Tropikalnym latem

IMG_2494small.jpg

Różne sprawy trzymają mnie ostatnio z dala od tego bloga. Część fajna, część nie, a do tego to gorące lato, które sprawia, że w luźniejszych chwilach na autopilocie kieruję się jak najdalej od komputera (czy, mówiąc inaczej, jak najbliżej jeziora). A w kuchni dzieje się sporo, bo lato jest w tym roku wyjątkowo intensywne – własne pomidory, przetwórstwo owoców, nalewki, kombuche, i dużo dużo Japonii, która ujrzy kiedyś światło dzienne, ale to jeszcze kiedyś dosyć odległe. 

I w tym bałaganie zatrzymałam dla siebie niechcący przepis na zupę wiosenną, ale i latem idealną – zwłaszcza tak tropikalnym, bo oprócz młodych polskich buraków są w niej kokosy, kiwi, bataty i pomarańcze. Nie jest więc na nią ani trochę za późno. A i ja już zapomniałam jak dobrze smakowała mi w maju, więc przy okazji publikacji odświeżę sobie pamięć w swojej kuchni.

Na HelloZdrowie przeczytajcie o dobrych właściwościach botwiny. Znajdźcie cierpliwość dla mnie i tej mojej Japonii (której fragmenciki, mimo ciszy na blogu, pokazuję regularnie i ochoczo tutaj). A potem jedzcie zupę – najlepiej na świeżym powietrzu. Najlepiej smakuje w połączeniu z gorącym słońcem, tak tropikalną wiosną jak i latem.

IMG_2547 copy.jpg
smallIMG_2491 copy2.jpg

Krem z młodych buraków ćwikłowych
z mlekiem kokosowym i kiwi

wg przepisu Jo Jurgi
4 porcje

  • 1 pęczek botwiny z czterema dużymi buraczkami

  • 2 marchewki

  • 1 batat

  • 2 ząbki czosnku

  • ½ papryczki chili

  • szczypta czarnuszki

  • kilka łyżek sosu sojowego

  • 1 puszka mleka kokosowego

  • 2 kiwi

  • sok z 1 pomarańczy

  • sól do smaku

  • biały sezam do podania

Buraki, marchewki, batata i czosnek obierz, pokrój na mniejsze kawałki i umieść w dużym garnku. Zalej wodą do ich poziomu, dodaj posiekane chili, szczyptę nasion czarnuszki i porządny chlust sosu sojowego. Gotuj wszystko razem do miękkości warzyw. Zdejmij z ognia, dodaj mleko kokosowe, obrane ze skórki kiwi oraz sok z pomarańczy i zblenduj całość na gładki krem. Dopraw do smaku – dodatkowym sosem sojowym lub po prostu solą. Zupę podawaj z najmniejszymi listkami botwiny i podprażonym sezamem. Smacznego!

Junko-san i kabocha

Jedząc w Japonii, najczęściej uczyłam się kompletnie nowych rzeczy o kompletnie nowych składnikach. Przed przyjazdem nie słyszałam o takich warzywach jak goya, shimeji, shiso czy myoga; po spróbowaniu wszystkie pokochałam i - z narastającą przez całą podróż pasją - poszukiwałam kolejnych lokalnych dziwactw.  Znacznie rzadziej zdarzało się, bym poznała zupełnie mi obcy sposób przyrządzania czegoś, co już dobrze znam. Przychodzą mi do głowy właściwie tylko dwa takie wspomnienia - kiedy spróbowałam nasu dengaku (starego dobrego bakłażana zupełnie siebie nie przypominającego spod aromatycznej glazury miso), i kiedy pewna cudowna, ekscentryczna staruszka w Kioto po raz pierwszy ugotowała mi japońską dynię kabocha

