Jak zostałam mistrzem ramen z Kioto

IMG_0556.jpg

Nikt już pewnie nie pamięta tajemniczego zdjęcia, które pojawiło się na moim Instagramie podczas wiosennego pobytu w Japonii. W swoim czasie wywołało ono jednak pewne zainteresowanie, może przez podejrzenie bycia kolejnym primaaprilisowym żartem… Było jednak zupełnie na serio. Kto nie wierzył, że naprawdę pracuję w restauracji ramen? Dzisiaj mam dla Was dowód! Pod okiem mistrza nauczyłam się tam robić jedyny w swoim rodzaju wegański ramen z mlekiem sojowym. Zaczynałam od nieśmiałego tarcia skórki z yuzu na garnisz, a skończyłam przygotowując ramen samodzielnie, i to bez ściągawki.

small24 44.jpg

Minoru Yonekawę poznałam przy pierwszej wizycie w Japonii, kiedy odwiedziłam jego restaurację w towarzystwie Marysi, która też była wtedy w Kioto (ściskam!). Trafiłyśmy tam w czasie popołudniowej przerwy i odbiłybyśmy się od drzwi, ale Minoru wyjrzał z okna swojej sypialni na piętrze, ulitował się i postanowił nas obsłużyć. Byliśmy więc w restauracji sami i mogliśmy swobodnie rozmawiać. Szczególnie, że znajdowaliśmy się pół metra od siebie, po dwóch stronach wąskiego baru. Minoru wyczarował ramen, który zwalił nas z nóg. Na nic specjalnie nie licząc spytałyśmy o przepis, a on ochoczo podyktował nam go łamanym angielskim. Było tam jednak sporo nieścisłości typowych dla kogoś dopracowującego potrawę od lat – odmierzającego składniki na wyczucie, szacującego proporcje odpowiednią gęstością lub kolorem, oceniającego gotowość po zapachu. Wiedziałam, że żeby dokładnie odtworzyć ten ramen w mojej kuchni, musiałabym poobserwować kucharza w akcji znacznie uważniej.  

Po dwóch latach wróciłam do Japonii i odezwałam się do Minoru, mając nadzieję, że będzie mnie pamiętał. Miałam szczęście! I już po kilku dniach od tej rozmowy siedziałam przy znajomym barze, nad miską ramenu za którym tak tęskniłam. Ale tym razem po jedzeniu, zamiast spakować się i pożegnać, pomogłam mu zamknąć restaurację, zadając w międzyczasie mnóstwo pytań o zawartość lodówki i kuchennych szafek. A później rozłożyliśmy futon i z jednego pokoju wyłożonego tatami zrobiliśmy mi sypialnię. Następnego dnia o świcie zwinęłam swoje legowisko i ustawiłam stolik, z powrotem zamieniając sypialnię w salę dla gości restauracji. A potem zawiązałam fartuch, wskoczyłam za bar i stałam się uczennicą mojego ramen sensei. I tak przez najbliższe kilka dni.

Poznałam od podszewki każdy etap przygotowywania Ramenu Światowego Pokoju, jak nazywa go Minoru. Wegańskiego, kremowego, pełnego umami – chyba ulubionego (a mówi to wielbicielka potrójnie mięsnego tonkotsu). Później wszystko opisałam w sześciostronicowym materiale, który ukazał się w ostatnim numerze magazynu Chickpea.

small 24 4.jpg

Artykuł możecie przeczytać tu na blogu, ale po przepis zajrzyjcie do magazynu – tutaj dostępna jest próbka, można zajrzeć do środka. A cały numer kupicie tu, w oficjalnym sklepie – kosztuje tylko pięć dolarów, ale zastanówcie się nad prenumeratą. Warto, sama ją mam – dostaję pocztą papierowe wersje numerów ze swoim udziałem, ale one drukują się wiele tygodni po premierze wersji cyfrowych. Tak czy siak wciąż czekam na dzień, w którym będzie można kupić u nas Chickpea na papierze (zawsze, niezależnie od opóźnień, będzie on u mnie wygrywać z ekranem).

