miesiąca. Myślę, że będę takie zestawienia tworzyć dość regularnie, chcę zacząć zwracać jeszcze większą uwagę na małe przyjemności codziennego dnia. Co o tym myślicie? Oto kilka rzeczy, którymi czarował mnie marzec.

1. A więc szakszuka. Po pierwsze jarmuż, i to że właśnie w marcu powrócił na chwilę na półki mojego warzywniaka. Po sałatce i siedemnastu tysiącach zielonych koktajli czułam, że pożegnałam się z nim godnie. Kiedy z ostatniej porcji powstała szakszuka, wiedziałam, że dopiero teraz nasza wspólna przygoda uczczona została z należytą pompą. Przepis, tak jak pisałam, czeka na końcu. Zróbcie. Mówię Wam, kiedy przełkniecie ostatniego kęsa, poczujecie, że można już umierać w spokoju.

2. Nowe ścieżki wrocławskie. Zimą niechętnie eksplorowałam swoje bądź co bądź wciąż przecież niepoznane miasto.  Słońce, które wyciąga mnie teraz na spacery i rowerowe wycieczki, motywuje do skręcania w nowe ulice i zaułki. Mam pokaźną listę miejsc "zasłyszanych" lub poleconych, których odwiedzenie skrupulatnie zaplanowałam na najbliższe ciepłe dni. Na pełnym etacie mam też naprawdę świetnych wrocławskich przewodników, którym za atrakcje odpłacam się pożyczając książki kulinarne i piekąc cynamonowe brioszki z kruszonką.

3. Pikniki. Marzec był w tym roku wyjątkowo hojny w kwestii słońca, a wiadomo że to właśnie te pierwsze ciepłe dni wprawiają nas zawsze w największą euforię. Kiedy piknik rozkładamy na ziemi, z której kiełkuje dopiero gdzieniegdzie zielona trawa, a jednak wydaje nam się, że piękniej by już być nie mogło. Kawa smakuje wówczas idealnie z plastikowego kubka, a w kostki przyjemnie łaskoczą spacerujące po nich mrówki.

4. Wizyta u babci - spontaniczne jednodniowe wczasy z siostrą. Spotkanie na dworcu (jeździmy teraz w końcu z dwóch różnych stron Polski), a kilka godzin później na nim rozstanie. W międzyczasie babciny obiad, spacery, rozmowy, dużo śmiechu, słońca i lodów.

5. Powrót na pchle targi, kiedyś znacznie częściej przeze mnie odwiedzane. Zapomniałam już jak łatwo jest przynieść do domu prawdziwe skarby, pozbywszy się z portfela zaledwie kilku złotych. Staram się nie kolekcjonować gratów, które zachwycają mnie tam na każdym kroku, żeby nie zarastać później ogromem mało przydatnych staroci. Choć to trudne, pozwalam sobie tylko na rzeczy, których wiem, że będę używać - kosmetyczka, puszka na kawę czy akcesoria kuchenne na pewno długo mi posłużą! (Błękitna ceramiczna rączka to mały wyjątek, nie mogłam odmówić sobie takiego skarbu. Ale i dla niej z pewnością znajdę jakieś szalenie użyteczne zastosowanie).

6. Szeroko pojęta aktywność fizyczna, najnowszy nałóg w mojej kolekcji! Nie wiem dlaczego tak bardzo (i tak nagle) mnie uzależniła. Czy to zaspokajanie zapotrzebowania na endorfiny (dużymi ilościami czekolady przyzwyczaiłam swój organizm do dość wysokiego ich poziomu)? Uleganie przedwiosennej modzie na bycie fit? Słusznie usprawiedliwione "I really like running because I really really really like food"? Piękny śliwkowy kolor moich sportowych butów, który sprawia, że mam ochotę wskoczyć w nie ilekroć spojrzę w ich stronę? Nie wiem, ale odpowiedź wcale nie jest mi potrzebna. Cieszę się tym, jak wiele przyjemności mam z porannego biegu czy zmordowania się raz na jakiś czas na siłowni. Od czasu okazjonalnego tenisa w podstawówce i chwilowej fazy na taniec nowoczesny we wczesnych latach nastoletnich, nie ruszałam się praktycznie wcale (rower jako środek transportu nie jest w moim wykonaniu sportem wyczynowym). Zakwasy bolą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Fajnie jest odkryć, że ma się mięśnie, o których istnieniu nie miało się pojęcia!

No, a teraz łapcie za patelnie. Do przepisu!