Junko-san była sąsiadką baru, nad którym mieszkaliśmy w Kioto. Przychodziła co wieczor - kiedy wracaliśmy po całodziennych wycieczkach, relacjonując sobie nawzajem swoje przygody i omawiając kolejne plany. Siedziała z nami w naszym salonie nieraz do godzin niemal porannych, paląc papierosy i częstując ciastkami, które wypiekało i sprzedawało przez okno miłe małżeńswo Japończyków mieszkających za rogiem. Po angielsku Junko-san nie potrafiła powiedzieć nic oprócz “Made in Japan” (mówiła tak o sobie - po czym szczerzyła się w bezzębnym uśmiechu). Mimo to odbyłam z nią kilka solidnych rozmów, trochę o pogodzie, a trochę o życiu. Próbowaliście kiedyś zwierzać się z sekretów komuś, kto nie rozumie Waszego języka? Ja po polsku, ona po japońsku, a naprawdę długo potrafiłyśmy tak gawędzić! Któregoś wieczora wróciłam do domu z połówką kabochy, a uradowana Junko-san chwilę pokrzyczała, a później zabrała ją do kuchni i ugotowała nam dynię w dashi, sosie sojowym i mirinie. 

Przez chwilę myślałam, że nie powinnam klasyfikować kabochy jako japońskiej odsłony swojskiego warzywa. Sama w sobie była mi przecież nieznana - nigdzie poza Japonią jej nie jadłam, ale w smaku bardzo przypominała mi naszą delicę. Okazuje się, że to tylko nieznacznie różniące się odmiany tego samego gatunku (Cucurbita maxima). Dlatego dziś podaję Wam przepis dostosowany do polskich realiów. Uda się wspaniale - obie dynie pod ciemnozieloną skorupką są intensywnie pomarańczowe, o słodkim smaku i dość zwartym, soczystym miąższu. A uduszone w bulionie dashi doprawionym narodowymi japońskimi dobrami (czyli sosem sojowym, mirinem, olejem sezamowym) będą smakowały u nas tak samo dobrze jak w Kioto.

Delica u państwa Majlertów - u nich też jest faworytką!

Dynia duszona w dashi
à la kabocha

2-4 porcje jako dodatek; przepis w oparciu o “Near & Far” Heidi Swanson

  • ok. 700g dyni odmiany delica (waga po wydrążeniu i pokrojeniu, to mniej więcej jedna duża sztuka)*
  • 700 ml bulionu dashi (najlepiej domowym - przepis tutaj)
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 2 łyżki mirinu (można zastąpić sake, wówczas dodajmy dodatkową łyżkę cukru - mirin jest znacznie słodszy)
  • 4 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki oleju sezamowego
  • sezam do posypania, dymka (ja zastąpiłam szczypiorkiem czosnkowym z kwiatami)

* Można też oczywiście użyć innej odmiany dyni, np. Hokkaido - smak będzie się trochę różnił, ale też będzie bardzo smacznie.

Wyszorowaną i pokrojoną w grubą kostkę dynię układamy w dużym garnku - jak najszerszym, niekoniecznie najgłębszym - tak, aby dynia jak najmniej się nawarstwiała. Zalewamy bulionem dashi, dodajemy resztę składników i wszystko razem mieszamy. Zaczynamy podgrzewać na dużym ogniu, a kiedy bulion się zagotuje, zmniejszamy do średniego lub małego i “pyrkamy” do miękkości dyni, ok. 15-20 minut. Bardzo delikatnie wyciagamy dynię łyżką cedzakową i podajemy posypaną sezamem i grubo skrojoną dymką (lub innym zamiennikiem szczypiorkowatym - ja wykorzystałam kwiaty czosnku bulwiastego, też od Majlertów). Skrapiamy dodatkowo olejem sezamowym i w razie potrzeby doprawiamy solą morską lub jeszcze odrobiną sosu sojowego. Smacznego!

W ostatniej chwili - Chickpea Magazine

Należę do osób, które za większość rzeczy zabierają się w ostatnim możliwym momencie. Nie chodzi tylko o klasyczną prokrastynację w obliczu przykrych obowiązków, zdarza mi się też odkładać plany miłe i nienarzucone. Często dopiero gdy na horyzoncie zaczyna majaczyć ostatnia szansa, przypominają mi się misje, które chcę zrealizować, a kiedy już jest prawie za późno, jedną po drugiej wreszcie odhaczam.

Coś mi się zdaje, że to nierzadka tendencja – jest szansa, że nie jestem w niej osamotniona i są wśród Was tacy, którym zdarza się bez końca przekładać coś na później. Dla tych osób mam dobrą wiadomość! Jesień już zaawansowana, nieubłaganie zbliża się zima... to więc nasza ostatnia szansa na zrobienie rzeczy zaplanowanych latem (a jeśli Wasz problem sięga równie daleko jak mój – nawet wiosną).