IMG_0560.jpg

On a roll

W obliczu obfitości składników w najróżniejszych kuchniach świata, fakt że na podium w moim sercu mam ich nie trzy, a kilkadziesiąt, nie powinien budzić zdziwienia. To i tak nieduża część tego, spośród czego możemy wybierać! Obok miodu, twarogu, marchewek, orzechów czy parmezanu, wśród faworytów ex aequo zajmujących u mnie pierwsze miejsce, na pewno znalazłaby się i quinoa. 

Rice&More z dodatkiem trzech kolorów komosy ryżowej zainteresowało mnie najbardziej ze wszystkich mieszanek. Przypominam, że tworzę właśnie serię wpisów, przygotowując dania z każdą z nich. Zielone risotto i poranną owsiankę z trzech kasz utrzymałam w dość klasycznym tonie, z quinoą miałam ochotę na coś specjalnego. W tej samej, ścisłej choć rozległej czołówce moich faworytów bez dwóch zdań wylądowałoby też sushi – reszta kropek połączyła się już sama.

Do sushi można podejść dwojako. Jeśli chcemy przygotować je spełniając rygorystyczne wymogi japońskiej tradycji, będzie to nie lada wyzwanie. Znaczenie będą tu miały sekundy, milimetry, kąty nachylenia, wypracowana w technika, cztery specjalne noże i przede wszystkim – oryginalne składniki najwyższej jakości i ich minimalistyczne, japońskie kombinacje. Ale temat można potraktować też znacznie luźniej i mimo wielkiego szacunku dla tradycji gorąco Was do tego zachęcam! Pomyśleć o sushi jako o wymyślnym patencie na ryż (lub inne ziarna!) z ulubionymi dodatkami. Dla zabawy zawinąć wszystko w arkusz wodorostów – kręcenie tych rolek to jeden z najlepszych pomysłów na wspólne gotowanie!

Quinoa, coraz lepiej przez nas oswajana, pasuje tu idealnie ze swoim orzechowym posmakiem. Chrupkość, której dodaje, dobrze współgra ze świeżymi, soczystymi składnikami, a dzięki odpowiednim proporcjom w stosunku do ryżu pozostaje dodatkiem, a nie dominantą, przez co danie nie odbiega za daleko od swojego japońskiego pierwowzoru. Poza tym, komosa ryżowa jest szalenie zdrowa, dopełnia więc całości, tworząc danie lekkie, pełne kolorowych witamin i minerałów, orzeźwiające podczas upałów, sycące i treściwe.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone sushi maki
z quinoą w trzech kolorach

2-4 porcje

w oparciu o przepis na sushi, który przywiozłam z Yokohamy, oraz recepturę Sary Britton

  • 200 g mieszanki Rice&More „Quinoa trzy kolory”
  • 3 łyżki japońskiego octu ryżowego
  • 1 łyżeczka miodu lub syropu z agawy
  • 1 łyżeczka soli
     
  • 4-5 arkuszy wodorostów nori
  • mata bambusowa do zwijania maków

    oraz wszystko, co zapragniecie włożyć do środka rolek, czyli na przykład:
     
  • 200 g ugotowanego, łuskanego bobu*
  • ½ dojrzałego awokado, najlepiej odmiany hass
  • 2 małe ogórki
  • ½ kostki wędzonego tofu
  • szczypiorek, kiełki
  • majonez lub serek philadelphia (opcjonalnie)
  • sezam
  • sos sojowy do podania

*Najlepszego sposobu na bób nauczył mnie mój przyjaciel-super kucharz. Klucz do sukcesu to łuskanie go na surowo. Zajęcie odrobinę żmudne, ale jak wyrobimy sobie mechanizm, to idzie sprawnie. Odcinamy końcówkę każdego ziarenka nożykiem i obieramy surową skórkę. Wyłuskany bób wrzucamy do garnka z wrzątkiem z łyżeczką soli i łyżeczką cukru i gotujemy 4-5 minut, po czym od razu przelewamy lodowatą wodą.

