W ostatniej chwili - Chickpea Magazine

Należę do osób, które za większość rzeczy zabierają się w ostatnim możliwym momencie. Nie chodzi tylko o klasyczną prokrastynację w obliczu przykrych obowiązków, zdarza mi się też odkładać plany miłe i nienarzucone. Często dopiero gdy na horyzoncie zaczyna majaczyć ostatnia szansa, przypominają mi się misje, które chcę zrealizować, a kiedy już jest prawie za późno, jedną po drugiej wreszcie odhaczam.

Coś mi się zdaje, że to nierzadka tendencja – jest szansa, że nie jestem w niej osamotniona i są wśród Was tacy, którym zdarza się bez końca przekładać coś na później. Dla tych osób mam dobrą wiadomość! Jesień już zaawansowana, nieubłaganie zbliża się zima... to więc nasza ostatnia szansa na zrobienie rzeczy zaplanowanych latem (a jeśli Wasz problem sięga równie daleko jak mój – nawet wiosną).

To właśnie wiosną na łamach nowojorskiego magazynu Chickpea ukazało się pięć przepisów mojego autorstwa. Dwa z nich mam dla Was dzisiaj. Dobiegają końca ich tegoroczne terminy przydatności – jeśli nie zabierzemy się za gotowanie teraz, powrót do nich będzie mieć sens dopiero w okolicach kwietnia czy maja. Pierwszy z nich to najlepsza zupa pomidorowa mojego życia. Można jeść ją przetartą, w wersji aksamitnej, lub gęstszą z kawałkami warzyw, w wydaniu bardziej październikowym. Druga zupa to chłodnik – na niego to już naprawdę ostatni dzwonek, bo ciepłe dni są już powoli naprawdę sporadyczne.

Aksamitna zupa pomidorowa
z marynowaną ciecierzycą

6-8 porcji

  • 2 łyżki oliwy
  • 1 średnia marchewka
  • 1 czerwona cebula
  • 1 łodyga selera naciowego
  • ½ łyżki cukru trzcinowego
  • 3 ząbki czosnku
  • 150 ml wytrawnego bialego wina
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 450 g dojrzałych pomidorów
  • 450 ml przecieru pomidorowego (najlepiej domowego, ale można użyć dobrej passaty)
  • 2 łyżki posiekanych liści świeżej bazylii (z około połowy małego pęczka)
  • 500 ml bulionu warzywnego
  • 2 listki laurowe
  • sól morska, do smaku
     
  • do podania: pieprz czarny, koperek, parmezan*, świeża bagietka

    na ciecierzycę:
  • 250 g ugotowanej ciecierzycy (można też użyć 1 puszki)
  • ok. 250 ml oliwy z pierwszego tłoczenia
  • skórka z 1 cytryny
  • 1 mała papryczka chili
  • 2 ząbki czosnku
  • gałązka rozmarynu

* Może być prawdziwy lub roślinny (jak u mnie na zdjęciach)

Zaczynamy od zamarynowania ciecierzycy. W garnku podgrzewamy oliwę z dodatkami (skórką z cytryny, papryczką chili, czosnkiem i rozmarynem). Kiedy zacznie delikatnie bąbelkować, czekamy 5 minut, po czym zdejmujemy z ognia i odstawiamy do lekkiego przestudzenia. Do ciepłej oliwy dodajemy ciecierzycę (jeśli używamy puszkowanej, to opłukaną i osuszoną). Zostawiamy do zamarynowania na minimum 2-3 godziny, a najlepiej na całą noc.

Przygotowujemy zupę. Warzywa (marchew, cebulę i selera) myjemy, obieramy i kroimy na mniejsze kawałki. Na głębokiej patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy. Dodajemy warzywa, szczyptę soli i ½ łyżki cukru. Podsmażamy na średnim ogniu przez 5 minut, często mieszając. Czosnek kroimy w plasterki i dodajemy na patelnię. Podsmażamy kolejne 5 minut. Następnie dodajemy wino, sos sojowy i liście laurowe. Zmniejszamy ogień i dusimy około 10 minut - tyle, by wino zredukowało się mniej więcej o połowę.

