How to sprout Chickpea (and not only)

Już myślałam, że nie było mnie za długo, by przełamać milczenie i wrócić, a jednak! Jestem z powrotem i już zostaję. Żeby wynagrodzić Wam dwa miesiące ciszy przynoszę dużo materiałów. Pod lupę biorę dziś kiełki, chcąc wszystkich Was zachęcić do ich domowej produkcji. Przeczytajcie moje szczegółowe instrukcje – co i dlaczego warto w domu kiełkować, a przede wszystkim jak to robić (sposobów jest kilka, wszystkie proste!). Materiał opublikowany został w najnowszym numerze mojego ulubionego magazynu Chickpea – wegańskiego, pełnego przepisów i wartościowych treści, jak zwykle przepięknie oprawionego graficznie. Nowy numer w wersji online kupicie TUTAJ, a pod tym linkiem jest darmowa próbka tego, co w środku! Razem z czterema przepisami na moje dania z wykorzystaniem kiełków z gryki, ciecierzycy, soczewicy i słonecznika.

IMG_5709.jpg

Zwykle czekam z publikowaniem materiałów z Chickpea do dnia, w którym dotrze do mnie papierowy magazyn, ale teraz nie mogłam się powstrzymać. Przyszła zima, idealna pora na wielkie kiełkowanie! Czy budzące się do życia nasiona, ziarna i orzechy nie kojarzą Wam się bardziej z wiosną, tak jak mnie? Wtedy przecież budzi się cały świat, i to bez naszej pomocy. Tymczasem kiełkować warto przez cały rok! A tą chłodną i ciemną porą dodatkowe wartości odżywcze szczególnie się nam wszystkim przydadzą.

Zapraszam na moje kompletne WPROWADZENIE DO KIEŁKOWANIA, czyli Sprouting 101 (Chickpea to magazyn anglojęzyczny). Jeśli ktoś z Was miałby problem z angielskim, piszcie do mnie śmiało, a pomogę!

Nie tłumaczyłam tekstu celowo, po części dlatego, że chcę zacząć testować pisanie bloga po angielsku. Co byście na to powiedzieli? Czytalibyście chętnie, czy to dla Was przeszkoda?

title.jpg
Screenshot 2018-11-19 at 18.50.19 copy.jpg

Kiełkowaliście wcześniej w domu? Bardzo polecam spróbować! Jeśli lubicie wyzwania takie jak chleb na zakwasie, hodowanie kombuchy czy domowe kiszonki, koniecznie dodajcie kiełki do repertuaru żyjących projektów w swojej kuchni. Jeśli jest na odwrót i jedyne na co się porywacie to próby posadzenia drzewka z pestki awokado, właśnie od kiełkowania warto zacząć – nie wymaga ono dużego zaangażowania i żadnych specjalistycznych warunków.

Chciałabym też porzucić stereotyp kiełków jako splątanej garstki lucerny, która swego czasu dekorowała co drugi talerz ze zdrowym posiłkiem. Skiełkowane ziarna, nasiona i strączki są niesamowicie ciekawe, różne, mają ogromy potencjał! Sami zobaczcie jakie dania można z nich przygotować.

IMG_5768 copy.jpg

Falafel ze skiełkowanej ciecierzycy

4 porcje

  • 2 szklanki skiełkowanej ciecierzycy

  • 1 pęczek natki pietruszki

  • 2 małe ząbki czosnku

  • 1/2 średniej cebuli

  • sok z 1/2 cytryny

  • 1 płaska łyżeczka mielonego kuminu

  • 1/2 łyżeczki mielonej kolendry

  • 1/2 łyżeczki cynamonu

  • 1/2 łyżeczki pieprzu kajeńskiego/chili

  • 1/2 łyżeczki soli

  • 2-3 łyżki zimnej wody (lub więcej, do konsystencji)

  • olej roślinny do smażenia

 Umieść wszystkie składniki oprócz wody i oleju w malakserze (blenderze z ostrzem w kształcie “S”) i zmiksuj dokładnie, ale nie za gładko. Dodawaj wodę, łyżka po łyżce, tylko tyle by masa zaczęła się kleić i miała konsystencję odpowiednią do formowania falafeli w dłoni. Odstaw do lodówki na minimum godzinę.

