Risotto & more

Średnio co pół roku dopada mnie pewne zjawisko i za każdym razem obiecuję sobie, że kiedyś rzetelnie je przebadam. Musi w tym siedzieć jakaś biologia, bo nie wierzę, że to wyłącznie złośliwość umysłu! Mowa o tym, jak w obliczu goniących terminów i pilnych obowiązków wzrasta ludzka kreatywność i chęć działania na najróżniejszych polach – prócz tego jednego, na które jesteśmy skazani!

Sesje egzaminacyjne odkrywają we mnie pomysłową i wszechstronną osobę. Robię przemeblowania, biję życiowe rekordy w sporcie, słucham zaległych audycji, bawię się w naukę kaligrafii i czytam o sztuce komponowania zapachów. Zawsze przypomina mi się też, że bardzo chcę nauczyć się robić na drutach. Ale jak nic innego, kiedy nie wolno, chce mi się gotować!

Co chwilę przychodzą mi do głowy kolejne dania, które koniecznie muszę zrobić. Szczególnie trudno jest teraz, w przypadku sesji letniej – kto nie ma motylków w brzuchu przechodząc obok uginających się pod ogromem warzyw i owoców straganów! Zaprzestanie gotowania nie wchodzi w grę, to jasne. Na razie więc segreguję w głowie pomysły, jako pierwsze realizując te zjadające możliwie mało przeciekającego przez palce czasu.

Jeśli więc na blogach kulinarnych szukacie ucieczki od obowiązków, mam złą wiadomość! Przygotowanie obiadu nie będzie dziś jedną z nich :) zielone risotto wniesiecie gotowe na stół niecałe pół godziny po przekroczeniu progu kuchni.

Właściwie przepis, który dla Was mam to coś więcej niż risotto. Zdecydowanie nie jest klasyczne! Przygotowałam je z mieszanki brązowego ryżu, komosy ryżowej, amarantusa i bulguru z łubinu, przemycając tym samym dużo zdrowego urozmaicenia. Dobra wiadomość – nie musicie mieć tych egzotycznych ziaren w kuchennych szufladach. Wszystkie znajdziecie w mieszance „Ziarna Inków” z Rice&More, nowej serii produktów Monini. Bardzo je sobie upodobałam, szybko się gotują i są pyszne! Rozwiązują też mój częsty dylemat między kaszami i ryżem (uwielbiam je jednakowo). Przygotuję dla Was przepis z każdą mieszanką w roli głównej. Będzie bardzo pysznie i różnorodnie, obiecuję!

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone „risotto"
ze szpinakiem, groszkiem i serem kozim

2-4 porcje

2 łyżki oliwy
1 szalotka
2 małe ząbki czosnku
200 g mieszanki Rice&more "Ziarna Inków"
650ml bulionu drobiowego lub warzywnego

200 g groszku zielonego mrożonego
120 g szpinaku
1/3 szklanki listków bazylii
skórka z ½ cytryny
180 ml gorącej wody

100 g sera koziego pleśniowego
½ małej cukinii + odrobina oliwy do podsmażenia
świeżo mielony czarny pieprz

Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy drobno posiekaną szalotkę i czosnek. Dusimy aż zmiękną, przez około dwie minuty, a następnie dodajemy mieszankę ziaren. Podsmażamy jeszcze dwie minuty, po czym podlewamy bulionem (lekko ponad poziom ryżu). Gotujemy na najmniejszym ogniu, często mieszając, na bieżąco uzupełniając bulion małymi porcjami – tak, jak przy przygotowywaniu klasycznego risotto.

W międzyczasie w blenderze lub malakserze mrożony groszek zalewamy gorącą wodą. Dodajemy umyty i osuszony szpinak, bazylię oraz skórkę z cytryny. Całość miksujemy pulsacyjnie, pozostawiając w masie niewielkie grudki.