W międzyczasie myjemy i kroimy świeże pomidory. Umieszczamy je w dużym garnku razem z przecierem, bulionem, oraz całą zawartością patelni. Gotujemy 40 minut, co jakiś czas mieszając. Na koniec przecieramy zupę przez sito, dokładnie dociskając warzywa, aby wydobyć z nich cały płyn. Możemy też pominąć przecieranie i jeść zupę w gęstszej wersji pełnej warzyw. Podajemy z ciecierzycą, która w międzyczasie nabrała w oliwie aromatu. Każdą porcję posypujemy koperkiem i parmezanem i serwujemy z kawałkiem bagietki. Smacznego!

Chłodnik z ogórka i awokado
z pastą tahini

4-8 porcji

  • 600 g ogórków gruntowych
  • 1 duże awokado hass (lub 2 małe)
  • 100 ml jasnej pasty tahini
  • garść listków natki pietruszki
  • 2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • sok z 1 limonki
  • sok z ½ cytryny
  • 1 płaska łyżeczka suszonego imbiru
  • ⅓ łyżeczki pieprzu kajeńskiego
  • 3 kostki lodu
  • sól morska, do smaku
  • ½ - 2½ szklanki wody, do konsystencji

Obieramy ogórki, kroimy je wzdłuż na pół i łyżeczką wydrążamy, aby pozbyć się wilgotnej części zawierającej pestki. Pozostałe części kroimy i umieszczamy w blenderze razem z miąższem awokado, pastą tahini, natką pietruszki, oliwą i sokiem z limonki oraz z cytryny. Dodajemy ½ szklanki wody i zaczynamy miksować. Dorzucamy suszony imbir, pieprz kajeński i 3 kostki lodu. Blendujemy na najwyższych obrotach, powoli dolewając wody, aż osiągniemy idealną konsystencję. Ja lubię gęstość przypominającą kwaśną śmietanę. Doprawiamy solą do smaku. Podajemy od razu lub chłodzimy w lodówce. Smacznego!

Kalafior medium well

Ostatnio na Instagramie w podejrzanie krótkich odstępach czasu od trzech osób usłyszałam, że były przekonane o moim wegetarianizmie. Kiedy do tego wszystkiego to samo zdziwienie wyraziła w czasie wspólnego lunchu moja dobra koleżanka, zaczęłam poważnie zastanawiać się, czy moje bezmięsne gotowanie nie staje się dla mnie przypadkiem wewnętrznym ograniczeniem. Nie pomogła myśl, że w kolejce przepisów do publikacji miałam właśnie stek z kalafiora, danie główne ze szparagów oraz ciasto szpinakowe! Gotowanie roślinne jest wspaniałe – i nie mam wątpliwości, że to na nie jest teraz największy popyt – ale ja naprawdę przepadam za mięsem, rybami i owocami morza, i czuję że aby się rozwijać, powinnam kłaść większy nacisk na naukę ich przyrządzania, nie tylko zamawiania w knajpach i podziwiania w książkach kulinarnych.

Pisałam o tym m.in. przy okazji wegańskiego pasztetu z fasoli adzuki i suszonych pomidorów. Bezmięsne gotowanie jest dla mnie prostsze. Jak nie mam za dużo czasu (tudzież za dużo weny), to zanim skupiać się na niełatwym przygotowaniu naprawdę dobrego steka, wolę usmażyć go sobie z kawałka kalafiora. Nie zrozumcie mnie źle, to był przepyszny posiłek, polecam Wam ten przepis z całego serca! Szczególnie że wiem, że wiele z Was jest właśnie na diecie wegetariańskiej czy wręcz wegańskiej. Ale ja, jako kucharz aspirujący do kształcenia się zawodowo, wyrzucam sobie, że uciekam się do niego jako do rozwiązania prostszego. Obiecuję poprawę (sobie samej – pewnie nie wszyscy się tu z tego ucieszą!), a póki co zapraszam na tego nieszczęsnego kalafiora, maślanego w środku i chrupiącego z zewnątrz, słowem – absolutnie przepysznego, i naprawdę prostego w przygotowaniu! W komplecie z komosą ryżową aromatyzowaną trawą cytrynową oraz z najlepszym sosem na bazie pasty tahini otrzymujemy zadziwiająco smaczny i wyjątkowo zdrowy obiad. A jeśli ktoś nie może się już doczekać efektów mojej obiecanej poprawy, zamiast płatków kokosowych może usmażyć sobie do tego trochę chrupiącego boczku. Miłego weekendu!

