How to sprout Chickpea (and not only)

Już myślałam, że nie było mnie za długo, by przełamać milczenie i wrócić, a jednak! Jestem z powrotem i już zostaję. Żeby wynagrodzić Wam dwa miesiące ciszy przynoszę dużo materiałów. Pod lupę biorę dziś kiełki, chcąc wszystkich Was zachęcić do ich domowej produkcji. Przeczytajcie moje szczegółowe instrukcje – co i dlaczego warto w domu kiełkować, a przede wszystkim jak to robić (sposobów jest kilka, wszystkie proste!). Materiał opublikowany został w najnowszym numerze mojego ulubionego magazynu Chickpea – wegańskiego, pełnego przepisów i wartościowych treści, jak zwykle przepięknie oprawionego graficznie. Nowy numer w wersji online kupicie TUTAJ, a pod tym linkiem jest darmowa próbka tego, co w środku! Razem z czterema przepisami na moje dania z wykorzystaniem kiełków z gryki, ciecierzycy, soczewicy i słonecznika.

IMG_5709.jpg

Zwykle czekam z publikowaniem materiałów z Chickpea do dnia, w którym dotrze do mnie papierowy magazyn, ale teraz nie mogłam się powstrzymać. Przyszła zima, idealna pora na wielkie kiełkowanie! Czy budzące się do życia nasiona, ziarna i orzechy nie kojarzą Wam się bardziej z wiosną, tak jak mnie? Wtedy przecież budzi się cały świat, i to bez naszej pomocy. Tymczasem kiełkować warto przez cały rok! A tą chłodną i ciemną porą dodatkowe wartości odżywcze szczególnie się nam wszystkim przydadzą.

Zapraszam na moje kompletne WPROWADZENIE DO KIEŁKOWANIA, czyli Sprouting 101 (Chickpea to magazyn anglojęzyczny). Jeśli ktoś z Was miałby problem z angielskim, piszcie do mnie śmiało, a pomogę!

Nie tłumaczyłam tekstu celowo, po części dlatego, że chcę zacząć testować pisanie bloga po angielsku. Co byście na to powiedzieli? Czytalibyście chętnie, czy to dla Was przeszkoda?

title.jpg
Screenshot 2018-11-19 at 18.50.19 copy.jpg

Kiełkowaliście wcześniej w domu? Bardzo polecam spróbować! Jeśli lubicie wyzwania takie jak chleb na zakwasie, hodowanie kombuchy czy domowe kiszonki, koniecznie dodajcie kiełki do repertuaru żyjących projektów w swojej kuchni. Jeśli jest na odwrót i jedyne na co się porywacie to próby posadzenia drzewka z pestki awokado, właśnie od kiełkowania warto zacząć – nie wymaga ono dużego zaangażowania i żadnych specjalistycznych warunków.

Chciałabym też porzucić stereotyp kiełków jako splątanej garstki lucerny, która swego czasu dekorowała co drugi talerz ze zdrowym posiłkiem. Skiełkowane ziarna, nasiona i strączki są niesamowicie ciekawe, różne, mają ogromy potencjał! Sami zobaczcie jakie dania można z nich przygotować.

IMG_5768 copy.jpg

Falafel ze skiełkowanej ciecierzycy

4 porcje

  • 2 szklanki skiełkowanej ciecierzycy

  • 1 pęczek natki pietruszki

  • 2 małe ząbki czosnku

  • 1/2 średniej cebuli

  • sok z 1/2 cytryny

  • 1 płaska łyżeczka mielonego kuminu

  • 1/2 łyżeczki mielonej kolendry

  • 1/2 łyżeczki cynamonu

  • 1/2 łyżeczki pieprzu kajeńskiego/chili

  • 1/2 łyżeczki soli

  • 2-3 łyżki zimnej wody (lub więcej, do konsystencji)

  • olej roślinny do smażenia

 Umieść wszystkie składniki oprócz wody i oleju w malakserze (blenderze z ostrzem w kształcie “S”) i zmiksuj dokładnie, ale nie za gładko. Dodawaj wodę, łyżka po łyżce, tylko tyle by masa zaczęła się kleić i miała konsystencję odpowiednią do formowania falafeli w dłoni. Odstaw do lodówki na minimum godzinę.