To właśnie wiosną na łamach nowojorskiego magazynu Chickpea ukazało się pięć przepisów mojego autorstwa. Dwa z nich mam dla Was dzisiaj. Dobiegają końca ich tegoroczne terminy przydatności – jeśli nie zabierzemy się za gotowanie teraz, powrót do nich będzie mieć sens dopiero w okolicach kwietnia czy maja. Pierwszy z nich to najlepsza zupa pomidorowa mojego życia. Można jeść ją przetartą, w wersji aksamitnej, lub gęstszą z kawałkami warzyw, w wydaniu bardziej październikowym. Druga zupa to chłodnik – na niego to już naprawdę ostatni dzwonek, bo ciepłe dni są już powoli naprawdę sporadyczne.

Aksamitna zupa pomidorowa
z marynowaną ciecierzycą

6-8 porcji

  • 2 łyżki oliwy
  • 1 średnia marchewka
  • 1 czerwona cebula
  • 1 łodyga selera naciowego
  • ½ łyżki cukru trzcinowego
  • 3 ząbki czosnku
  • 150 ml wytrawnego bialego wina
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 450 g dojrzałych pomidorów
  • 450 ml przecieru pomidorowego (najlepiej domowego, ale można użyć dobrej passaty)
  • 2 łyżki posiekanych liści świeżej bazylii (z około połowy małego pęczka)
  • 500 ml bulionu warzywnego
  • 2 listki laurowe
  • sól morska, do smaku
     
  • do podania: pieprz czarny, koperek, parmezan*, świeża bagietka

    na ciecierzycę:
  • 250 g ugotowanej ciecierzycy (można też użyć 1 puszki)
  • ok. 250 ml oliwy z pierwszego tłoczenia
  • skórka z 1 cytryny
  • 1 mała papryczka chili
  • 2 ząbki czosnku
  • gałązka rozmarynu

* Może być prawdziwy lub roślinny (jak u mnie na zdjęciach)

Zaczynamy od zamarynowania ciecierzycy. W garnku podgrzewamy oliwę z dodatkami (skórką z cytryny, papryczką chili, czosnkiem i rozmarynem). Kiedy zacznie delikatnie bąbelkować, czekamy 5 minut, po czym zdejmujemy z ognia i odstawiamy do lekkiego przestudzenia. Do ciepłej oliwy dodajemy ciecierzycę (jeśli używamy puszkowanej, to opłukaną i osuszoną). Zostawiamy do zamarynowania na minimum 2-3 godziny, a najlepiej na całą noc.

Przygotowujemy zupę. Warzywa (marchew, cebulę i selera) myjemy, obieramy i kroimy na mniejsze kawałki. Na głębokiej patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy. Dodajemy warzywa, szczyptę soli i ½ łyżki cukru. Podsmażamy na średnim ogniu przez 5 minut, często mieszając. Czosnek kroimy w plasterki i dodajemy na patelnię. Podsmażamy kolejne 5 minut. Następnie dodajemy wino, sos sojowy i liście laurowe. Zmniejszamy ogień i dusimy około 10 minut - tyle, by wino zredukowało się mniej więcej o połowę.

W międzyczasie myjemy i kroimy świeże pomidory. Umieszczamy je w dużym garnku razem z przecierem, bulionem, oraz całą zawartością patelni. Gotujemy 40 minut, co jakiś czas mieszając. Na koniec przecieramy zupę przez sito, dokładnie dociskając warzywa, aby wydobyć z nich cały płyn. Możemy też pominąć przecieranie i jeść zupę w gęstszej wersji pełnej warzyw. Podajemy z ciecierzycą, która w międzyczasie nabrała w oliwie aromatu. Każdą porcję posypujemy koperkiem i parmezanem i serwujemy z kawałkiem bagietki. Smacznego!