Na głębokiej patelni rozgrzej olej – tyle, by przykrył dno (nie będziemy smażyć na głębokim tłuszczu). Z masy ciecierzycowej formuj okrągłe, spłaszczone falafele. Smaż na średnim ogniu z obu stron aż do zezłocenia. Po zdjęciu z patelni ułóż na ręczniku papierowym aby pozbyć się nadmiaru oleju. Podawaj z sosem z tahini, świeżymi lub pieczonymi warzywami, w pitach, lub w jakiejkolwiek aranżacji, na którą przyjdzie Ci ochota. Najlepiej smakują świeżo po usmażeniu, kiedy wierzch jest przyjemnie chrupiący, ale możesz przygotować je wcześniej i przechowywać w lodówce lub zabrać ze sobą na wynos.

IMG_5830.jpg

Śniadaniowy “budyń” ze skiełkowanej gryki

4 porcje

  • 2 szklanki skiełkowanej gryki

  • 1 duży banan

  • 5 dużych, świeżych daktyli, bez pestek

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego

  • szczypta soli

  • 1/2 – 1 puszki mleka kokosowego

  • dodatki, takie jak sezonowe owoce, syrop daktylowy, bakalie

Wszystkie składniki prócz mleka kokosowego i dodatków umieść w blenderze. Zacznij miksować na wysokich obrotach, powoli dodając mleczko, aż do uzyskania pożądanej gęstości budyniu. Kiedy będzie gładki i kremowy, przełóż do misek i udekoruj każdą porcję dodatkami.

IMG_5746 copy.jpg

Mleko ze skiełkowanych nasion słonecznika z tonką

2-4 porcje w zależności od wielkości

  • 1 szklanka skiełkowanego słonecznika*

  • 1 1/2 - 2 szklanki wody

  • 1 małe ziarno tonki

  • szczypta soli

  • 1/2 łyżeczki kurkumy

  • 1/3 szklanki syropu z klonowego, lub do smaku

  • kostki lodu do podania, jeśli na zimno

*W tym przepisie ważne jest, by użyć młodych (1-2 dniowych) kiełków słonecznika. Im dłużej kiełkują, tym ostrzejszy ich smak. Robią się też coraz bardziej zielone i chrupiące, co jest świetne w sałatkach, ale mleko czyni mniej kremowym.

Umieść nasiona słonecznika w blenderze z wodą. Zetrzyj pół ziarna tonki (robię to na microplanie, ostrze tarki musi być mocne, bo ziarenka są twarde!) i dodaj do blendera razem z solą i kurkumą. Miksuj na wysokich obrotach przez dwie minuty lub tak długo, aż mikstura będzie idealnie gładka. Odcedź mleko używając specjalnego woreczka lub po prostu gazy, wyciskając je do ostatniej kropli ze słonecznikowej pulpy (tę ostatnią wykorzystaj w cieście lub do zrobienia wegańskiego twarożku!). Do mleka zetrzyj drugą połowę ziarna tonki, dodaj też syrop klonowy. Podawaj z lodem jako alternatywę dla kawy mrożonej, lub na ciepło!

IMG_5711 copy2.jpg

Sałatka z kiełków zielonej soczewicy

4 porcje jako dodatek

  • 1 szklanka skiełkowanej zielonej soczewicy

  • 1/2 szklanki migdałów

  • garść ulubionych liści (np. sałaty rzymskiej, rukoli, szpinaku)

  • 5 małych moreli

  • garść czereśni, bez pestek

    dressing cytrusowy:

  • sok z 1 cytryny

  • 1 łyżeczka syropu klonowego

  • 3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

  • chluścik sosu sojowego lub tamari

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Wyłóż migdały na blachę i praż je przez 8-12 minut, aż zciemnieją i zaczną pięknie pachnieć. Wyjmij z piekarnika i odstaw do wystudzenia. W międzyczasie ugotuj skiełkowaną soczewicę na parze. Zajmie to około 10 minut, powinna być al dente. W dużej misce wymieszaj resztę składników – liście, morele, czereśnie. Dodaj soczewicę. Składniki na sos umieść w słoiku i wymieszaj intensywnie nim potrząsając. Dodaj dressing do sałatki, wymieszaj i obsyp posiekanymi prażonymi migdałami.

Smacznego!

Doznanie wielopoziomowe

Przełom wiosny i lata to czas największego urodzaju. Kolory wypełniają półki warzywniaków po szarej zimie i przednówkowym nieurodzaju. Tak licznie, że trudno mi decydować które warzywa i owoce wylądują danego dnia na talerzach. Najciężej jest rano, bo rozkochana w porankach, największy apetyt mam po przebudzeniu.