Na głębokiej patelni rozgrzej olej – tyle, by przykrył dno (nie będziemy smażyć na głębokim tłuszczu). Z masy ciecierzycowej formuj okrągłe, spłaszczone falafele. Smaż na średnim ogniu z obu stron aż do zezłocenia. Po zdjęciu z patelni ułóż na ręczniku papierowym aby pozbyć się nadmiaru oleju. Podawaj z sosem z tahini, świeżymi lub pieczonymi warzywami, w pitach, lub w jakiejkolwiek aranżacji, na którą przyjdzie Ci ochota. Najlepiej smakują świeżo po usmażeniu, kiedy wierzch jest przyjemnie chrupiący, ale możesz przygotować je wcześniej i przechowywać w lodówce lub zabrać ze sobą na wynos.

IMG_5830.jpg

Śniadaniowy “budyń” ze skiełkowanej gryki

4 porcje

  • 2 szklanki skiełkowanej gryki

  • 1 duży banan

  • 5 dużych, świeżych daktyli, bez pestek

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego

  • szczypta soli

  • 1/2 – 1 puszki mleka kokosowego

  • dodatki, takie jak sezonowe owoce, syrop daktylowy, bakalie

Wszystkie składniki prócz mleka kokosowego i dodatków umieść w blenderze. Zacznij miksować na wysokich obrotach, powoli dodając mleczko, aż do uzyskania pożądanej gęstości budyniu. Kiedy będzie gładki i kremowy, przełóż do misek i udekoruj każdą porcję dodatkami.

IMG_5746 copy.jpg

Mleko ze skiełkowanych nasion słonecznika z tonką

2-4 porcje w zależności od wielkości

  • 1 szklanka skiełkowanego słonecznika*

  • 1 1/2 - 2 szklanki wody

  • 1 małe ziarno tonki

  • szczypta soli

  • 1/2 łyżeczki kurkumy

  • 1/3 szklanki syropu z klonowego, lub do smaku

  • kostki lodu do podania, jeśli na zimno

*W tym przepisie ważne jest, by użyć młodych (1-2 dniowych) kiełków słonecznika. Im dłużej kiełkują, tym ostrzejszy ich smak. Robią się też coraz bardziej zielone i chrupiące, co jest świetne w sałatkach, ale mleko czyni mniej kremowym.

Umieść nasiona słonecznika w blenderze z wodą. Zetrzyj pół ziarna tonki (robię to na microplanie, ostrze tarki musi być mocne, bo ziarenka są twarde!) i dodaj do blendera razem z solą i kurkumą. Miksuj na wysokich obrotach przez dwie minuty lub tak długo, aż mikstura będzie idealnie gładka. Odcedź mleko używając specjalnego woreczka lub po prostu gazy, wyciskając je do ostatniej kropli ze słonecznikowej pulpy (tę ostatnią wykorzystaj w cieście lub do zrobienia wegańskiego twarożku!). Do mleka zetrzyj drugą połowę ziarna tonki, dodaj też syrop klonowy. Podawaj z lodem jako alternatywę dla kawy mrożonej, lub na ciepło!

IMG_5711 copy2.jpg

Sałatka z kiełków zielonej soczewicy

4 porcje jako dodatek

  • 1 szklanka skiełkowanej zielonej soczewicy

  • 1/2 szklanki migdałów

  • garść ulubionych liści (np. sałaty rzymskiej, rukoli, szpinaku)

  • 5 małych moreli

  • garść czereśni, bez pestek

    dressing cytrusowy:

  • sok z 1 cytryny

  • 1 łyżeczka syropu klonowego

  • 3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

  • chluścik sosu sojowego lub tamari

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Wyłóż migdały na blachę i praż je przez 8-12 minut, aż zciemnieją i zaczną pięknie pachnieć. Wyjmij z piekarnika i odstaw do wystudzenia. W międzyczasie ugotuj skiełkowaną soczewicę na parze. Zajmie to około 10 minut, powinna być al dente. W dużej misce wymieszaj resztę składników – liście, morele, czereśnie. Dodaj soczewicę. Składniki na sos umieść w słoiku i wymieszaj intensywnie nim potrząsając. Dodaj dressing do sałatki, wymieszaj i obsyp posiekanymi prażonymi migdałami.

Smacznego!

