Nie tak całkiem

IMG_2315.jpg

Te przepisy szykowałam kiedy kwitły jabłonie. Dziś dojrzałe owoce z impetem spadają z drzew przez cały dzień i noc. A przepis aktualny, bo taki to dziwny rok, że trwa sezon na wszystko naraz. Jedyne, czego już nie ma to szparagi, ale to żaden problem – podmieńcie je na brokuła lub zieloną fasolkę, a wyjdzie równie pysznie. 

Na kuchennym palniku stanie dziś tylko jeden garnek z wodą. Będziemy obserwować jak nabiera ona coraz bardziej zielonkawej barwy, po kolejnych partiach blanszowanych w niej warzyw. Wrzucone do wrzątku, będziemy je z niego wyławiać niemal od razu. Mgnienie oka – dokładnie tyle jest im potrzebne, żeby smakowały najlepiej. Na talerzach znajdzie się groszek cukrowy,  którego strączki są jędrne, soczyste i słodsze niż same ziarenka (ale jeśli nie znajdziecie odpowiednio młodego, możecie użyć też samych ziarenek). Małe pory, które podduszone na maśle w magiczny sposób nabierają jego cech i dosłownie rozpływają się w później ustach. Szparagi, ale ich najedliśmy się już w tym roku po pas... zamiast nich sięgnijcie po coś innego, najlepiej w równie pięknym zielonym kolorze. I pierwsze gruntowe ogórki, w pysznej chropowatej skórce – oczywiście na mizerię. Dodamy jeszcze tylko młode ziemniaki i otrzymamy klasyczny polski obiad – z jajkiem sadzonym, bez którego cały ten talerz miałby trochę mniej sensu.

IMG_2358.jpg
IMG_2315-3.jpg

Nie rezygnując z polskiej przewagi, urozmaicimy potem ten obiad egzotycznymi niuansami. Do warzyw dodamy japońską pastę miso, która rozpuści się w sosie tworząc słodko-słone, kremowe ragout. Zamiast śmietany do mizerii sięgniemy po tajskie mleko kokosowe (dorzućmy też dużo kolendry, która doda jej świeżości). A jajka posypiemy dymną papryką gochugaru z Korei, dzięki której nie będzie im trzeba ani szczypty soli. Umiejętność łączenia rodzimych skarbów, z tym, co dobre z daleka, to klucz do najpełniejszego wykorzystania potencjału tych wszystkich dobroci ze świata całego. O każdej porze roku.

IMG_2315 copy.jpg

Receptury z aktualnego numeru magazynu Aktivist, całość do podejrzenia tutaj, online. Jedliśmy to jako jeden z pierwszych w tym roku obiadów przy stole w ogrodzie. Teraz powoli szykujemy się na przedostatnie. 

IMG_2361.jpg

(Nie tak całkiem) klasyczny obiad polski

z ragoût z zielonych warzyw i miso,
orientalną mizerią
i jajem po koreańsku

 

4 porcje

 

– Mizeria kokosowa z kolendrą

  • 4 duże ogórki gruntowe
  • liście z dużego pęczka kolendry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1-2 łyżki soku z limonki
  • sól do smaku

Pokrój ogórki na cieniutkie plastry, korzystając z noża lub mandoliny. Umieść je w dużej misce, dodaj drobno posiekane liście kolendry, mleko kokosowe, sok z limonki i szczyptę soli. Dokładnie wymieszaj i w razie potrzeby dopraw do smaku. Możesz podawać od razu, ale najlepiej smakuje po schłodzeniu przez około 2 godziny w lodówce.