Mieszankę Rice&More gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Odcedzamy na sitku. W szklance lub słoiczku mieszamy składniki zaprawy – ocet ryżowy, sól oraz miód lub syrop. Dodajemy do ugotowanego ryżu z quinoą i mieszamy dokładnie, ale delikatnie, aby nie pognieść ziaren. Pozostawiamy do wystudzenia.

W międzyczasie zajmujemy się resztą składników, czyli nadzieniem. Ogórka i szczypiorek kroimy w podobnej długości słupki, tofu w paski, a awokado w plasterki. Przygotowujemy wybrane przez siebie składniki tak, aby wygodnie układało nam się je w rolkach. Bambusową matę owijamy kilka razy folią spożywczą. Rozkładamy na niej arkusz nori i równo uklepujemy na nim 120 g ryżu. Zostawiamy jedynie wolną górną granicę szeroką na około 2 centymetry. Na ryżu układamy pasek składników.

Aby zwinąć rolkę, podnosimy dół maty bambusowej razem z nori i bardzo ściśle podwijamy go, dociskając rolkę do środka (razem z matą). Następnie matę wyciągamy do poziomu i rozpoczynamy rollowanie "od siebie". Cały czas mocno uciskając! Ciężko opisać tę czynność słowami, najlepiej zobaczyć na przykład na tym filmie. Zwinięte rolki kroimy przepoławiając kolejne części - najpierw całość na dwa, każdą połówkę na ćwiartki, i ćwiartki na ósemki. Dzięki temu dużo prościej jest zachować identyczny rozmiar rolek.

Podajemy z sosem sojowym, można nawet zaopatrzyć się w marynowany imbir (lub zrobić go własnoręcznie!) i wasabi. Smacznego!

Pamiętajcie też o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More! Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid. Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 10 lipca! Powodzenia! :)

Japonia, cz. 8. Imabari, Ehime

Ostatnio było tu bardzo cicho. Egzaminy mam już za sobą, ale nie przestaje mnie zadziwiać ilość czasu, którą musiałam im ostatnio poświęcić. W spędzaniu tygodnia z nosem w jednej książce najcięższa była świadomość, że nie tak dawno temu – ale za to dosyć daleko – w ciągu półtora dnia odwiedziłam trzy wyspy (chyba wszystkie bezludne!), wspięłam się na dwa szczyty, zażyłam kąpieli w najstarszym japońskim onsenie (wkraczając tym samym na chwilę w świat Miyazakiego) i nauczyłam się przyrządzać prawdziwy bulion dashi – a na jego bazie, autorską zupę pana, który mi w tym wszystkim towarzyszył. Żeby oderwać się od rozmyślań o względności potencjału czasu, trochę Wam o tym poopowiadam!

Takafumi był najstarszym i zarazem najbardziej hiperaktywnym z moich japońskich gospodarzy. Był też zdecydowanie najciemniejszy – każdy przewędrowany w słońcu kilometr widoczny był w już nie złotej, a wręcz czekoladowej barwie jego skóry (tak niespotykanej w Japonii, gdzie blada cera wciąż jest uznawana za wizytówkę wyższych sfer). Nie wiem ile naprawdę miał lat, ale krzepy w nim było więcej niż w niejednym dwudziestolatku! Przyjechałam wieczorem, wykończona, a pobudkę udało mi się wytargować na 7:30 – Takafumi swoje eskapady zazwyczaj rozpoczynał przed świtem. Rano ugotowaliśmy jego popisowe yudofu, czyli tofu w bulionie dashi z grzybami enoki, białą kapustą i sezamem. To śniadanie miało być sekretem jego niekończącej się energii - nie mogłam więc wyjechać bez przepisu.