Szakszuka z jarmużem i serem kozim

2 porcje

Przepis z magazynu Kinfolk

duża garść jarmużu (można spróbować też wersji ze szpinakiem)
1 ząbek czosnku
1 mała cebula (np. dymka)
2 puszki całych pomidorów pelati
1 łyżeczka zmielonego kuminu
1 łyżeczka słodkiej papryki (można dodać pół na pół z wędzoną, jeśli lubicie)
duża szczypta pieprzu kajeńskiego
4 jajka
ser kozi, półtwardy
świeża bazylia i natka pietruszki (duuużo)
pieprz czarny
+ ulubione pieczywo

Jarmuż wymyć i osuszyć. Wyciąć liście i posiekać je drobno. Na dużej (!) patelni rozgrzać odrobinę oleju dobrego do smażenia (np. rzepakowego) i zeszklić posiekaną cebulę. Dodać czosnek i jarmuż i wszystko razem podsmażać do zmięknięcia. Następnie dodać przyprawy – kumin, paprykę i pieprz cayenne. Całość przemieszać i zalać pomidorami (dodajemy całą zawartość puszki, razem z sokiem). Można je lekko rozdrobnić szpatułką. Zmniejszyć ogień i dusić około 10 – 15 minut, aby nadmiar wody odparował. Kiedy pomidorowa pulpa zgęstnieje, posolić ją, przemieszać i zrobić cztery wgłębienia. Wbić jajka, każde z nich osobno lekko posolić. Przykryć patelnię i trzymać na małym ogniu jeszcze kilka minut, do momentu gdy jajka będą ścięte w stopniu, jaki sobie wymarzycie (żółtka powinny jednak pozostać płynne).

Szakszukę posypać kozim serem i dużą ilością świeżej bazylii oraz pietruszki. Doprawić czarnym pieprzem i podawać z ulubionym pieczywem (zgrillowanym, i z masłem jeśli lubicie). Najlepiej jeść prosto z patelni! Ale z talerza też smakuje dobrze (wygodniej będzie sięgnąć po raczej głębokie naczynia).

Smacznego!

Brokuły z sosem orzechowym

Mam wrażenie, że po raz setny rozpoczynam tymi słowami, ale pal sześć: wracam do żywych! Przerwałam pisanie przez intensywną pracę nad nową stroną! I troszkę przez wakacje, brak czasu (lub chęci spędzania go przed ekranem komputera). Ale wracam, bo bardzo tego chcę i potrzebuję - a Coutellerie w nowej odsłonie spodziewać się możecie już bardzo niedługo.

Póki co mam dla Was przepis na sałatkę, wspaniałą jako dodatek do obiadu czy przystawkę, ale dobrą też w roli pełnowymiarowego dania, szczególnie w towarzystwie quinoa czy ewetualnie brązowego ryżu. Dressingi na bazie masła orzechowego to moje aktualne uzależnienie (które nastąpiło płynnie po epoce tahini). Są świetne z wszelkimi sałatami, ale szczyt ich wspaniałości ukazuje się właśnie w towarzystwie warzyw na ciepło. Wszelkie sosy przygotowuję na oko, nieustannie próbując i na bieżąco oceniając czego należy dodać więcej, ale podaję tu proporcje, od których możecie wyjść. Efekt końcowy zależy jednak od Was samych i tego jak mocno zdecydujecie się go doprawić.

Brokuły z sosem orzechowym

2-3 porcje jako dodatek/przystawka

1 główka brokuła
pestki z 1/2 granata
garść delikatnych kiełków (np. brokuła lub lucerny)
3 kopiaste łyżki masła orzechowego
1 łyżka oliwy extra vergine
1 pełna łyżka delikatnego miodu
1 - 2 łyżeczki sosu worcester
1 łyżeczka sosu sojowego
sok z cytryny (do smaku, ale ok. 1 całego owocu)
większa szczypta pieprzu czarnego lub cytrynowego oraz pieprzu cayenne
mniejsza szczypta imbiru, wędzonej papryki, kurkumy
gorąca woda do odpowiedniej konsystencji
ew. sól

Składniki na sos wymieszać ze sobą dokładnie (masło orzechowe można lekko podgrzać, aby je upłynnić). Próbować, kosztować i oceniać, a następnie regulować smak dodając tego i owego, aby spełniać swoje indywidualne oczekiwania. Wodą należy rozcieńczać do momentu uzyskania kremowej konsystencji, ciut gęstszej niż ciasto naleśnikowe. Odstawić do przegryzienia na min. godzinę.

Brokuła umyć i podzielić na różyczki. Ugotować na parze, przez 7-10 minut (nie rozgotować, mają pozostać lekko chrupiące!). Od razu przelać zimną wodą, dzięki czemu zachowają żywy kolor. Odstawić na moment, by wyschły całkowicie. Następnie rozłożyć je na talerzu i szczodrze oblać sosem orzechowym. Całość okrasić pestkami granata i ulubionymi kiełkami. Smacznego!

