Nadmorska majówka

Podróż nad morze nieodłącznie kojarzy się z goframi. My już zapakowaliśmy swój samochód, pijemy kawkę i ruszamy zobaczyć bunkry. Jeśli nie macie dziś takiej możliwości, zróbcie sobie nadmorski klimat w domu – upieczcie gofry, które smakują lepiej niż te z kołobrzeskej budki! Gofry z przepisu Magnusa Nillsona są (prawie) dwuskładnikowe, to tylko kremówka i trochę mąki. Przygotowanie tego ciasta zajmuje kilka minut, a efekty wbijają w fotel (leżak). To uosobienie lekkości, ciasto w środku jest mięciutkie i pełne dziur, przypomina ptysiowe. Z zewnątrz ma idealnie chrupiącą skorupkę, która nie nasiąka zbyt prędko od bitej śmietany (ani od ricotty, z którą smakują wyjątkowo pysznie).  Nie rozpisuję się za bardzo, ruszajmy nad morze. Dobrej majówki! 

aaaIMG_2454 copy.jpg

Gofry lepsze niż z nadmorskiej budki

przepis z "Nordic Cooking" Magnusa Nillsona

  • ok. 3/4 szklanki wody
  • 90 g mąki pszennej
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1/2 laski
  • szczypta soli
  • szczypta cukru
  • 150 ml śmietany kremówki (30% lub 36%)
  • masło do smarowania gofrownicy
  • do podania: bita śmietana, ulubione owoce, ricotta, skórka z cytryny, czego  tylko zapragniesz

Zanim zaczniesz przygotowywać ciasto na gofry, włącz gofrownicę – niech się porządnie rozgrzeje. Do dużej miski wlej wodę, dodaj mąkę, wanilię, sól i cukier, i wymieszaj całość mikserem na gładkie ciasto. W osobnym naczyniu lekko ubij śmietanę (nie na sztywno, ale niech będzie zdecydowanie puszysta). Wmieszaj ją w ciasto delikatnymi ruchami szpatułki lub drewnianej łyżki. Na gofrownicy rozsmaruj odrobinę masła (najlepiej użyć do tego silikonowego pędzelka). Wylej ciasto, zamknij i piecz aż będą rumiane z obu stron. Po wyjęciu przestudź gofry na kratce lub od razu zajadaj. Jeśli chcesz zabrać je na piknik, przed spakowaniem wystudź całkowicie. Zachowają chrupkość przez wiele godzin. Smacznego!

Inna Wielkanoc

Jak ostatnio wspomniałam (tym razem na poważnie!), nadchodzącą Wielkanoc spędzam inaczej niż zazwyczaj. Z tej okazji Wam też proponuję w tym roku małą odmianę. Tyle na świecie odsłon świątecznego stołu, w ilu domach co roku obchodzone są święta. Niemal każda rodzina ma ukochane klasyki, przyrządzane według sekretnych przepisów dziedziczonych od pokoleń. Ale różnice mogą wynikać też z chęci unowocześnienia tradycji. W tym roku zamiast (lub oprócz!) bab i mazurków warto z okazji Wielkanocy upiec ciasto inne niż w pozostałych domach. Może być zupełnie zwyczajne, wystarczy dodać mu świątecznego ducha. Na przykład marchewkowe, wyjątkowe od samych koniuszków wieńczących jego królewską, tortową formę, aż po środek, czyli serce – pełne bakalii ciasto na mące gryczanej.

Gryczane ciasto marchewkowe
z kremem z ricotty i płatkami róży

na tortownicę o średnicy 16–18 cm (czyli 8–10 porcji)

Na ciasto:

  • 3 jajka

  • 40 g orzechów laskowych, posiekanych na duże kawałki

  • 150 g marchewki, startej na drobnych oczkach (2 duże lub 3 średnie sztuki)

  • 100–120 g drobnego, nierafinowanego cukru trzcinowego

  • 170 ml oleju roślinnego, np. z pestek winogron lub ryżowego

  • 1 łyżeczka octu jabłkowego lub z białego wina

  • 170 g pełnoziarnistej mąki gryczanej

  • 70 g jasnej mąki pszennej

  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

  • 1 płaska łyżeczka suszonego imbiru

  • 1 płaska łyżeczka cynamonu

  • niepełna łyżeczka soli

  • 40 g suszonej żurawiny

Na krem:

  • 250 g serka mascarpone

  • 250 g ricotty

  • 80 ml niepasteryzowanej śmietany kremówki

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1 laski wanilii

  • pół łyżeczki soli

  • 3–4 łyżki cukru pudru

  • suszone płatki róży do dekoracji

Przygotuj tortownicę o średnicy 16–18 cm. Dno wyłóż papierem, a boki posmaruj masłem lub odrobiną oleju. Piekarnik rozgrzej do 160 stopni.

Na najwyższych obrotach ubij jajka z cukrem. Kiedy masa będzie puszysta, dodaj olej i ocet i ubijaj jeszcze chwilę. W innym dużym naczyniu połącz suche składniki – obie mąki, proszek do pieczenia, sodę, imbir, cynamon i sól. Dokładnie wymieszaj, w międzyczasie dorzucając także bakalie. 

Wlej mokre składniki do miski z suchymi. Dodaj startą marchewkę i wszystko razem wymieszaj szpatułką, starając się, aby proces trwał jak najkrócej. Im mniej ruchów na tym etapie, tym lepiej urośnie nam ciasto! Przelej masę do formy i piecz 40–50 minut (do suchego patyczka). Po wyjęciu przestudź ciasto przez 10 minut w formie, a następnie wyjmij je i połóż do góry nogami. Dzięki temu wybrzuszony wierzch się spłaszczy, nie będzie więc konieczności odcinania go, aby otrzymać płaski tort. Zostaw do całkowitego ostygnięcia, a następnie długim nożem z piłką przekrój na trzy równe blaty.

W międzyczasie przygotuj krem. Do dużej miski włóż mascarpone i ubijaj przez kilka minut, aż lekko się napowietrzy. Następnie dodaj ricottę, śmietankę, ekstrakt waniliowy oraz sól i dalej ubijaj, aż składniki utworzą gładką masę. Łyżka po łyżce dodawaj cukier puder, aż krem będzie wystarczająco słodki. Ubijaj jeszcze chwilę, aż krem się usztywni. 

Spodni blat ciasta ułóż na obrotowej tacy, jeśli taką posiadasz. Będzie ci łatwiej rozprowadzać krem na jego brzegach. Jeśli nie masz tacy, ułóż spód od razu na paterze. Na pierwszy blat wyłóż około ¼ kremu z miski, równo rozprowadź i przykryj kolejnym blatem. Powtórz czynność, kolejną warstwę kremu przykryj wierzchnim blatem i na górze oraz bokach rozprowadź pozostały krem. Wierzch udekoruj suszonymi płatkami róży. Tort można podawać od razu, ale najlepiej kroi się oraz smakuje po schłodzeniu – w miarę możliwości odstaw go na kilka godzin do lodówki. 

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie.pl. Znajdziesz tam też garść przydatnych informacji na temat prozdrowotnych właściwości gryki!

Wesołych Świąt!

Przetworowy spleen

W zeszłym roku pobiłam rekord w produkcji owocowych przetworów. Objadaliśmy się konfiturami całą zimę, rozdawałam słoiki znajomym i wykorzystywałam dżemy i powidła w ciastach i piernikach, a i tak nie udało nam się pozbyć całego zapasu z drewnianego kredensu w sieni. Trochę z uwagi na to, a trochę przez brak czasu i intensywność moich wakacji, tego lata nie zrobiłam nic. Ale wakacje właśnie nie dały mi się tym przejąć - dopóki, naturalnie, nie dobiegły końca. Wracałam już powoli do wrocławskiej codzienności, szykując się na październik i wszystkie nowe rzeczy czekające mnie w niedalekiej przyszłości, a tymczasem dopadł mnie przetworowy spleen i ciągota do słoika. Mama zadbała o zapas śliwkowych powideł, dostanie mi się więc pewnie trochę do jedzenia, ale ja za robieniem tęskniłam chyba bardziej niż za smakiem! Owszem, przez naszą kuchnię przewinęło się w tym roku 50 kg pomidorów, ale to jednak coś zupełnie innego niż słodka owocowa produkcja.

Chętka na domowy dżemor chwyciła mnie nagle i w żaden sposób nie chciała przyjąć odmowy. Pal sześć że nie miałam czasu; ja nie miałam owoców! A była to, bez zbędnej dramy, kwestia TU i TERAZ. Całe szczęście, że moje autogenne potrzeby jednak wiedzą najlepiej. Bo wystarczyło wyjść przed dom i się rozejrzeć...

Winogrona concord obrastają werandę w domu moich rodziców, od zawsze będąc tam po prostu dekoracją. Podjadaliśmy je co prawda z przyjaciółmi przesiadując na tarasie, kiedy w zeszłe wakacje zaszyliśmy się na kilka dni na wsi. Ale był to raczej rodzaj podjadania bezwiednego; skubania, które dłonie uskuteczniają same w momencie gdy oddajesz głos innemu rozmówcy. Winogrona nigdy nie były pierwszoplanowe, nikt na werandę nie wyszedłby specjalnie po nie, a co dopiero przedzierał się przez dziki gąszcz i zbierał całe kiści!

Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków.. i byłoby to najtrafniejsze podsumowanie mojej winogronowej przygody, gdyby nie istniało inne - że głupi ma zawsze szczęście. Bo  b y ł a m  głupia nie poświęcając uwagi winogronom, i  m a m  szczęście, że jednak odkryłam jak smaczna jest z nich konfitura. Teraz, po ujrzeniu ich potencjału, mam ochotę czarować z nimi na tysiąc sposobów. Za rok powtórka - pod warunkiem, że zostanie coś po winie, lodach i amerykańskich plackach w kratkę.

Przejdźmy do konkretów. Co może odstraszać, to fakt iż do zrobienia tej konfitury konieczne będzie obranie ze skórki każdego winogrona z osobna. Ale zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z mozolną syzyfową pracą, której pozory stwarza! Winogrona concord wyskakują ze skórek chętniej niż filip z konopi. Wystarczy nacisnąć je lekko u dołu dwoma palcami aby soczysta kulka miąższu już była na zewnątrz. Po wyłuskaniu kilku sztuk będziecie robić to automatycznie - wówczas pozostaje już tylko włączyć film, zasiąść z dwiema miskami na kanapie i rozpocząć produkcję maszynową.

Konfitura z winogron concord

ok. 5 słoików (350ml)

3,5 kg winogron concord
2-3 szklanki cukru trzcinowego*
1 szklanka wody
duża szczypta soli

* Można dodać więcej – jedni, w tym ja, wyznają "kwaskowy = dobry", ale jeśli wiecie, że nie przepadacie, to śmiało sypcie hojniej.

Winogrona dokładnie umyć, zwłaszcza jeśli zbierane były własnoręcznie (wiadomo – pajęczyny i tym podobne). Następnie każdy jeden owoc obrać, wrzucając kulki miąższu do jednego garnka, a skórki do drugiego. Miąższ zagotować i mieszać na małym ogniu przez około 10 minut, dopóki kulki się nie porozpadają. Przetrzeć przez sito pozbywając się pestek. Do garnka ze skórkami dodać wodę i doprowadzić całość do wrzenia. Gotować 20 minut, następnie dodać cukier i szczyptę soli. Po kilku minutach dorzucić miąższ winogron. Całość gotować do uzyskania trochę-rzadszej-niż-pożądanej konsystencji (zgęstenieje po wystudzeniu). Pakować do wyparzonych słoików, zakręcać mocno i odstawiać do wekowania do góry dnem. Ja dodatkowo pasteryzuję wcześniej 20 minut w piekarniku nagrzanym do 100 stopni.

Konfitura z winogron smakuje wspaniale wszędzie tam, gdzie do tej pory lądowały Wasze ulubione owocowe przetwory. Szczególnie dobrze wypada jednak w towarzystwie serów (ja najbardziej upodobałam ją sobie na wytrawnie z comté, ale super równoważy się też z łagodniejszymi serami, np. mascarpone czy ricottą). Świetnie jej w parze z ziołami (można nawet dodać ich trochę do środka, przy gotowaniu). Poniżej przepis (a raczej pomysł) na obłędne crostini z ricottą, konfiturą z winogron, tymiankiem i syropem klonowym.

Crostini z ricottą i konfiturą z winogron

konfitura winogorona z przepisu powyżej*
owcza ricotta (lub zwykła, jeśli nie lubicie posmaku owczych serów,pasuje też mascarpone)
bagietka + odrobina dobrego masła
świeży tymianek lub rozmaryn, posiekany
syrop klonowy lub miód

* Można oczywiście użyć każdej innej kwaśnej (!) konfitury, a także w sezonie zastąpić np. świeżymi jeżynami.

Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Każdą kromkę bagietki posmarować delikatnie masłem, ułożyć wszystkie na blasze lub kratce i podpiec dosłownie kilka minut (do zezłocenia z zewnątrz, nie wysuszenia na sucharki). Następnie każdą kromkę posmarować ricottą, nałożyć konfiturę i udekorować świeżymi ziołami. Polać odrobiną syropu klonowego lub miodu. Smacznego!

 

Lepieje, czyli o standardach pierogowych

Niełatwo jest sprostać moim wymaganiom względem pieroga. Może dlatego, że tyle jest wariantów - różniących się nawet grubością i twardością ciasta, nie mówiąc o nadzieniach - sto sposobów przygotowania, z których każdy człowiek na Ziemi preferuje odrobinę inny. Może dlatego, że naprawdę łatwo to danie sknocić, bo owa "odrobina" zaważa w tym przypadku na całości odbioru. Standard pierogowy mam bardzo wysoki również przez to jaką mistrzynią w robieniu ruskich jest moja babcia Jadzia. Przez to jak wysoko jej poziom podniósł poprzeczkę, ilelekroć przyjdzie mi ochota na pierogi muszę jakoś ją w sobie tłamsić, bo nic co mam w zasięgu ręki nie jest w stanie dorównać smakowi, do jakiego zostałam przyzwyczajona w dzieciństwie.

Tutaj do historii włącza się Wisława Szymborska, mająca do powiedzenia coś bardzo adekwatnego do tematu.

Lepieje
z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci"

Lepiej mieć horyzont wąski, niż zamawiać tu zakąski.
Lepszy piorun na Nosalu, niż pulpety w tym lokalu.
Lepiej nie być w żony guście, niż jeść boczek w tej kapuście.
Lepszy ku przepaści marsz, niż z tych naleśników farsz.
Lepsza ciotka striptizerka, niż podane tu żeberka.
Lepiej mieć życiorys brzydki, niż tutejsze jadać frytki.
Lepiej w głowę dostać drągiem, niż się tutaj raczyć pstrągiem.

Miałam ostatnio przygodę, po której chciało mi się jednego Lepieja  donośnie za Wisławą Szymborską wykrzyczeć. Przyparta do muru przez okrutną chęć na pierogi postanowiłam sprawdzić jak się one prezentują na kulinarnej mapie mojego miasta. Pierwsza próba była porażką nie do końca z winy pierogów, ale dwie (!) kolejne wcale wizerunku nie odbudowały. Trzy miejsca na wspomnianej mapie skreślone, innych testować ochoty nie mam, a w głowie tylko zgrabne podsumowanie: Lepiej złamać obie nogi, niż miejscowe zjeść pierogi. Au.

Zaakceptowanie wizji połamanych nóg to był moment w którym przekonałam się, że aby pierogi mogły mnie usatysfakcjonować, najwidoczniej muszę zrobić je sobie sama. Ciasto dopasować do swoich preferencji (przy okazji naturalnie je uzdrawiając) a do środka wpakować swoje ulubione na chwilę obecną smaki. Efekt okazał się fenomenalnie pyszny, i chyba wyłącznie dzięki temu nie mam pierogowej traumy na całe życie. To mogą być Wasze nowe Ulubione Pierogi, poważnie. Nawet jeśli jak ja spaczeni jesteście niedoścignioną wspaniałością specjałów babci czy mamy, zdradzę że te mają szansę wylądować (nierobiąceażtakwielkiejróżnicy)-prawie ex aequo!

(Teraz tylko wypatrywać wpisu Odwódkowego - w końcu Od samogonu utrata pionu, a moje receptury na domowe trunki ustawiają się już w kolejkach...)

Pierogi są super, bo robi się je hurtowo i bezproblemowo mrozi, dzięki czemu mogą być świetnym zabezpieczeniem na momenty nagłego zapotrzebowania na posiłek – jako szybki obiad zapracowanego człowieka, ratunek dla gospodarza (o takiej profesji..), który nie ma czym nakarmić gości, czy ekspresowe doładowanie energii przed wymagającym dniem (tudzież nocą – ależ po nich się tańczy!).

Pełnoziarniste pierogi z bobem, szpinakiem i ricottą

na podstawie przepisu stąd
4-5 porcji

Na farsz*:
2 szklanki ugotowanego bobu (po wyłuskaniu)**
¾ - 1 szklanka zblanszowanego i dobrze odciśniętego szpinaku
150 g ricotty di bufala (ale może być też klasyczna – owcza lub krowia)
2 łyżki drobniutko posiekanych świeżych ziół – mięty(!), bazylii, natki pietruszki
1 ząbek czosnku, nie za duży
1 łyżka soku z limonki lub cytryny, lub więcej do smaku
duża szczypta soli morskiej, pieprz czarny

Na ciasto:
1 szklanka drobnomielonej mąki pełnoziarnistej (użyłam mieszanej, pszenno-żytnio-orkiszowej)
1 łyżka płynnego masła
ok. 1/3 wrzątku + więcej do konsystencji
szczypta soli i cukru

+ do podania: dobra, wyrazista oliwa z pierwszego tłoczenia, sól morska i świeżo mielony pieprz czarny, ewentualnie więcej świeżych ziół

* Smaczny również jako pasta do pieczywa!

** Myślę, że to ok. 300 g surowego, ale lepiej ugotować więcej, odmierzyć wyłuskany a resztę zjeść z masłem i solą!

Bób rozgnieść (nie na pastę, a na mniejsze kawałki) praską do ziemniaków lub widelcem, połączyć z drobno posiekanym szpinakiem, ziołami, wyciśniętym czosnkiem, ricottą, sokiem z cytryny, solą i pieprzem. Odstawić do lodówki, można przygotować dzień wcześniej.

Przygotować ciasto: mąkę wysypać na stolnicę, w dołek w środku wlać 1/3 szklanki wrzątku i łyżkę masła, dodać sól i odrobinę cukru. Zacząć zagniatać i w razie potrzeby dodawać powoli więcej wody. Zagnieść spójne, nieklejące się ciasto i podsypując lekko mąką rozwałkowywać porcja po porcji. Pełnoziarniste ciasto warto wałkować cieniej niż klasyczne, po ugotowaniu jest naturalnie odrobinę twardsze. Bez obaw, surowe nie sprawia raczej problemów, jak się często słyszy – nie rwie się i dobrze się klei.

Dużą szklanką wycinać kółka, pakować do każdego po łyżeczce farszu i lepić pierogi. Ja gotuję pierogi na parze i Was też do tego zachęcam (5-6 minut, a koszyk wcześniej wysmarować oliwą, aby się nie przyklejały). Nie ma ryzyka, że porozpadają się w wodzie. Podawać z najlepszej jakości oliwą, świeżo zmielonym pieprzem i ewentualnie dodatkowymi świeżymi ziołami. Do tego wspaniale współgrają z  białym winem (wytrawnym lub półwytrawnym). Smacznego!

Pożegnanie zieleni

Już trzeci rok z rzędu mam okazję poopowiadać Wam jak bardzo lubię kwiecień. O wszystkich ku temu powodach jeszcze usłyszycie (miesiąc ten przynosi wiele pretekstów do pieczenia, gotowania, robienia jadalnych prezentów). Dziś jednak myślę głównie o tym, co lada dzień przyniesie przedwiośnie, miły czas w roku, kiedy cała natura budzi się z zimowego snu i pojawia się mnóstwo kolorów i świeżości.