Choć decyzja co zjeść na śniadanie nie jest bułką z masłem, może być kilkoma kromkami żytniego pumpernikla. Problem decyzyjności rozwiąże się wówczas sam. Wystarczy odrobina kreatywności, aby z niczego nie trzeba było rezygnować; kromki ułoży się jedna na drugiej tworząc tort, a pomiędzy jego kolejnymi poziomami schowa wszystko, co wspaniałego ma wiosna w ofercie.

Tym razem, do świeżych polskich ogórków, papryk, rzodkiewek i szczypiorów, ukręciłam aż trzy pasty, które czynią ten tort doznaniem wielopoziomowym – konstrukcyjnie, ale i smakowo. Więcej napisałam na portalu Hellozdrowie. Zajrzyjcie, by dowiedzieć się co nieco o zaletach żytniego pumpernikla i jego wpływie na naszego zdrowie!

Śniadaniowy tort pumperniklowy
z trzema pastami i mnóstwem nowalijek

4 porcje

na pastę z tuńczyka ze świeżymi ziołami:

  • 1 puszka kawałków tuńczyka w sosie własnym

  • 1 łyżka jogurtu greckiego

  • 1-2 łyżki majonezu

  • po garści listków świeżej melisy, bazylii i pietruszki (lub innych ulubionych ziół)

  • sól i pieprz do smaku

Wyjmij z puszki tuńczyka i odciśnij go z zalewy na drobnym sicie. Przełóż do miski, dodaj jogurt i majonez i połącz składniki. Jeśli pasta będzie za sucha, dodaj odrobinę majonezu. Zioła posiekaj drobno najostrzejszym nożem, jaki masz (tak, aby je ciął, a nie zgniatał). Dodaj do miski, wszystko dokładnie wymieszaj i dopraw do smaku solą i pieprzem.

na pastę z awokado z cytryną i słonecznikiem:

  • 3-4 łyżki nasion słonecznika

  • 1 duże, dojrzałe awokado

  • skórka z ½ niewoskowanej cytryny

  • 1-2 łyżki soku z cytryny

  • sól i pierz do smaku

Rozgrzej suchą patelnię, dodaj nasiona słonecznika i często mieszając, podpraż je, aż nabiorą złotego koloru i zaczną pięknie pachnieć. Odstaw do wystudzenia.

W międzyczasie wyjmij miąższ z awokado, rozgnieć go w misce widelcem razem ze skórką oraz sokiem z cytryny (zacznij od 1 łyżki, później możesz dodać więcej do smaku). Na koniec dorzuć 2 łyżki nasion słonecznika (resztę zachowaj do posypania wierzchu tortu) i wymieszaj.

na smarowidło z fety z sumakiem:

  • 200 g prawdziwej fety z mleka owczego i/lub koziego

  • 80-100 g jogurtu greckiego

  • kilka szczypt sumaku (bliskowschodniej przyprawy o kwaśnym smaku)

Fetę odsącz z zalewy i umieść w malakserze lub naczyniu blendera. Miksuj na gładką pastę, jednocześnie dodając jogurt, aż do uzyskania pożądanej konsystencji. Pasta powinna być puszysta, ale nie lejąca, aby można było bez obaw rozsmarowywać ją na pumperniklu. Przełóż do naczynia, dodaj kilka hojnych szczypt sumaku i przemieszaj łyżką.

dodatkowo:

  • ½ żółtej papryki

  • 4-5 dużych rzodkiewek

  • 3 ogórki gruntowe

  • 8 jednakowych kromek pumpernikla

  • 1 pęczek szczypioru z dymki

  • młode listki jarmużu lub ulubione kiełki do dekoracji

Umyj i osusz wszystkie warzywa. Paprykę pokrój w drobną kosteczkę, rzodkiewki i ogórki potnij na cienkie plasterki, a szczypior grubo posiekaj.