Odwiedziłam go, żeby zobaczyć Ehime, prefekturę na południowej wyspie Shikoku. To region słynący z najlepszych cytrusów – szczególnie mikanów, „japońskich mandarynek”, które mnie najbardziej urzekły w kwaśnej, zielonej postaci. Takafumi jest lokalnym ekspertem – urodził się tu i mieszkał całe życie. Z jego rodzinnego miasta, Imabari, startuje niesamowita trasa rowerowa Shimanami Kaido – wiodąca przez sześć wysepek aż do głównej japońskiej wyspy, Honshu. Tylko na to spójrzcie! Następnym razem nie daruję sobie, jeśli jej nie pokonam.

Na wyspie Shikoku znajduje się też popularna wśród wędrowców trasa pielgrzymki 88 świątyń (Takafumi zna ją oczywiście na pamięć!). Wszędzie wzdłuż dróg Na całej wyspie porozmieszczane są przystanki dla pielgrzymów, w których ci mogą przysiąść, schronić się i posilić. Czasami czekają tam na nich niespodzianki – takie jak te wytwarzane przez lokalną społeczność amulety na dobrą podróż. Na pierwszym zdjęciu widać wnętrze tej budki – z boku wiszą nawet ręcznie szyte woreczki, w które każdy wędrowiec może zapakować swoją figurkę. Takafumi dał mi żabę – po japońsku to kaeru (蛙), co znaczy jednocześnie „wracać”. Żaba zapewniła mi więc bezpieczną drogę do Polski, choć ja wolę myśleć, że dzięki jej mocy prędzej wrócę na Shikoku.

Rano, po doładowaniu specjalnym śniadaniem, którego przyrządzanie było niemałą atrakcją (jak widać na zdjęciu, gotowaliśmy dashi na stole, przy pomocy przenośnego palnika – są w Japonii bardzo popularne, to w końcu ojczyzna shabu shabu), wyruszyliśmy w góry. Wspięliśmy się na dwa szczyty, a z tras (czy raczej ich braku) można było wywnioskować, że są kompletnie nieuczęszczane. Zupełnie nie wiem dlaczego, może lokalni przyzwyczaili się już do urody swojego regionu; z zarośniętych pajęczyną wież widokowych zobaczyłam tam chyba jedne z najpiękniejszych kadrów w całym swoim życiu. 

Żeby trochę odprężyć się po tym treningu, pojechaliśmy do Matsuyamy, stolicy prefektury. Jak kochać to księcia, wiadomo – w poszukiwaniu relaksu udaliśmy się do Dōgo Onsenu. Znacie Spirited Away: W krainie bogów Hayao Miyazakiego? Jeśli tak, jest szansa, że rozpoznacie to miejsce. Onseny to publiczne łaźnie z wodą z gorących źródeł. Ten, nie dość że jest najstarszym takim miejscem w całej Japonii, to jeszcze odwzorowany został we wspomnianym filmie produkcji Studia Ghibli. Żałuję, że nie mogę pokazać Wam go od środka, łaźnie są przepiękne, szczególnie ceramiczne kafle na ścianach.

Zdjęcie Yushinden, prywatnej sali rodziny cesarskiej w onsenie.

Chill w yukatach po kąpieli, przy zielonej herbacie i sembe - chrupiących ciasteczkach.

Mnóstwo ciekawego jedzenia jest też w pasażu przed onsenem. Ktoś kiedyś powiedział mi, że w każdym japońskim mieście jest przynajmniej jedna kryta ulica w tym stylu - w mojej podróży się to potwierdziło.