Po dodaniu całego bulionu, kiedy „risotto” osiągnie odpowiednią konsystencję, wlewamy zieloną masę. Dorzucamy także połowę sera koziego (50 g) w małych kawałkach. Wszystko mieszamy delikatnie i gotujemy jeszcze 4-5 minut. W międzyczasie na patelni podsmażamy plastry cukinii. Gotowe risotto doprawiamy ewentualnie do smaku solą (czy będzie to konieczne zależy od bulionu – zdarzają się mniej i bardziej słone).

Risotto podajemy w głębokich talerzach, przyozdobione podsmażonymi plastrami cukinii, resztą koziego sera i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Smacznego! 

A teraz najlepsze - prezenty!  Gorąco zachęcam Was do udziału w konkursie, w którym do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid! Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki Rice&More i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Powodzenia! :)

Wiele wiosen przy jednym stole

Wiosna to moja pora roku. Urodziłam się wiosną, wieczną wiosną chciałabym żyć, i coś mi mówi, że jak już przyjdzie mój czas, to wiosną również odejdę. Na wiosnę podjęłam wiele ważnych decyzji - cztery lata temu stworzyłam Coutellerie, trzy – obrałam życiowy kierunek: Wrocław, dwa – zorientowałam się, że pasja zaczęła dawać mi na chleb i nagle wiem, co chcę robić w życiu, a przed rokiem kupiłam bilet do Japonii, na odważną wyprawę, która zmieniła moje życie. Tej wiosny zamierzam skończyć kolejny etap edukacji, a następnie z wielkim zaciekawieniem popatrzeć, co mi przyniesie nowy dzień. 

Ale dziś nie o tym! Zmierzam do tego, że wiosna, co roku grając w moim życiu ważną rolę, stała mi się bliska i nie mogę pojąć, że przeżyłam ją ledwie kilkanaście razy w życiu (te pierwsze kilka się nie liczy, bo nie mam prawa ich pamiętać). Tak dobrze znam uczucie radości, które przynosi pierwsze słońce, przypływ piegów, wyjście z domu bez płaszcza, piknik, rzodkiewki, pierwsze truskawki, powoli nabierające smaku pomidory. Poczuwszy to szczęście w tym roku, dałabym sobie rękę uciąć, że doświadczałam go w życiu częściej; że znam je o wiele za dobrze jak na to, ile mogłam go mieć w tych „marnych” kilkunastu razach. 

Te wszystkie młode szpinaki, natki i marchewki wiosenny staż na polskich stołach mają dużo dłuższy. Właściwie, choć pojedynczo doświadczają tylko jednej, jako gatunek taką wiosnę w dużym stopniu tworzą. I z niezmiennym sukcesem ekscytują co roku, od kilkunastu, kilkudziesięciu, kilkuset pokoleń. A ile wiosen ma za sobą drewniany stół, który stoi w kuchni w moim rodzinnym domu? Ile zjedzono przy nim nowalijkowych obiadów, ile przewinęło się przez niego bukietów bzu? Tata nie wie, to nie będę zgadywać. Ale czy to pięćdziesiąt, sto, czy dwieście lat, z pewnością wystarczyło, by na jego blacie zapisało się dużo ważnych informacji. Informacji o tym szczęściu, które wyżej Wam opisywałam. Bo zadrapania to z noża, który omsknął się przy krojeniu marchewek, okrągły ślad po gorącym garnku ze świeżo ugotowanym Pięknym Jasiem, a te ciemniejsze plamki to (niezbędne w wiosennym zestawie) wino, które którędyś uciekło z kieliszka.

Wszyscy, których gusta i apetyty dojrzewają w rytmie zgodnym z kalendarzem – dla Was jest dzisiejszy przepis. Nie chodzi tylko o sezonowe składniki, ten obiad jest wiosenny w swojej istocie. Bo charakter ma prosty i polski, a do tego łatwo go przyrządzić, nie zatrzyma Was na długo przy kuchence. Sycący, ale lekki, najlepiej smakuje jedzony na słońcu, więc w miarę możliwości serwujcie na balkonie, w ogrodzie, na parapecie przy oknie… a to, co zostanie (i na drugi dzień będzie jeszcze smaczniejsze) zapakujcie na wynos i zabierzcie na piknik w parku. Dobrej wiosny, która by to dla Was nie była!