 

– Zielone ragoût z pastą miso

  • 800 g groszku cukrowego w strączkach
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • 25 g masła (w wersji wegańskiej zastąp olejem kokosowym)
  • 2 młode pory
  • szczypta soli
  • 2 łyżki nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 3 łyżki białej pasty miso
  • 100 ml gorącej wody
  • 200 ml mleka sojowego
  • skórka z 1 cytryny
  • parmezan w płatkach
     
  • oraz ok. 600 g młodych ziemniaków
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: jadalne kwiatki do dekoracji

Zagotuj duży garnek wody i delikatnie ją osól. Obok przygotuj miskę z zimną wodą i kostkami lodu. Najpierw wrzuć do wody strączki groszku, zblanszuj przez 1-2 minuty, a następnie wyłów (najlepiej sitem lub łyżką cedzakową) i od razu przełóż do wody z lodem. Dzięki temu zachowają piękny zielony kolor i będą chrupkie. Odłam zdrewniałe końcówki szparagów, a resztę pokrój na 2-cm kawałki. Główki odłóż, a pozostałe kawałki wrzuć do tej samej gotującej się wody i zblanszuj przez 2-3 minuty, aż zmiękną, ale wciąż będą jędrne. Na ostatnią minutę dorzuć główki szparagów. Wyłów i również umieść w misce z lodowatą wodą. Garnek zachowaj do gotowania młodych ziemniaków – wrzuć je do wody wyszorowane w całości.

Na głębokiej patelni lub w woku rozgrzej masło (lub olej). Dodaj posiekane w cienkie krążki pory (tylko białą i jasnozieloną część, bez ciemnych liści) i szczyptę soli. Duś przez 10 minut, dodając w międzyczasie cukier i odrobinę wody. Dorzuć do podduszonych porów odsączone strączki groszku i szparagi. W kubku wymieszaj pastę miso z gorącą wodą i dodaj na patelnię. Wlej także mleko sojowe. Wszystko razem delikatnie, ale dokładnie mieszając, podgrzej i gotuj przez pięć minut. Zdejmij z ognia, posyp świeżo startą skórką z cytryny i ewentualnie płatkami parmezanu.

Ugotowane ziemniaki odcedź, po nałożeniu na talerze rozgnieść na płasko widelcem, dopraw solą i obsyp jadalnymi kwiatami.

 

– Jajka sadzone z papryką gochugaru

  • 4 duże jajka
  • sól do smaku
  • 4 duże szczypty papryki gochugaru
  • olej do smażenia

Na dużej, płaskiej patelni rozgrzej warstwę oleju pokrywającą całą powierzchnię. Wbij na nią cztery jajka, każde dopraw delikatnie solą. Smaż przez kilka minut na niedużym ogniu, aż białko będzie ścięte, a żółtko wciąż płynne. Posyp papryką gochugaru i przekładaj na talerze.

 

Lepiej niż w Toskanii

ribollita

Przetrwanie okresu przednówkowego to jedno z największych wyzwań w roku dla tych, którzy starają się jeść zgodnie z rytmem natury. Jest to bowiem czas, jak sama nazwa wskazuje, poprzedzający nadejście tego, co nowe. W oczekiwaniu na pierwsze wiosenne zbiory możemy więc mieć jedynie nadzieję, że nie skończą nam się zapasy spiżarniane. Wystarczy jednak odrobina kreatywności, by z zachomikowanych na zimę specjałów tworzyć naprawdę królewskie dania.

Prawdziwa ribollita (po włosku dosłownie „ponownie gotowana”) to toskańska potrawa przygotowywana poprzez dodanie kawałków zeschniętego chleba do zupy „z wczoraj”. Ten zagęszcza ją i urozmaica, dzięki czemu nie grozi nam monotonia jedzenia tego samego obiadu dwa dni z rzędu. Unikamy też jednocześnie marnowania chleba, który nie nadaje się już do zjedzenia na świeżo. Nikt nas jednak nie będzie oceniał, jeśli zupę ugotujemy tylko po to, by do niej ten czerstwy chleb dorzucić. A nawet jeśli kupimy bochenek i celowo odłożymy go na tydzień do zeschnięcia. Sama robię to regularnie, bo choć lubię zupy i lubię chleby, dopiero kiedy połączę je w jednym garnku, dzieje się prawdziwa magia.

