Nie tak całkiem

IMG_2315.jpg

Te przepisy szykowałam kiedy kwitły jabłonie. Dziś dojrzałe owoce z impetem spadają z drzew przez cały dzień i noc. A przepis aktualny, bo taki to dziwny rok, że trwa sezon na wszystko naraz. Jedyne, czego już nie ma to szparagi, ale to żaden problem – podmieńcie je na brokuła lub zieloną fasolkę, a wyjdzie równie pysznie. 

Na kuchennym palniku stanie dziś tylko jeden garnek z wodą. Będziemy obserwować jak nabiera ona coraz bardziej zielonkawej barwy, po kolejnych partiach blanszowanych w niej warzyw. Wrzucone do wrzątku, będziemy je z niego wyławiać niemal od razu. Mgnienie oka – dokładnie tyle jest im potrzebne, żeby smakowały najlepiej. Na talerzach znajdzie się groszek cukrowy,  którego strączki są jędrne, soczyste i słodsze niż same ziarenka (ale jeśli nie znajdziecie odpowiednio młodego, możecie użyć też samych ziarenek). Małe pory, które podduszone na maśle w magiczny sposób nabierają jego cech i dosłownie rozpływają się w później ustach. Szparagi, ale ich najedliśmy się już w tym roku po pas... zamiast nich sięgnijcie po coś innego, najlepiej w równie pięknym zielonym kolorze. I pierwsze gruntowe ogórki, w pysznej chropowatej skórce – oczywiście na mizerię. Dodamy jeszcze tylko młode ziemniaki i otrzymamy klasyczny polski obiad – z jajkiem sadzonym, bez którego cały ten talerz miałby trochę mniej sensu.

IMG_2358.jpg
IMG_2315-3.jpg

Nie rezygnując z polskiej przewagi, urozmaicimy potem ten obiad egzotycznymi niuansami. Do warzyw dodamy japońską pastę miso, która rozpuści się w sosie tworząc słodko-słone, kremowe ragout. Zamiast śmietany do mizerii sięgniemy po tajskie mleko kokosowe (dorzućmy też dużo kolendry, która doda jej świeżości). A jajka posypiemy dymną papryką gochugaru z Korei, dzięki której nie będzie im trzeba ani szczypty soli. Umiejętność łączenia rodzimych skarbów, z tym, co dobre z daleka, to klucz do najpełniejszego wykorzystania potencjału tych wszystkich dobroci ze świata całego. O każdej porze roku.

IMG_2315 copy.jpg

Receptury z aktualnego numeru magazynu Aktivist, całość do podejrzenia tutaj, online. Jedliśmy to jako jeden z pierwszych w tym roku obiadów przy stole w ogrodzie. Teraz powoli szykujemy się na przedostatnie. 

IMG_2361.jpg

(Nie tak całkiem) klasyczny obiad polski

z ragoût z zielonych warzyw i miso,
orientalną mizerią
i jajem po koreańsku

 

4 porcje

 

– Mizeria kokosowa z kolendrą

  • 4 duże ogórki gruntowe
  • liście z dużego pęczka kolendry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1-2 łyżki soku z limonki
  • sól do smaku

Pokrój ogórki na cieniutkie plastry, korzystając z noża lub mandoliny. Umieść je w dużej misce, dodaj drobno posiekane liście kolendry, mleko kokosowe, sok z limonki i szczyptę soli. Dokładnie wymieszaj i w razie potrzeby dopraw do smaku. Możesz podawać od razu, ale najlepiej smakuje po schłodzeniu przez około 2 godziny w lodówce.