Fasola z patelni
ze szpinakiem, cytryną i orzechami

na podstawie przepisu Heidi Swanson

3-4 porcje

  • 2 łyżki oliwy
  • 170 g ugotowanej białej fasoli, dużej, np. Piękny Jaś*
  • 50 g orzechów włoskich (łuskanych)
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 200 g listków młodego szpinaku
  • duża szczypta gałki muszkatołowej
  • 40 g rodzynek
  • skórka otarta z 1 cytryny (niewoskowanej)
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka listków świeżego tymianku
  • pieprz, sól (jeśli mamy, bardzo pasuje wędzona!)
  • parmezan, natka pietruszki, pieczywo, jajo sadzone, etc.

* W ostateczności można oczywiście użyć fasoli z puszki, ale zdecydowanie lepiej sprawdzi się ta ugotowana własnoręcznie. Lepiej trzyma kształt i jest większa, zresztą generalnie więcej w niej zdrowia i smaku! Ja gotuję za jednym razem większą ilość fasoli i trzymam ją w wodzie w lodówce, zużywając po trochu – spokojnie wytrzymuje do tygodnia.

Samo podsmażanie zajmie nam kilka minut, dlatego zaczynamy od przygotowania wszystkich składników. Fasolę płuczemy i dokładnie odsączamy na sitku, czosnek drobno siekamy, szpinak myjemy i suszymy. Ścieramy skórkę z cytryny, wyciskamy z niej sok. Obrywamy listki tymianku.

Na suchej patelni najpierw prażymy orzechy. Kiedy wydobędziemy z nich aromat, przekładamy do miseczki i rozgrzewamy na patelni oliwę. Wrzucamy fasolę i na średnim ogniu podsmażamy przez kilka minut, co jakiś czas poruszając patelnią. Kiedy z jednej strony się zbrązowi, intensywnie mieszamy, by przewrócić wszystkie fasolki na drugi bok (kilka pewnie trzeba będzie obrócić ręcznie). Dorzucamy na patelnię czosnek, a po kilku chwilach także szpinak oraz tymianek. Doprawiamy gałką, solą i pieprzem. Dusimy do zmięknięcia szpinaku. Na koniec dorzucamy rodzynki, skórkę i sok z cytryny. Całość podgrzewamy jeszcze przez minutę, po czym zdejmujemy z ognia. Na talerzu posypujemy płatkami parmezanu, a także posiekaną natką pietruszki, jeśli mamy ochotę.

Podajemy z czym dusza zapragnie, pod warunkiem, że są to dobra wiosenne. Na przykład takie, jak młode marchewki glazurowane w miodzie gryczanym (jeszcze zeszłorocznym, ale zapasy trzeba wykończyć). Do tego jajo sadzone (czy też na miękko lub w koszulce, wolna amerykanka), kromka dobrego chleba (u mnie oczywiście chleb maminy) i cześć!

Glazurowane młode marchewki
w miodzie gryczanym

2-4 porcje

  • 1 pęczek młodych marchewek
  • 2 łyżki oliwy
  • łyżka miodu gryczanego
  • szczypta soli

Obcinamy natki i dokładnie szorujemy marchewki. W całości (bez obierania) układamy je w naczyniu do gotowania na parze. Wyciągamy po 5-6 minutach (zależnie od wielkości) – mają lekko zmięknąć, ale nie rozpadać się. Marchewki można też ugotować w osolonej wodzie. Po przestudzeniu kroimy wzdłuż na połówki lub ćwiartki, jeśli są większe.

Na patelni rozgrzewamy oliwę. Dodajemy miód, a kiedy rozpuści się i wymiesza z oliwą, zwiększamy ogień i układamy na patelni marchewki. Doprawiamy solą. Podsmażamy marchewki na dużym ogniu aż do zezłocenia, poruszając patelnią, aby glazurowały się równomiernie. Po kilku minutach odwracamy je delikatnie na drugą stronę i trzymamy jeszcze kilka minut.

Smacznego!