Najbardziej zachwycił mnie sklep całkowicie skupiony na dumie tego regionu, mikanach. 10 - "TEN", czyli fabryka mikanowych specjałów, od soków i przecierów, przez syropy, suszone owoce i konfitury, aż po lody, galaretki, a nawet aromatyzowaną mikanem kawę. Wszystko tworzone stuprocentowo przy użyciu owoców z prefektury Ehime, a na dodatek ubrane w przepiękną oprawę graficzną

Suszone mikany to był kosmos!

Zajrzeliśmy też na degustację do sklepu z "fasolkami wszystkich smaków" - w edycji japońskiej są to chrupiące prażone strączki (soja, ciecierzyca, czarna fasola i inne) w różnych przyprawach, polewach i skorupkach. 

Wśród innych sklepów w pasażu były m.in. małe manufaktury lokalnej ceramiki, ale też sklepy z pałeczkami, tekstyliami i turystycznymi suwenirami.

Potem uznaliśmy, że mamy dosyć stąpania po ziemi i z lądu uciekliśmy na rejs po okolicznych wodach. 

Opłynęliśmy łodzią całą okolicę, podziwiając skały i małe wyspy. Większość była bezludna, a na największej, podobnie jak w Narze, żyły stada danieli. To była wyspa Kashima, park narodowy, z wieloma trasami do wędrówek i plażami do grillowania (siebie na słońcu, obiadu na ruszcie)! Jest tam nawet ryokan, tradycyjny japoński hotel, a więc na pustkowiu można zatrzymać się na noc.

Zawsze jestem tą z tyłu, bo zatrzymuję się bez przerwy na zdjęcia. Ale za Takafumim nie nadążałam wyjątkowo!

Ale wróćmy już do jedzenia! Mam dla Was przepis na autorskie yudofu od tego osobliwego starszego Japończyka. To naprawdę prosta potrawa, a punktem wyjścia jest tu bulion dashi. Aby dopilnować, że będzie bazą tak dobrą, jak to tylko możliwe, najlepiej jeśli zrobimy go sami! Jeśli nie gotujecie za często po japońsku, egzotyczne składniki mogą Was odstraszyć, nie dajcie się! Wystarczą szybkie zakupy w Kuchniach Świata lub jednym z azjatyckich sklepów internetowych - zapasy wystarczą na długo, to bardzo wydajne produkty.

Katsuobushi to suszony i wędzony tuńczyk utarty na płatki cieńsze niż papier. Razem z wodorostami kombu stanowi duet niezbędny do przygotowania bulionu dashi.

IMG_0617 copy.jpg

Ichiban dashi *

litr bulionu japońskiego

1 L wody źródlanej
5 x 10 cm kawałek kombu
2 garści płatków katsuobushi

* Z jednej porcji kombu i katsuobushi przygotowuje się dwa wywary. Ichiban dashi to "pierwszy" dashi, czyli ten, na który przepis znajduje się powyżej. Niban dashi otrzymamy powtarzając czynność po raz drugi - możemy wykorzystywać go w daniach, gdzie jest bazą, ale nie gra pierwszych skrzypiec. Ma mniej intensywny smak.

Wodę w temperaturze pokojowej wlewamy do garnka i wkładamy do niej wodorosty kombu. Zostawiamy na 20 minut. Po tym czasie umieszczamy na małym ogniu i powoli podgrzewamy. Kiedy woda zacznie delikatnie bąbelkować, wyciągamy kombu i doprowadzamy do wrzenia. Jeśli na powierzchni pojawią się jakieś szumy, zbieramy je. Po zagotowaniu zestawiamy garnek z ognia i studzimy do temperatury ok. 80 stopni (jeśli nie mamy termometru, zostawiamy po prostu na 7-10 minut, a jeśli goni nas czas, to dolewamy kilka łyżek zimnej wody i gotowe).

Następnie do wywaru wrzucamy dwie garści płatków katsuobushi. Nie mieszamy, możemy przycisnąć delikatnie pałeczkami, aby wszystko równo się zanurzyło. Odstawiamy na 5 minut, a następnie odcedzamy. Zrobione!