Marchewki w Przepiśniku

IMG_1762.jpg

Z rozpędu wycisnęłam ostatnio o wiele za dużo soku z czerwonych pomarańczy. W tym, czego nie udało mi się wypić, postanowiłam utopić trochę marchewek, a następnie piec je tak długo, aż cały sok wypiją za mnie. Wyszły rozkosznie słodko-kwaśne, miękkie i spieczone, a z soku pozostał gęsty syrop, który z każdej strony je oklejał. Można bez końca jeść je solo, jako przekąskę, choć wyobrażam sobie, że byłyby ciekawym dodatkiem do (mniej lub bardziej) orientalnego obiadu. 

IMG_1768 copy.jpg

Przepis na te marchewki przekazuję Wam w niecodziennej formie, bo chcę przy okazji pochwalić się moim nowym Przepiśnikiem. Jest on dziełem bardzo wszechstronnie uzdolnionej istoty, Marty z Urban Dinner, duetu który współtworzy z Natalią. Możecie u dziewczyn zjeść niezapomnianą kolację przez Eataway, do czego mocno Was zachęcam. To portal łączący gotujących od serca gospodarzy z gośćmi, którzy trafiają dzięki niemu pod dachy wspaniałych ludzi, i z takimi samymi spotykają się przy stole. Świetna inicjatywa i dużo pysznego jedzenia! O Marcie przeczytacie więcej w tej rozmowie

Możecie też zaklepać sobie własny egzemplarz Przepiśnika (najlepiej z odbiorem własnym przy kolacji), ale lepiej zróbcie to szybko – wydrukowane zostały w ograniczonym nakładzie (przy pomocy techniki riso, japońskiej, tak przy okazji)! Polecam całym sercem, bo właśnie serca i miłości w tym wszystkim bardzo dużo.

PS. Czy ta mała tarka nie wygląda trochę znajomo?!

eataway

Glazurowane marchewki słodko-kwaśne
pieczone w soku z czerwonych pomarańczy

ok. 4 porcji

Przepis tutaj (proszę krzyczeć, jeśli nie da się rozczytać) ⬇

IMG_1771.jpg
IMG_1778 copy.jpg

Pobudka

Ostatnie miesiące były dla mnie wymagające i pełne wrażeń. Kilka razy miałam pod górę i kusiło mnie, by zrobić w tył zwrot, a najchętniej po prostu uciec na drugi koniec świata albo zapaść w sen zimowy. Nie było mi dane; ale w tym ostatnim wyręczył mnie mój biedny, zapomniany blog. Bardzo długo nic się tu nie działo, ale przyszedł czas pobudki! Dzięki chwilowemu uśpieniu Coutellerie, dzięki słońcu i temperaturom już-prawie-dwucyfrowym, dzięki odkrytym letnim owocom w zamrażarce – wracam!

Przygotowanie wpisu na bloga to sporo zabawy. Znaleźć wolny poranek, zaplanować, ugotować, powtórzyć, powtórzyć jeszcze raz i spisać proporcje, wreszcie zrobić zdjęcia, przygotować je do publikacji i opatrzyć całość ładnym słowem wstępu. Choć przez jakiś czas czułam, że nie mam już do tej zabawy serca, to musiał być jakiś koszmar senny. Po pobudce okazuje się, że za tym – i za wami – tęskniłam!

Każdy wie, że po przebudzeniu najważniejsze jest śniadanie (zaraz po szklance wody z cytryną lub octem, ale o tym opowiem w następnym wpisie). Spoczywa na nim wielka odpowiedzialność – musi przygotować nas na nadciągający dzień, wartością odżywczą zapewniając krzepę, a pysznym smakiem dobry nastrój. Mam wspaniałą wiadomość! Udało mi się znaleźć poranek, zaplanować, zrobić, powtórzyć, spisać proporcje, sfotografować i napisać wstęp. I dziś na śniadanie jemy pełnoziarniste gofry z mąki gryczanej. Idealnie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, leciutkie. O orzechowym posmaku gryki, niesłodkie, a więc z solidnym kleksem syropu klonowego, na poduszce z kwaśnej śmietany i podduszonych jagód zamrożonych latem. Sycące i zdrowe, a cieszą jak deser nad Bałtykiem. Dla takiej pobudki warto było na trochę przysnąć.