Zielono mi

Co roku na etapie wiosennego przesilenia mój żywot staje się straszliwie monochromatyczny. Ja bynajmniej nie o tym, że od jakichś dwóch tygodni wszystko za oknem jest szare (okazuje się, że narzekanie nijak tego nie zmienia)! Choć z upartą zimą nie jest łatwo – kończą mi się zapasy kakao, noszę na zmianę wszystkie swoje bure swetry, i mogłabym przysiąc, że nawet Luizjana jakoś ostatnio pociemniała – to dzisiaj, po tym przemyconym pomruku niezadowolenia, skupię się na tym, jak co roku na etapie wiosennego przesilenia łapię się na jedzeniu wyłącznie zielonych rzeczy.

Regularnie zdarza mi się popaść w skrajność. W tym roku jeszcze tego nie robiłam, ale czeka mnie tydzień detoksu sokowego, podczas którego w moim menu będą wyłącznie zielone koktajle. Póki co nie chcę wymagać od siebie za dużo. Wciąż potrzebuję comfort foodów, matchy z mlekiem, gęstego kremu z brokułów, zielonego curry, ziemniaków niewidocznych spod zielonego koperku, gorącego jarmużu, makaronu szpinakowego, słodkiego groszku i bazyliowego pesto. Jem normalnie i tak, jak czuję – wydaje się, że przemawia przeze mnie zapotrzebowanie na chlorofil. Może trochę udawane? Bo nawet lody pistacjowe, na których w niektóre dni opiera się ostatnio moja dieta, są w kolorze zielonym. Daję słowo, nie robię tego specjalnie; czuję jednak w kościach, że to nie przypadek. Strasznie chciałabym podśpiewywać już Osiecką (którą – to wiadomo), ale choć na niektórych gałązkach pojawiają się powoli nowe pączki, póki co ciągle jest mi zdecydowanie szaro. 

Żeby monochromatyzm nie kojarzył się z czernią i bielą, chętnie zarażę Was wszystkich moimi inklinacjami ku kolorowi natury. Zacznijmy od pełnoziarnistego szpinakowego makaronu z groszkiem i pesto, którego zjadłam 2,5 porcji za jednym zamachem. To propozycja obezwładniająca w swojej prostocie - jeśli będziecie chcieć więcej, z przyjemnością stworzę dożywotnie menu oparte wyłącznie na zieleni. Do czasu pojawienia się liści na drzewach i szczypiorków na straganach zawsze mamy przecież lody pistacjowe!

Zielony makaron z pesto i zielonym groszkiem

4 porcje

200 g tagliatelle ze szpinakiem*
200 g zielonego groszku
2 kopiaste łyżki pesto alla genovese**
skórka i sok z ½ cytryny
1 łyżka masła lub oliwy
2 ząbki czosnku
2/3 – 1 szklanka wody bulionu
parmezan lub grana padano do podania
świeżo mielony czarny pieprz
prażone pestki słonecznika lub orzeszki piniowe

Mimo lekkiej sprzeczności z tematem dzisiejszego wpisu, danie będzie równie udane w wariancie wielobarwnym. W smaku różnica między szpinakowym a zwykłym makaronem jest niewielka, możecie śmiało użyć rodzaju, który najbardziej lubicie.
** Możecie użyć domowego, również innego niż genueńskie (ciekawe jak smakowałoby tu szałwiowe!), ale pesto ze sklepu też sprawdzi się idealnie, jeśli jest dobrej jakości.

W woku – lub dużej, głębokiej patelni – rozgrzewamy masło (lub oliwę). Dodajemy posiekany czosnek i chwilę dusimy. Dorzucamy groszek (może być zamrożony) i na dużym ogniu smażymy przez kilka minut, często mieszając. Dodajemy skórkę z cytryny, sok i pesto, całość mieszamy i zalewamy bulionem. Dusimy około 15 minut, podczas mieszania rozcierając lekko ziarenka groszku. Kiedy prawie cały bulion odparuje, w osolonej wodzie gotujemy makaron. Gdy wciąż będzie twardawy, szczypcami lub łyżką cedzakową wyciągamy go i wrzucamy na patelnię z sosem. Dolewamy ok. ½ - 1 szklankę wody z gotowania. Na sporym ogniu podgrzewamy całość intensywnie mieszając, aby sos odparował i dokładnie pokrył makaron. Podajemy od razu, doprawiając porcje świeżo mielonym czarnym pieprzem, twardym serem startym na wiórki lub płatki i podprażonymi pestkami słonecznika lub orzeszkami piniowymi. Smacznego!