Yudofu
czyli tofu na gorąco w bulionie dashi

2 porcje

350 g silken tofu*
500-700 ml bulionu dashi
2 arkusze wodorostów nori
2 łyżki ciemnego sosu sojowego
1/2 łyżki oleju z prażonych nasion sezamu
sezam do posypania
opcjonalnie: warzywa (brokuły, kapusta, dynia...), noodle (soba, udon...), co nam przyjdzie do głowy

* Najlepiej sprawdzi się "firm" silken tofu, np. TO, dostępne w Polsce. "Soft" silken tofu będzie się rozpadać. 

Bulion zagotowujemy z sosem sojowym i olejem sezamowym. Ostrożnie wrzucamy pokrojoną na dwie części kostkę tofu. Podgrzewamy przez kilka minut, w międzyczasie przygotowując dodatki. Sezam prażymy na suchej patelni, a arkusze nori najpierw lekko prażymy nad włączonym palnikiem (tak jak na tym filmie, a jeśli nie mamy palników, możemy zrobić to po prostu na patelni). Tofu przekładamy do dwóch misek, zalewamy bulionem i posypujemy dodatkami. Smacznego!

継続します (C.D.N.)

 

Polish Christmas made vegan

Pamiętacie projekt "The 12 Dishes of Polish Christmas"?

Święta oficjalnie za nami. Pozostałości jarzynowych sałatek raczej wszędzie już dojedzone, z choinek niedługo zaczną sypać się igły, a w sklepach przestają mieścić się ludzie, kuszeni poświątecznymi wyprzedażami. Ja tymczasem nieśmiało upraszam się o uwagę z moim wpisem prezentującym przepisy na wegańską Wigilię, nakręcone we współpracy z Culture.pl. Aj!

Mogłabym poczekać z tym rok, ale nie mam sumienia - sama pewnie nieraz będę przygotowywać te dania w międzyczasie, nie mogę pozbawiać tej szansy i Was. Większość z nich jest tak uniwersalna, że sprawdzi się przy wielu innych okazjach. Może nawet już na świętowanie jutrzejszego sylwestra?

Aksamitny pasztet z grzybów i białej fasoli mogłabym jeść codziennie. Tak samo jak zupę migdałową, zapomnianą polską tradycję, która jest tak naprawdę zaawansowaną wersją śniadaniowej owsianki. Soczewicowo-orzechowa pieczeń jest świetną podstawą dla szybkich obiadów na kilka dni wprzód. Tofu po grecku faktycznie może zaczekać na przyszłoroczne Boże Narodzenie, ale jeśli ktoś lubi wyjątkowo, to czemu nie? Są też pierniczki bez masła, miodu ani jajek, które nie dość, że smakują jak tradycyjne, to tak samo jak one przechodzą kolejne etapy mięknięcia, twardnienia i na powrót mięknięcia. Magia! No i jest sernik, a dokładniej BEZsernik, bo z masą z kaszy jaglanej i nerkowców. 

Oto link do artykułu opisującego całe wigilijne menu w wersji wegańskiej (a więc z daniami uzupełniającymi, tymi z klasycznej Wigilii, które zupełnie mimochodem nie zawierają produktów odzwierzęcych). Mój ulubiony film to chyba bezsernik, ale szczerze mówiąc pieczarkowy pasztet był tak pyszny, że też ma u mnie jakieś specjalne miejsce. 

Wigilijna zupa migdałowa:

Tofu po grecku:

"Pieczeń" z soczewicy i orzechów:

Pâté z grzybów i białej fasoli:

(Bez)sernik z kaszy jaglanej i nerkowców:

Pierniczki:

Zostajemy w ogrodzie

W tym roku wyjątkowo nie mogę odżałować kończącego się lata. Uczepiłam się go i nie chcę puścić, choć całe swoje dwadzieścia lat przeżyłam w przeświadczeniu, że jesień to moja ulubiona pora roku. Teraz, rozpieszczona zeszłorocznym słońcem grzejącym niestrudzenie do ostatnich dni października, chyba przyzwyczaiłam się do ciepła trochę za bardzo.

Jednocześnie nie mam nic przeciwko zmianom, chociażby na straganach. Nie zauważyłam nawet kiedy zniknęły brzoskwinie, morele i borówki, bo najadłam się ich po uszy kiedy panował czas im właściwy. Później moja uwaga samoistnie i naturalnie zwróciła się ku jabłkom, śliwkom i dyni. (Wciąż jednak łapczywie pochłaniam pomidory, obawiając się, że każdy dzień może być już tym ostatnim). Wiem, że jest jesień; na okrągło piekę warzywa, po nocach śni mi się szarlotka, poranne owsianki znów jem na gorąco, a do kawiarki, prócz Wrocławskiego Klasyka, wsypuję czasem ziarnko kardamonu i dwa goździki. Co więcej, ta jesień mi się podoba, sami słyszycie jaka jest smaczna! Tym więc ciężej pogodzić ją z nieodpartą chęcią zatrzymania (w niektórych kwestiach) czasu.

Ze wspomnieniem słońca i leniuchowania nierozłączny stał się dla mnie tego lata mój ogród. Odbyły się w nim dziesiątki spotkań, od kameralnych rendez-vous po pikniki i obfite grillowe biesiady, był nawet koncert z prawdziwego zdarzenia! Przywykłam do spędzania w nim czasu i do zapraszania do niego gości, i tak wiele bym dała, by ten sezon nie dobiegał jeszcze końca! Podczas gdy w kuchni jesień witam chętnie, poza nią mogłaby dla mnie nie istnieć, bo stanowi sporą przeszkodę w kontynuowaniu upodobanych przeze mnie ogrodowych tradycji.

Fakt, że po dziewiętnastej już się ściemnia nie stanowi problemu – na jabłoni wiszą lampki choinkowe, a po kuchennej szufladzie turla się przecież tysiąc świeczek. Późnopopołudniowe uczty w ogrodzie cały czas więc się tu zdarzają. Problem tylko taki, że opatulanie się w naleśnik z grubego koca bardzo nie sprzyja podnoszeniu się z miejsca. Dajcie mi do tego jeszcze najedzony brzuch i napełniającą się cyklicznie lampkę wina, a nie wstanę choćby się waliło i paliło. Na moje nieszczęście muszę dodać: dosłownie.

Pewna droga mi Pani wróciła ostatnio z długiej podróży. Chciałam godnie ją powitać, a przy okazji upewnić się, że nie zabraknie nam czegoś do podjadania, niezbędnego przy wymianie opowieści. Ale że prodiż mam tylko jeden, towary ustawiały się do niego w kolejce. Kiedy przyszła pora na kruszonkę do obłędnego cytrynowego puddingu planowanego na deser, my zamiast jej doglądać siedziałyśmy już w ogrodzie w towarzystwie sałaty z pieczoną dynią i jeszcze ciepłej focacci z figami i serem owczym. Siedziało się niczego sobie, przyznam; na tyle miło, że czas skutecznie zwiódł nas co do prędkości swojego upływu. To te koce i wino, jestem pewna... Kiedy oswobodziwszy się z ich objęć ruszyłam spacerkiem do środka zobaczyć czy kruszonka nie potrzebuje czasem przemieszania, zastałam prodiż buchający chmurami czarnego dymu, z których spalonego aromatu wietrzę mieszkanie do dziś.