Następnie przygotuj stanowisko do składania tortu – na środku połóż dużą kuchenną deskę (możesz też użyć od razu płaskiego talerza, na którym będziesz podawać tort). Wokół niej zgromadź wszystkie przygotowane składniki. Na desce lub talerzu ułóż dwie kromki pumpernikla i rozsmaruj na nich połowę pasty z fety z sumakiem. Hojnie obsyp żółtą papryką. Przykryj kolejnymi dwiema kromkami. Teraz dodaj warstwę pasty z tuńczyka, a na niej ułóż plasterki ogórka. Przykryj pumperniklem i równo rozsmaruj cytrynową pastę z awokado. Ułóż gęsto pokrojone rzodkiewki i dodaj ostatnie dwie kromki pumpernikla. Rozsmaruj na nich resztę pasty z fety, a wierzch udekoruj szczypiorem, listkami oraz kiełkami. Całość oprósz solą oraz pieprzem i posyp zachowanymi nasionami słonecznika. Gotowe! Tort krój na porcje długim nożem z piłką.  Smacznego!

Dziwne

Na samym początku jesieni, tej ciepłej i miejscami wciąż zielonej, ugotowałam pewne danie po raz pierwszy. Kontenta, powtórzyłam je kilka razy w różnych konfiguracjach, a niedługo później dopracowałam swoją własną, idealną odsłonę. Spisałam proporcje i zrobiłam sto zdjęć, jedno wylądowało nawet na zachętę w internecie i przy tej okazji obiecałam Wam przepis tak prędko jak się da. Udało się dziś, a więc kilka miesięcy później; i choć trochę mi wstyd, to podkreślam ten poślizg w konkretnym celu. Moje spóźnienie to jedyna rzecz w tym wpisie, która zdaje się całkiem normalna - cała reszta będzie dziśiaj raczej dziwna.

Weźmy na przykład tę dynię. Na talerzu mogłaby udawać ananasa, a z zewnątrz wygląda na co najmniej trędowatą. Jakiś czas temu miałam w domu jedną szkaradną sztukę kiedy odwiedziła mnie mama. Na jej widok jęknęła i załamała ręce, zawiedziona że w mojej kuchni znajduje się coś tak doszczętnie spleśniałego. Nie od razu chciała uwierzyć, że to idealnie świeża dynia, która jest po prostu dziwna!

Choć uważam, że Dziwna Dynia byłaby celną i ładnie brzmiącą nazwą oficjalną, prawdziwe imię tego gatunku brzmi Futsu Black. Dla warszawiaków dynia dostępna jest w gospodarstwie Majlertów (w sezonie - teraz sklepik jest zamknięty). Na zdjęciu właśnie pani Jola Majlert pokazuje ją w przekroju. Można jednak znaleźć ją w wielu innych miejscach, u mnie jest nawet (i to do teraz) w warzywniaku pod domem. Jeśli jednak nie widzieliście dziwnej dyni nigdzie w swoich okolicach, użyjcie starej dobrej odmiany hokkaido lub innej zwartej, słodkiej dyni, która nadaje się do pieczenia.

Ale z dynią wygrywa reszta wymyślnej zawartości talerza. Znów; choć moim zdaniem nazwa Dziwne Risotto trafia w punkt i intryguje, na logikę powinnam to danie ochrzcić Słonecznikottem (Słoneczottem? Girasolottem? Ała!). Na pomysł ugotowania risotto z ziaren słonecznika zamiast ryżu wpadłam dzięki My New Roots, ale swoją wersję zbliżyłam do włoskiego oryginału - masłem, winem, szalotką i parmezanem. I jest to naprawdę dobre i ciekawe danie. Nie zastąpiłoby mi klasyki, bo jest od niej jednak zupełnie inne - ale dla mnie to znacznie lepiej. Sceptycznie podchodzę do rzeczy, które udają rzeczy, to jest dobre po prostu samo w sobie. 

Nieważne czy unikacie węglowodanów, macie alergię na ryż, bojkotujecie monotonię kuchni włoskiej czy jesteście ciekawi nowych kulinarnych doznań nie zważając na to, czy coś mają imitować. Możecie też zupełnie bez powodu; ale zróbcie sobie taki obiad! Zdziwicie się jak bardzo warto.