Idealne gofry gryczane

4 porcje
źródło przepisu

  • 145 g pełnoziarnistej mąki gryczanej
  • 1 łyżka nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 1 ¼ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • duża szczypta soli
  • 1/2 łyżeczka mielonej wanilii lub cynamonu
  • 300 ml maślanki lub kefiru
  • 1 duże jajko
  • 30 g rozpuszczonego masła (4 łyżki) + więcej do smarowania gofrownicy
  • do podania: syrop klonowy, śmietana, owoce (użyłam zamrożonych latem jagód, lekko podgrzanych)

Rozgrzej gofrownicę do maksymalnej tempatury. Do dużej miski wsyp suche składniki – mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę, sól i wanilię (lub cynamon). W osobnym naczyniu wymieszaj maślankę lub kefir (użyłam mieszanki, bo akurat jedno i drugie miałam otwarte w lodówce), roztrzepane jajko i rozpuszczone masło. Wlej mokre składniki do suchych i wymieszaj szpatułką, tylko do połączenia, jak najkrócej! Ciasto będzie dość gęste, klejące trochę jak namoczone siemię lniane. Odstaw na 5 minut.

Powierzchnię gofrownicy smaruj odrobiną rozpuszczonego masła (najłatwiej robić to silikonowym pędzlem) przed każdą partia gofrów. Nakładaj około 2 łyżek ciasta na gofra (w zależności od rozmiaru gofrownicy). Gofrownicę otwórz dopiero kiedy już prawie nie będzie parowała. Te gofry mogą wymagać więcej czasu niż klasyczne, a jeśli wyjmiesz je za szybko, nie zrobią się chrupiące. Po wyjęciu ostudź przez minutę na kratce – będą jeszcze bardziej chrupiące. Podawaj z kwaśną śmietaną, owocami i syropem klonowym, ale też z miodem, masłem orzechowym lub migdałowym, z ricottą, mascarpone, dżemem czy konfiturą. Wolna amerykanka.

Jeśli nie masz gofrownicy możesz usmażyć z tego ciasta pancakes, też będzie pysznie!

Japonia, cz. 12. Arashiyama (i zwariowany lodziarz)

Z radością i ekscytacją wracam do swoich japońskich opowieści! Dziś zabieram Was na obrzeża mojego ulubionego Kioto. Nie rozgaduję się przesadnie, obiecuję - a zamiast tego mam dla Was aż dwa przepisy na łakocie z zieloną herbatą. Jest też kilka małych przygód i ciekawych osobistości. Gotowi? To ruszamy!

Pierwszy przystanek to Arashiyama, która leży na zachodnich obrzeżach Kioto. Dojazd z dworca głównego (Kyoto Station) zajmuje 15-20 minut. Formalnie Arashiyama jest bowiem dzielnicą należącą do dawnej stolicy Japonii, ale panujący tutaj klimat sprawia, że myślę o niej raczej jako o spokojnej, peryferyjnej miejscowości. Najmilej przyjechać tu na lody lub piknik przy rzece, choć największą atrakcją w tej okolicy jest bez dwóch zdań las bambusowy.

Nie można odmówić mu wyjątkowej urody, i choć to miejsce bardzo popularne wśród turystów, nie wyobrażałam sobie nie zobaczyć go na własne oczy. Te kilka zdjęć drzew bambusowych, które Wam dziś pokazuję, to minimum do jakiego udało mi się ograniczyć przy tworzeniu tego posta. Po około trzech minutach od wejścia do lasu wiedziałam, że zrobię w nim kilkaset niemal identycznych zdjęć, z których niewiele przyda mi się w przyszłości. Ale nawet nie próbowałam z tym walczyć, to była jedna z piękniejszych scenerii jakie widziałam, ba, jakimi byłam ze wszystkich stron otoczona. 

Przez las poprowadzona jest wygodna ścieżka, ale nikt nie powinien mieć Wam za złe, jeśli nie będziecie bezwzględnie się jej trzymać. Zagłębianie się w dziki gąszcz podobało mi się najbardziej, szczególnie na etapie gdy w polu widzenia nie dało się znaleźć absolutnie niczego, co nie było bambusem! Razem z moimi towarzyszkami zaczęłyśmy poważnie wierzyć w bezkresność japońskiego lasu i dobre pół godziny błądzenia konieczne było do obalenia tej teorii. Wydawałoby się, że to czas absolutnie wystarczający na wpadnięcie w panikę, ale w otoczeniu najpiękniejszych zarośli na świecie było nam do tego daleko. Rytmiczny krajobraz w paski o barwie chłodnej zieleni, jego indywidualna akustyka, rozproszone światło i soczyste, chłodne powietrze; wszystkie te rzeczy, nadające Arashiyamie cech żyjącego organizmu, wprowadziły nas w mistyczny nastrój, wyciszyły i sprawiły, że wcale nie chciałyśmy się stamtąd wydostać.