„Steki” z kalafiora
z komosą ryżową i sosem sezamowym

2 porcje

1 duża główka kalafiora
1 szklanka komosy ryżowej dowolnego koloru
1 gałązka trawy cytrynowej
2,5 szklanki wody
½ szklanki płatków kokosowych
oliwa, sól morska, czarny pieprz
natka pietruszki i szczypiorek do podania

na sos:
3 pełne łyżki jasnej pasty tahini
sok z ½ małej cytryny
1 łyżka miodu lub syropu klonowego
1 łyżeczka oliwy ev
kropla sosu sriracha lub szczypta chili
duża szczypta soli
letnia woda do uzyskania odpowiedniej konsystencji

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Pozbywamy się liści kalafiora i, jeśli to konieczne, części jego głąba od spodu – tak, aby w pionie stał stabilnie. Dużym, ostrym nożem okrawamy go z dwóch stron, by otrzymać środkową część o grubości 2-3 cm. Dzielimy ją na pół na dwa 1-1,5 centymetrowe plastry, a boki odrzucamy do wykorzystania w innym przepisie. Każdego „steka” smarujemy lekko oliwą i kładziemy na rozgrzaną patelnię. Podsmażamy z obu stron na złoto, następnie przekładamy na blaszkę i umieszczamy w piekarniku na 20-30 minut. W międzyczasie obracamy kilkukrotnie i sprawdzamy stan upieczenia. Kalafior ma być w środku bardzo miękki, z chrupiącym wierzchem. Nawet lekko niedopieczony nie będzie smakował tak samo dobrze!

Komosę ryżową płuczemy pod zimną wodą. Przekładamy do garnka, zalewamy wodą, dodajemy szczyptę soli i rozgniecioną nożem gałązkę trawy cytrynowej. Gotujemy aż komosa wchłonie prawie cały płyn, ok. 20 minut. Zdejmujemy z ognia, przykrywamy i odstawiamy jeszcze na 15 minut. Następnie wyciągamy trawę cytrynową i mieszamy komosę widelcem, lekko ją spulchniając.

Składniki na sos łączymy w szklance lub wysokiej miseczce. Próbujemy, i wedle uznania dodajemy tego lub tamtego aby udoskonalić smak. Siekamy szczypior i natkę, a płatki kokosa prażymy delikatnie na suchej patelni. Kiedy się zezłocą, ściągamy z ognia i studzimy całkowicie. Komosę wykładamy na talerze, na niej układamy steki z kalafiora. Całość dekorujemy sosem sezamowym oraz przygotowanymi na garnish dodatkami. Smacznego!

 

Fantasmagorie

Nie mam dziś czasu na napisanie swojej ulubionej części, tj. wstępiku, a żałuję, bo chętnie sporo bym wam poopowiadała. Nie może mnie to jednak powstrzymać przed podzieleniem się z wami super przepisem na stuningowaną (oczywiście w zdrową stronę) wersję kultowego wege fast fooda. Szczególnie, że należy on do tych mogących stanowić ostatnią deskę ratunku - zrobienie dzisiejszych Fenomenalnych Falafeli zajmie wam maksymalnie piętnaście minut. Kiedy będą się piekły (tak, piekły - to odsłona, która nie dość że zdrowsza, to wymaga mniejszego zaangażowania),  wy zajmiecie się przygotowywaniem im smacznego towarzystwa - równie bezproblemowego (chyba, że zachce się wam upiec domowe pity - ja to zostawiam na kiedy indziej).

Niewiadomo jak i kiedy pojawi się przed wami piękne danie o kuszącym zapachu. Czas i wysiłek w nie włożone będą dla was tak niezauważalne, że zaczniecie się pytać samych siebie czy zawartość talerza to nie jakaś fantasmagoria z przepracowania. Podpowiem, nie zastanawiajcie się, tylko jedzcie za dwóch. Obiad z prawdziwego zdarzenia jest ważny dla dobrego funkcjonowania - zwłaszcza w okresach, w których nic innego mu nie sprzyja. Przez kilka tygodni nie ma snu, odpoczynku, spotkań, sportu, zabawy ani relaksu, niech więc będzie chociaż godne jedzenie!