 

– Zielone ragoût z pastą miso

  • 800 g groszku cukrowego w strączkach
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • 25 g masła (w wersji wegańskiej zastąp olejem kokosowym)
  • 2 młode pory
  • szczypta soli
  • 2 łyżki nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 3 łyżki białej pasty miso
  • 100 ml gorącej wody
  • 200 ml mleka sojowego
  • skórka z 1 cytryny
  • parmezan w płatkach
     
  • oraz ok. 600 g młodych ziemniaków
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: jadalne kwiatki do dekoracji

Zagotuj duży garnek wody i delikatnie ją osól. Obok przygotuj miskę z zimną wodą i kostkami lodu. Najpierw wrzuć do wody strączki groszku, zblanszuj przez 1-2 minuty, a następnie wyłów (najlepiej sitem lub łyżką cedzakową) i od razu przełóż do wody z lodem. Dzięki temu zachowają piękny zielony kolor i będą chrupkie. Odłam zdrewniałe końcówki szparagów, a resztę pokrój na 2-cm kawałki. Główki odłóż, a pozostałe kawałki wrzuć do tej samej gotującej się wody i zblanszuj przez 2-3 minuty, aż zmiękną, ale wciąż będą jędrne. Na ostatnią minutę dorzuć główki szparagów. Wyłów i również umieść w misce z lodowatą wodą. Garnek zachowaj do gotowania młodych ziemniaków – wrzuć je do wody wyszorowane w całości.

Na głębokiej patelni lub w woku rozgrzej masło (lub olej). Dodaj posiekane w cienkie krążki pory (tylko białą i jasnozieloną część, bez ciemnych liści) i szczyptę soli. Duś przez 10 minut, dodając w międzyczasie cukier i odrobinę wody. Dorzuć do podduszonych porów odsączone strączki groszku i szparagi. W kubku wymieszaj pastę miso z gorącą wodą i dodaj na patelnię. Wlej także mleko sojowe. Wszystko razem delikatnie, ale dokładnie mieszając, podgrzej i gotuj przez pięć minut. Zdejmij z ognia, posyp świeżo startą skórką z cytryny i ewentualnie płatkami parmezanu.

Ugotowane ziemniaki odcedź, po nałożeniu na talerze rozgnieść na płasko widelcem, dopraw solą i obsyp jadalnymi kwiatami.

 

– Jajka sadzone z papryką gochugaru

  • 4 duże jajka
  • sól do smaku
  • 4 duże szczypty papryki gochugaru
  • olej do smażenia

Na dużej, płaskiej patelni rozgrzej warstwę oleju pokrywającą całą powierzchnię. Wbij na nią cztery jajka, każde dopraw delikatnie solą. Smaż przez kilka minut na niedużym ogniu, aż białko będzie ścięte, a żółtko wciąż płynne. Posyp papryką gochugaru i przekładaj na talerze.

 

Do biegu, gotowi, start

szparagi z wegańskim majonezem z bazylia

Wyścig z czasem znany jako sezon na szparagi oficjalnie się rozpoczął! Kto pobije tej wiosny rekord i wypróbuje je na najwięcej sposobów? Sama mam w głowie długą listę świeżych pomysłów; jak co roku wydawało mi się, że szkoda tracić czas na powtarzanie przepisów wypróbowanych w przeszłości. Na wszystkie nowe i tak nie ma go zbyt wiele! Ale później zajrzałam do swojego archiwum – ot tak, z ciekawości – i przypomniałam sobie o nieprzyzwoicie smacznym winegrecie na bazie palonego masła, w którym szparagi kąpały się dwa lata temu. A zaraz później o tych w dressingu z SAKE, o rany, to była przecież najsmaczniejsza rzecz na Ziemi (choć przyznam, że mógł tam trochę zadziałać czynnik zwany sentymentem)! Wróciło też wspomnienie tego jak w zeszłym roku, w wyrazie miłości do szparagów, własnoręcznie ulepiłam im do towarzystwa makaron (i to fuksjowy, z czym było im wybitnie do twarzy). Na koniec odkopałam przepis na "polski hummus" od Moni Całej w Mące, w którym dziś oliwę podmieniłabym na pachnący olej rzepakowy (i zjadła z chlebem wypieczonym przez wyżej wspomnianą). 

W tym roku jadłam szparagi dopiero dwa razy i obie te przygody były zachwycające. Pierwszą z receptur oddaję w Wasze ręce już dziś. Nowych przepisów będzie więcej, obiecuję – a w czasie gdy ja na ich rzecz odmawiam sobie faworytów z przeszłości, Wy wracajcie do nich za mnie (doceniając jak wygodnie Wam wszystko podlinkowałam). Będziecie szczęśliwi. Pamiętajcie tylko, żeby nie wyrzucać odłamanych końcówek! Zamiast tego gotujcie na nich buliony!

vlcsnap-2018-04-28-12h18m11s005.png

Nowy przepis jest kolejnym z serii "pęczek szparagów i pyszny sos". Do grona tych ostatnich dołącza dziś wegański majonez. Ukręcony z aquafaby, czyli zalewy po fasoli czy ciecierzycy (po którą sama nigdy bym nie sięgnęła, ale spróbowałam tego majonezu w oryginalnej odsłonie i przepadłam jak wszyscy. Za podstawienie pod nos dziękuję (innej!) Mariance, która go przygotowała z przepisu Marty). U mnie posłużył za bazę do zielonego miso-majo, wmiksowałam bowiem w niego kopiastą łyżkę pasty miso oraz całą tę bazylię, którą widzicie poniżej.

vlcsnap-2018-04-28-12h17m31s585.png
92210032.jpg

A przepis nie dość, że prosty, zdrowy, wegański i przepyszny, to jeszcze prezentuje się w mojej ulubionej ostatnio formie, czyli na filmie! Za tym stoi jak zwykle Marta, ta piękna istota pozująca wyżej z ziołami. Bez niej nic by nie było możliwe, cierpliwie kręci moje siekanie, gotowanie i żonglowanie ziemniakami. Włączajcie film, a później prosto do kuchni, smacznego!

Szparagi na gniecionych ziemniakach
z bazyliowym miso majo i młodymi listkami amarantusa

4 porcje; wegańskie

Zielony miso majonez:

  • aquafaba (zalewa) z 1 puszki fasoli lub ciecierzycy
  • 1 pęczek ciętej bazylii
  • 3 łyżeczki octu jabłkowego
  • 1 łyżeczka delikatnej kremowej musztardy
  • 1 łyżka ciemnej pasty miso (lub 1,5-2 łyżki jasnej)
  • dwie szczypty cukru trzcinowego
  • szczypta soli, może być wędzona
  • 250-300 ml oleju ryżowego, lub innego roślinnego o delikatnym smaku
  • dla intensywniejszego smaku można dodać też płaską łyżkę płatków drożdżowych

Do podania:

  • 1 kg młodych ziemniaków
  • 150 g migdałów
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • kilka szczypt soli do gotowania
  • 1 pęczek szczypiorku
  • garść mikro liści amarantusa

Zacznij od przygotowania majonezu. Wlej aquafabę do wysokiego naczynia od ręcznego blendera. Dodaj listki bazylii, ocet jabłkowy, musztardę, pastę miso, cukier oraz sól i blenduj wszystko razem kilka minut, aż do otrzymania puszystej, zielonej mikstury. Następnie, wciąż blendując, powoli wlewaj olej. Kiedy powstanie gęsta emulsja, przestań blendować, przełóż majonez do słoika i odstaw do lodówki do ostatecznego stężenia.

Zagotuj duży garnek osolonej wody i wrzuć do niej ziemniaki. Gotuj do miękkości (sprawdź widelcem), około 20 minut. W międzyczasie wysyp na blachę migdały i wstaw do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Piecz 10 minut, aż lekko zbrązowieją i uwolnią piękny aromat prażenia. Wystudź i drobno posiekaj. Teraz zagotuj wodę na szparagi – wykorzystaj wysoki garnek o niedużej średnicy, tak by główki nie były zanurzone w wodzie. Wystarczy im parowa kąpiel nad powierzchnią wrzącej wody. Blanszuj szparagi przez 5 minut, po czym odcedź je i przełóż do miski z lodowatą wodą. Powinny pozostać jędrne i chrupiące. W krótkim czasie gotowania szparagów sięgnij po szczypiorek – drobno go poszatkuj i odstaw na bok, do obsypania gotowych porcji.

Odcedź ugotowane ziemniaki i nałóż kilka na każdy talerz. Rozgnieć je delikatnie widelcem. Na nich ułóż szparagi, dodaj solidną porcję bazyliowego miso majo i garstkę posiekanych uprażonych migdałów. Talerze udekoruj skrojonym wcześniej szczypiorkiem, a także mikro listkami amarantusa. Gotowe – smacznego!

IMG_2485 copy.jpg

Zupa curry na koszmary

Jeśli poproszono by mnie o wymienienie trzech rzeczy, które przeszkadzają mi w codziennym życiu, w każdej jego godzinie odpowiedź wyglądałaby pewnie zupełnie inaczej. Całe szczęście, że rotacja małych nieszczęść zatacza koło i tak prędko jak przybywa mi nowych, tak zapominam o rzeczach zaprzątających mi głowę chwilę wcześniej. 

Jedną z moich trzech pozycji permanentnie okupuje teraz uczelnia, ale dwie pozostałe zmieniają się jak w kalejdoskopie. Deszcz, gdy już wiążę buty do biegania, kolejka do piekarni, niemiły hydraulik, uschnięty rozmaryn, zerwany łańcuszek, przeterminowane drożdże. Takie koszmary – choć przez jakiś moment leżą mi na wątrobie – to jednak błahostki. Zdarzają się smutki trwające dłużej niż chwilę. Kiedy przez liczne dokładki z czterech porcji pewnej zupy zrobiła się jedna i pół, w zapomnienie odeszła nawet szkoła – moim jedynym zmartwieniem był deficyt cudownego pokarmu, mimo iż godzinę wcześniej cierpiałam odrobinkę z braku sił na jego szykowanie.

Okazało się jednak, że z początku zupa wymaga minimalnego nakładu pracy, a później to już właściwie gotuje się sama. Nijak nie jest to współmierne do satysfakcji, jaką przynosi efekt końcowy. Mimo negatywnego wstępu, niosę dzisiaj dobrą nowinę! Póki nie wyczyścicie po tej zupie garnka, na pytanie o rzeczy przeszkadzające Wam w życiu nie przyjdzie Wam do głowy kompletnie nic, poważnie. To zupa curry na wszystkie koszmary. Lojalnie ostrzegam jednak, że kiedy już się skończy, pozostawi po sobie bolesną pustkę – tej zaś najlepiej zaradzić gotując ją ponownie, i to od razu z podwójnej porcji.  

Przepis jest subtelnym mariażem Tajlandii z Japonią – tę ostatnią przemycam sobie ostatnio wszędzie. Delikatny japoński bulion z miso to pod wieloma względami skrajne przeciwieństwo ostro-kwaśnych tajskich zup na tłuściutkim mleku kokosowym. Oba te twory zajmują jednak wysoką pozycję w rankingu super zup w moim sercu, ich połączenie wydawało mi się więc skazane na sukces. Przy okazji spaceru po Tokio wspominałam, że pasta miso stanowi idealną parę z treściwym (żeby nie powiedzieć ciężkim) wywarem, czyniąc miso ramen cudownie gęstą, sycącą, słono-słodką zupą. Podobnie jest w dzisiejszym przypadku  – jej duet z kremowym bulionem na mleku kokosowym to sukces w tej samej kategorii. 

Zielona zupa kokosowa z młodymi ziemniakami
z tajską bazylią i pastą miso

4 porcje

  • 1 duża biała cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 brokuł
  • 3 małe marchewki
  • ½ kg młodych ziemniaków
  • listki z ½ doniczki tajskiej bazylii (reszta do podania)*
  • 50 g świeżego imbiru
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka suszonej trawy cytrynowej
  • ½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego**
  • 2 łyżki oleju kokosowego (najlepiej nierafinowany)
  • 2 kopiaste łyżki zielonej pasty curry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1,5 szklanki wody lub bulionu
  • 1 kopiasta łyżka jasnej pasty miso
  • sok z 1 limonki

* Ma ją w ofercie Baziółka, szukajcie tam, gdzie dystrybuują oni u Was swoje zioła. Jej aromat jest niepowtarzalny, to jak mieszanka bazylii i kolendry, może nawet z odrobiną mięty? Nie ma tu godnego zastępstwa. PS.: To nie wpis sponsorowany, tylko rekomendacja prosto z serca!

** Zależy jak ostra jest Wasza pasta (ja używam tej) i jak ostre curry lubicie – doprawiajcie do smaku!

W woku lub głębokiej patelni rozgrzewamy olej kokosowy, dodajemy posiekaną cebulę i czosnek. Szklimy na małym ogniu, następnie dorzucamy marchew i ziemniaki pokrojone w nieduże kawałki podobnej wielkości. Podsmażamy przez kilka minut, następnie dodajemy tajską bazylię i starty na dużych oczkach imbir. Po kilku chwilach dodajemy suche przyprawy (kurkumę, trawę cytrynową i pieprz kajeński) i pastę curry. Nieustannie mieszając dusimy wszystko razem przez kilka minut, następnie dolewamy całe mleczko kokosowe i wodę (lub bulion). Wrzucamy brokuły (podzielone na jednakowej wielkości różyczki). Gotujemy pod przykryciem na niedużym ogniu, do miękkości wszystkich składników – około 20-25 minut. Wywar powinien być kremowy, jego gęstość możemy regulować wedle uznania, chwilę dłużej odparowując by był skondensowany, lub dodając więcej wody/bulionu dla rozrzedzenia. Na koniec odlewamy ½ szklanki i dokładnie mieszamy z pastą miso i sokiem z limonki. Dodajemy z powrotem do zupy. Po tym już jej nie zagotowujemy!

Każdą porcję podajemy z dużą ilością świeżej tajskiej bazylii, jeśli lubicie można dorzucić też kolendrę. Bardzo pasuje też dodatek jajka na półtwardo! Smacznego!

 

22

Całe życie do tej pory zafascynowana byłam Francją. Dwudzieste urodziny przypieczętowałam nawet migawką z mojego ulubionego miejsca na Ziemi, Paryża. W międzyczasie zrobiłam w sercu miejsce jeszcze na Japonię. Kraj, z którego nie mogę (ale i nie chcę) się otrząsnąć, choć mija właśnie pół roku odkąd opuściłam jego granice. Tego miejsca mam dlań w sercu bardzo dużo, ale Japonia nie kokosi się w nim kosztem uczuć będących tam przedtem. Panna Francja jest mi droga nie mniej niż w urodziny przed dwoma laty, nie mniej niż cztery (gdy tam mieszkałam), ani niż dziewięć lat temu (bo wtedy mniej więcej zaczęła się moja obsesja).

Z połączenia tych dwóch miłości rodzą mi się w sercu same wspaniałości. Japonia i Francja mają zadziwiająco wiele wspólnego – muszą, bo dwie zbyt odmienne rzeczy nie mogłyby do tego stopnia rozkochać w sobie jednej osoby. Również w ich kuchniach, choć na pozór oddalonych od siebie co najmniej tak bardzo, jak kraje na mapie, widać liczne podobieństwa. Nie zawsze w potrawach i składnikach, ale w filozofii, estetyce i perfekcjonizmie jak najbardziej.

Kończę dziś 22 lata. Nie chcę pisać tym razem o upływie czasu, choć urodziny jak zwykle przysparzają mi trochę niewygodnych refleksji. W tym roku, aby wybić je sobie z głowy, świętowanie rozciągnęłam prawie na cały tydzień. To jedna z nielicznych zalet życia trochę pomiędzy dwoma miastami – skoro przysłowiowego szampana trzeba pić dwa razy, można równie dobrze zrobić z tego pięć. Pod ich pretekstem mija mi właśnie tydzień pysznych kolacji, pachnących kwiatów i dużej ilości czekolady. 

Z tego ostatniego zrobiła się oficjalna tradycja – 9 kwietnia już zawsze oznaczać będzie wielki przypływ czekolady. Ciekawe, czy z wiekiem będę aplikować jej sobie coraz więcej (taką póki co dostrzegam tendencję)! Dzisiejszy przepis, mus czekoladowy na bazie solonego karmelu, mieści jej znacznie więcej niż zeszłoroczne blondies. Mousse zrobiłam z miłości do Francji, ale włożyłam też do środka gorące uczucie, które żywię do Japonii. Uczucie, które w pakiecie wniosło dużo umami (a to, jak wiadomo, nie mogłoby nie wyjść mu na dobre).

Jeśli uważacie, że solony karmel to smak idealny, tak jak ja żyliście w błędzie – jest coś, co może sprawić, że będzie jeszcze pyszniejszy. Tym czymś jest pasta miso, która uczyniła moje życie lepszym w wielu kwestiach, ale nie podejrzewałam, że uda się jej to nawet w departamencie deserów.

Francja, Japonia, karmel, miso, czekolada... Myślę, że mogłam przekroczyć ilość dobroci dozwoloną na jednego posta. Zostawiam Was z przepisem i idę dalej świętować swoją starość! Obiecuję też trochę się nią pomartwić, żeby wyrównać odrobinę balans w obliczu wszystkich tych cudowności. Dobrego dnia!

Mus czekoladowy
na solonym karmelu z miso

w oparciu o przepis na mousse au chocolat, „Moja kuchnia w Paryżu”, David Lebovitz

karmel z miso:
200 g cukru
100 g masła
360 ml śmietany kremówki
2 łyżki jasnej pasty miso
odrobina wody

dodatkowo:
170 g dobrej jakości czekolady deserowej (60-70% kakao)
4 duże jajka, białka i żółtka osobno
szczypta soli do ubicia białek
bita śmietana do podania

Do garnka o szerokim, grubym dnie wsypujemy cukier i dodajemy odrobinę wody – tylko tyle, by cały był zwilżony. Podgrzewamy na średnim ogniu bez mieszania. Najpierw cukier rozpuści się, a później zacznie bąbelkować – wówczas zmniejszamy ogień i obserwujemy, bo od momentu kiedy zacznie nabierać żółtawej barwy musimy pilnować, by się nie przypalił. Zależy nam na ciemnozłotym kolorze i karmelowym aromacie, odrobinę dymnym, ale nie spalonym! Zdejmujemy karmel z ognia, mieszamy trzepaczką i dodajemy pokrojone na kawałki masło. Szybko ubijamy – powstanie lśniące toffi. Dodajemy pastę miso i odrobinę kremówki. Wszystko razem mieszamy, powoli dolewając resztę śmietanki. Karmel powinien być gładki, jeśli zrobiły się grudki, możemy rozpuścić je lekko go podgrzewając, a następnie na wszelki wypadek przetrzeć przez sito.

Otrzymany karmel dzielimy na dwie jednakowe porcje. Jedną przelewamy do słoika, zakręcamy i odstawiamy do wystudzenia. Do drugiej (np. w tym samym garnku) dorzucamy połamaną na kawałki czekoladę. Mieszamy do jej rozpuszczenia. Następnie dorzucamy żółtka. Odstawiamy całość do całkowitego ostudzenia. W międzyczasie ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. Szerokimi, powolnymi ruchami mieszamy 1/3 piany z masą czekoladową. Dodajemy kolejne porcje białek i delikatnie łączymy, starając się nie ugniatać masy, by nie pozbywać się powietrza. To kluczowy krok, od tego zależy puszystość naszego musu! Przestajemy mieszać kiedy tylko będzie jednolity, tj. znikną białe smugi. Przekładamy do szklanek, kieliszków lub kokilek i odstawiamy do lodówki na minimum 5 godzin (a najlepiej 8-10). Serwujemy z bitą śmietaną i dodatkowym karmelem (najlepiej podgrzanym). Smacznego!

 

Trzy dni Wielkanocy

Wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc, dlatego najwyższa pora odkopać ulubione receptury z świąteczne! Dziś na portalu HelloZdrowie pod lupę biorę jajka. W czasie Świąt pojawiają się one niemal na każdym polskim stole. I choć obowiązkowe są przecież nie mniej niż żurek, ćwikła i mazurki, coraz częściej zdarza się, że z bólem serca ich sobie odmawiamy.

Przyczyną rezygnowania z jajek może być towarzystwo ciężkiego majonezu, w którym zazwyczaj lubią występować. Okazuje się, że jego dodatek nie jest ani trochę konieczny do stworzenia udanego jajecznego przysmaku! Warto odważyć się na eksperymenty – wymieszać jajka z pełnym zdrowych tłuszczy awokado lub puszystym purée z pieczonych buraków, czy też nafaszerować je na modłę japońską, zamiast majonezu wykorzystując w nadzieniu gęsty jogurt. Każda z tych niecodziennych propozycji kusić będzie z wielkanocnego stołu nie tylko intrygującym smakiem, ale też lekkością i pożywnością. We wszystkich przepisach jajka gotujemy na półtwardo, dzięki czemu wartości odżywcze zawarte w żółtkach nie ulegają zniszczeniu. Wielkanocny przesyt jajkami wydawał Wam się dotychczas nieunikniony? Nie w tym roku! Coś czuję, że do tych przepisów będziecie wracać jeszcze długo po Świętach.

Podczas Wielkanocy jajko jest nie tylko przysmakiem na stole – w wielu domach postrzega się je symbolicznie i dzieli się nim niczym opłatkiem. Pamiętajmy, by sięgać po jajka z hodowli ekologicznych (z oznaczeniem „0”). Musimy zapłacić za nie trochę więcej, tym samym jednak sponsorujemy kurom odpowiednie warunki hodowli, wolny wybieg i naturalną, organiczną karmę. Dzięki temu ich jajka pełne są wartości odżywczych, a nie chemii i sztucznych hormonów. Ja kupuję wiejskie jajka od znajomego rolnika. One są bardzo duże – jeśli używacie mniejszych (rozmiar M) warto w przepisach dodać o 1 jajko więcej.

Wesołych Świąt!

Jajka faszerowane po japońsku
z pastą miso i sezamem

Marynowane jajka*
2/3 szklanki sosu sojowego „jasnego"
2 łyżki octu ryżowego
1 łyżka cukru trzcinowego
1/3 szklanki ciepłej wody
5 jajek

Nadzienie:
1 łyżka z górką jasnej pasty miso
1 łyżka oleju sezamowego
1 płaska łyżeczka wasabi (lub więcej do smaku)
1 łyżka gęstego jogurtu greckiego
½ - 1 łyżka octu ryżowego
do posypania: nasiona sezamu, szczypior, posiekane arkusze nori

* patent marynowania w sosie sojowym na podstawie Momofuku soy sauce eggs z "Milk Bar Life" Christiny Tosi.

Jajka wkładamy do rondelka odpowiedniej wielkości (powinny mieć trochę luzu) i zalewamy zimną wodą. Podgrzewamy na średnim ogniu, co jakiś czas mieszając, aby ciepło rozchodziło się równomiernie. Od momentu zawrzenia wody włączamy stoper i gotujemy dokładnie 4 minuty na najmniejszym ogniu. Po tym czasie zdejmujemy garnek z ognia i na minutę umieszczamy pod strumieniem lodowatej wody. Przestudzone jajka obieramy (aby zrobić to bez uszczerbku na ich powierzchni, delikatnie tłuczemy całą skorupkę i obieramy jajko pod wodą). Usuwamy dokładnie błonkę, aby jajka równomiernie nam zafarbowały.

W szerokim słoiku lub głębokim naczyniu łączymy składniki marynaty. Mieszamy dokładnie, aż rozpuści się cukier. Umieszczamy w marynacie jajka i upewniamy się, że każde z nich zanurzone jest w całości, w razie potrzeby od góry przyciskając je np. talerzykiem). Odstawiamy na 1,5–2 godziny (to maksimum, aby nie wyszły zbyt słone).

Zamarynowane jajka kroimy na połówki i delikatnie wyciągamy łyżeczką żółtka. Łączymy je z pozostałymi składnikami farszu – pastą miso, olejem sezamowym, wasabi, jogurtem greckim i octem ryżowym. Ucieramy całość na gładkie nadzienie, doprawiając ewentualnie którymś ze składników wedle własnych upodobań. Nakładamy farsz do wgłębień w białkach, posypujemy jajka sezamem, szczypiorkiem oraz posiekanymi wodorostami i serwujemy. 

Różowa pasta jajeczna

6-8 porcji

3 jajka ugotowane na półtwardo*
200 g pieczonych lub ugotowanych buraków (waga po obraniu)
60 g fety
2 łyżeczki tartego chrzanu
sok i skórka z 1 cytryny (niewoskowanej)
sól, pieprz czarny do smak

*Instrukcja bezproblemowego gotowania na półtwardo znajduje się w przepisie na faszerowane jajka po japońsku.

Buraki kroimy na mniejsze kawałki i blendujemy na gładkie purée. W zależności od upodobań możemy też posiekać je na małe kawałeczki nożem. Rozdrobnione w taki czy inny sposób mieszamy z pokruszoną na małe kawałeczki fetą, dodajemy chrzan, skórkę oraz sok z cytryny i rozgniecione widelcem jajka. Całość dokładnie mieszamy i doprawiamy do smaku solą i pieprzem.

Ta pasta ma wyrazisty charakter – pozwólmy jej grać pierwsze skrzypce, idealnie sprawdzi się w kanapce z delikatnego pieczywa wyłącznie w towarzystwie odrobiny masła i świeżego szczypiorku. Smacznego!

Zielona pasta jajeczna

6-8 porcji

3 jajka ugotowane na półtwardo*
½ szklanki ugotowanego zielonego groszku (zanim pojawi się świeży, idealnie sprawdzi się mrożony)
1 dojrzałe awokado hass
½ pęczka natki pietruszki
sok z ½ cytryny
2 łyżki musztardy francuskiej
1 łyżka oliwy z pierwszego tłoczenia
sól, pieprz czarny do smak

*Instrukcja bezproblemowego gotowania na półtwardo znajduje się w przepisie na faszerowane jajka po japońsku.

Jajka, groszek i awokado rozgniatamy w dużej misce widelcem. Kawałki zostawiamy tak duże, jak mamy ochotę – ja wolę jajeczne pasty raczej gładkie, ale nie całkowicie zmielone. Natkę pietruszki siekamy najdrobniej, jak potrafimy. Łączymy składniki sosu – sok z cytryny, musztardę i oliwę – dorzucamy pietruszkę i mieszamy z rozgniecionymi jajkami, groszkiem i awokado. Doprawiamy solą morską i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Ta pasta jest kremowa i subtelna, świetnie współgra z wyrazistym pieczywem takim jak pumpernikiel.