"Risotto" z ziaren słonecznika
z pieczoną dynią

4 porcje; inspiracja z My New Roots

  • 350 g łuskanych ziaren słonecznika
  • ok. 1 - 1,5 L wody mineralnej
  • 1 łyżka masła (w wersji wegańskiej można użyć oleju kokosowego)
  • 2 duże szalotki
  • 4 małe ząbki czosnku
  • spora szczypta soli
  • 1-2 łyżki sosu sojowego, jasnego
  • 200 ml białego wina wytrawnego
  • ok. 500 ml ulubionego, domowego bulionu
  • 50 g parmezanu (w wersji wegańskiej podmieniamy na łyżkę płatków drożdżowych)
  • kilka kropel soku z cytryny
     
  • 1/2 niedużej dyni o zwartym, słodkim miąższu (u mnie odmiana futsu black, dobra będzie też hokkaido lub delica)
  • oliwa, sól, pieprz
  • świeża bazylia, zimnotłoczony olej rzepakowy, opcjonalnie: parmezan

Przygotowania rozpoczynamy wieczorem, dzień wcześniej (lub tego samego dnia z rana, jeśli risotto chcemy zjeść na kolację). Ziarna słonecznika płuczemy na sitku, przekładamy do naczynia, zalewamy wodą mineralną z dodatkiem łyżki soli i zostawiamy do namoczenia na całą noc (minimum 7-8 godzin). Po tym czasie płuczemy ponownie i odsączamy. Odmierzamy 135 g (niepełną szklankę) nasion, umieszczamy ją w blenderze z niepełną szklanką wody mineralnej i miksujemy na gładko. 

W głębokiej patelni lub garnku o szerokim dnie rozgrzewamy masło. Dodajemy pokrojone w kosteczkę szalotki oraz sporą szczyptę soli. Szklimy na niedużym ogniu przez 2 minuty, po czym dorzucamy pokrojony drobno czosnek. Podsmażamy przez 4-5 minut (do miękkości, nie zbrązowienia). Dodajemy ziarna słonecznika (te niezmiksowane), sos sojowy, podlewamy białym winem i dusimy wszystko przez kolejne 5 minut. Następnie dolewamy ok. 500 ml bulionu i gotujemy całość pod przykryciem około 20-30 minut, co jakiś czas mieszając. W razie potrzeby dodajemy więcej bulionu, a jeśli płynu będzie za dużo, odparowujemy gotując przez chwilę bez pokrywki. Na koniec dorzucamy drobno starty parmezan (jeśli używamy) oraz zmiksowane wcześniej z wodą ziarna słonecznika. Wszystko razem podgrzewamy jeszcze przez kilka minut na małym ogniu. Na koniec doprawiamy do smaku solą, sokiem z cytryny i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Dodajemy również płatki drożdżowe (w wersji wegańskiej - jeśli nie używaliśmy parmezanu).

Kiedy “risotto” się gotuje, rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Dynię kroimy na pół i wyciągamy miąższ z pestkami. Resztę kroimy w grube plastry, smarujemy oliwą i posypujemy solą i pieprzem. Pieczemy ok. 20-30 minut, aż z brzegów się zezłoci, a w środku będzie bardzo miękka.

Każdą porcję risotto dekorujemy plastrami upieczonej dyni, listkami świeżej bazylii i jeszcze odrobiną utartego parmezanu, jeśli go używamy. Skrapiamy tłoczonym na zimno olejem rzepakowym, orzechowym lub np. dobrą oliwą z oliwek. Smacznego!

Sake, na obiad

Zanim przejdziemy do jedzenia (a dziś będzie naprawdę wyjątkowo smacznie), zgodnie z obietnicą powiem Wam parę słów o sake – narodowym japońskim trunku, o którym często wiemy mniej, niż nam się wydaje. Nie jest to bowiem, jak powszechnie się uważa, „japońska wódka”! Zacznijmy od tego, że słowem sake nazywa się w języku japońskim napój alkoholowy ogólnie, niezależnie od rodzaju. To, o czym mówimy to tak naprawdę nihonshu, ale przyjęło się używanie nazwy ogólnej właśnie w odniesieniu do tego konkretnego wyrobu (przede wszystkim za granicą, ale w samej Japonii również). Produkcja sake opiera się na procesie fermentacji, a nie destylacji. Znacznie trafniejsze jest więc określanie go winem ryżowym. Choć, żeby było śmieszniej, cały przebieg najbliższy jest warzeniu piwa – w końcu bazą jest tutaj ziarno, nie owoce. Proponuję, żeby sake zostało po prostu sake; niezależnie od tych podobieństw, jest przecież jedyne w swoim rodzaju.

Sake pija się na zimno lub ciepło (w temperaturze około 40 stopni). Zależy to od rodzaju samego alkoholu, ale także od tego z czym go podajemy. Bardzo ważna jest bowiem kompatybilność między napojem i jedzeniem, które zawsze powinno stanowić akompaniament dla kieliszka. Nie chodzi o przypadek, w którym barman bez pytania podaje nam do zamówionej kolejki senbei (ryżowe krakersy) czy orzeszki. Chodzi o kulinarną sztukę tworzenia tych połączeń – dlatego tak popularną instytucją jest izakaya! Mariaż baru z restauracją, gdzie serwuje się niekiedy naprawdę wybitną kuchnię, a do każdego specjału dopasowuje odpowiedni rodzaj alkoholu. Szefowie kuchni w ekskluzywnych restauracjach haute cuisine, rozplanowując wielodaniową ucztę (tzw. kaiseki) również uwzględniają w niej precyzyjnie dobrane rodzaje sake.

Powyżej: z lewej ja, kieliszek i kolacja u Okiny, podczas której piłam najlepsze sake w całej swojej podróży (przy kolejnych odwiedzinach, jeszcze wspanialszych niż te, które Wam pokazywałam). Z prawej - kawałek baru w Mahakali, mojej ulubionej izakayi w Tokio.

Sake ma standardowo między 15 a 20% alkoholu – nie zdziwcie się jednak, jeśli na etykiecie wśród japońskich znaków zobaczycie napis 50%, 60% czy nawet 70%. Mowa tam o ilości ryżu pozostałej po procesie polerowania. Im więcej wierzchniej warstwy ziaren się odrzuca, tym szlachetniejszy efekt końcowy. (Wstyd się przyznać, ale kiedyś tego nie wiedziałam - wszyscy znajomi, którym przywiozłam po buteleczce, razem ze mną dziwili się jakie to sake pyszne jak na to, ile ma procent!)

Smak sake ciężko opisać, szczególnie, że między poszczególnymi rodzajami występują spore różnice. Zasadniczo przypomina mi wytrawne wermuty, ale o słodkim posmaku (który szczególny potencjał uwalnia kiedy używamy sake do gotowania!). Smak jest charakterny, często dość ostry, ale wciąż odpowiedni do sączenia bez zbędnych dodatków. Bardzo lubię też amazake - osobliwy rodzaj gęstego, mlecznego i bardzo słodkiego sake. Często występuje w wariancie bezalkoholowym.

Powyżej: sklep z alkoholami na Nishiki Market w Kioto.

Powyżej: beczki sake stojące na drodze do świątyni Meji-Jingu w Tokio. Nie są, rzecz jasna, pełne – to byłoby marnotrawstwo kompletnie niezgodne z wartościami japońskimi! Nazywają się kazaridaru i pełnią symboliczną funkcję dekoracyjną. Sake od czasów starożytnych jest istotną częścią wielu obrzędów religii shintō – wierzy się, że to trunek zbliżający ludzi do bogów. Spożycie znacząco wzrasta podczas obchodów różnych świąt i festiwali, dlatego świątynie przyjmują wówczas dary od wytwórni sake. W przypadku niewielkich świątyń sprawa nie jest skomplikowana, wspierają je te najbardziej lokalne przedsiębiorstwa, ale z taką Meji-Jingu nie jest już tak łatwo! Ta ogromna świątynia akceptuje darowizny od wszystkich producentów sake z Japonii. Jest ich około 1,8 tysiąca, dlatego nad planowaniem „transakcji” czuwa specjalnie powołany komitet. Jego członkowie mają za zadanie dopilnować, by w świątyni nie znalazło się więcej sake niż potrzebne dla lokalnej społeczności przy danym obrządku. Dlatego wielu wytwórców przesyła malutkie buteleczki, albo wręcz puste beczki – najważniejszy jest przecież kimochi (gest)!

Ale ostatnio oprócz wiedzy obiecałam Wam też przepisy! Nie wiem, czy spodziewaliście się drinków (może będą, mam w tej kwestii jeden pomysł) - na razie mam coś znacznie ciekawszego. Jeśli poczujecie chęć, świetnym pomysłem będzie sączenie sobie sake do obiadu; niezależnie od tego, ja pokażę Wam dziś jak to sake sobie na obiad zaserwować.