Zrobiło się poetycko, a o Arashiyamie piszę dziś z przyczyn raczej prozaicznych. Chcę Wam przedstawić smak, który zawsze będzie dla mnie powiązany z tym miejscem. Smak specjału, który przyczynił się do tego, iż błądzenie po lesie było przyjemnością; co więcej, jest szansa, że to jemu zawdzięczamy wyjście z tej przygody cało.  Kiedy opuszczałam Yokohamę, kierując się w stronę tajfunu na Shikoku, wuj Montse dał mi czarodziejski przysmak dla wyczynowców, dodający rzekomo energii w trudnych momentach wędrówki. Przydał mi się bardzo, choć dam głowę, że była to zwykła czekolada. W Arashiyamie asa w rękawie miała moja znajoma, Diana. A dokładniej nie w rękawie, a w plecaku - i nie asa, a pudełko czekoladek z matchą. 

Jestem przekonana, że ekskluzywne zielone praliny Nama firmy Royce były równie magiczne, co czekolada z Yokohamy. Sięgałyśmy do pudełka aż zniknęła ostatnia; trzy zagubione podróżniczki w środku bambusowego gąszczu, w kompletnym potrzasku, ale z wielkim spokojem w sercach. Rozpuszczałyśmy na językach jedną pralinę za drugą, niespiesznie - akurat w rytm naszej wędrówki. Złożyło się to wszystko w jedną nad podziw udaną całość.

Wiele bym dała, żeby znów pogubić się dziś w Kioto i jego okolicach. Muszę być jednak cierpliwa, a pomaga w tym sprowadzanie kawałka Arashiyamy do domu. Nie przywiozłam ze sobą czekoladek Royce - zrobiłam je własnoręcznie i smakują jak oryginalne. Czy to z tęsknoty za Japonią, czy dopiero z chęci jej poznania, wyjdzie Wam na dobre jeśli i Wy je przygotujecie. Oby tak jak mnie z Arashiyamą, Wam już zawsze wspaniale kojarzyły się ze mną!

Praliny z matchą

na około 25-30 sztuk, źródło przepisu

  • 400 g białej czekolady*
  • 100 ml śmietanki 36%
  • 30 g masła
  • 2 łyżki z lekką górką matchy (użyłam tradycyjnej) + do posypania
  • foremka lub kanciaste naczynie, ok. 20x20 cm

* Dobra jakość i smak czekolady mają kluczowe znaczenie dla tego przepisu. Wybierając czekoladę upewnijmy się, że w składzie ma tłuszcz kakaowy, a nie roślinne zamienniki! Najbardziej lubię Lindt, ale na przykład teraz wśród portugalskich produktów w Biedronce jest dobra biała czekolada do wypieków firmy Pantagruel.

Zaczynamy od przygotowania foremki - precyzyjnie wykładamy ją przyciętym papierem do pieczenia. Upewniamy się też, że wszystkie narzędzia, z których będziemy korzystać (foremka, szpatułka, garnek) są suche. Nawet kropelka wody może zrujnować nam przepis (czekolada rozwarstwia się po jej dodaniu)!

W garnuszku podgrzewamy śmietankę do “prawie zagotowania”. Kiedy zaczną pojawiać się bąbelki, zdejmujemy z ognia i dodajemy drobno posiekaną czekoladę oraz masło. Mieszamy intensywnie szpatułką do momentu, aż wszystko rozpuści się i utworzy jednolitą masę. Powinna zgęstnieć i nieco ostygnąć. Wówczas przesiewamy do garnka matchę i intensywnie mieszamy do jej połączenia z resztą składników. Całość przelewamy do przygotowanej foremki, wygładzamy powierzchnię i stukamy kilka razy o blat, aby pozbyć się bąbelków powietrza. Odstawiamy do zastygnięcia, a następnie szczelnie przykrytą formę wkładamy do lodówki na minimum 4-5 godzin (a najlepiej na całą noc). 