Chłodnik z ogórka i awokado
z pastą tahini

4-8 porcji

  • 600 g ogórków gruntowych
  • 1 duże awokado hass (lub 2 małe)
  • 100 ml jasnej pasty tahini
  • garść listków natki pietruszki
  • 2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • sok z 1 limonki
  • sok z ½ cytryny
  • 1 płaska łyżeczka suszonego imbiru
  • ⅓ łyżeczki pieprzu kajeńskiego
  • 3 kostki lodu
  • sól morska, do smaku
  • ½ - 2½ szklanki wody, do konsystencji

Obieramy ogórki, kroimy je wzdłuż na pół i łyżeczką wydrążamy, aby pozbyć się wilgotnej części zawierającej pestki. Pozostałe części kroimy i umieszczamy w blenderze razem z miąższem awokado, pastą tahini, natką pietruszki, oliwą i sokiem z limonki oraz z cytryny. Dodajemy ½ szklanki wody i zaczynamy miksować. Dorzucamy suszony imbir, pieprz kajeński i 3 kostki lodu. Blendujemy na najwyższych obrotach, powoli dolewając wody, aż osiągniemy idealną konsystencję. Ja lubię gęstość przypominającą kwaśną śmietanę. Doprawiamy solą do smaku. Podajemy od razu lub chłodzimy w lodówce. Smacznego!

On a roll

W obliczu obfitości składników w najróżniejszych kuchniach świata, fakt że na podium w moim sercu mam ich nie trzy, a kilkadziesiąt, nie powinien budzić zdziwienia. To i tak nieduża część tego, spośród czego możemy wybierać! Obok miodu, twarogu, marchewek, orzechów czy parmezanu, wśród faworytów ex aequo zajmujących u mnie pierwsze miejsce, na pewno znalazłaby się i quinoa. 

Rice&More z dodatkiem trzech kolorów komosy ryżowej zainteresowało mnie najbardziej ze wszystkich mieszanek. Przypominam, że tworzę właśnie serię wpisów, przygotowując dania z każdą z nich. Zielone risotto i poranną owsiankę z trzech kasz utrzymałam w dość klasycznym tonie, z quinoą miałam ochotę na coś specjalnego. W tej samej, ścisłej choć rozległej czołówce moich faworytów bez dwóch zdań wylądowałoby też sushi – reszta kropek połączyła się już sama.

Do sushi można podejść dwojako. Jeśli chcemy przygotować je spełniając rygorystyczne wymogi japońskiej tradycji, będzie to nie lada wyzwanie. Znaczenie będą tu miały sekundy, milimetry, kąty nachylenia, wypracowana w technika, cztery specjalne noże i przede wszystkim – oryginalne składniki najwyższej jakości i ich minimalistyczne, japońskie kombinacje. Ale temat można potraktować też znacznie luźniej i mimo wielkiego szacunku dla tradycji gorąco Was do tego zachęcam! Pomyśleć o sushi jako o wymyślnym patencie na ryż (lub inne ziarna!) z ulubionymi dodatkami. Dla zabawy zawinąć wszystko w arkusz wodorostów – kręcenie tych rolek to jeden z najlepszych pomysłów na wspólne gotowanie!

Quinoa, coraz lepiej przez nas oswajana, pasuje tu idealnie ze swoim orzechowym posmakiem. Chrupkość, której dodaje, dobrze współgra ze świeżymi, soczystymi składnikami, a dzięki odpowiednim proporcjom w stosunku do ryżu pozostaje dodatkiem, a nie dominantą, przez co danie nie odbiega za daleko od swojego japońskiego pierwowzoru. Poza tym, komosa ryżowa jest szalenie zdrowa, dopełnia więc całości, tworząc danie lekkie, pełne kolorowych witamin i minerałów, orzeźwiające podczas upałów, sycące i treściwe.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone sushi maki
z quinoą w trzech kolorach

2-4 porcje

w oparciu o przepis na sushi, który przywiozłam z Yokohamy, oraz recepturę Sary Britton

  • 200 g mieszanki Rice&More „Quinoa trzy kolory”
  • 3 łyżki japońskiego octu ryżowego
  • 1 łyżeczka miodu lub syropu z agawy
  • 1 łyżeczka soli
     
  • 4-5 arkuszy wodorostów nori
  • mata bambusowa do zwijania maków

    oraz wszystko, co zapragniecie włożyć do środka rolek, czyli na przykład:
     