Falafele z tego przepisu są pyszne, dodatek pistacji to strzał w dziesiątkę! Wychodzą jednak nieco suche, dlatego tak dobrze im w towarzystwie soczystej ostrej salsy i łagodnego kremowego sosu. Konsekwencją rezygnacji z tradycyjnego smażenia jest brak twardej brązowej skorupki, ale falafele są na brzegach lekko chrupiące. Chętnym nic nie stoi jednak na przeszkodzie by masę z tego samego przepisu zamiast piec, wrzucić na skwierczącą patelnię (a podmieniając kapustę na najprawdziwszą pitę, otrzymamy prawie 100% ortodoks). Tylko wówczas trzeba zmielić ciecierzycę i pistacje drobniej, na gładko.

pistachio-falafel-6209.jpg

Pieczone falafele pistacjowe
z prostą salsą pomidorową z chili i jogurtowym sosem tahini

Źródło przepisu

4 porcje (ok. 20 falafeli)

Na falafele:
1 puszka ciecierzycy
1/2 szklanki niesolonych pistacji (łuskanych)
1/2 cebuli
1 duży ząbek czosnku
po sporej garści: świeżej mięty i natki pietruszki
3 łyżki oliwy
1 łyżka dowolnej mąki (użyłam z ciecierzycy)
1 łyżeczka mielonego kuminu
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
duża szczypta soli

Na salsę:
4 pomidory (użyłam 2 dużych malinowych i 2 małych żółtych
1/2 dużego ogórka (lub 2 sztuki gruntowych)
1/2 świeżej papryczki chili
2 łyżki oliwy
świeże oregano lub tymianek
sól, pieprz

Na sos:
300 ml jogurtu greckiego
4 łyżki jasnej pasty tahini
1 mały wyciśnięty ząbek czosnku
sok z 1 cytryny
1 łyżeczka płynnego miodu
sól, pieprz

+ duże liście kruchej kapusty (ja użyłam pekińskiej, ale bardzo młodej, jej liście były za małe do formowania kopert. Wybierzcie taką, w którą swobodnie zawiniecie paczuszki), lub pita.
+ więcej świeżych ziół na wierzch i ew. dodatki – np. grillowane plastry bakłażana, hummus, rodzynki, co kto lubi.

Włączyć piekarnik (rozgrzać do temperatury 190 stopni), a w międzyczasie przygotować masę na falafele. W robocie kuchennym pociąć najpierw lekko same zioła (miętę i pietruszkę). Dodać pistacje, pulsacyjnie miksując lekko całość posiekać. Dodać wypłukaną ciecierzycę, oliwę, posiekaną cebulę i czosnek, kumin, sodę i sól. Mielić wszystko razem krótkimi seriami, w międzyczasie mieszając, aby było równomiernie. Nie miksować na całkiem gładko (widać na zdjęciu, że masa ma być lekko grudkowata). Lekko naoliwionymi dłońmi formować małe falafele i układać je na pergaminie. Piec ok. 20 minut, w połowie odwracając do góry nogami.

Przygotować salsę mieszając ze sobą wszystkie składniki (pomidory pokroić w dużą kostkę, kilka można zachować pod postacią łódek do dekoracji). Składniki na sos również wymieszać (najprościej raz-dwa zrobić to blenderem, łyżką ciężko połączyć całkowicie).

Zawijać falafele w liście lub pakować do pity. W obu wypadkach w towarzystwie słusznej ilości salsy oraz sosu. Smacznego! Falafele można przechowywać w lodówce przez kilka dni (w zamkniętym pudełku).

Superheroes z polskiej ziemi

We wszechogarniającym dziś szale na lokalność i sezonowość, spodziewam się miliona wyświetleń i tysiąca kciuków w górę przy dzisiejszym przepisie. Jeśli trochę mnie już znacie, wiecie jak bardzo by mnie to uradowało. Jeśli zaś znacie mnie choć trochę naprawdę, wiecie że nie cieszyłabym się bynajmniej z rosnącej sławy. Ja zwyczajnie tak mocno popieram te trendy, że odczuwanie, a także aktywny udział w ich szerzącej się popularności jest dla mnie ogromną przyjemnością!