Zielona rewolucja

Jeszcze nie tak dawno temu, green smoothies – z rezerwą nazywane „potworzastymi” – przyciągały zdziwione spojrzenia i często budziły u nas ambiwalentne uczucia. Dziś są nowym chlebem powszednim, spożywanym na drugie śniadanie przez wielu z nas. Widnieją w menu licznych kawiarni, opatrzone właściwymi hasztagami bombardują Instagram, a swoją wszechobecnością nie prowokują już w zasadzie żadnego sceptycyzmu. To ogromny sukces! Pora przybić sobie piątkę i należycie uczcić go porządną zielonokoktajlową libacją.

W kwestii świadomości żywieniowej społeczeństwo idzie do przodu jak burza. Popularność zdrowego jedzenia wzrasta z każdym dniem, przemawiając do coraz większej liczby osób w całej Polsce. Są wśród nich również tacy, którym ciągle mało! Ludzie wiecznie – nomen omen – głodni, nieustannie próbujący i poszukujący nowości. Nie bez radosnej bezsilności przyznam, że sama do tego grona należę. Zielone koktajle są u mnie na porządku dziennym, a jednak ich zbawienna moc zaczęła ostatnio pozostawiać mi lekki niedosyt. Czując chęć zaskoczenia się kolejną dokładką zdrowia w moim menu, postanowiłam oswoić zielony kolor jeszcze bliżej i upchnąć dobroczynne liście szpinaku w nowym deserze. A że akurat miałam ochotę na ciasto...

Efekt niecodziennego połączenia przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Smak szpinaku gdzieś się ulotnił, zostały natomiast jego wartości odżywcze – minerały takie jak żelazo, kwas foliowy, magnez i potas, liczne przeciwutleniacze oraz witaminy. Zachowały się także jego właściwości przeciwnowotworowe, sporo błonnika, i wreszcie – chlorofil, a więc i piękny zielony kolor! Do towarzystwa dobrałam mu kompanów, z którymi niejednokrotnie tworzył udane kombinacje w moich koktajlach – słodkiego ananasa, świeżego w smaku kokosa i dużo orzeźwiających cytrusów. To ciasto, jakiego jeszcze nie jedliście. Uczyńmy je wspólnie następnym zielonym ewenementem!

Cytrusowe ciasto szpinakowe
z kremem kokosowym

na dwie formy o średnicy 20 cm (4-piętrowy tort)

ciasto:
240 g mąki pszennej pełnoziarnistej
200 g cukru trzcinowego
40 g wiórków kokosowych
3 jajka
200 g młodego szpinaku
150 ml delikatnego oleju roślinnego, np. ryżowego lub rzepakowego
3 łyżeczki proszku do pieczenia
sok i skórka 1 niewoskowanej cytryny
duża szczypta soli morskiej

krem:
2 puszki mleczka kokosowego, schłodzone i niewstrząśnięte przez min. 24 godziny
500 ml śmietanki kremówki
250 g mascarpone
100 g cukru pudru (lub więcej do smaku)

do przełożenia:
150 ml likieru kokosowego
100 ml świeżego soku ananasowego lub z pomarańczy
300 g kwaskowej konfitury, np. z porzeczki lub malin

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 170 stopni. Przygotowujemy tortownice, wykładając ich dna pergaminem i delikatnie natłuszczając boki. Jeśli nie mamy dwóch jednakowych form, możemy upiec partie jedna po drugiej  lub też wykorzystać większą formę (23-26 cm) i zrobić większy, ale niższy tort.

