Przez długie, złe miesiące

smallIMG_6180.jpg

Ten zapach będę czuć! Choć zostało nam jeszcze trochę czasu z pomidorami, szykuję się powoli na powiedzenie addio, które w tym urodzajnym roku będzie wyjątkowo bolesne. To lato minęło mi pod znakiem pomidorów – rosnących w oczach krzaków, dzielnego podlewania wodą ze stawu obok szklarni, zrywania ciężkich owoców i nienadążania z ich jedzeniem. Ugotowaliśmy z nich coś może raz czy dwa; resztę jemy na surowo, dzień w dzień, ciepłe prosto z krzaka lub z parapetu, gdzie dojrzewają sobie na słońcu. Małe koktajlowe – jak cukierki, te większe – z oliwą, solą w płatkach i rosnącą pół metra dalej bazylią, z kulką burraty na środku talerza, ze śmietaną i świeżą cebulką, marynowane chwilę w pełnym umami shoyu koji, albo z kwaśną melasą z granatów, malinami i cytrusową melisą. To ostatnie połączenie, zainspirowane jednym z przepisów z "Plenty More" Yotama Ottolenghi, to objawienie. Zadziwia mnie z jak wieloma różnymi smakami słodycz pomidora gra idealnie – to połączenie, choć w tym wydaniu nie bliskowschodnie, smakowałoby jak niebo na przykład z hummusem. Słoneczka zaraz zajdą za nasze zimowe stoły; jedzcie, jedzcie jeszcze ile się da!

Przepis opracowany dla portalu HelloZdrowie.

smallIMG_6175.jpg
smallIMG_6177.jpg

Sałatka z pomidorów z melasą z granatów

2-4 porcje

na dressing:

  • 1/4 szklanki melasy z granatów*
  • 1/2 szklanki oliwy z oliwek
  • 1/2 łyżki miodu
  • 2/3 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej (lub 1/2 łyżeczki mielonej)
  • dwie szczypty soli

na sałatkę:

  • ok. 1 kg pomidorów, najlepiej różnych odmian, rozmiarów i kolorów
  • 1 czerwona papryka
  • ½ czerwonej cebuli
  • 300 g malin
  • świeża melisa, opcjonalnie również płatki jadalnych kwiatów, np. nagietka

* Prawdziwą melasę z granatów (która w składzie powinna mieć tylko sok z tych owoców) mam z Tel-Awiwu, ale łatwo zrobić ją samemu w domu – wystarczy kupić butelkę soku z granatów 100%, wlać go do garnuszka i gotować tak długo, aż zredukuje się do konsystencji melasy.

Wszystkie składniki dressingu umieść w słoiku, zakręć i mocno potrząsaj aż do ich dokładnego połączenia. Pomidory i paprykę skrój w kostkę, a cebulę w cienkie pióra. Wymieszaj w półmisku, dodaj maliny i dressing, posyp melisą i kwiatami, jeśli ich używasz. Podawaj solo, jako orzeźwiającą letnią sałatkę, lub na kanapkach z mozzarellą. Smacznego!

Doznanie wielopoziomowe

Przełom wiosny i lata to czas największego urodzaju. Kolory wypełniają półki warzywniaków po szarej zimie i przednówkowym nieurodzaju. Tak licznie, że trudno mi decydować które warzywa i owoce wylądują danego dnia na talerzach. Najciężej jest rano, bo rozkochana w porankach, największy apetyt mam po przebudzeniu.

Choć decyzja co zjeść na śniadanie nie jest bułką z masłem, może być kilkoma kromkami żytniego pumpernikla. Problem decyzyjności rozwiąże się wówczas sam. Wystarczy odrobina kreatywności, aby z niczego nie trzeba było rezygnować; kromki ułoży się jedna na drugiej tworząc tort, a pomiędzy jego kolejnymi poziomami schowa wszystko, co wspaniałego ma wiosna w ofercie.

Tym razem, do świeżych polskich ogórków, papryk, rzodkiewek i szczypiorów, ukręciłam aż trzy pasty, które czynią ten tort doznaniem wielopoziomowym – konstrukcyjnie, ale i smakowo. Więcej napisałam na portalu Hellozdrowie. Zajrzyjcie, by dowiedzieć się co nieco o zaletach żytniego pumpernikla i jego wpływie na naszego zdrowie!

Śniadaniowy tort pumperniklowy
z trzema pastami i mnóstwem nowalijek

4 porcje

na pastę z tuńczyka ze świeżymi ziołami:

  • 1 puszka kawałków tuńczyka w sosie własnym

  • 1 łyżka jogurtu greckiego

  • 1-2 łyżki majonezu

  • po garści listków świeżej melisy, bazylii i pietruszki (lub innych ulubionych ziół)

  • sól i pieprz do smaku

Wyjmij z puszki tuńczyka i odciśnij go z zalewy na drobnym sicie. Przełóż do miski, dodaj jogurt i majonez i połącz składniki. Jeśli pasta będzie za sucha, dodaj odrobinę majonezu. Zioła posiekaj drobno najostrzejszym nożem, jaki masz (tak, aby je ciął, a nie zgniatał). Dodaj do miski, wszystko dokładnie wymieszaj i dopraw do smaku solą i pieprzem.

na pastę z awokado z cytryną i słonecznikiem:

  • 3-4 łyżki nasion słonecznika

  • 1 duże, dojrzałe awokado

  • skórka z ½ niewoskowanej cytryny

  • 1-2 łyżki soku z cytryny

  • sól i pierz do smaku

Rozgrzej suchą patelnię, dodaj nasiona słonecznika i często mieszając, podpraż je, aż nabiorą złotego koloru i zaczną pięknie pachnieć. Odstaw do wystudzenia.