  • 200 g ugotowanego, łuskanego bobu*
  • ½ dojrzałego awokado, najlepiej odmiany hass
  • 2 małe ogórki
  • ½ kostki wędzonego tofu
  • szczypiorek, kiełki
  • majonez lub serek philadelphia (opcjonalnie)
  • sezam
  • sos sojowy do podania

*Najlepszego sposobu na bób nauczył mnie mój przyjaciel-super kucharz. Klucz do sukcesu to łuskanie go na surowo. Zajęcie odrobinę żmudne, ale jak wyrobimy sobie mechanizm, to idzie sprawnie. Odcinamy końcówkę każdego ziarenka nożykiem i obieramy surową skórkę. Wyłuskany bób wrzucamy do garnka z wrzątkiem z łyżeczką soli i łyżeczką cukru i gotujemy 4-5 minut, po czym od razu przelewamy lodowatą wodą.

Mieszankę Rice&More gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Odcedzamy na sitku. W szklance lub słoiczku mieszamy składniki zaprawy – ocet ryżowy, sól oraz miód lub syrop. Dodajemy do ugotowanego ryżu z quinoą i mieszamy dokładnie, ale delikatnie, aby nie pognieść ziaren. Pozostawiamy do wystudzenia.

W międzyczasie zajmujemy się resztą składników, czyli nadzieniem. Ogórka i szczypiorek kroimy w podobnej długości słupki, tofu w paski, a awokado w plasterki. Przygotowujemy wybrane przez siebie składniki tak, aby wygodnie układało nam się je w rolkach. Bambusową matę owijamy kilka razy folią spożywczą. Rozkładamy na niej arkusz nori i równo uklepujemy na nim 120 g ryżu. Zostawiamy jedynie wolną górną granicę szeroką na około 2 centymetry. Na ryżu układamy pasek składników.

Aby zwinąć rolkę, podnosimy dół maty bambusowej razem z nori i bardzo ściśle podwijamy go, dociskając rolkę do środka (razem z matą). Następnie matę wyciągamy do poziomu i rozpoczynamy rollowanie "od siebie". Cały czas mocno uciskając! Ciężko opisać tę czynność słowami, najlepiej zobaczyć na przykład na tym filmie. Zwinięte rolki kroimy przepoławiając kolejne części - najpierw całość na dwa, każdą połówkę na ćwiartki, i ćwiartki na ósemki. Dzięki temu dużo prościej jest zachować identyczny rozmiar rolek.

Podajemy z sosem sojowym, można nawet zaopatrzyć się w marynowany imbir (lub zrobić go własnoręcznie!) i wasabi. Smacznego!

Pamiętajcie też o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More! Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid. Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 10 lipca! Powodzenia! :)

Sake, na obiad

Zanim przejdziemy do jedzenia (a dziś będzie naprawdę wyjątkowo smacznie), zgodnie z obietnicą powiem Wam parę słów o sake – narodowym japońskim trunku, o którym często wiemy mniej, niż nam się wydaje. Nie jest to bowiem, jak powszechnie się uważa, „japońska wódka”! Zacznijmy od tego, że słowem sake nazywa się w języku japońskim napój alkoholowy ogólnie, niezależnie od rodzaju. To, o czym mówimy to tak naprawdę nihonshu, ale przyjęło się używanie nazwy ogólnej właśnie w odniesieniu do tego konkretnego wyrobu (przede wszystkim za granicą, ale w samej Japonii również). Produkcja sake opiera się na procesie fermentacji, a nie destylacji. Znacznie trafniejsze jest więc określanie go winem ryżowym. Choć, żeby było śmieszniej, cały przebieg najbliższy jest warzeniu piwa – w końcu bazą jest tutaj ziarno, nie owoce. Proponuję, żeby sake zostało po prostu sake; niezależnie od tych podobieństw, jest przecież jedyne w swoim rodzaju.