Następnego dnia wyciągamy zielony blok z formy. Nóż rozgrzewamy w gorącej wodzie, dokładnie osuszamy i kroimy masę na kwadraciki o wymiarach nie większych niż 1x1 cm. Praliny są słodkie i intensywne, dużo lepiej smakują jedzone małymi kęskami (na mój gust powinny być ćwiercią tych, które widzicie na zdjęciu - sama jem je na 3-4 gryzy). Posypujemy z wierzchu jeszcze odrobiną matchy (użyłam do tego luksusowej). Podajemy schłodzone. W lodówce możemy przechowywać je do 4-5 dni w zamkniętym pudełku. Smacznego!

Niespodzianka! To nie koniec smakołyków na dziś. W poście wprowadzającym do tematu matchy pokazywałam Wam między innymi zielone lody kręcone. Na zdjęciu (zrobionym w Arashiyamie!), z najszczerszą radością w oczach trzyma je wspomniana wcześniej Diana. Tak, było nam mało! Po wyjściu z bambusowego lasu, z brzuchami wypełnionymi pralinkami z matchą, pospieszyłyśmy prosto na matchowe lody. Co poradzić - w Japonii wypada jeść je przynajmniej raz dziennie, a przyswojenie wcześniej tygodniowego przydziału zielonej herbaty w czekoladkach nijak z tego obowiązku nie zwalnia. 

Chcąc być konsekwentną, lody także dla Was zrobiłam! A żeby skorzystać mogli wszyscy (bo wiem, że jest wśród Was wielu wegan), wybrałam recepturę w stu procentach roślinną. Choć jestem dozgonną wyznawczynią lodów śmietankowych, nie uważam, że bez mleka nie da się zmrozić niczego dobrego.  Jestem natomiast przekonana, że niezbędna jest lodowa maszyna - ale o tym truję za każdym razem.

Lubię (i zazwyczaj darzę szacunkiem) lody robione z tłustego mleczka kokosowego. Dzięki jego kremowości nie brakuje im wiele do tych klasycznych, na śmietanie. Ale kiedy będę starsza i odważniejsza, spróbuję zrobić wegańskie lody z tofu. Na pewno podzielę się z Wami przepisem, pod jednym tylko warunkiem - jeśli odwrócę je do góry nogami i nie spadną z wafelka, a więc pomyślnie przejdą test szalonego lodziarza z Kioto.

Chciałam przedstawić Wam go pisząc o Fushimi Inari, pięknej świątyni szintoistycznej, która słynie z górskiego szlaku ciągnącego się pod tysiącami pomarańczowych bram torii. Chwilowo nie mam jednak dostępu do zdjęć z Japonii, a z przepisem na lody bardzo nie chcę dłużej czekać. Sklepik lodziarza znajduje się w bliskim sąsiedztwie Fushimi Inari, ale muszę te rzeczy rozdzielić i o wędrówce na szczyt góry za świątynią opowiem Wam innym razem. 

Soja w Japonii nie musi szczególnie walczyć o swoją pozycję w społeczeństwie. Wszyscy sięgają po nią chętnie - mleko sojowe łączą z matchą, zajadają się fermentowanymi ziarnami w postaci glutka zwanym natto, a tofu (zwłaszcza w Kioto, które szczyci się jego wyrobem) zajmuje w sklepach osobne, wielkie lodówki. Biorąc pod uwagę tę popularność, aż dziw jak trudno jest znaleźć w stu procentach roślinne lody. Bardzo popularne są te o smaku mleka sojowego, jak również yuby („kożucha” z tofu) czy kinako (prażonej mąki sojowej), ale ich bazą wciąż jest zazwyczaj krowie mleko z prefektury Hokkaido.

To dlatego lodziarz spod Fushimi Inari tak szczyci się swoimi od początku do końca sojowymi wyrobami w sklepiku Kyozuan. Aby położyć nacisk na doskonałość ich smaku i konsystencji osiągniętą bez dodatku mleka, chętnie wymachuje nimi gościom przed nosem do góry nogami. To dowód na to, że lody są gęste, zwarte i trzymają się miejsca, które im właściwe.