Ale do rzeczy. Zamiast atrakcji na dzień dziecka mam dziś dla Was przepis na pyszny i totalnie nowatorski hummus, jakiego z całą pewnością jeszcze nie znacie. To prawdopodobnie dlatego, że hummusem wcale tak naprawdę nie jest. W moim słowniku słowo to  – oprócz nazwy własnej dla, cóż, hummusu – ma dodatkowe znaczenie, do którego na próżno szukać mi synonimów. Definicja ta (bardziej niż składu, smaku czy pochodzenia) dotyczy sposobu czy okoliczności serwowania i jedzenia. Jak bardzo bym się nie starała, nazwanie dzisiejszego specjału pastą lub dipem zdecydowanie by mi zgrzytało. Pasta jest na kanapki, dip – do maczania naczosów. A to niżej, co ukręciłam jakiś czas temu z fasoli i szparagów, bez dwóch zdań jest po prostu hummusem!

Popularność, którą wywróżyłam mu na początku, zawdzięczałby prostej rzeczy – jest kwintesencją tego, co ma w ofercie piękna polska wiosna. Szparagi za chwilę się skończą, ich intensywne wykorzystywanie jest obowiązkiem każdego szanującego się smakosza. Razem z białą fasolą, czosnkiem i młodą natką pietruszki stanowią naszą narodową drużynę o prawdziwej polskiej supermocy.

„Hummus” ze szparagów i białej fasoli

Źródło przepisu

1 pęczek zielonych szparagów
1,5 szklanki ugotowanej białej fasoli (lub 1 puszka, odsączonej i opłukanej)
sok z niecałej 1/2 cytryny (lub z całej 1/2 limonki)
1 mały ząbek czosnku
2 płaskie łyżki tahiny
garść listków z natki pietruszki (można spróbować też z kolendrą)
duża szczypta soli
+ Wasza najlepsza oliwa, pieprz czarny, więcej pietruszki

Szparagi wyszorować i odłamać końcówki. Pokroić na kawałki i ugotować je krótko (6-7 minut, sprawdzać widelcem) w osolonej wodzie lub na parze (główki dorzucić na ostatnie dwie minuty gotowania!). Po zdjęciu z ognia natychmiast zahartować przelewając lodowatą wodą. Główki odłożyć, a resztę szparagów zmiksować na gładko z fasolą, sokiem z cytryny, pastą tahini, czosnkiem, pietruszką i solą. Jeśli konsystencja będzie zbyt gęsta, można dodać odrobinę wody (ale uwaga aby nie przesadzić). Spróbować, ewentualnie doprawić. Podawać jak hummus – na szerokim talerzu i polany oliwą. Ozdobić wierzch główkami szparagów i natką pietruszki. Konsumować z dobrym polskim razowcem, nie jakąśtam pitą. Smacznego!

Dla Mamy

Ostatnio w rozmowie o 26 maja usłyszałam od rozbawionego kolegi, że mój entuzjazm sugeruje posiadanie co najmniej gromady dzieci, od której spodziewam się prezentów i królewskiego traktowania w tym szczególnym dniu. Jest w tym sporo prawdy - co więcej, tyczy się to stu innych świąt i wydarzeń w moim kalendarzu, które wcale bezpośrednio mnie nie dotyczą. Nie dostaję życzeń kiedy moi przyjaciele się starzeją, ale zawsze wyczekuję ich urodzin z niecierpliwością godną jubilata. Sprawa jest prosta. Każda okazja do zapewnienia kogoś o swojej miłości (najlepiej przy pomocy czegoś smacznego) budzi we mnie niepohamowaną ekscytację.

Jadalne prezenty - ciastka, cukierki, czekolady, przetwory - uwielbiam, ale to już wiecie. Lepsze od ich wręczania jest moim zdaniem jedynie przygotowywanie dla kogoś posiłku z prawdziwego zdarzenia. W to wlicza się bowiem aranżowanie całego nastroju, zadbanie o odpowiednią scenerię, okoliczności, towarzystwo i akompaniament. Mam to szczęście, że wspólne posiłki stanowią u mnie niejako tradycję - od pozornie zwyczajnych rodzinnych śniadań weekendowych w dzieciństwie, po rozpustne i dopracowane uczty, którymi od zawsze świętujemy każde urodziny w towarzystwie nabliższych przyjaciół. Na pikniki nie chodzę bez przygotowanego prowiantu i butelki wina, a od dwóch lat, czyli odkąd wyjechałam z Warszawy, powroty do niej niemal zawsze inaugurują utęsknione powitalne spotkania przy stole.