Sake pija się na zimno lub ciepło (w temperaturze około 40 stopni). Zależy to od rodzaju samego alkoholu, ale także od tego z czym go podajemy. Bardzo ważna jest bowiem kompatybilność między napojem i jedzeniem, które zawsze powinno stanowić akompaniament dla kieliszka. Nie chodzi o przypadek, w którym barman bez pytania podaje nam do zamówionej kolejki senbei (ryżowe krakersy) czy orzeszki. Chodzi o kulinarną sztukę tworzenia tych połączeń – dlatego tak popularną instytucją jest izakaya! Mariaż baru z restauracją, gdzie serwuje się niekiedy naprawdę wybitną kuchnię, a do każdego specjału dopasowuje odpowiedni rodzaj alkoholu. Szefowie kuchni w ekskluzywnych restauracjach haute cuisine, rozplanowując wielodaniową ucztę (tzw. kaiseki) również uwzględniają w niej precyzyjnie dobrane rodzaje sake.

Powyżej: z lewej ja, kieliszek i kolacja u Okiny, podczas której piłam najlepsze sake w całej swojej podróży (przy kolejnych odwiedzinach, jeszcze wspanialszych niż te, które Wam pokazywałam). Z prawej - kawałek baru w Mahakali, mojej ulubionej izakayi w Tokio.

Sake ma standardowo między 15 a 20% alkoholu – nie zdziwcie się jednak, jeśli na etykiecie wśród japońskich znaków zobaczycie napis 50%, 60% czy nawet 70%. Mowa tam o ilości ryżu pozostałej po procesie polerowania. Im więcej wierzchniej warstwy ziaren się odrzuca, tym szlachetniejszy efekt końcowy. (Wstyd się przyznać, ale kiedyś tego nie wiedziałam - wszyscy znajomi, którym przywiozłam po buteleczce, razem ze mną dziwili się jakie to sake pyszne jak na to, ile ma procent!)

Smak sake ciężko opisać, szczególnie, że między poszczególnymi rodzajami występują spore różnice. Zasadniczo przypomina mi wytrawne wermuty, ale o słodkim posmaku (który szczególny potencjał uwalnia kiedy używamy sake do gotowania!). Smak jest charakterny, często dość ostry, ale wciąż odpowiedni do sączenia bez zbędnych dodatków. Bardzo lubię też amazake - osobliwy rodzaj gęstego, mlecznego i bardzo słodkiego sake. Często występuje w wariancie bezalkoholowym.

Powyżej: sklep z alkoholami na Nishiki Market w Kioto.

Powyżej: beczki sake stojące na drodze do świątyni Meji-Jingu w Tokio. Nie są, rzecz jasna, pełne – to byłoby marnotrawstwo kompletnie niezgodne z wartościami japońskimi! Nazywają się kazaridaru i pełnią symboliczną funkcję dekoracyjną. Sake od czasów starożytnych jest istotną częścią wielu obrzędów religii shintō – wierzy się, że to trunek zbliżający ludzi do bogów. Spożycie znacząco wzrasta podczas obchodów różnych świąt i festiwali, dlatego świątynie przyjmują wówczas dary od wytwórni sake. W przypadku niewielkich świątyń sprawa nie jest skomplikowana, wspierają je te najbardziej lokalne przedsiębiorstwa, ale z taką Meji-Jingu nie jest już tak łatwo! Ta ogromna świątynia akceptuje darowizny od wszystkich producentów sake z Japonii. Jest ich około 1,8 tysiąca, dlatego nad planowaniem „transakcji” czuwa specjalnie powołany komitet. Jego członkowie mają za zadanie dopilnować, by w świątyni nie znalazło się więcej sake niż potrzebne dla lokalnej społeczności przy danym obrządku. Dlatego wielu wytwórców przesyła malutkie buteleczki, albo wręcz puste beczki – najważniejszy jest przecież kimochi (gest)!

Ale ostatnio oprócz wiedzy obiecałam Wam też przepisy! Nie wiem, czy spodziewaliście się drinków (może będą, mam w tej kwestii jeden pomysł) - na razie mam coś znacznie ciekawszego. Jeśli poczujecie chęć, świetnym pomysłem będzie sączenie sobie sake do obiadu; niezależnie od tego, ja pokażę Wam dziś jak to sake sobie na obiad zaserwować.

Oprowadzając Was po Kochi mówiłam o motywach rządzących kuchnią w So-An. O tym jak wiele przebytych kilometrów, zebranych doświadczeń i poznanych smaków wpłynęło na ostateczną formę tego, co każdego dnia tworzy w swojej kuchni właściciel tego miejsca. Dokonał on tego, co jest ni mniej, ni więcej moim idealnym planem na życie - przejechał pół świata, spróbował wszystkiego, czym odwiedzane przez niego miejsca się szczyciły, a następnie wrócił i zaczął intensywnie dzielić się zdobytym doświadczeniem (wplatając w nie jednocześnie to, co ma w ofercie jego własny dom). Rozmyślając o fenomenie takiego rozwiązania, dotarło do mnie, że kiedyś podziwiałam już kogoś za podobny scenariusz! Moja idolka Heidi Swanson zrobiła w zasadzie tę samą rzecz, a zwieńczeniem jej przygód, zamiast restauracji, jest zachwycająca książka Near & Far

To w Near & Far znalazłam przepis na dressing z dodatkiem sake. W sałatce z czarnego ryżu jaśminowego, marchewki oraz pachnących prażonych nasion i orzechów. Nie mogłam czekać ani chwili i zrobiłam ją od razu. A smak... co tu dużo mówić, najlepiej przekonajcie się sami. Szepnę tylko o idącym za tym ryzyku - jest szansa, że po posmakowaniu efektów, Wy także zapragniecie spakować plecak i wcielić w życie plan Wielkiej Podróży!

Sałatka z czarnego ryżu i młodych marchewek
z dressingiem z sake

na podstawie przepisu z książki Near & Far Heidi Swanson

2-4 porcje

na dressing:
2 łyżki sake
1 płaska łyżka cukru trzcinowego
1/3 szklanki soku z cytryny
4 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
1 niepełna łyżeczka oleju sezamowego
kilka szczypt soli morskiej

na sałatkę:
1 szklanka mieszanki nasion i orzechów (u mnie ½ szklanki nasion słonecznika, ¼ pestek dyni i ¼ orzechów laskowych)
2 szklanki ugotowanego czarnego ryżu
3-4 młode marchewki
1 ogórek gruntowy
szczypior z małego pęczka dymki
skórka z ½ cytryny
sól morska

do podania (propozycja):
½ pęczka zielonych szparagów,
małe awokado hass

Składniki na dressing łączymy w niewielkim słoiku – to najwygodniejszy sposób ich wymieszania. Po prostu zakręcamy i energicznie wstrząsamy przez kilkanaście sekund.

Nasiona i orzechy płuczemy, a następnie zalewamy zimną wodą i zostawiamy na 20-30 minut do namoczenia. Po tym czasie odcedzamy i jeszcze raz płuczemy. Wysypujemy na rozgrzaną głęboką patelnię i dodajemy dużą szczyptę soli. Póki nasiona są wilgotne, nieustannie mieszamy szpatułką. Kiedy wyschną i zaczną się prażyć, zmniejszamy ogień do minimum i pozostawiamy je w spokoju, mieszając jedynie co jakiś czas (najlepiej potrząsając patelnią). Trzeba dać im czas, by się przypiekły, napęczniały (pestki dyni rosną jak baloniki!). Kiedy będą już ciemne i intensywnie pachnące, zdejmujemy z ognia i przekładamy do głębokiego talerza aby wystudzić. Uwaga! Są wspaniałe i uzależniające, ja zawsze mam w kuchni słoik tak przygotowanych nasion/orzechów, posypuję nimi wszystko. Świetne też jako samodzielna przekąska.  

W dużej misce mieszamy składniki sałatki – ryż, marchewki pokrojone na cieniutkie plastry (najlepiej na mandolinie, ale nóż też da radę, choć zajmie więcej czasu), 1/2 szklanki nasion, posiekany szczypior i skórkę z cytryny. Ogórka kroimy wzdłuż na pół, wydrążamy łyżeczką pestki, kroimy w półplasterki i również je dorzucamy. Mieszamy wszystkie składniki, stopniowo dodając dressing. Może się okazać, że będzie go za dużo, wówczas nie dodajemy całego. Bez obaw, na pewno się nie zmarnuje – świetny do warzyw (np. fasolki szparagowej!) czy choćby na miejscu vinaigrette do zwykłych zielonych sałat.

Każdą porcję na talerzu posypujemy resztą uprażonych nasion i podajemy z wybranymi dodatkami – u mnie zblanszowane szparagi i awokado skropione cytryną. Smacznego!