Niestety witanie jednej zieleni oznacza żegnanie się z inną. Tylko nieliczni będą zmuszeni boleśnie to odczuć, znaczna większość odda się rozkoszom korzystania z wyczekiwanych dóbr wiosny. Zwykle i ja to właśnie robiłam na przełomie marca i kwietnia, ale tym razem będzie inaczej. W tym roku radość ze szczypiorków, rzodkiewek i młodych szpinaków podszyta będzie smutkiem, że w rozrastającym się warzywniakowym towarzystwie na próżno szukać mi będzie pewnej zieleni, w której w dość niewłaściwym momencie się rozkochałam.

Nadejście wiosny oznacza koniec sezonu na jarmuż, poza którym świata obecnie nie widzę. Podejrzewam, iż tęsknota nie zdoła przyćmić całkowicie radości ze wszystkiego, co wkrótce pojawi się na straganach – niemniej czuję, iż wiosna minie mi na poszukiwaniu dla jarmużu zastępcy, który godnie odnalazłby się w roli bazy dla tej poniższej sałatki. To ona jest winna całemu zamieszaniu. Zadanie może być trudne, ale nie martwię się na zapas – na razie biegnę do sklepu i czyszczę półki z ostatnich dostępnych zapasów zimowej zieleni.

IMG_507f4.png

Nie wprowadzałam wielu znaczących zmian w tej sałatce, ale podmieniłam suszone wiśnie na daktyle i zwiększyłam minimalnie ilość skórki cytrynowej, aby nie było za słodko. Nie uwzględniłam też w sosie koperku (powiedzmy jednak, iż nie było to do końca dobrowolne i jego dodatek wydaje mi się całkiem na miejscu, wspominam więc o nim w przepisie).

Ta sałatka jest niewiarygodnie pyszna. Jej smaki, ale przede wszystkim jej faktury dobrane są idealnie. Sama zjadłam o około trzy porcje za dużo, ale niech nie odstrasza Was fakt, iż nie sposób się jej oprzeć. To przykład jedzenia tak zdrowego, że im go więcej, tym lepiej. Serio!

Sałatka z jarmużu z quinoa i ricottą

4-6 porcji

Źródło przepisu

½ szklanki komosy ryżowej
½ dużego pęczka jarmużu
½ szklanki migdałów w słupkach
1/3 szklanki posiekanych suszonych daktyli
1 pęczek szczypiorku
80 g twardej ricotty*
skórka otarta z ½ cytryny
opcjonalnie: 2 łyżeczki posiekanego koperku

3 łyżki oliwy extra vergine
1 ½ łyżki białego octu winnego
2 łyżeczki musztardy dijon
1 łyżeczka musztardy francuskiej
1 łyżeczka delikatnego miodu
sól, pieprz

* Jeśli jej nie macie, można spróbować zastąpić np. kozim serem.

Komosę przepłukać dokładnie w zimnej wodzie. Przełożyć do garnka, zalać dwukrotną objętością wody i gotować na małym ogniu aż wchłonie cały płyn. Jeśli stanie się to zanim będzie odpowiednio miękka, dolać wody. Jeśli zacznie się rozgotowywać – odsączyć z nadmiaru. Ugotowaną spulchnić widelcem i odstawić do przestudzenia.

Na suchej patelni uprażyć migdały – mocno, ale powoli, na małym ogniu. Można też zrobić to przez kilka minut w piekarniku. Należy poświęcić im przez kilka minut całą swoją uwagę, gdyż lubią się znienacka przypalać.Ostudzić.

W międzyczasie umyć dokładnie jarmuż (jednocześnie „masując” go, co sprawi, iż będzie bardziej miękki). Oddzielić liście od twardych końcówek i posiekać je najdrobniej jak to możliwe. Przełożyć do dużej  miski. Połączyć z migdałami, kawałkami daktyli, posiekanym drobno szczypiorkiem i skórką cytryny (oraz ewentualnie koperkiem). Dodać również ostudzoną komosę.

Połączyć składniki na sos i zwieńczyć nim całą sałatkę. Wymieszać całość dokładnie. Na koniec dodać pokruszoną w palcach lub pociętą na małe kawałki ricottę. Serwować najlepiej od razu, ale i kolejnego dnia – choć ciut klapnięta – wciąż smakuje wspaniale. Smacznego!