Sałatka była pyszna, a focaccia jeszcze lepsza, dlatego pocieszałyśmy się, że nie miałybyśmy miejsca na deser nawet gdyby się udał... Ale jak nie wtedy to kiedy indziej, wiadomo, wszedł mi na ambicję, i kilka dni później stanął na stole, dokładnie taki, jaki być powinien. Wierzch złoty (nie czarny, ehm), pachnący prażonymi migdałami, maślaną słodyczą i idealnie wpasowaną nutą rozmarynu (nie ważcie się pomijać, w ostateczności można podmienić na tymianek). Pod spodem kremowy pudding cytrynowy, tak dekadencki, że nie ośmielilibyście się nazwać go zdrowym (a tym bardziej nie zrobionym z sojowej masy o smaku mydła – silken tofu). Potem już tylko figę w plastry i pozostaje sięgać po łyżkę. Totalnie warte prób, nawet jeśli miałoby ich być sześć.

Pierwszą przygodę rozumiem jako groźbę od jesieni, demonstrującej swoją potęgę w ramach zemsty za poważanie w jakim mam jej wieczorne mrozy (w c i ą ż  przesiadując w ogrodzie!). Ale, choć z początku się wahałam, teraz wiem, że nie mogę dać się sterroryzować. Za mało czasu do zimy, za dużo do kolejnego lata. Uczę się jednak na swoich błędach i nie zostawiam już niczego bez opieki w domu. Jezu, jak dobrze, że nie mam piekarnika; prodiż równy gość, świetnie znosi pracę w terenie i od tej pory jest zaproszony na każde garden party jakie się u nas odbywa!

Pudding cytrynowy z owsianą kruszonką
z figami i rozmarynem

3 porcje
przepis bazowy z The Sprouted Kitchen Sary Forte

Na pudding:
350 g silken tofu
1/3 – 1/2 szklanki syropu z agawy (lub klonowego, lub miodu - jeśli lubicie ich smak)
2 łyżki mąki kukurydzianej
1 niewoskowana cytryna
duża szczypta soli

Na kruszonkę:
1/2 szklanki płatków owsianych
1/4 szklanki posiekanych migdałów (lub płatków)
1/2 szklanki cukru trzcinowego
2 łyżki masła*
kilka kropli ekstraktu waniliowego
½ łyżki drobno posiekanego rozmarynu (2-3 gałązki)
duża szczypta soli

+ świeże figi, więcej rozmarynu

* Aby deser był wegański, masło można zastąpić olejem kokosowym (najlepiej nierafinowanym, o pięknym aromacie).

Tofu wyjąć z opakowania i odsączyć na kilku warstwach ręcznika papierowego (zmieniając w razie potrzeby) z różnych stron, przez około dziesięć minut. Następnie zmiksować z resztą składników – miodem, skórką z całej cytryny i sokiem (na początek 3 łyżki, potem do smaku), mąką kukurydzianą i solą. Blendować tak długo, aż masa będzie lśniąca i gładka, minimum kilka pełnych minut. Spróbować i ewentualnie dostosować proporcje miodu czy cytryny. Przełożyć do pucharków i schłodzić minimum trzy godziny (a maksimum dobę – można przygotować dzień wcześniej).

Zrobić kruszonkę. (Polecam od razu z podwójnej ilości; tak czy inaczej wychodzi sporo, ale uwierzcie mi że będziecie pragnieć więcej). Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. W rondelku rozpuścić masło (lub olej kokosowy), dodać cukier i podgrzewać na mini ogniu do jego roztopienia. Dodać sól i ekstrakt waniliowy. Wymieszać z płatkami, migdałami i rozmarynem. Rozłożyć na blaszce wyłożonej papierem i piec 10 – 20 minut – do zezłocenia i wysuszenia. W trakcie pieczenia przemieszać raz czy dwa, aby całość rumieniła się równomiernie.

Ostudzoną kruszonkę wykładać na każdą porcję puddingu (niedużo, po łyżce – i tak będziecie dokładać sobie co najmniej trzykrotnie). Dekorować figami i dodatkowym świeżym rozmarynem. Smacznego!