Osobiście, bardziej niż za gęste uznałam je za lekko gumowe - smaczne, ale ewidentnie zrobione z czegoś bardzo dalekiego prawdziwej śmietance. Robiąc lody w domu, trzymam się póki co starego, dobrego mleczka kokosowego (i nie próbuję z nimi na razie żadnych akrobacji). Ale wysyłam Was tam obowiązkowo - zapoznajcie się ze zwariowanym lodziarzem i spróbujcie tofu upside-down ice cream (śmiało mogę chyba stwierdzić, że to jedyne miejsce z taką ofertą na świecie). Może być na zachętę przed wędrówką po szlaku za Fushimi Inari, może w nagrodę po przebyciu tej niełatwej trasy, a może i zupełnie niezależnie - nikt nie będzie Was oceniać, jeśli przyjedziecie tu tylko do Kyozuan. 

Kyozuan - 京豆庵
16-20, Fukakusa Haraigawacho
Fushimi-ku, Kyoto

A jeśli nie wybieracie się w najbliższym czasie do Japonii, łapcie przepis na domowe wegańskie lody z matchą. Na pewno będę jeszcze robić wersję na prawdziwej śmietance, ale bez obaw, głównie dlatego, że potrzebuję pretekstu - tym poniżej naprawdę niewiele brakuje do mojego ideału. 

Lody z matchą
(wegańskie)

ok. 0,5 litra lodów, na podstawie tego przepisu

  • 1 puszka (400 ml) mleka kokosowego 
  • 4 płaskie łyżeczki matchy (użyłam tradycyjnej)
  • 1 płaska łyżka skrobii ziemniaczanej
  • niecałe pół szklanki drobnego cukru
  • 2 łyżki syropu klonowego
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego
  • szczypta soli

Matchę przesiewamy razem ze skrobią do miseczki i roztrzepujemy z odrobiną mleka kokosowego, tak aby nie było żadnej grudki. Dodajemy do naczynia z resztą mleczka, cukrem, syropem klonowym, ekstraktem waniliowym i szczyptą soli. Wszystko razem dokładnie mieszamy, aż do rozpuszczenia cukru. Próbujemy mikstury - ma mieć intensywny smak matchy i być odrobinę zbyt słodka (po zmrożeniu słodycz jest znacznie mniej odczuwalna). Przelewamy do schłodzonej misy maszyny do lodów i postępujemy zgodnie z instrukcjami producenta. Zmrożoną masę przekładamy do pudełka i chowamy do zamrażarki jeszcze na kilka godzin. 

(Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już przy okazji najlepszych na świecie cereal milk ice creamzdrowych lodów chałwowych,  mrożonego jogurtu waniliowo-klonowego z awokado, czy lodów Daim, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów!)

継続します (C.D.N.)

Trzy porcje zdrowia

Czy pamiętacie dzień, w którym po raz pierwszy opatentowano budyń czekoladowy z awokado? Ja też nie – ale nie mam wątpliwości, że od tamtej pory receptura podbiła naprawdę liczne serca i podniebienia. Nie przesadzam chyba mówiąc, iż deser stał się wizytówką pewnej nowej ery. Ery, w której niemal wszyscy coraz więcej uwagi poświęcamy temu co i jak jemy, w której bardziej niż telewizja ekscytuje nas pichcenie i kuchenne eksperymenty, a efektami tych ostatnich są często zdrowe i pożywne substytuty dla naszych rozmaitych grzesznych przyjemności.

Czekoladowy budyń z awokado jest niezawodny, powoli wchodzi więc do kanonu tradycyjnych słodkości, po jakie sięgamy szukając pomysłu na deser, za który organizm nam podziękuje. Świetnie, róbmy to więc jak najczęściej! A z gotową miseczką zdrowej pyszności pochylmy się nad dzisiejszym artykułem, aby dowiedzieć się ile jeszcze potencjału kryje się w niepozornym awokado. Z tego samego owocu możemy ulepić finezyjne czekoladowe trufle, ukręcić orzeźwiający tropikalny pudding z mango i kokosem, a nawet stworzyć jedyne w swoim rodzaju deserowe carpaccio, które sprosta najbardziej wysublimowanym podniebieniom podczas specjalnych okazji.

Podstawą wszelkich działań z awokado jest upewnienie się, że owoce są idealnie dojrzałe. Do deserów najlepsza jest odmiana hass – charakteryzuje się chropowatą, czarną skórką, a jej miąższ jest wyjątkowo kremowy i delikatny. W dojrzałych sztukach z łatwością odchodzi on od skorupki i smakuje wybornie. Do roboty!

