Był miesiąc maj, szumiał gaj

Ręka w górę kto ma choć jedną taką osobę, którą z ręką na sercu mógłby nazwać swoją miłością, mimo iż nigdy w życiu nawet jej nie spotkał. Nie będę się na razie na ten temat rozpisywać – ja mam takich osób na luzie około setki i o każdej z nich kiedyś chętnie opowiem. Ale dziś będzie tylko o jednym panu, którego wielu z Was na pewno darzy podobnym uczuciem.

Kto nie kocha Jana Brzechwy? Nie sposób odmówić mu (oraz kilku jego kolegom po fachu) odpowiedziedzialności za dodawanie magii tysięcom dzieciństw, i to już przez tyle pokoleń! (Mam nadzieję, że dzisiejsi rodzice też wiedzą po jakie bajki i wiersze sięgać dla swoich dzieci. Nie twierdzę, że nie należy iść z duchem czasu (z lat dziewięćdziesiątych pamiętam nawet gry komputerowe na bazie wierszy Tuwima!), ale kiedy coś jest wyjątkowo dobre, nie warto porzucać tego uznając za przedawnione).

Brzechwowego Kopciuszka słuchała z winylowych płyt moja mama, wówczas kilkuletnia, a do dziś potrafiąca wyrecytować każdą kwestię wypowiadaną w tym przedstawieniu. W mojej głowie piosenki wybrzmiewają jej głosem – czasami w dzieciństwie śpiewała je mi i moim siostrom. Zawsze był w tym ogromny sentyment i nakręcająca ją urocza dziecięca ekscytacja, co bawiło nas i rozczulało.

Najczęściej, tak mi się zdaje, padało na Balladę Kopciuszka. Pamiętam ją do dzisiaj i czasem przyczepia się do mnie w kółko brzmiąc w mojej głowie.

Jechał królewicz królewską drogą, spotkał na drodze pannę ubogą.
Był miesiąc maj, szumiał gaj, był miesiąc maj, szumiał gaj.
Rzecze królewicz: piękne masz liczko, ale nie przyszłaś na świat księżniczką.
Był miesiąc maj, szumiał gaj. Był miesiąc maj szumiał gaj.
Więc cię za żonę pojąć nie mogę i każde w swoją ruszyło drogę.
Był miesiąc maj, szumiał gaj. Był miesiąc maj, szumiał gaj.

Ci z Was, którzy znają ciąg dalszy przedstawienia wiedzą, że historia nie skończyła się w ten smutny sposób. Królewicz prędko poprawia Kopciuszka, krzycząc:

To nieprawda, ballada kłamie! Pozwól, że podam ci ramię. Choćbyś była sierotą biedną, z tobą tańczyć chcę, z tobą jedną.

I tańczą.

Dzisiejsza sałatka jest jak ta historia. W roli królewicza występuje czerwona quinoa – szlachetny, niecodzienny przybysz z daleka. Z prostymi warzywami – fasolką, groszkiem czy rzodkiewką, tanimi, polskimi i umorusanymi w świeżej ziemi – zdawałoby się, że nijak jej nie do pary, hm? To nieprawda, ballada kłamie! Ich połączenie jest najlepszym, co może przytrafić Wam się tej wiosny, poważnie. Wzbogaćcie je o akompaniament świeżych ziół oraz koronę z kremowego sosu z tahini, a efekt zachwyci Was bardziej niż najlepszy taniec.

Sałatka z czerwonej komosy ryżowej
z wiosennymi warzywami i cytrynowym dressingiem z tahini

4 małe lub 2 obiadowe porcje

¾ szklanki komosy ryżowej (najlepiej czerwonej, ale inna też się sprawdzi)
garść zielonej fasolki (ze szparagami – ok. ½ pęczka – też byłoby pysznie)
1 szklanka wyłuskanego świeżego groszku (może być mrożony, jeśli jeszcze nie ma u Was świeżego)
2/3 szklanki ciecierzycy (połowa puszki)
½ szklanki skrojonych rzodkiewek (ok. 6 – 7 sztuk)
½ małej czerwonej cebuli (można zastąpić szczypiorem)
bardzo dużo rzeżuchy
listki z 1/3 pęczka natki pietruszki (lub tyle, ile lubicie – ja lubię dużo)
3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

3 pełne łyżki jasnej, płynnej tahiny
sok z 1 cytryny*
½ łyżeczki miodu lub cukru
mleko do rozcieńczenia (ew. woda)
troszkę ponad ½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego
½ łyżeczki soli morskiej lub więcej do smaku
świeży czarny pieprz

*jeżeli macie cytryny ekologiczne, tj. niewoskowane, z całą pewnością nie zaszkodzi zetrzeć też trochę skórki i posypać nią sałatkę na talerzach.