Oprowadzając Was po Kochi mówiłam o motywach rządzących kuchnią w So-An. O tym jak wiele przebytych kilometrów, zebranych doświadczeń i poznanych smaków wpłynęło na ostateczną formę tego, co każdego dnia tworzy w swojej kuchni właściciel tego miejsca. Dokonał on tego, co jest ni mniej, ni więcej moim idealnym planem na życie - przejechał pół świata, spróbował wszystkiego, czym odwiedzane przez niego miejsca się szczyciły, a następnie wrócił i zaczął intensywnie dzielić się zdobytym doświadczeniem (wplatając w nie jednocześnie to, co ma w ofercie jego własny dom). Rozmyślając o fenomenie takiego rozwiązania, dotarło do mnie, że kiedyś podziwiałam już kogoś za podobny scenariusz! Moja idolka Heidi Swanson zrobiła w zasadzie tę samą rzecz, a zwieńczeniem jej przygód, zamiast restauracji, jest zachwycająca książka Near & Far

To w Near & Far znalazłam przepis na dressing z dodatkiem sake. W sałatce z czarnego ryżu jaśminowego, marchewki oraz pachnących prażonych nasion i orzechów. Nie mogłam czekać ani chwili i zrobiłam ją od razu. A smak... co tu dużo mówić, najlepiej przekonajcie się sami. Szepnę tylko o idącym za tym ryzyku - jest szansa, że po posmakowaniu efektów, Wy także zapragniecie spakować plecak i wcielić w życie plan Wielkiej Podróży!

Sałatka z czarnego ryżu i młodych marchewek
z dressingiem z sake

na podstawie przepisu z książki Near & Far Heidi Swanson

2-4 porcje

na dressing:
2 łyżki sake
1 płaska łyżka cukru trzcinowego
1/3 szklanki soku z cytryny
4 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
1 niepełna łyżeczka oleju sezamowego
kilka szczypt soli morskiej

na sałatkę:
1 szklanka mieszanki nasion i orzechów (u mnie ½ szklanki nasion słonecznika, ¼ pestek dyni i ¼ orzechów laskowych)
2 szklanki ugotowanego czarnego ryżu
3-4 młode marchewki
1 ogórek gruntowy
szczypior z małego pęczka dymki
skórka z ½ cytryny
sól morska

do podania (propozycja):
½ pęczka zielonych szparagów,
małe awokado hass

Składniki na dressing łączymy w niewielkim słoiku – to najwygodniejszy sposób ich wymieszania. Po prostu zakręcamy i energicznie wstrząsamy przez kilkanaście sekund.

Nasiona i orzechy płuczemy, a następnie zalewamy zimną wodą i zostawiamy na 20-30 minut do namoczenia. Po tym czasie odcedzamy i jeszcze raz płuczemy. Wysypujemy na rozgrzaną głęboką patelnię i dodajemy dużą szczyptę soli. Póki nasiona są wilgotne, nieustannie mieszamy szpatułką. Kiedy wyschną i zaczną się prażyć, zmniejszamy ogień do minimum i pozostawiamy je w spokoju, mieszając jedynie co jakiś czas (najlepiej potrząsając patelnią). Trzeba dać im czas, by się przypiekły, napęczniały (pestki dyni rosną jak baloniki!). Kiedy będą już ciemne i intensywnie pachnące, zdejmujemy z ognia i przekładamy do głębokiego talerza aby wystudzić. Uwaga! Są wspaniałe i uzależniające, ja zawsze mam w kuchni słoik tak przygotowanych nasion/orzechów, posypuję nimi wszystko. Świetne też jako samodzielna przekąska.  

W dużej misce mieszamy składniki sałatki – ryż, marchewki pokrojone na cieniutkie plastry (najlepiej na mandolinie, ale nóż też da radę, choć zajmie więcej czasu), 1/2 szklanki nasion, posiekany szczypior i skórkę z cytryny. Ogórka kroimy wzdłuż na pół, wydrążamy łyżeczką pestki, kroimy w półplasterki i również je dorzucamy. Mieszamy wszystkie składniki, stopniowo dodając dressing. Może się okazać, że będzie go za dużo, wówczas nie dodajemy całego. Bez obaw, na pewno się nie zmarnuje – świetny do warzyw (np. fasolki szparagowej!) czy choćby na miejscu vinaigrette do zwykłych zielonych sałat.

Każdą porcję na talerzu posypujemy resztą uprażonych nasion i podajemy z wybranymi dodatkami – u mnie zblanszowane szparagi i awokado skropione cytryną. Smacznego!