Umyty i osuszony szpinak blendujemy z olejem na gładką zieloną masę. Dodajemy sok i skórkę z cytryny oraz wiórki kokosowe i dokładnie mieszamy. W osobnym naczyniu ubijamy mikserem jajka, dodając stopniowo cukier. Kiedy będą puszyste, dodajemy masę szpinakową i na najniższych obrotach miksujemy, aż całość dokładnie się połączy.

W międzyczasie do dużej miski przesiewamy mąkę (jeśli na sicie zostaną otręby, nie dodajemy ich) wraz z proszkiem do pieczenia i solą. Mieszamy suche składniki z mokrymi, otrzymując gładkie, płynne ciasto. Przelewamy je do przygotowanych tortownic. Pieczemy ok. 45 minut, do suchego patyczka (dłużej, jeśli korzystamy z większej formy, piekąc całe ciasto naraz). Po wyjęciu z piekarnika dajemy ciastom odpocząć 15 minut, następnie wyciągamy z blaszek i studzimy całkowicie na kratce. Nie przejmujemy się intensywnym zapachem szpinaku – to etap przejściowy, który zniknie po schłodzeniu!

Przygotowujemy krem. Puszki mleczka kokosowego otwieramy ostrożnie i odlewamy oddzieloną wodę (warto zachować ją do koktajlu czy owsianki!). Będziemy potrzebować jedynie twardej części zebranej na dole puszki. W dużej misce ubijamy śmietankę, pod koniec dodając stopniowo cukier. Zmniejszamy obroty miksera i dorzucamy mascarpone oraz białą część puszek mleka kokosowego.  Miksujemy całość na gładki, puszysty krem, w razie potrzeby dodatkowo go dosładzając. Chłodzimy.

Każde ciasto dzielimy długim nożem z piłką na dwa równe blaty. Jeśli podczas pieczenia urosły im górzyste wierzchy, obcinamy je. W szklance mieszamy likier kokosowy z sokiem. Pierwszy blat układamy na paterze i nasączamy jedną czwartą tej mieszanki. Smarujemy konfiturą i kładziemy warstwę kremu kokosowego. Przykrywamy drugim blatem i powtarzamy wszystkie czynności. Ostatniego, czwartego blatu, po nasączeniu nie dekorujemy już konfiturą. Przykrywamy warstwą kremu, ozdabiamy nim także boki tortu. Dekorujemy świeżymi owocami lub jadalnymi kwiatami. Ciasto najlepiej smakuje na drugi dzień, po schłodzeniu i przegryzieniu. Smacznego!

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie.pl!

 

Zielona bogini

Kiedy napotykam coś zwyczajnego, co - naturalnie ku wielkiemu zaskoczeniu - wbija mnie w fotel, z marszu podejmuję próby jak najdokładniejszego zlokalizowania elementu odpowiedzialnego za sukces. Oczywiście dopiero po tym, jak dam sobie czas na odczucie i przetrawienie wspaniałości przeżycia. (Przetrawienie niekiedy dosłowne, gdyż owe zachwycające acz proste rzeczy znajduję też czasem na talerzu). W każdym razie kiedy się już nacieszę, nie muszę dumać i szukać, bo najczęściej od razu wiem co dokładnie mnie ujęło.

To właściwie nieadekwatne sformułowanie, gdyż – tak jak napisałam na początku – ujmuje mnie całość dzieła, przedmiotu, czy dania. Zawsze jednak wynajduję ten jeden konkretny niuans, który przeważa szalę mojej opinii z bardzo dobrej, na wyjątkowo. Wiecznie wystawiony język Luizjany. Skrzypce w perfekcyjnym momencie „Perfect Day”. Wspomnienie mojego paryskiego okna, z prywatnym, niepowtarzalnym widokiem na sam czubek wieży Eiffla. Przybrudzony maleńki grawer GASTRONOMIA na łyżce z pchlego targu. Czarna kawa Dale’a Coopera, obłoki opisane w „Cudzoziemcy” Baudelaire’a, albo te dwie kropki-oczy w jednej dziurce mojej tarki, czyniące ją tak naprawdę zakamuflowanym niemowlakiem! Długo mogłabym wymieniać małe detale, dzięki którym rzeczy stają mi się bliskie, ale pewnie narobiłam Wam zdjęciami apetytu, więc przejdę już do jedzenia.