Komosę ryżową przełożyć na drobne sitko i dokładnie opłukać w zimnej wodzie. Umieścić w garnuszku, zalać wodą (dwukrotna objętość) ze szczyptą soli i doprowadzić do zawrzenia. Zmniejszyć ogień, uchylić lekko przykrywkę i gotować bez mieszania ok. 15 minut. Quinoa spęcznieje i wypuści ogonki. Powinno zostać trochę wody, nie wystającej jednak ponad poziom komosy. Jeśli jest jej więcej, odparować gotując chwilę na większym ogniu bez przykrywki, jeśli mniej – można minimalnie uzupełnić. Zdjąć z palnika, dodać jedną łyżkę oliwy, szczelnie przykryć i pozostawić do wchłonięcia reszty wody (ok. 20 minut), a najlepiej do całkowitego wystudzenia. Po tym czasie „spulchnić” przeczesując widelcem.

Groszek i pokrojoną na kawałki fasolkę ugotować krótko (w wodzie lub na parze) – 8 do 10 minut. Natychmiast przelać zimną wodą (dzięki temu zachowają piękny kolor). Ostudzić.

W międzyczasie przygotować resztę składników. Rzodkiewki wymyć i pokroić cienko, ciecierzycę osuszyć (jeśli używacie puszkowanej, opłukać w wodzie po odsączeniu), cebulę posiekać w drobną kostkę, pokroić rzeżuchę i natkę pietruszki. W dużej misce wymieszać wszystko (komosę, ciecierzycę, groszek, fasolkę, rzodkiewki, rzeżuchę i pietruszkę) dodając pozostałe dwie łyżki oliwy.

Dressing sporządzić mieszając tahinę z przyprawami i sokiem z cytryny. Powinna bardzo się zagęścić. Nie przerywając mieszania dodawać mleko (lub wodę) do uzyskania odpowiedniej, kremowej konsystencji (podobnej do ciasta naleśnikowego). Polewać sałatkę bezpośrednio na talerzach. Bardzo smacznego!

Kiedy serce wraca na miejsce

O sercu można bez końca. Dwoi się dla Ciebie i troi, mówiąc do Ciebie głosem (za którym powinieneś podążać), dźwigając kamienie, bijąc do drugiego człowieka. Zdarza się złote, gołębie, na dłoni czy jak dzwon, wkładasz je w rzeczy, które tworzysz, za sprawą emocji ściska się, pęka, zamyka, otwiera i rośnie. Dom Twój jest ponoć tam, gdzie Twoje serce... Ale jest coś również w tym, że przynajmniej jego kawałek na zawsze pozostaje w domu, z którego jako młody człowiek wyfruwasz. To dzięki temu wracanie do niego niezmiennie jest przyjemnością i ukojeniem dla ducha.

A sercem jajka jest żółtko. I choć to, co będziemy dziś robić (wyciągać je łyżką, po to by po chwili znów umieścić je w środku) pozornie może się wydawać zbędne, tak naprawdę ma wiele sensu. Żółtko wraca w innej postaci, w nowej, lepszej odsłonie. Z dala od domu, zdane na siebie i z każdej strony odkryte, ewoluuje w sposób, jaki nie byłby możliwy bez opuszczenia bezpiecznej strefy komfortu. Wrażliwe, zmienia się bezpowrotnie za sprawą wszystkiego, co napotka (od subtelnych romansów, jak ten z kurkumą, po iście rewolucyjne przygody, tutaj z blenderem).

Ale jakich rewelacji by nie przeżyło, o ile pełniejsze, lepsze i bardziej wartościowe nie lądowałoby ponownie w białkowym wgłębieniu, żółtko zawsze pozostanie żółtkiem, sercem jajka. A nie ma nic lepszego, niż kiedy serce wraca na swoje miejsce.

Jajka faszerowane
z migdałami i rzeżuchą

Inspiracja Heidi Swanson

7 jajek
150 g jogurtu greckiego
1 łyżka majonezu
½ łyżeczki kurkumy
ok. 1 płaskiej łyżki koperku
garść liści świeżej bazylii
garść rzeżuchy + więcej na wierzch
1/2 szklanki migdałów (można użyć od razu w słupkach)
sól, pieprz czarny

Jajka ugotować na twardo i wystudzić całkowicie. Następnie obrać i przekroić wzdłuż  na połówki. Wyciągnąć żółtka i przełożyć je do jednej miski. W międzyczasie na suchej patelni podprażyć pokrojone (jeżeli używacie całych) migdały. Przestudzić i połowę utrzeć lub zmiksować w młynku do kawy.

Rzeżuchę, bazylię i koperek drobno posiekać. Dodać do żółtek, razem z jogurtem, łyżką majonezu, utartymi migdałami, kurkumą i dużą szczyptą soli. Wszystko razem zblendować dokładnie. Powinniśmy otrzymać żółty farsz o konsystencji musu, jeśli jest za rzadki, można zmielić więcej migdałów i utartymi go zagęścić.

Masę przełożyć do szprycy lub po prostu nakładać do wydrążonych jajek łyżką. Udekorować dodatkową rzeżuchą (lub/oraz koperkiem, jeśli wolicie) i pozostałymi posiekanymi migdałami. Oprószyć świeżo zmielonym czarnym pieprzem i serwować. Smacznego!