Zielono mi

Co roku na etapie wiosennego przesilenia mój żywot staje się straszliwie monochromatyczny. Ja bynajmniej nie o tym, że od jakichś dwóch tygodni wszystko za oknem jest szare (okazuje się, że narzekanie nijak tego nie zmienia)! Choć z upartą zimą nie jest łatwo – kończą mi się zapasy kakao, noszę na zmianę wszystkie swoje bure swetry, i mogłabym przysiąc, że nawet Luizjana jakoś ostatnio pociemniała – to dzisiaj, po tym przemyconym pomruku niezadowolenia, skupię się na tym, jak co roku na etapie wiosennego przesilenia łapię się na jedzeniu wyłącznie zielonych rzeczy.

Regularnie zdarza mi się popaść w skrajność. W tym roku jeszcze tego nie robiłam, ale czeka mnie tydzień detoksu sokowego, podczas którego w moim menu będą wyłącznie zielone koktajle. Póki co nie chcę wymagać od siebie za dużo. Wciąż potrzebuję comfort foodów, matchy z mlekiem, gęstego kremu z brokułów, zielonego curry, ziemniaków niewidocznych spod zielonego koperku, gorącego jarmużu, makaronu szpinakowego, słodkiego groszku i bazyliowego pesto. Jem normalnie i tak, jak czuję – wydaje się, że przemawia przeze mnie zapotrzebowanie na chlorofil. Może trochę udawane? Bo nawet lody pistacjowe, na których w niektóre dni opiera się ostatnio moja dieta, są w kolorze zielonym. Daję słowo, nie robię tego specjalnie; czuję jednak w kościach, że to nie przypadek. Strasznie chciałabym podśpiewywać już Osiecką (którą – to wiadomo), ale choć na niektórych gałązkach pojawiają się powoli nowe pączki, póki co ciągle jest mi zdecydowanie szaro. 

Żeby monochromatyzm nie kojarzył się z czernią i bielą, chętnie zarażę Was wszystkich moimi inklinacjami ku kolorowi natury. Zacznijmy od pełnoziarnistego szpinakowego makaronu z groszkiem i pesto, którego zjadłam 2,5 porcji za jednym zamachem. To propozycja obezwładniająca w swojej prostocie - jeśli będziecie chcieć więcej, z przyjemnością stworzę dożywotnie menu oparte wyłącznie na zieleni. Do czasu pojawienia się liści na drzewach i szczypiorków na straganach zawsze mamy przecież lody pistacjowe!

Zielony makaron z pesto i zielonym groszkiem

4 porcje

200 g tagliatelle ze szpinakiem*
200 g zielonego groszku
2 kopiaste łyżki pesto alla genovese**
skórka i sok z ½ cytryny
1 łyżka masła lub oliwy
2 ząbki czosnku
2/3 – 1 szklanka wody bulionu
parmezan lub grana padano do podania
świeżo mielony czarny pieprz
prażone pestki słonecznika lub orzeszki piniowe

Mimo lekkiej sprzeczności z tematem dzisiejszego wpisu, danie będzie równie udane w wariancie wielobarwnym. W smaku różnica między szpinakowym a zwykłym makaronem jest niewielka, możecie śmiało użyć rodzaju, który najbardziej lubicie.
** Możecie użyć domowego, również innego niż genueńskie (ciekawe jak smakowałoby tu szałwiowe!), ale pesto ze sklepu też sprawdzi się idealnie, jeśli jest dobrej jakości.

W woku – lub dużej, głębokiej patelni – rozgrzewamy masło (lub oliwę). Dodajemy posiekany czosnek i chwilę dusimy. Dorzucamy groszek (może być zamrożony) i na dużym ogniu smażymy przez kilka minut, często mieszając. Dodajemy skórkę z cytryny, sok i pesto, całość mieszamy i zalewamy bulionem. Dusimy około 15 minut, podczas mieszania rozcierając lekko ziarenka groszku. Kiedy prawie cały bulion odparuje, w osolonej wodzie gotujemy makaron. Gdy wciąż będzie twardawy, szczypcami lub łyżką cedzakową wyciągamy go i wrzucamy na patelnię z sosem. Dolewamy ok. ½ - 1 szklankę wody z gotowania. Na sporym ogniu podgrzewamy całość intensywnie mieszając, aby sos odparował i dokładnie pokrył makaron. Podajemy od razu, doprawiając porcje świeżo mielonym czarnym pieprzem, twardym serem startym na wiórki lub płatki i podprażonymi pestkami słonecznika lub orzeszkami piniowymi. Smacznego!