Kojarzycie jak rozkosznie rozgryza się kulki tapioki po każdym kolejnym łyku bubble tea? Widzicie oczami wyobraźni jak niepełny byłby kurczak z rożna bez chrupiącej skórki? Jak niezbędna kieliszkowi tequili jest sól przed i cytryna po? Czasem chodzi o połączenia smaków – czym byłby grillowany oscypek bez żurawiny? – kiedy indziej, o cechy indywidualne – bo gdzie podziałby się geniusz pralin Lindor, gdyby nie wrażenie chłodu na języku, które wywołuje ich rozpuszczany powoli środek... I wreszcie – czasem istotą są sekretne patenty. Nie bez powodu  babcine pierogi są nie do powtórzenia we własnej kuchni.

W moim dzisiejszym przepisie jest po trochu każdego rodzaju magii. Niemal jak w przykładzie świętej kanapki z indykiem Rossa Gellera. Jej sekretem był "moist maker", czyli specjalna wkładka z nasączonej sosem pieczeniowym dodatkowej kromki chleba w środku. Czyniło to ją tak pyszną, że Ross niemal stracił zmysły gdy ktoś mu to cudo podkradł w pracy. W mojej zielonej kanapce, tę samą robotę robią prażone pestki słonecznika, kontrastujące z kremową mozzarellą, mazistym awokado i soczystym ogórkiem. Bardzo pyszna kanapka ta będzie także bez nich, nie mam wątpliwości. Ale to za ich sprawą pyszna będzie wyjątkowo. To one czynią z niej boginię.

Kanapka Zielona Bogini
z awokado, mozzarellą i pestkami słonecznika

1 porcja (2 kanapki)

2-3 łyżki ziaren słonecznika uprażonych na suchej patelni
1 kulka dobrej włoskiej mozzarelli, najlepiej bawolej (di bufala)
garść świeżego szpinaku lub innej zieleniny, np. sałaty dębowej lub roszponki
5-cm kawałek ogórka wężowego
½ niedużego awokado, najlepiej hass
½ pęczka szczypiorku
ok. 2 łyżek pesto genovese*
sól, świeżo mielony czarny pieprz
4 kromki ulubionego pieczywa, szczególnie polecam żytni chleb razowy

* jeśli używacie sklepowego, patrzcie na skład! na pierwszym miejscu obowiązkowo bazylia, później najlepiej oliwa z oliwek. nie żadne wody, oleje rzepakowe i inne wynalazki.

Instrukcja składania kanapek jest prawdopodobnie zbędna, napiszę więc tylko kilka wskazówek. Pieczywo można zgrillować, ja niemal zawsze tak właśnie robię. Chyba, że na stole jest akurat super świeży bochen chleba na zakwasie, np. ulubionego rycerskiego.

Ogórka kroimy w jak najcieńsze plasterki, szczypiorek siekamy drobno bardzo ostrym nożem, a awokado kroimy na plastry w skórce i wyciągamy łyżką. Rekomendowana kolejność układania składników (minimalizuje wypadanie poszczególnych warstw na boki): pieczywo – pesto – mozzarella – słonecznik – (sól, pieprz) – ogórek – szpinak – awokado – pesto – pieczywo.

Taka kanapka (jak każda słuszna) nawet mimo dopracowanej kolejności nie jest najwygodniejsza w obsłudze. To cena, którą trzeba zapłacić by móc zmieścić w niej naprawdę dużo dobroci. Aby ułatwić sobie konsumpcję, warto kanapki zawinąć w folię lub papier śniadaniowy (tak, jakbyśmy pakowali je na wynos), po czym ostrym nożem z ząbkami przekroić sprawnym ruchem na pół. Opakowanie trzyma w ryzach zawartość kanapek, a my możemy w spokoju dobierać się do nich od środka.

Smacznego!