Wegeburgery z dyni i czarnej soczewicy

Szaaaał. Jeszcze na fali zachwytu tym smakiem, jestem swoim własnym maître de la cuisine i z dumą prezentuję najlepsze od dawna danie jakie przygotowałam. Z jednej strony byłam bardzo zadowolona z faktu, że mieszkam znów sama i wszystkie burgery były dla mnie, ale z drugiej żałowałam, że nikt nie może potwierdzić czy mnie się zdaje czy one naprawdę są nieziemskie.

Zawdzięczam je po części dwóm kwiatuszkom, które przy okazji serdecznie pozdrawiam. Jeden uświadomił mnie jakiś czas temu, że istnieje odmiana dyni której nie trzeba obierać (stroniłam od tego warzywa bo "tyle z nim babrania"), a drugi zabrał w Warszawie na wegańskiego burgera, który smakował mi tak, że jeszcze go jedząc obiecałam sobie odtworzyć to w domu.

W poszukiwaniu przepisu na burgery z dyni, które by mi odpowiadały, dotarłam chyba tam, gdzie kończy się internet. Nie znalazłam, zrobiłam więc z głowy - ale nie na oślep jak zwykle, tylko zwracając uwagę na proporcje coby recepturę później dopracować. Cóż, okazało się to zbędne, bo dla mnie jest ona doskonała. Pokombinuję z przyprawami, kiedy je powtórzę. Tę kombinację uwielbiam, ale znam już aż za dobrze.

To pierwszy tydzień świeżego rozdziału, pierwsze danie przygotowane w nowej kuchni, pierwsze w życiu wegeburgery i dynia w tym sezonie pierwsza też. Jeśli faktycznie jaki sylwester taki cały rok, to czeka mnie tu naprawdę dobry czas.

Wegeburgery z dyni i czarnej soczewicy
z ciecierzycą i sezamem

7 dużych kotletów (-:

1/4 szklanki suchej czarnej soczewicy (belugi)
1/2 szklanki ugotowanej ciecierzycy (lub z puszki)
1 kopiasta łyżka dowolnej mąki (użyłam gryczanej), lub więcej do zagęszczenia
3/4 szklanki puree z dyni hokkaido
1 jajko
1 płaska łyżka pasty tahini
1/2 pęczka dymki (razem ze szczypiorem)
2 małe ząbki czosnku
1/2 łyżeczki octu białego
1 pełna łyżeczka musztardy (użyłam chrzanowej)
sok z 1/4 cytryny
1 łyżeczka sosu sojowego
2/3 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki kurkumy
1/3 łyżeczki kardamonu
1/2 łyżeczki ostrej papryki wędzonej (lub zwykłej)
1/2 łyżeczki suszonego imbiru
1 płaska łyżeczka płatków drożdżowych (można pominąć)
sezam do obtaczania
odrobina oleju do smażenia

Soczewicę ugotować w 2/3 szklanki wody - na sypko. Jeśli zacznie się rozgotowywać to nie czekać tylko pozostałą wodę odlać. Ostudzić i dać jej się osuszyć.

W tym czasie cieciorkę zblendować z jajkiem, czosnkiem, tahini, musztardą, octem, sosem sojowym, sokiem z cytryny i sypkimi przyprawami. Dodać puree z dyni i zmiksować do połączenia składników. Następnie wrzucić soczewicę, mąkę i posiekaną dymkę. Wymieszać wszystko łyżką i odstawić do lodówki na min. 30 minut. Masa powinna być gęsta, nie na tyle by dać formować się rękami jak mięsne kotlety, ale trzymać się kupy i nie spadać z łyżki.

Patelnię rozgrzać bardzo mocno i wlać olej dobry do wysokich temperatur (kokosowy, ryżowy, rzepakowy...). Nie trzeba go wiele, myślę że ok. 2 - 3 łyżek, to nie ma być smażenie w głębokim tłuszczu. Na talerzyku rozsypać sezam, wyłożyć na niego łychę masy na burgery, posypać również od góry. Uklepać, uformować boki nadając okrągły kształt, i przy pomocy łopatki przenieść na patelnię. Smażyć do zrumienienia, ok. 7 minut z każdej strony, na niewielkim ogniu (aby "zrobiły się" w środku, a sezam nie spalił). Zajadać

a) tradycyjnie w bułce z toną dodatków i dobrych sosów,

b) jako część obiadowego talerza, z surówkami, sałatami, kaszami, ryżami i Bóg wie czym jeszcze,

c) solo, rękoma, nie mogąc się opanować. Smacznego!