I choć wspólne ucztowanie nie potrzebuje pretekstów, nabiera jeszcze bardziej specjalnego wymiaru w obliczu szczególnej okazji do świętowania. Dziś jest Dzień Mamy i ci z Was, którzy mają taką możliwość, powinni poruszyć dziś niebo i ziemię aby dołączyć do swoich mam, wyściskać je i nakarmić ich ulubionymi smakołykami!

Ja chciałabym to zrobić tak bardzo, że mimo iż tej możliwości nie mam, i tak przygotowałam coś wyjątkowego na dzisiejszy dzień. Moja mama odkąd pamiętam ma słabość do chałwy. Nie pozostawiło mi to żadnych wątpliwości co do tego czym uczcić jej święto. Lody chałwowe, przyozdobione dodatkowo suszoną różą z naszego ogrodu, i jesteśmy w domu! Te lody (na które recepturę wymyśliłam ja! sama!) są najlepszymi jakie do tej pory zrobiłam – zarówno „jakościowo” (konsystencja, mrożenie, itp.), jak i smakowo. Nic bym w nich nie zmieniła. Wybaczcie przechwałki, ale przebijają w moim rankingu nawet czekoladowe Davida Lebovitza, które zebrały trochę pochwał (przepis też będzie).

Tak jak pisałam, niestety bardziej niż dla mojej mamy, zrobiłam te lody na jej cześć – dzieli nas na codzień kilkaset kilometrów, które skutecznie uniemożliwią mi dziś zaserwowanie jej dużej porcji prosto pod nos. A może podświadomie (i dość sugestywnie) wybrałam na tę okazję smakołyk, który długo się przechowuje i może wytrzymać, na wypadek gdyby mama postanowiła wskoczyć lada moment w pociąg, uznawszy że taka pyszność nie może jej ominąć? (Mamo, czekam z nadzieją, tatę i siostrę wpakuj do walizki (druga też mogłaby się kopsnąć, choć ma trochę dalej), tymczasem ja z tej okazji poświęcę się i pobiję rekord – pierwszych lodów w moim domu o żywocie dłuższym niż jeden dzień).

Lody chałwowe

bezmleczne i bezcukrowe (ale całkiem mimochodem)
porcja ponad 0,5 l lodów

1 puszka (400 ml) mleka kokosowego
80 ml jasnej tahiny
60 ml płynnego miodu
2 żółtka
1 płaska łyżeczka skrobii*
1 łyżka ekstraktu waniliowego lub innego alkoholu
spora szczypta soli morskiej
50 g chałwy
+ pistacje, suszone płatki róży

* ziemniaczanej / kukurydzianej, lub proszku budyniowego (śmietankowego lub waniliowego)

Jajka wyszorować i sparzyć, oddzielić białka (nie będą potrzebne), a żółtka ubić mikserem na puszysty kogel mogel. Pod koniec dodać skrobię (lub proszek budyniowy) i chwilę ubijać, aby dobrze wymieszać. Mleko kokosowe podgrzewać w garnuszku. Kiedy będzie ciepłe, dodać żółtka i cały czas mieszając podgrzewać na małym ogniu przez chwilę (nie doprowadzić do zagotowania, momentalnie się zwarzy!). Masa powinna lekko zgęstnieć, minimalnie bardziej niż samo mleczko kokosowe. Przestudzić.

W międzyczasie zblendować tahinę z miodem, ekstraktem waniliowym i solą. Uwaga, przed odmierzaniem tahiny należy dokładnie wymieszać zawartość słoika (pasta rozwarstwia się i często na górze jest znacznie rzadsza). Dodać ostudzoną zawartość garnuszka, zblendować wszystko razem i spróbować. Na tym etapie masa powinna być za słodka (po zamrożeniu próg słodkości się obniży), więc jeśli taka nie jest, można dodać jeszcze trochę miodu. Schłodzić do temperatury lodówkowej.

Zimną masę przełożyć do maszyny do lodów i postępować zgodnie z instrukcjami. Pod koniec do masy dodać pokruszoną na małe kawałki chałwę. Bezpośrednio po ukręceniu lody będą miękkie, najlepiej włożyć je na kilka dodatkowych godzin do zamrażarki. Serwować z pistacjami i płatkami róży. Smacznego!

(Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już przy okazji mrożonego jogurtu waniliowo-klonowego z awokado, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów)