Aktivist, od nowa

Piątkowa nowina! Aktivist, wydawany od 2002 r. jako przewodnik po wydarzeniach i życiu nocnym, przeszedł ostatnio metamorfozę, zmieniając się w pięknie zaprojektowany magazyn z rozbudowanym działem poświęconym kulinariom! Miło mi poinformować, że w każdym numerze znajdziecie tam przepisy, zdjęcia i parę słów mojego autorstwa. Tutaj przeczytajcie co poza pysznościami czeka w środku.

W aktualnym numerze szukajcie receptury na włoską ucztę na przednówku. Przepis na duszone cykorie po rzymsku (bazowy przepis inspirowany Adą Boni, XX-wieczną kucharką i autorką najważniejszych tomów o włoskiej kuchni; a podsunięty dzięki prawej stronie Dzienników Stołowych) z karmelizowanymi orzechami włoskimi i kozim twarożkiem. Aktivist jest bezpłatny i ukazuje się w sześciu polskich miastach (Warszawa, Łódź, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Wrocław), szukajcie go w kawiarniach, restauracjach, klubach i tym podobnych miejscach. A jeśli nie znajdziecie, zajrzyjcie do wydania online.

Risotto & more

Średnio co pół roku dopada mnie pewne zjawisko i za każdym razem obiecuję sobie, że kiedyś rzetelnie je przebadam. Musi w tym siedzieć jakaś biologia, bo nie wierzę, że to wyłącznie złośliwość umysłu! Mowa o tym, jak w obliczu goniących terminów i pilnych obowiązków wzrasta ludzka kreatywność i chęć działania na najróżniejszych polach – prócz tego jednego, na które jesteśmy skazani!

Sesje egzaminacyjne odkrywają we mnie pomysłową i wszechstronną osobę. Robię przemeblowania, biję życiowe rekordy w sporcie, słucham zaległych audycji, bawię się w naukę kaligrafii i czytam o sztuce komponowania zapachów. Zawsze przypomina mi się też, że bardzo chcę nauczyć się robić na drutach. Ale jak nic innego, kiedy nie wolno, chce mi się gotować!

Co chwilę przychodzą mi do głowy kolejne dania, które koniecznie muszę zrobić. Szczególnie trudno jest teraz, w przypadku sesji letniej – kto nie ma motylków w brzuchu przechodząc obok uginających się pod ogromem warzyw i owoców straganów! Zaprzestanie gotowania nie wchodzi w grę, to jasne. Na razie więc segreguję w głowie pomysły, jako pierwsze realizując te zjadające możliwie mało przeciekającego przez palce czasu.

Jeśli więc na blogach kulinarnych szukacie ucieczki od obowiązków, mam złą wiadomość! Przygotowanie obiadu nie będzie dziś jedną z nich :) zielone risotto wniesiecie gotowe na stół niecałe pół godziny po przekroczeniu progu kuchni.

Właściwie przepis, który dla Was mam to coś więcej niż risotto. Zdecydowanie nie jest klasyczne! Przygotowałam je z mieszanki brązowego ryżu, komosy ryżowej, amarantusa i bulguru z łubinu, przemycając tym samym dużo zdrowego urozmaicenia. Dobra wiadomość – nie musicie mieć tych egzotycznych ziaren w kuchennych szufladach. Wszystkie znajdziecie w mieszance „Ziarna Inków” z Rice&More, nowej serii produktów Monini. Bardzo je sobie upodobałam, szybko się gotują i są pyszne! Rozwiązują też mój częsty dylemat między kaszami i ryżem (uwielbiam je jednakowo). Przygotuję dla Was przepis z każdą mieszanką w roli głównej. Będzie bardzo pysznie i różnorodnie, obiecuję!

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone „risotto"
ze szpinakiem, groszkiem i serem kozim

2-4 porcje

2 łyżki oliwy
1 szalotka
2 małe ząbki czosnku
200 g mieszanki Rice&more "Ziarna Inków"
650ml bulionu drobiowego lub warzywnego

200 g groszku zielonego mrożonego
120 g szpinaku
1/3 szklanki listków bazylii
skórka z ½ cytryny
180 ml gorącej wody

100 g sera koziego pleśniowego
½ małej cukinii + odrobina oliwy do podsmażenia
świeżo mielony czarny pieprz

Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy drobno posiekaną szalotkę i czosnek. Dusimy aż zmiękną, przez około dwie minuty, a następnie dodajemy mieszankę ziaren. Podsmażamy jeszcze dwie minuty, po czym podlewamy bulionem (lekko ponad poziom ryżu). Gotujemy na najmniejszym ogniu, często mieszając, na bieżąco uzupełniając bulion małymi porcjami – tak, jak przy przygotowywaniu klasycznego risotto.

W międzyczasie w blenderze lub malakserze mrożony groszek zalewamy gorącą wodą. Dodajemy umyty i osuszony szpinak, bazylię oraz skórkę z cytryny. Całość miksujemy pulsacyjnie, pozostawiając w masie niewielkie grudki.

Po dodaniu całego bulionu, kiedy „risotto” osiągnie odpowiednią konsystencję, wlewamy zieloną masę. Dorzucamy także połowę sera koziego (50 g) w małych kawałkach. Wszystko mieszamy delikatnie i gotujemy jeszcze 4-5 minut. W międzyczasie na patelni podsmażamy plastry cukinii. Gotowe risotto doprawiamy ewentualnie do smaku solą (czy będzie to konieczne zależy od bulionu – zdarzają się mniej i bardziej słone).

Risotto podajemy w głębokich talerzach, przyozdobione podsmażonymi plastrami cukinii, resztą koziego sera i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Smacznego! 

A teraz najlepsze - prezenty!  Gorąco zachęcam Was do udziału w konkursie, w którym do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid! Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki Rice&More i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Powodzenia! :)

Co w pyrach dobrego

aaIMG_0881.jpg

Dumna jestem z tego, jak rośnie nasza świadomość żywieniowa. Coraz chętniej zgłębiamy naturę zawartości naszych talerzy. Bierzemy pod lupę zarówno egzotyczne kulinarne nowinki, jak i proste, zapomniane składniki. W czyjej kuchni nie gości dziś jarmuż, pasternak i topinambur? Popieram to całym sercem - i myślę, że najwyższy czas odkurzyć też ziemniaki.

Wyrażenie „zjedz mięso, zostaw ziemniaczki” przeszło do już historii, utwierdzając nas w przekonaniu o niższości tych ostatnich. Nic bardziej mylnego! Dziś na portalu Hello Zdrowie piszę o tym, co w pyrach dobrego. 

Często uważane za bezwartościowy wypełniacz, ziemniaki są tak naprawdę pełne minerałów – przede wszystkim potasu, nie brakuje im też magnezu, wapnia i fosforu. Dzięki temu dobrze wpływają na ciśnienie krwi, pracę serca i kondycję kości. Znajduje się w nich też niemało witaminy C, A, E oraz wiele witamin z grupy B. Aby ich wartość odżywcza była jak największa, warto jeść ziemniaki jak najprędzej po wykopkach. Wybierając je w sklepie, zwróćmy uwagę, czy nie są zazielenione i nie kiełkują – dzieje się tak, gdy leżakują za długo. Coraz więcej warzywniaków może się pochwalić selekcją różnych odmian ziemniaków. Przy odrobinie szczęścia właściciel opowie wam o ich właściwościach – przeczytajcie jednak o podziale na trzy podstawowe typy.

Typ A to ziemniaki o najmniejszej zawartości skrobi. Ich miąższ jest wilgotny, zwarty i klei się do noża. Takie ziemniaki najlepiej nadają się na grilla, do pieczenia czy wykorzystywania w sałatkach. Nie rozsypują się, więc można odważnie z nimi eksperymentować.

Ziemniaki typu B można uznać za swego rodzaju złoty środek. Odmiany z tej grupy są uniwersalne, ich miąższ się nie rozsypuje, może lekko pękać, ale wciąż jest wilgotny. Nadają się do gotowania, np. jako dodatek do zup. Dla mnie te ziemniaki są wprost stworzone do purée.

I wreszcie, do ziemniaków typu C zaliczamy odmiany o najwyższej zawartości skrobi. Ich sypkie wnętrze rozpada się w rękach. Jeśli planujemy zabrać się do przygotowania klusek, kopytek, placków czy babek, nie obejdzie się bez nich właśnie. Za ich sprawą ciasto wyjdzie zwarte i plastyczne, a dzięki ich skrobi potrzebny będzie mniejszy dodatek mąki, przez co wyroby nie będą twarde.

Ale dość już teorii, mam dla Was trzy przepisy, dzięki którym będziecie mieli okazję rozprawić się ze wszystkimi opisanymi typami. Do dzieła!

Zapiekane czerwone ziemniaki z rozmarynem
(typ A)

6‒8 porcji

- 1 kg czerwonych ziemniaków (lub innych typu A)
- 80 g masła lub oliwy
- 2‒3 gałązki rozmarynu
- sól morska, najlepiej gruboziarnista lub w płatkach

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Ziemniaki szorujemy i bez obierania kroimy na cienkie plasterki. Ważne, by były równe, aby upiekły się równomiernie. Najlepiej zrobić to za pomocą mandoliny, ale jeśli jej nie mamy, uważnie robimy to nożem. Naczynie żaroodporne smarujemy odrobiną stopionego masła i pionowo, ale pod kątem, układamy w nim plasterki ziemniaków. Polewamy resztą stopionego masła, doprawiamy solą morską i posypujemy igiełkami rozmarynu. Pieczemy około godziny – aż ziemniaki się zezłocą i będą z wierzchu chrupiące.

Kopytka ziemniaczane z łososiem i porem
typ C

6‒8 porcji

na kluseczki:
- 1 kg ziemniaków typu C
- 1 jajko
- 130 g mąki + odrobina do podsypywania
- 1/2–2/3 łyżki soli morskiej

do podania:
- 300‒400 g pieczonego łososia
- 1 por
- 2‒3 gałązki tymianku (lub garść świeżej szałwii)
- 2 łyżki masła
- 1 łyżka oliwy
- skórka z 1 cytryny, niewoskowanej
- świeżo mielony czarny pieprz

Ziemniaki szorujemy, układamy w garnku i zalewamy zimną wodą. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy w mundurkach do miękkości, około 15 minut. Uwaga ‒ nie należy gotować za długo: jeśli ziemniaki zaczną pękać, bardzo trudno będzie je obrać, gdyż będą rozpadać nam się w rękach. Gorące przeciskamy przez praskę prosto na stolnicę. Dodajemy mąkę, sól oraz pieprz, szybko zagniatamy, po chwili wlewamy roztrzepane jajko i jak najkrócej wyrabiając, formujemy jednolite ciasto. Odkrawamy po kawałku, na lekko omączonej stolnicy rolujemy wałki i ostrym nożem kroimy je na jednakowej wielkości kluski. Możemy zrobić je w takim kształcie, jaki podoba nam się najbardziej – bardziej okrągłe, jak włoskie gnocchi, lub prostokątne czy podłużne. W każdej klusce robimy widelcem wgłębienie, dzięki któremu lepiej pokryje je sos. Kopytka wrzucamy do dużego garnka osolonej wody i gotujemy pół minuty od momentu wypłynięcia. Wyciągamy łyżką cedzakową i odkładamy na talerz do ostudzenia.

Na patelni rozgrzewamy masło i oliwę. Wrzucamy pokrojonego pora i tymianek lub szałwię. Smażymy na średnim ogniu minutę. Dorzucamy gnocchi i zwiększamy ogień. Smażymy do zezłocenia kluseczek. Na koniec dodajemy kawałki pieczonego łososia i świeżo mielony czarny pieprz. Przekładamy na talerze i posypujemy startą skórką z cytryny.

Purée z pieczonym czosnkiem, serem kozim i miętą
typ B

4‒8 porcji

- 1 kg ziemniaków typu B
- 1 główka czosnku
- 100 g masła
- 100 ml mleka
- ½ łyżeczki gałki muszkatołowej
- sól morska, pieprz czarny
- do podania: ser kozi, świeża mięta

Ziemniaki szorujemy, w całości umieszczamy w garnku i zalewamy zimną wodą. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 15‒20 minut, aż będą bardzo miękkie. Odcedzamy, niezwłocznie obieramy (warto zabrać się do tego w rękawiczkach, bardzo parzą!) i wciąż gorące przeciskamy przez praskę. W garnku rozpuszczamy masło z mlekiem. Kiedy zacznie wrzeć, zmniejszamy ogień, dodajemy ziemniaki i energicznie mieszamy (najwygodniej silikonową szpatułką lub trzepaczką do jajek). Doprawiamy gałką muszkatołową, solą i pieprzem. W zależności od pożądanej konsystencji dodajemy więcej mleka lub odrobinę wrzątku. Na koniec przecieramy purée przez sito, aby było jeszcze gładsze. Możemy wykorzystać je jako dodatek do obiadu, ale podane ze świeżym serem kozim, listkami mięty i odrobiną oliwy z pierwszego tłoczenia stanowi wyśmienite samodzielne danie!

Na Polskim Stole #2

W zeszłym tygodniu przedstawiłam Wam projekt Polski Stół – efekt współpracy trzech dolnośląskich producentów zastawy stołowej. Dziś, po kryształach z Huty Julia, pod lupę biorę piękny kobaltowy talerz wytworzony w Manufakturze naczyń kamionkowych w Bolesławcu.

Zanim usłyszałam o kolekcji Polski Stół, ceramika bolesławiecka była mi najbliższa z całej stojącej za nią trójcy dolnośląskiego rzemiosła. Resztę, owszem, kojarzyłam, ale to Bolesławiec odkąd pamiętam wypełniał półki kuchennego kredensu w moim rodzinnym domu. Mimo wachlarza nowych, zaskakujących wzorów, mnie wciąż najbardziej urzeka klasyka, czyli ich pierwsze pawie oczka i kobaltowe kropki. Talerz z kolekcji Polski Stół podoba mi się szalenie – utrzymany w tej tradycyjnej estetyce, jest tylko lekko podkręcony charakterystycznym dla projektu kształtem plastra miodu. 

Na śniadaniu w Food Art Gallery przeznaczono go na deser – wylądował na nim wciąż ciepły, wzorowy croissant, a u jego boku domowa konfitura z pigwy i własnoręcznie robione makaroniki w salaterkach z porcelany Kristoff. Nie odmówiłabym wieńczenia w ten sposób każdego śniadania! Wcześniej jednak były kanapki (ależ nieadekwatnie brzmi to słowo kiedy wspominam tę wysmakowaną ucztę!) – podpieczone pajdy z pastą z awokado i jajkiem w koszulce. I choć wówczas idealnie płynne żółtko rozlewało się po porcelanowym talerzyku z zestawu drugiego, jego połączenie z chrupiącą skórą chleba utkwiło mi w pamięci tak mocno, że kanapki do dziś są jedynym, co chcę jeść z talerza na moim Polskim Stole.

Swoją kanapkę zaprezentuję Wam dziś iście przekrojowo. Punktem wyjścia jest oczywiście pieczywo, dlatego sięgam po najlepszy na świecie chleb na zakwasie z ziarnami i (w mojej ulubionej wersji) suszonymi śliwkami. Mam czasem szczęście dostać bochenek, kiedy odwiedzam rodziców – moja mama piecze go bardzo regularnie, na końcu tekstu przeczytacie dlaczego. W kanapce sukces współtworzą z nim obłędne marynowane buraki. Są dla mnie bardzo rodzimym specjałem, choć przepis na nie przywiozłam z wystawnej kuchni Ottolenghi’ego w Londynie. Całości dopełnia kozia chałwa – mój ukochany, bardzo charakterny, i co dziś istotne, polski (ba, dolnośląski!) ser.

Chleb mojej Mamy piecze się w pewnym określonym rytmie. Kiedy robimy go po raz pierwszy, musimy zachować niepełną szklankę ożywionego ciasta. Odkładamy je do lodówki na 5-8 dni Po tym czasie, dodając to ciasto w miejsce zakwasu, pieczemy kolejną partię. Dzięki temu, że zależy od nas życie tej mikstury, nie porzucimy domowej piekarni nawet w przypadku kompletnego braku sił. To bardzo miłe zawsze mieć jego zapas, przekonajcie się!

Chleb na zakwasie mojej Mamy
z ziarnami i suszoną śliwką

na podstawie przepisu i zakwasu od pani Marii
na dwa bochenki

500 g mąki pszennej
250 g mąki żytniej razowej
5 łyżek ziaren słonecznika
5 łyżek pestek dyni
5 łyżek siemienia lnianego
1 łyżka sezamu
3 łyżki otrębów owsianych
opcjonalnie: 50 g suszonych śliwek lub żurawiny
2 łyżeczki soli
ok. 3 szklanek wody
1/2 - 1 szklanka aktywnego zakwasu*
odrobina oleju do wysmarowania blaszek

* Tak jak pisałam, rolę zakwasu pełni tu część ciasta chlebowego pozostała z pieczenia poprzedniej partii. Za pierwszym razem można spokojnie wykorzystać swój własny, gęsty zakwas żytni, a dalej postępować według przepisu i uruchomić swoją cykliczną produkcję tego wyjątkowego chleba.

Mieszamy mąki z ziarnami i solą. Dodajemy wodę i mieszamy do połączenia (można zrobić to przy pomocy miksera z końcówką do mieszania/zagniatania). Dodajemy zakwas i wyrabiamy około 10 minut. Ciasto powinno mieć lepką i gęstą konsystencję. ½ szklanki odkładamy do słoiczka na następny raz. Resztę ciasta przekładamy do dwóch wysmarowanych olejem keksówek (około 30-centymetrowych), smarujemy też grzbiety chlebów. Formy przykrywamy kuchenną ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 10-12 godzin.

Po wyrośnięciu wkładamy do piekarnika (grzanie góra-dół) rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy godzinę. Następnie włączamy termoobieg, temperaturę zmniejszamy do 170 stopni i pieczemy jeszcze około pół godziny. Wyciągamy chleby z foremek i studzimy na kratce, aby nie zaparowały od spodu.

Kroimy po przestudzeniu, zbyt gorący chleb może być za miękki w środku, choć ciepły wspaniale smakuje z zimnym masłem.

Odłożony zakwas trzymamy w lodówce w słoiku przykrytym gazą (nie zakręconym). Po ok. 5 dniach zaczyna mieć lekko kwaśny zapach i jest gotowy do użytku. Najdłużej trzymamy 8-9 dni, by się nie zepsuł.

Marynowane buraki z NOPI

adaptacja przepisu z książki Nopi: The Cookbook, Yotam Ottolenghi, Ramael Scully

3-4 buraki (ok. 600-700 g)
2 ząbki czosnku, obrane i zgniecione
1 listek laurowy
kilka gałązek rozmarynu lub tymianku
½ łyżeczki ziaren pieprzu czarnego
50 g cukru trzcinowego
1 płaska łyżka gruboziarnistej soli morskiej
350 ml octu z czerwonego wina
500-800 ml wody źródlanej
skórka i sok z 1 niewoskowanej pomarańczy

Buraki szorujemy i w całości, nieobrane umieszczamy w garnku. Dodajemy wszystkie składniki (oprócz skórki z pomarańczy), zalewamy octem i uzupełniamy wodą – taką ilością, by wszystkie buraki były przykryte. Podgrzewamy na średnim ogniu i gotujemy do miękkości (około godzinę od zawrzenia). Garnek powinien cały czas być przykryty. Jeśli woda będzie szybko odparowywać, uzupełniamy ją do poziomu buraków. Kiedy będą miękkie, zdejmujemy z ognia i zostawiamy do całkowitego wystudzenia. Następnie wyciągamy buraki, obieramy je i kroimy – w Nopi w kostkę, u mnie w plastry, bo takie prościej ułożyć na kanapce czy zjeść w sałatce. Możecie zdecydować się też na słupki (np. do wrapów, sushi czy spring rollsów) – ważne, by kawałki były podobnej wielkości i raczej drobne (tudzież cienkie), aby marynowały się równomiernie. Przekładamy buraki do dużego słoika.

Zalewę, w której buraki się gotowały przecedzamy i z powrotem stawiamy na ogniu. Dodajemy sok i skórkę z pomarańczy, zagotowujemy i redukujemy na średnim ogniu mniej, tak długo by otrzymać mniej więcej 600 ml płynu (u mnie trwało to około 30 minut). Zalewamy buraki w słoiki, po drodze odcedzając na sitku skórkę pomarańczową, szczelnie zamykamy i odstawiamy na minimum 24 godziny. 

Aby złożyć idealną polską kanapkę, pajdę chleba smarujemy dobrym masłem (moje ulubione to dzięki Lukullusom masło z Grajewa, znane jako Łaciate). Możemy wcześniej lekko ją zgrillować. Układamy plasterki zamarynowanych buraków, nad całością kruszymy kozią chałwę (ilość wedle upodobania, ja daję dużo, można też zastąpić innym bardzo wyrazistym kozim serem, ale kto nie zna, niech koniecznie spróbuje chałwy!). Posypujemy solą, najlepiej w płatkach i - jeśli mamy - wędzoną (wiem, że w tym zestawie sól z Maldon mało lokalna, ale to mój faworyt. Choć planuję spróbować domowego wędzenia rzeczy już niebawem!). Na koniec kilka listków świeżej mięty. Podajemy na ulubionym polskim talerzu. Smacznego!

Czym czarował miesiąc trzeci

Ok, to zdjęcie musiało pojawić się jako pierwsze, żeby narobić Wam apetytu na najpyszniejszą szakszukę świata. Jest piękna, pyszna, zdrowa, szybka w przygotowaniu, i jedyną jej wadą jest możliwość porysowania patelni widelcem, kiedy będziecie wyskrobywać z niej ostatki (prosta rada - zróbcie to przy pomocy kawałka chleba). Przepis czeka na końcu wpisu, więc możecie już szykować patelnie.

Przedtem opowiem Wam jeszcze o kilku rzeczach, które znalazłam na swoich zdjęciach z marca. O tym, co dobrego działo się w czasie tego (minionego w mgnieniu oka) miesiąca. Myślę, że będę takie zestawienia tworzyć dość regularnie, chcę zacząć zwracać jeszcze większą uwagę na małe przyjemności codziennego dnia. Co o tym myślicie? Oto kilka rzeczy, którymi czarował mnie marzec.

1. A więc szakszuka. Po pierwsze jarmuż, i to że właśnie w marcu powrócił na chwilę na półki mojego warzywniaka. Po sałatce i siedemnastu tysiącach zielonych koktajli czułam, że pożegnałam się z nim godnie. Kiedy z ostatniej porcji powstała szakszuka, wiedziałam, że dopiero teraz nasza wspólna przygoda uczczona została z należytą pompą. Przepis, tak jak pisałam, czeka na końcu. Zróbcie. Mówię Wam, kiedy przełkniecie ostatniego kęsa, poczujecie, że można już umierać w spokoju.

2. Nowe ścieżki wrocławskie. Zimą niechętnie eksplorowałam swoje bądź co bądź wciąż przecież niepoznane miasto.  Słońce, które wyciąga mnie teraz na spacery i rowerowe wycieczki, motywuje do skręcania w nowe ulice i zaułki. Mam pokaźną listę miejsc "zasłyszanych" lub poleconych, których odwiedzenie skrupulatnie zaplanowałam na najbliższe ciepłe dni. Na pełnym etacie mam też naprawdę świetnych wrocławskich przewodników, którym za atrakcje odpłacam się pożyczając książki kulinarne i piekąc cynamonowe brioszki z kruszonką.

3. Pikniki. Marzec był w tym roku wyjątkowo hojny w kwestii słońca, a wiadomo że to właśnie te pierwsze ciepłe dni wprawiają nas zawsze w największą euforię. Kiedy piknik rozkładamy na ziemi, z której kiełkuje dopiero gdzieniegdzie zielona trawa, a jednak wydaje nam się, że piękniej by już być nie mogło. Kawa smakuje wówczas idealnie z plastikowego kubka, a w kostki przyjemnie łaskoczą spacerujące po nich mrówki.

4. Wizyta u babci - spontaniczne jednodniowe wczasy z siostrą. Spotkanie na dworcu (jeździmy teraz w końcu z dwóch różnych stron Polski), a kilka godzin później na nim rozstanie. W międzyczasie babciny obiad, spacery, rozmowy, dużo śmiechu, słońca i lodów.

5. Powrót na pchle targi, kiedyś znacznie częściej przeze mnie odwiedzane. Zapomniałam już jak łatwo jest przynieść do domu prawdziwe skarby, pozbywszy się z portfela zaledwie kilku złotych. Staram się nie kolekcjonować gratów, które zachwycają mnie tam na każdym kroku, żeby nie zarastać później ogromem mało przydatnych staroci. Choć to trudne, pozwalam sobie tylko na rzeczy, których wiem, że będę używać - kosmetyczka, puszka na kawę czy akcesoria kuchenne na pewno długo mi posłużą! (Błękitna ceramiczna rączka to mały wyjątek, nie mogłam odmówić sobie takiego skarbu. Ale i dla niej z pewnością znajdę jakieś szalenie użyteczne zastosowanie).

6. Szeroko pojęta aktywność fizyczna, najnowszy nałóg w mojej kolekcji! Nie wiem dlaczego tak bardzo (i tak nagle) mnie uzależniła. Czy to zaspokajanie zapotrzebowania na endorfiny (dużymi ilościami czekolady przyzwyczaiłam swój organizm do dość wysokiego ich poziomu)? Uleganie przedwiosennej modzie na bycie fit? Słusznie usprawiedliwione "I really like running because I really really really like food"? Piękny śliwkowy kolor moich sportowych butów, który sprawia, że mam ochotę wskoczyć w nie ilekroć spojrzę w ich stronę? Nie wiem, ale odpowiedź wcale nie jest mi potrzebna. Cieszę się tym, jak wiele przyjemności mam z porannego biegu czy zmordowania się raz na jakiś czas na siłowni. Od czasu okazjonalnego tenisa w podstawówce i chwilowej fazy na taniec nowoczesny we wczesnych latach nastoletnich, nie ruszałam się praktycznie wcale (rower jako środek transportu nie jest w moim wykonaniu sportem wyczynowym). Zakwasy bolą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Fajnie jest odkryć, że ma się mięśnie, o których istnieniu nie miało się pojęcia!

No, a teraz łapcie za patelnie. Do przepisu!

Szakszuka z jarmużem i serem kozim

2 porcje

Przepis z magazynu Kinfolk

duża garść jarmużu (można spróbować też wersji ze szpinakiem)
1 ząbek czosnku
1 mała cebula (np. dymka)
2 puszki całych pomidorów pelati
1 łyżeczka zmielonego kuminu
1 łyżeczka słodkiej papryki (można dodać pół na pół z wędzoną, jeśli lubicie)
duża szczypta pieprzu kajeńskiego
4 jajka
ser kozi, półtwardy
świeża bazylia i natka pietruszki (duuużo)
pieprz czarny
+ ulubione pieczywo

Jarmuż wymyć i osuszyć. Wyciąć liście i posiekać je drobno. Na dużej (!) patelni rozgrzać odrobinę oleju dobrego do smażenia (np. rzepakowego) i zeszklić posiekaną cebulę. Dodać czosnek i jarmuż i wszystko razem podsmażać do zmięknięcia. Następnie dodać przyprawy – kumin, paprykę i pieprz cayenne. Całość przemieszać i zalać pomidorami (dodajemy całą zawartość puszki, razem z sokiem). Można je lekko rozdrobnić szpatułką. Zmniejszyć ogień i dusić około 10 – 15 minut, aby nadmiar wody odparował. Kiedy pomidorowa pulpa zgęstnieje, posolić ją, przemieszać i zrobić cztery wgłębienia. Wbić jajka, każde z nich osobno lekko posolić. Przykryć patelnię i trzymać na małym ogniu jeszcze kilka minut, do momentu gdy jajka będą ścięte w stopniu, jaki sobie wymarzycie (żółtka powinny jednak pozostać płynne).

Szakszukę posypać kozim serem i dużą ilością świeżej bazylii oraz pietruszki. Doprawić czarnym pieprzem i podawać z ulubionym pieczywem (zgrillowanym, i z masłem jeśli lubicie). Najlepiej jeść prosto z patelni! Ale z talerza też smakuje dobrze (wygodniej będzie sięgnąć po raczej głębokie naczynia).

Smacznego!