Przepisy opracowane dla portalu Hellozdrowie.pl.

Trufle czekoladowe z awokado

ok. 30 trufli w zależności od rozmiaru

250 g czekolady deserowej (50-60% kakao)
1 awokado
szczypta soli morskiej
4-5 łyżek kakao

Czekoladę topimy w kąpieli wodnej (połamaną na kostki umieszczamy w misce, którą ustawiamy na rondelku z gotującą się wodą; od czasu do czasu mieszamy). Kiedy będzie zupełnie płynna, zdejmujemy z rondelka i lekko studzimy. Awokado kroimy na pół, pozbywamy się pestki i wyciągamy miąższ łyżką. Przekładamy do naczynia blendera i miksujemy go na gładką pastę ze szczyptą soli. Następnie łyżka po łyżce dodajemy płynną, ale przestudzoną czekoladę. Blendujemy tak długo, aż całość ładnie się połączy. Przykrywamy folią i wstawiamy do lodówki na całą noc.

Następnego dnia na płaski talerz wysypujemy kakao. Schłodzoną masę nabieramy łyżeczką i w dłoniach formujemy kulki. Każdą obtaczamy dokładnie w kakao. Gotowe! Przechowujemy do 5 dni w lodówce lub mrozimy. Trufle najlepiej smakują w temperaturze pokojowej, ale nawet mocno schłodzone kremowo rozpływają się w ustach.

Carpaccio z awokado z „solonym karmelem” z daktyli

4 porcje

1 szklanka suszonych daktyli
ok. ½ szklanki wrzątku
½ - 1 szklanka mleka (może być roślinne)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub nasiona z 1 laski wanilii
2/3 łyżeczki soli morskiej

2 awokado hass
2 małe kiwi
4 łyżki migdałów w płatkach
opcjonalnie: suszone lub świeże kwiaty

Zaczynamy od przygotowania sosu karmelowego. Daktyle zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 15 minut. Po tym czasie przekładamy całość do naczynia blendera i dodajemy ½ szklanki mleka (jeśli używamy roślinnego, warto się upewnić, że ma delikatny, nienachalny smak), wanilię oraz sól morską. Blendujemy na najwyższych obrotach, stopniowo dodając więcej mleka, aż do uzyskania konsystencji klasycznego karmelu. Miksujemy kilka minut, aby sos był aksamitnie gładki. Dla pewności możemy przelać go do słoiczka przez sitko. Przechowujemy w lodówce do tygodnia.

Aby zrobić carpaccio, przygotowujemy wszystkie składniki: płatki migdałów prażymy na suchej patelni, kiwi obieramy i kroimy w cieniutkie plasterki, a jeśli używamy kwiatów – czy to suszonych, czy świeżych – dzielimy je na mniejsze płatki. Kiwi układamy na talerzach w półokręgach. W ostatniej chwili przed podaniem dzielimy awokado na pół. Pozbywamy się pestki i każdą połówkę kroimy w skórce ostrym nożykiem na plasterki najcieniej jak potrafimy (skórki nie naruszamy). Za pomocą łyżki wyciągamy pokrojony miąższ i układamy na przygotowanych wachlarzach z kiwi. Każdą porcję polewamy solonym karmelem, posypujemy migdałami i ewentualnie kwiatami. Smacznego! 

Pudding tropikalny z awokado

4 porcje

1 dojrzałe mango
1 awokado
1 puszka mleczka kokosowego, schłodzona i niewstrząśnięta
2 łyżki syropu klonowego lub z agawy
garstka świeżych liści melisy
czereśnie do dekoracji

Puszkę mleczka kokosowego (schłodzoną i niewstrząśniętą, czyli stojącą spokojnie minimum 12 godzin w lodówce) otwieramy i odlewamy wodę (warto wykorzystać ją do koktajlu czy owsianki). Gęstą białą część przekładamy do blendera. Dodajemy miąższ z awokado oraz z mango, dorzucamy kilka listków świeżej melisy i słodzimy dwiema łyżkami syropu klonowego. Miksujemy kilka minut, aż pudding będzie gładki i puszysty – o konsystencji prawdziwego budyniu. Próbujemy i w razie potrzeby dodajemy więcej syropu lub odrobinę soku z cytryny. Porcje podajemy mocno schłodzone, udekorowane czereśniami. Smacznego!