Ważne, aby pieczywo było odpowiednio suche – twarda skórka po namoczeniu działa jak gąbka, mięknąc i pęczniejąc od zupy, ale pozostając w jednym kawałku. Miąższ chleba rozpada się zaś i miesza z zupą. Wyrazisty smak zakwasu łączy się z delikatnym aromatem pomidorów, ziół i oliwy z pierwszego tłoczenia. W pełni wegetariańskie, a syci (i wygląda!) jak treściwy gulasz. Pełna białka fasola oraz zimowe warzywa korzeniowe czynią to danie dobrze zbilansowanym i odżywczym.

zima w kawkowie
zimowa marianka

Nie wiem dlaczego danie to wymyślono w Toskanii – nie mają tam z pewnością mroźnej zimy i długich spacerów w śnieżnych zaspach, a to one są idealnym wstępem dla talerza gorącej ribollity. Zamiast Włoch polecam więc mroźną Polskę. Za jakiś czas spróbuję pewnie wiosennej wersji pełnej zielonych jarzyn, być może z bagietką zamiast razowca? Ale póki na horyzoncie jest biało, ponownie gotuję zimową zupę „ponownie gotowaną”, za każdym razem jednakowo się nią zachwycając.

ribollita

Ribollita, czyli zupa jarzynowa z chlebem razowym
w Polsce lepsza niż w Toskanii

Na bulion warzywny:

  • 1 por

  • 1/2 dużej bulwy selera (drugą połowę zachowaj do zupy)

  • 1 biała cebula, opalona na ogniu

  • 2 marchewki

  • kilka gałązek lubczyku

  • 2 listki laurowe

  • kilka ziaren ziela angielskiego

  • sól do smaku

Na fasolę:

  • 2 szklanki suchej fasoli Piękny Jaś

  • 2 listki laurowe

  • 1/2 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu

Na zupę:

  • 2 białe cebule

  • 3 marchewki

  • druga 1/2 bulwy selera

  • 1 batat

  • 1/4 główki białej kapusty

  • 2 ząbki czosnku

  • 5 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia

  • 2 łyżki masła

  • 1 łyżeczka suszonego oregano

  • kilka gałązek świeżego tymianku

  • szczypta płatków chili (wedle uznania, ale zupa nie powinna być bardzo pikantna)

  • 3 łyżki octu balsamicznego

  • 100 ml wytrawnego białego wina

  • ugotowana fasola z przepisu powyżej (i trochę wody z gotowania)

  • 1 puszka całych pomidorów bez skórki

  • 1 płaska łyżka cukru

  • bulion z przepisu powyżej

  • sól do smaku

  • 1/2 bochenka czerstwego razowego chleba na zakwasie (min. tygodniowego)

Do podania:

  • koperek i natka pietruszki

  • 1 kulka mozarelli

  • świeżo mielony czarny pieprz

W dniu poprzedzającym gotowanie zupy przygotuj bulion. W dużym garnku umieść umyte, nieobrane warzywa – marchewkę, pół selera, przekrojonego na dwie części pora (tak, by zmieścił się do garnka), opaloną cebulę i lubczyk. Dodaj liście laurowe oraz ziele angielskie i zalej wszystko 4 litrami zimnej wody. Podgrzewaj na średnim ogniu do zagotowania. Wówczas przykryj garnek, zmniejsz ogień i pozwól bulionowi delikatnie pyrkać około 2 godziny, aż nabierze złotego koloru i odpowiedniego aromatu. Dopraw solą i odstaw do wystudzenia (nie odcedzając). 

W dużej misce zalej też zimną wodą fasolę i odstaw ją na całą noc do namoczenia. 

Następnego dnia przepłucz fasolę, włóż ją do dużego garnka i zalej dużą ilością świeżej zimnej wody. Dodaj listki laurowe i pieprz i (podobnie jak bulion) podgrzewaj na średnim ogniu. Od momentu zagotowania zmniejsz ogień i gotuj 2-3 godziny, do całkowitej miękkości fasoli. Jeśli za dużo wody odparuje, uzupełnij ją, żeby fasola nie wystawała ponad powierzchnię. Po zdjęciu z ognia porządnie osól wodę i odstaw całość do przestudzenia.

Przed rozpoczęciem gotowania zupy, przygotuj wszystkie warzywa – obierz cebule, marchewki, selera i batata. Pokrój wszystko w podobnej wielkości kawałki (ok. 1x1 cm), poszatkuj także kapustę. Obierz czosnek z łupin i skrój na cienkie plasterki. 

W wielkim garnku rozgrzej oliwę i masło. Dodaj oregano i tymianek, przemieszaj i od razu wrzuć do środka cebulę i czosnek. Duś kilka minut na dużym ogniu, wsyp płatki chili, a następnie resztę warzyw. Wlej ocet balsamiczny. Podsmażaj około 10 minut ciągle powoli mieszając. Po tym czasie wlej wino, dodaj też ugotowaną fasolę i około 1,5 szklanki wody z jej gotowania. Dodaj puszkę pomidorów i łyżkę cukru, wymieszaj.

Wyłów z bulionu warzywa. Odłóż pora, skrój go i dodaj do zupy, a z reszty dokładnie wyciśnij z płyny do garnka z bulionem. Następnie, chochla po chochli, dopełnij bulionem gar z zupą, przelewając go przez sitko – tyle, by jego poziom sięgał około 5 centymetrów ponad poziom warzyw. Przykryj połowicznie i gotuj całość na małym ogniu przez minimum godzinę, co jakiś czas mieszając. Jeśli zupa będzie się robić za gęsta, dodawaj więcej bulionu.

Kiedy wszystkie warzywa będą miękkie, dopraw zupę do smaku solą. Porwij na kawałki czerstwy chleb i dodaj go do zupy. Przemieszaj, zdejmij z ognia i odstaw na 10 minut. W międzyczasie posiekaj koperek i pietruszkę, a mozzarellę porwij na małe kawałki. Nakładaj zupę do głębokich talerzy. Każdą porcję dekoruj mozzarellą, koperkiem i/lub pietruszką oraz świeżo zmielonym czarnym pieprzem.

Przepis opracowany dla Hellozdrowie – tu link! Jedzcie (i nie szczędźcie sobie dokładek) po długim, mroźnym spacerze – smacznego.

ribollita w kawkowie

Co w pyrach dobrego

aaIMG_0881.jpg

Dumna jestem z tego, jak rośnie nasza świadomość żywieniowa. Coraz chętniej zgłębiamy naturę zawartości naszych talerzy. Bierzemy pod lupę zarówno egzotyczne kulinarne nowinki, jak i proste, zapomniane składniki. W czyjej kuchni nie gości dziś jarmuż, pasternak i topinambur? Popieram to całym sercem - i myślę, że najwyższy czas odkurzyć też ziemniaki.

Wyrażenie „zjedz mięso, zostaw ziemniaczki” przeszło do już historii, utwierdzając nas w przekonaniu o niższości tych ostatnich. Nic bardziej mylnego! Dziś na portalu Hello Zdrowie piszę o tym, co w pyrach dobrego. 

Często uważane za bezwartościowy wypełniacz, ziemniaki są tak naprawdę pełne minerałów – przede wszystkim potasu, nie brakuje im też magnezu, wapnia i fosforu. Dzięki temu dobrze wpływają na ciśnienie krwi, pracę serca i kondycję kości. Znajduje się w nich też niemało witaminy C, A, E oraz wiele witamin z grupy B. Aby ich wartość odżywcza była jak największa, warto jeść ziemniaki jak najprędzej po wykopkach. Wybierając je w sklepie, zwróćmy uwagę, czy nie są zazielenione i nie kiełkują – dzieje się tak, gdy leżakują za długo. Coraz więcej warzywniaków może się pochwalić selekcją różnych odmian ziemniaków. Przy odrobinie szczęścia właściciel opowie wam o ich właściwościach – przeczytajcie jednak o podziale na trzy podstawowe typy.

Typ A to ziemniaki o najmniejszej zawartości skrobi. Ich miąższ jest wilgotny, zwarty i klei się do noża. Takie ziemniaki najlepiej nadają się na grilla, do pieczenia czy wykorzystywania w sałatkach. Nie rozsypują się, więc można odważnie z nimi eksperymentować.

Ziemniaki typu B można uznać za swego rodzaju złoty środek. Odmiany z tej grupy są uniwersalne, ich miąższ się nie rozsypuje, może lekko pękać, ale wciąż jest wilgotny. Nadają się do gotowania, np. jako dodatek do zup. Dla mnie te ziemniaki są wprost stworzone do purée.

I wreszcie, do ziemniaków typu C zaliczamy odmiany o najwyższej zawartości skrobi. Ich sypkie wnętrze rozpada się w rękach. Jeśli planujemy zabrać się do przygotowania klusek, kopytek, placków czy babek, nie obejdzie się bez nich właśnie. Za ich sprawą ciasto wyjdzie zwarte i plastyczne, a dzięki ich skrobi potrzebny będzie mniejszy dodatek mąki, przez co wyroby nie będą twarde.

Ale dość już teorii, mam dla Was trzy przepisy, dzięki którym będziecie mieli okazję rozprawić się ze wszystkimi opisanymi typami. Do dzieła!

Zapiekane czerwone ziemniaki z rozmarynem
(typ A)

6‒8 porcji

- 1 kg czerwonych ziemniaków (lub innych typu A)
- 80 g masła lub oliwy
- 2‒3 gałązki rozmarynu
- sól morska, najlepiej gruboziarnista lub w płatkach

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Ziemniaki szorujemy i bez obierania kroimy na cienkie plasterki. Ważne, by były równe, aby upiekły się równomiernie. Najlepiej zrobić to za pomocą mandoliny, ale jeśli jej nie mamy, uważnie robimy to nożem. Naczynie żaroodporne smarujemy odrobiną stopionego masła i pionowo, ale pod kątem, układamy w nim plasterki ziemniaków. Polewamy resztą stopionego masła, doprawiamy solą morską i posypujemy igiełkami rozmarynu. Pieczemy około godziny – aż ziemniaki się zezłocą i będą z wierzchu chrupiące.

Kopytka ziemniaczane z łososiem i porem
typ C

6‒8 porcji

na kluseczki:
- 1 kg ziemniaków typu C
- 1 jajko
- 130 g mąki + odrobina do podsypywania
- 1/2–2/3 łyżki soli morskiej

do podania:
- 300‒400 g pieczonego łososia
- 1 por
- 2‒3 gałązki tymianku (lub garść świeżej szałwii)
- 2 łyżki masła
- 1 łyżka oliwy
- skórka z 1 cytryny, niewoskowanej
- świeżo mielony czarny pieprz

Ziemniaki szorujemy, układamy w garnku i zalewamy zimną wodą. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy w mundurkach do miękkości, około 15 minut. Uwaga ‒ nie należy gotować za długo: jeśli ziemniaki zaczną pękać, bardzo trudno będzie je obrać, gdyż będą rozpadać nam się w rękach. Gorące przeciskamy przez praskę prosto na stolnicę. Dodajemy mąkę, sól oraz pieprz, szybko zagniatamy, po chwili wlewamy roztrzepane jajko i jak najkrócej wyrabiając, formujemy jednolite ciasto. Odkrawamy po kawałku, na lekko omączonej stolnicy rolujemy wałki i ostrym nożem kroimy je na jednakowej wielkości kluski. Możemy zrobić je w takim kształcie, jaki podoba nam się najbardziej – bardziej okrągłe, jak włoskie gnocchi, lub prostokątne czy podłużne. W każdej klusce robimy widelcem wgłębienie, dzięki któremu lepiej pokryje je sos. Kopytka wrzucamy do dużego garnka osolonej wody i gotujemy pół minuty od momentu wypłynięcia. Wyciągamy łyżką cedzakową i odkładamy na talerz do ostudzenia.

Na patelni rozgrzewamy masło i oliwę. Wrzucamy pokrojonego pora i tymianek lub szałwię. Smażymy na średnim ogniu minutę. Dorzucamy gnocchi i zwiększamy ogień. Smażymy do zezłocenia kluseczek. Na koniec dodajemy kawałki pieczonego łososia i świeżo mielony czarny pieprz. Przekładamy na talerze i posypujemy startą skórką z cytryny.

Purée z pieczonym czosnkiem, serem kozim i miętą
typ B

4‒8 porcji

- 1 kg ziemniaków typu B
- 1 główka czosnku
- 100 g masła
- 100 ml mleka
- ½ łyżeczki gałki muszkatołowej
- sól morska, pieprz czarny
- do podania: ser kozi, świeża mięta

Ziemniaki szorujemy, w całości umieszczamy w garnku i zalewamy zimną wodą. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 15‒20 minut, aż będą bardzo miękkie. Odcedzamy, niezwłocznie obieramy (warto zabrać się do tego w rękawiczkach, bardzo parzą!) i wciąż gorące przeciskamy przez praskę. W garnku rozpuszczamy masło z mlekiem. Kiedy zacznie wrzeć, zmniejszamy ogień, dodajemy ziemniaki i energicznie mieszamy (najwygodniej silikonową szpatułką lub trzepaczką do jajek). Doprawiamy gałką muszkatołową, solą i pieprzem. W zależności od pożądanej konsystencji dodajemy więcej mleka lub odrobinę wrzątku. Na koniec przecieramy purée przez sito, aby było jeszcze gładsze. Możemy wykorzystać je jako dodatek do obiadu, ale podane ze świeżym serem kozim, listkami mięty i odrobiną oliwy z pierwszego tłoczenia stanowi wyśmienite samodzielne danie!

Nieidealnie

Perfekcja jest nudna, ale jest jednak perfekcyjna. Możemy jej umniejszać tak na codzień, ale kiedy sprawy nam się walą, każdy marzy o powrocie do zwykłej pomyślności, jak nużąca i nieciekawa by nie była. Chciałabym, żeby świat był idealnym miejscem, ale nie jest. Idealny to może być złoty podział, Saska Kępa pachnąca szalonym zielonym bzem, czy też uśmiech Marlona Brando. Albo fakt, że przyszła już wiosna, a razem z nią młode pory i od groma innych pysznych wspaniałości! Całemu światu jednak do perfekcji daleko. Raz świeci nam piękne, alegoryczne słońce, a za moment okazuje się, że leżymy z twarzą w ziemi i żeby ponownie stanąć na nogi musimy wygrzebać się spod ciężaru godnego sporego fortepianu.

Ale trzeba sobie jakoś radzić, prawda? Tu, w nieidealnym świecie, w którym czarna soczewica wcale nie jest czarna, cukier kokosowy ani trochę nie smakuje kokosem, a idealna bułka tarta ani nie jest z bułki, ani, na dobrą sprawę, nie jest tarta. Dystansować się do spraw, uczyć trudnej sztuki akceptacji i pokory, a potem wyciągać ile się da z tego, jak jest. Co w tym przypadku oznacza, że z tych wszystkich oszukaństw można wciąż stworzyć przepyszny i niebanalny wiosenny obiad.

A więc do dzieła, prężcie pierś i idźcie do przodu, jak różnie by się nie działo i jak ludzie by nie patrzyli. Bo jeśli ja właśnie napisałam akapit o tym, że ostatnie życiowe wzloty i upadki poprowadziły mnie do ugotowania młodych porów z soczewicą, to naprawdę nie macie się czym przejmować!

Czarna soczewica „muscovado”
na duszonych młodych porach

2 porcje, źródło przepisu

180 g czarnej soczewicy (ok. 2/3 szklanki; można zastąpić zieloną lub brązową)
1 łyżka z górką cukru kokosowego (lub ciemnego cukru trzcinowego muscovado)*
1 łyżka masła
1 łyżeczka oliwy
2 łyżeczki octu ryżowego
sól, pieprz

3 duże młode pory
1 łyżka masła
1 łyżka oliwy
szklanka dobrej jakości bulionu warzywnego
1 łyżeczka miodu

grubo mielona świeża bułka tarta**
natka młodej pietruszki
świeżo mielony czarny pieprz

* Cukier kokosowy ma głęboki, karmelowy aromat – zupełnie jak ciemny cukier trzcinowy, choć odrobinę mniej żywiczny. Możecie używać ich w tym przepisie zamiennie, obie wersje stawiają soczewicę w zupełnie nowym świetle.

** Aby przygotować bulkę tartą w domu,wystarczy podpiec w piekarniku kromki ulubionego jasnego pieczywa (szczególnie polecam wszelkie chleby czy bułki typu „wiejskie”), 15 – 20 minut w temperaturze maksymalnie 150 stopni. Można wykorzystać podeschnięte pieczywo, ale nie stare i czerstwe – takie gorzej smakuje. Ostudzić, przełożyć do papierowej torebki i rozgnieść wałkiem, młotkiem, maczugą od moździerza lub butelką oliwy. Nieistotne co Wam się nawinie, grunt to nie przesadzić z rozdrabnianiem. W tym przepisie używamy dużych, chrupiących kawałków bułki i takie najlepiej przechowywać – na potrzeby innych receptur zawsze można zmielić je na piasek w młynku.

Soczewicę w miarę możliwości moczymy w zimnej wodzie minimum 3 – 4 godziny. Płuczemy, zalewamy świeżą wodą, dodajemy szczyptę soli i od zawrzenia gotujemy na małym ogniu aż soczewica będzie miękka, ale zachowa kształt, od 30 minut do godziny. Odsączamy na sicie.

Porom obcinamy ciemnozielone końcówki, a biało-jasnozielone części dzielimy na wzdłuż na połowy. Nie pozbywamy się trzonów (z drugiej strony) – bez nich warzywa rozpadną się na oddzielne warstwy. Płuczemy dokładnie zimną wodą. Na patelni rozgrzewamy masło i układamy na nim pory grzbietami do góry. Smażymy 3 – 4 minuty na średnim ogniu, następnie polewamy z wierzchu oliwą i delikatnie odwracamy każdego pora, aby zbrązowić go również z drugiej strony. Zmniejszamy ogień, dodajemy bulion wymieszany z miodem, przykrywamy patelnię i dusimy pory 20 – 30 minut, do momentu w którym będą zupełnie miękkie, a bulion niemal całkiem się wchłonie. Próbujemy czy są odpowiednio doprawione (wywary mogą się bardzo różnić) i w razie czego dodajemy szczyptę lub dwie soli.

Na kilka minut przed końcem duszenia porów rozgrzewamy drugą patelnię z masłem, oliwą i soczewicą. Dodajemy cukier kokosowy lub muscovado, sporą szczyptę soli i ocet ryżowy. Chwilę całość podgrzewamy, aż wszystko ładnie się połączy. Redukujemy aż na patelni nie będzie zbędnego płynu.

Gotowe pory układamy na dwóch talerzach. Na wierzch dodajemy soczewicę. Każdą porcję dekorujemy posiekaną natką pietruszki i dużą ilością grubo mielonej, chrupiącej bułki tartej (to klucz do tej potrawy, nie pomijajcie – ja przyznam, że podczas jedzenia dodałam na swój talerz jakąś trzykrotność tego, co widzicie na zdjęciach). Doprawiamy świeżym czarnym pieprzem. Smacznego!