Polish Christmas made vegan

Pamiętacie projekt "The 12 Dishes of Polish Christmas"?

Święta oficjalnie za nami. Pozostałości jarzynowych sałatek raczej wszędzie już dojedzone, z choinek niedługo zaczną sypać się igły, a w sklepach przestają mieścić się ludzie, kuszeni poświątecznymi wyprzedażami. Ja tymczasem nieśmiało upraszam się o uwagę z moim wpisem prezentującym przepisy na wegańską Wigilię, nakręcone we współpracy z Culture.pl. Aj!

Mogłabym poczekać z tym rok, ale nie mam sumienia - sama pewnie nieraz będę przygotowywać te dania w międzyczasie, nie mogę pozbawiać tej szansy i Was. Większość z nich jest tak uniwersalna, że sprawdzi się przy wielu innych okazjach. Może nawet już na świętowanie jutrzejszego sylwestra?

Aksamitny pasztet z grzybów i białej fasoli mogłabym jeść codziennie. Tak samo jak zupę migdałową, zapomnianą polską tradycję, która jest tak naprawdę zaawansowaną wersją śniadaniowej owsianki. Soczewicowo-orzechowa pieczeń jest świetną podstawą dla szybkich obiadów na kilka dni wprzód. Tofu po grecku faktycznie może zaczekać na przyszłoroczne Boże Narodzenie, ale jeśli ktoś lubi wyjątkowo, to czemu nie? Są też pierniczki bez masła, miodu ani jajek, które nie dość, że smakują jak tradycyjne, to tak samo jak one przechodzą kolejne etapy mięknięcia, twardnienia i na powrót mięknięcia. Magia! No i jest sernik, a dokładniej BEZsernik, bo z masą z kaszy jaglanej i nerkowców. 

Oto link do artykułu opisującego całe wigilijne menu w wersji wegańskiej (a więc z daniami uzupełniającymi, tymi z klasycznej Wigilii, które zupełnie mimochodem nie zawierają produktów odzwierzęcych). Mój ulubiony film to chyba bezsernik, ale szczerze mówiąc pieczarkowy pasztet był tak pyszny, że też ma u mnie jakieś specjalne miejsce. 

Wigilijna zupa migdałowa:

Tofu po grecku:

"Pieczeń" z soczewicy i orzechów:

Pâté z grzybów i białej fasoli:

(Bez)sernik z kaszy jaglanej i nerkowców:

Pierniczki:

Bez okazji

Minęły dokładnie 162 dni odkąd ostatni raz pisałam do Was bez okazji. Zwyczajnie i bez presji, z kilkoma zdjęciami i przepisem. Nie z potężną relacją z japońskiej podróży, nie z autopromocją jakiejś publikacji czy premiery kulinarnych filmów, bez przekierowania na inną stronę czy recenzowania książek. 

Wyszłam już z wprawy w pisaniu po prostu, ale w zasadzie raz-dwa mogę znaleźć szereg przyzwoitych powodów dla dzisiejszego wpisu. W zupełności wystarczy chyba fakt, że moja babcia Jadzia robi najlepszy piernik na świecie - nie ma co zwlekać z przekazaniem receptury światu. Piernik mocno korzenny, o złotobrązowym kolorze i ciemnej skórce. Koniecznie musicie wykorzystać do niego miód gryczany, bo to jemu zawdzięcza swój jedyny w swoim rodzaju aromat. Lubię go solo (szczególnie te kawałki z bakaliami), ale najbardziej śnią mi się po nocach jego kromki grubo posmarowane zimnym masłem. 

Babcię Jadzię widuję zdecydowanie za rzadko, a jej piernikiem dane mi się raczyć naprawdę od wielkiego dzwonu. Po latach zebrałam się wreszcie w sobie i wyprosiłam od niej przepis - teraz pozostaje mieć nadzieję, że tak samo dobrze będzie smakował, kiedy upiekę go sama. Jest niedziela, tudzież trzeci dzień Świąt, najbardziej wiosennych jakie pamiętam (i to licząc zarówno Gwiazdki, jak i Wielkanoce). Babciny piernik pakujemy póki co jako prowiant na rowerowe wyprawy, w samych swetrach i przeciwsłonecznych okularach. Podobno zima jednak się tu wybiera, a że zimowym ciastem numer jeden jest piernik bez dwóch zdań, wreszcie będzie okazja, żeby raczyć się nim w odpowiednich okolicznościach. Myśli o mrozach mnie nie wzruszają, z tym przepisem czuję się zabezpieczona. Ale ile razy nie piekłabym go na przekór śniegom, na pewno co jakiś czas wpadnie tak po prostu. Bez okazji!

Piernik Babci Jadzi

na 2 keksówki

500 g miodu gryczanego
150-200 g cukru (do smaku)
200 g masła
30 g przyprawy do piernika
4 jaja (żółtka i białka osobno)
500 g przesianej mąki
2 łyżeczki sody oczyszczonej
orzechy włoskie, skórka pomarańczowa

Przełóż miód do rondla ustawionego na niedużym ogniu, dodaj cukier i pomału mieszając doprowadź do zagotowania. A teraz UWAGA!!! Zestaw rondel z miodem z palnika i wlewaj do niego powoli niepełną szklankę wrzącej wody, a jednocześnie drugą ręką mieszaj. Nie nachylaj się nad garnkiem, bo buchnie gorąca para. Gdy tylko para opadnie, włóż do rondla przyprawę i pokrojone na kawałki masło, starannie wymieszaj łyżką, aby masa uzyskała jednolitą konsystencję.

Do przestudzonej masy dodaj żółtka, orzechy i skórkę pomarańczową [ja bym dorzuciła jeszcze rodzynki - przyp. M.] i mieszaj małymi obrotami miksera. Powoli dosypuj mąkę z sodą, miksując aż ciasto będzie jednolite. Do ciasta powoli dodawaj ubite na pianę białka i mieszaj łyżką (nie mikserem).

Gotowe ciasto przełóż do przygotowanych foremek (powinno sięgać najwyżej 2/3 ich wysokości) lub jeden większej prostokątnej formy. Wstaw na mniej więcej godzinę do rozgrzanego piekarnika (180 stopni).

Smacznego!!!

The 12 Dishes of Polish Christmas

Jakiś czas temu podporządkowałam swoje życie pracy nad projektem, którego efekt końcowy ujrzał przed kilkoma dniami światło dzienne. Od razu wykrzyczałam to na FB, ale moja internetowa wylewność nie pozwoliłaby mi przecież na tym zakończyć. Kto chciałby przeczytać dziś więcej na temat tego, jak razem z Culture.pl nakręciłam dwanaście anglojęzycznych filmów przedstawiających przepisy na polskie potrawy wigilijne – be my guest!

vlcsnap-2015-12-12-15h22m28s237.jpg

Mam szczęście za wieloletnią przyjaciółkę mieć pewną zdolną montażystkę, Martę. Już od jakiegoś czasu snułyśmy plany połączenia sił i kręcenia kulinarnych klipów. Szeroko rozumiana filmowa współpraca dobrze wychodziła nam od zawsze, choć ostatnie, co razem stworzyłyśmy (zapewne jakiś wciągający thriller, tudzież teledysk muzyczny) prawdopodobnie wciąż jest na VHS-ie. Zbieranie się do wspólnego nagrywania zajęłoby nam bez mała kolejne dziesięć lat... gdyby nie pojawił się bodziec nadający temu ręce, nogi i miano prawdziwego projektu.

Bodźcem był pierwszy mail od Sylwii z Instytutu Adama Mickiewicza. Kiedy przyszedł, tajemniczo napomykając o propozycji stworzenia kulinarnych filmów, byłam na kolacji z przyjaciółmi. Pobieżnie przeczytałam powiadomienie na telefonie i, mimowolnie zachichotawszy, od razu się tym z nimi podzieliłam. Moje towarzystwo nie mogło zdecydować czy zabawniejsza jest wizja Marianny gotującej przed kamerą niczym Robert Makłowicz, czy może raczej odcinek Kuchennych Rewolucji w moim domu? Żartom ze mnie na ekranie nie było końca. I podczas gdy najgłośniej chyba śmiałam się ja sama, kilka dni (i wiele maili) później znalazłam się na planie pierwszego filmu kulinarnego w swojej karierze.

Doskonale wiecie, że decyduję się na współprace wtedy, gdy są one w pełni zgodne z moim sercem i sumieniem. Od dawna gotowałam i będę gotować dalej z ziołami Baziółki pod ręką, to samo z prenumerowaniem Kukbuka i czytywaniem zdrowych newsów na hellozdrowie.pl. Kult czekolady Lindt wyznawałam na długo przed tą inicjatywą, a każdemu kto pyta gdzie jeść we Wrocławiu od dawna polecałam (i polecam dalej) Food Art Gallery. Współpraca z Culture.pl jest dla mnie kolejnym wyróżnieniem, bo to portal naprawdę bliski mojemu sercu. Czytuję go od lat, bardzo często wpadając w pułapkę licznych odnośników w artykułach, które przenoszą mnie do kolejnych i kolejnych tekstów. Zazwyczaj chodzę z głową w chmurach, ale jeśli zdarza mi się być na bieżąco z kulturalnymi newsami, prawie na pewno zawdzięczam to właśnie im. Jakby tego było mało, niezliczoną ilość razy ich zasoby ratowały mnie z opresji na studiach – nawet ostatnio, kiedy nagle okazało się, że już dawno powinnam była wybrać temat swojej pracy licencjackiej.

Teraz coś, co stworzyłam jest częścią tej skarbnicy wiedzy, a ja pękam z dumy i przybijam piątkę z Martą, bez której zupełnie nic by przecież nie powstało. Patrzymy na te filmy z zupełnie innej perspektywy niż Wy, to jasne. I mimo niedociągnięć, które w nich widzimy, ogromnie cieszymy się ze wspólnego sukcesu.

vlcsnap-2015-12-12-15h24m10s36.jpg

Nie ma co udawać, że kiszona kapusta nie klei się do noża przy krojeniu, a masa makowa na palcach wcale nie przypomina ziemi pod paznokciami. Domowe pierogi były, są i będą asymetryczne, a lepiąc je przez cały grudniowy dzień nietrudno dać się zaskoczyć zachodowi słońca (i kończyć robotę w ciemnopomarańczowym świetle). Podczas pracy nauczyłyśmy się, że to jest okej – kwestie, które z początku uważałyśmy za niedoskonałości, przy odpowiednim podejściu okazały się być po prostu autentyczne. Kręcone z ręki filmy postanowiłyśmy utrzymać w konwencji „podglądania” w kuchni. Jest naturalne światło, nierówne ujęcia, kadry przysłonięte plecami skupionej kucharki. Raz na jakiś czas jest trochę mnie, pojawia się nawet Luizjana, która dzielnie towarzyszyła mi w starciach z karpiami i piernikami. Chciałyśmy, żeby było szczerze, domowo i spokojnie. I choć te filmy miały trafiać w Wasze serca, a nie na duże ekrany, dostały nawet przemiłą nominację do Oscara :)

Post na Facebooku generalnie sprowokował ogromny napływ ciepłych słów i poparcia dla naszego projektu. Odświeżamy stronę bez przerwy, wciąż na nowo ładując zapasy dobrej energii płynącej z Waszych wiadomości i komentarzy. Za każde słowo ogromnie dziękujemy. Wciąż jesteśmy bardzo ciekawe Waszych opinii, dlatego piszcie jak najwięcej, co Wam się podoba, a co warto zmienić – musimy wiedzieć na przyszłość, aby każdy kolejny film był coraz lepszy!

Oto link do całego artykułu: http://culture.pl/en/article/the-12-dishes-of-polish-christmas (z tekstem Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux), a poniżej wstawiam wszystkie dwanaście filmów (koniecznie oglądajcie w HD!). Do moich ulubionych należą chyba kutia i makowiec, ale wiadomo, że nie od dziś mam obsesję na punkcie masy makowej. Marta wyjątkowo lubi jeszcze gołąbki.

Barszcz na zakwasie:

Zupa grzybowa:

Karp wigilijny:

Karp po żydowsku:

Śledzie w śmietanie (przepis mojej mamy!):

Pierogi z kapustą i grzybami:

Wigilijna kapusta z białą fasolą:

Gołąbki:

Kutia:

Piernik staropolski:

Makowiec:

Kompot z suszu:

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

Ostatki w Kukbuku

Od kilku dni nie mogę przejść obojętnie obok żadnego kiosku, bo z półek patrzy na mnie piękna okładka nowego Kukbuka (tym razem jest jej dwa razy więcej niż zwykle!). Zimowy numer jest pełen pyszności, jeśli jeszcze go nie macie, koniecznie przejdźcie się do salonu prasowego lub kliknijcie tu!

Ode mnie w tym numerze dowiecie się jak wykorzystać pozostałe po świątecznym gotowaniu produkty, tak aby nie zajmowały Wam miejsca w szafkach czekając na kolejne Boże Narodzenie. Menu rozpustnego zimowego śniadania z ostatków prezentuje się następująco:

Z pszenicy na kutię - "Owsianka" z karmelizowanymi pomarańczami

Z podeschniętego piernika - Grzanki z gorgonzolą i suszonymi jabłkami

Z burakami po barszczu - Flatbread z jajkiem i pieczenią

Z wigilijnymi grzybami i fasolą - Sałatka z orkiszu z warzywami i pomarańczowym vinaigrette

Z owocami na kompot - Napar imbirowy

Smacznego!

Pietruszkowe merci

Wybaczcie mi dziś lekki niedosyt zdjęciowy. Ciasto pietruszkowe piekłam późnym popołudniem, z myślą o jednej z nocnych schadzek, których sporo ostatnio było w moim kalendarzu. Mowa tu o specyficznym rodzaju spotkań towarzyskich, nie do końca dobrowolnych – kiedy przy stole spotyka się grupa osób (z których każda marzy tak naprawdę wyłącznie o odrobinie snu we własnym łóżku) i postanawia podywagować, powiedzmy, o sztuce polskiego średniowiecza. Do drugiej, trzeciej nad ranem – lub po prostu tak długo, jak wszyscy przy stole w najmniejszym choćby stopniu pozostają żywi. Czas ten znacząco przedłuża odżywcza dla mózgu strawa. Dlatego jeszcze raz – wybaczcie, ale jedynym co się ostało do kolejnego poranka było to biedne (trochę naciągane) półtorej porcji, z przymrużeniem oka sfotografowane, a następnie zjedzone przeze mnie w biegu na śniadanie.

IMG_1325.jpg

Z jednej strony czuję, że mózg uodparnia się na rzekome zastrzyki energii, które serwuję mu w postaci coraz większych ilości słodyczy. Z drugiej jednak, każdy kolejny zdany egzamin to duże „dziękuję” w stronę wszystkiego, co podtrzymywało mnie przy życiu podczas nauki. A to, zaraz za zagrzewającymi do roboty towarzyszami niedoli oraz kofeiną, jest jednak przede wszystkim cukier. Próbowałam ostatnio detoksu z warzywno-owocowych soków i koktajli, który zafundował mi nagorszą dwudniową migrenę jaką jestem sobie w stanie przypomnieć. Wyleczyłam się z niej czekoladą, utwierdzając tym samym w przekonaniu, że zostałam stworzona do jedzenia słodyczy. A walka z własną naturą jest jak widać bolesna i nieskuteczna. Żeby jednak nie być całkiem pasywną, szukam kompromisów i piekę ciasta z warzywami. W ten sposób desery są niemalże zdrowe, a swoich właściwości leczniczych nie tracą. Bądź co bądź, starcie z tym średniowieczem wszyscy wygraliśmy po całości.

Tak jak nasze świetne oceny mówią „dziękuję” ciastu-wspomagaczowi, tak ja, z zupełnie innej beczki, przy jego pomocy dziękuję Wam za wsparcie w konkursie, który dobiegł końca już chwilę temu. Dzięki Wam mam szansę na warsztaty z Jamiem, jesteście super! Obiecałam pyszności w podzięce za głosy, i choć każdego z Was osobiście nie uda mi się poczęstować, przekazuję przepis – upieczcie ciasto w swoich domach, a później rozkoszujcie się, zapraszajcie gości, zdawajcie egzaminy i przenoście góry!

Pomarańczowe ciasto pietruszkowe
z kremem klonowym i prażonymi migdałami

forma o średnicy 20-22 cm
źródło przepisu

200 g mąki pełnoziarnistej
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
½ łyżeczki imbiru
½ łyżeczki przyprawy do piernika
szczypta soli
150 g cukru trzcinowego
160 ml oliwy z pierwszego tłoczenia
4 jajka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3 średnie pietruszki (ok. 200 – 220 g po obraniu i starciu)*
skórka otarta z 1 niewoskowanej pomarańczy

200 g serka philadelphia
100 g mascarpone
4 łyżki syropu klonowego
sok i skórka z 1 małej pomarańczy
garść migdałów

* zamiennie można z powodzeniem użyć pasternaku.

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 180 stopni. Dno przygotowanej foremki wykładamy papierem do pieczenia, a brzegi smarujemy lekko oliwą.

Do jednej miski przesiewamy suche składniki – mąkę, proszek do pieczenia, przyprawy i sól.W drugiej ubijamy lekko jajka, następnie dodajemy oliwę, wanilię oraz cukier i miksujemy wszystko przez kilka minut. Kiedy masa będzie gładka i puszysta, dodajemy startą pietruszkę i pomarańczę. Następnie wsypujemy suche składniki i mieszamy całość szpatułką, tylko do połączenia składników, najkrócej jak to możliwe. Napełniamy ciastem formę i pieczemy do aż wierzch się zezłoci, a patyczek będzie suchy – ok. 45 minut do godziny. Studzimy przez dziesięć minut w formie, następnie wyciągamy i dajemy ciastu całkowicie ostygnąć na kratce.

W międzyczasie możemy na innym poziomie piekarnika uprażyć migdały. Postępujemy tak jak w tym przepisie. Niższa temperatura nic nie szkodzi, być może prażenie zajmie minutę dłużej.

Krem przygotowujemy ubijając serki, syrop klonowy i sok z pomarańczy. Chłodzimy w lodówce. Ciasto możemy udekorować z wierzchu (jeśli jest płaskie – ze względu na większą formę), lub rozkroić i przełożyć także w środku (w przypadku mniejszych, a wyższych ciast). Krem nakładamy na całkowicie ostudzone ciasto (inaczej popłynie). Wierzch obsypujemy hojnie posiekanymi prażonymi migdałami i świeżo startą skórką z pomarańczy. Smacznego!