W międzyczasie wyjmij miąższ z awokado, rozgnieć go w misce widelcem razem ze skórką oraz sokiem z cytryny (zacznij od 1 łyżki, później możesz dodać więcej do smaku). Na koniec dorzuć 2 łyżki nasion słonecznika (resztę zachowaj do posypania wierzchu tortu) i wymieszaj.

na smarowidło z fety z sumakiem:

  • 200 g prawdziwej fety z mleka owczego i/lub koziego

  • 80-100 g jogurtu greckiego

  • kilka szczypt sumaku (bliskowschodniej przyprawy o kwaśnym smaku)

Fetę odsącz z zalewy i umieść w malakserze lub naczyniu blendera. Miksuj na gładką pastę, jednocześnie dodając jogurt, aż do uzyskania pożądanej konsystencji. Pasta powinna być puszysta, ale nie lejąca, aby można było bez obaw rozsmarowywać ją na pumperniklu. Przełóż do naczynia, dodaj kilka hojnych szczypt sumaku i przemieszaj łyżką.

dodatkowo:

  • ½ żółtej papryki

  • 4-5 dużych rzodkiewek

  • 3 ogórki gruntowe

  • 8 jednakowych kromek pumpernikla

  • 1 pęczek szczypioru z dymki

  • młode listki jarmużu lub ulubione kiełki do dekoracji

Umyj i osusz wszystkie warzywa. Paprykę pokrój w drobną kosteczkę, rzodkiewki i ogórki potnij na cienkie plasterki, a szczypior grubo posiekaj.

Następnie przygotuj stanowisko do składania tortu – na środku połóż dużą kuchenną deskę (możesz też użyć od razu płaskiego talerza, na którym będziesz podawać tort). Wokół niej zgromadź wszystkie przygotowane składniki. Na desce lub talerzu ułóż dwie kromki pumpernikla i rozsmaruj na nich połowę pasty z fety z sumakiem. Hojnie obsyp żółtą papryką. Przykryj kolejnymi dwiema kromkami. Teraz dodaj warstwę pasty z tuńczyka, a na niej ułóż plasterki ogórka. Przykryj pumperniklem i równo rozsmaruj cytrynową pastę z awokado. Ułóż gęsto pokrojone rzodkiewki i dodaj ostatnie dwie kromki pumpernikla. Rozsmaruj na nich resztę pasty z fety, a wierzch udekoruj szczypiorem, listkami oraz kiełkami. Całość oprósz solą oraz pieprzem i posyp zachowanymi nasionami słonecznika. Gotowe! Tort krój na porcje długim nożem z piłką.  Smacznego!

Muhammara

Moje gotowanie jest ostatnio bardzo monotematyczne. Jeszcze głębiej niż na codzień siedzę w kuchni japońskiej, czego efektem będzie kilka nowości, których spodziewać się możecie całkiem niedługo. Na razie jednak pracy przede mną sporo, potrzebuję więc bardzo poważnego powodu aby ugotować coś spoza skrupulatnie rozpisanego repertuaru. Kiedy pretekst już się trafi, chwytam byka za rogi i szykuję tyle pyszności, ile tylko zmieści się na stole. 

Ostatnio urodziny obchodziła największa mi znana wielbicielka mezze, dla której priorytetem każdego obiadu na który wybieramy się razem, jest “żeby było kilka małych rzeczy, którymi możemy się podzielić”. W ten jeden dzień dałam więc sobie wolne od obowiązków i na kilka godzin zamknęłam się w kuchni, żeby przygotować tych małych rzeczy jak najwięcej. Zaraz po “sto lat” jedliśmy więc syryjską muhammarę, hummus idealny, śródziemnomorską pastę z suszonych pomidorów, oliwek i słonecznika, marynowane buraki, pieczone marchewki z miodem i rozmarynem, awokado w oliwie, cytrynie, pieprzu i wędzonej soli, wszystko to na chrupiących liściach cykorii, krążkach pumpernikla, kawałkach cienkiej pity i czubkach długiego grissini. Te z elementów, które wymagają przepisu, znajdują się na blogu (na koniec był jeszcze sernik marakujowy, o którym napiszę niedługo; pasty śródziemnomorskiej nie będzie nigdy, ponieważ umie ją zrobić tylko moja przyjaciółka Jagoda - uważam to za okropną niesprawiedliwość, ale niczyje ręce nie są w stanie odtworzyć jej efektu). Wszystkie, prócz muhammary, którą robię i cenię już parę ładnych lat - odkąd dostałam pierwszą książkę Heidi Swanson. Pokochałam obie, pastę i kobietę, dziś więc pora, by ten duet zagościł na Coutellerie i w Waszych kuchniach.

Muhammara to syryjska pasta z pieczonej papryki i orzechów włoskich. Ma wielowymiarowy smak - złożony, bo na bazie aromatycznych, uprażonych orzechów, słodki dzięki papryce, ostry dokładnie tak, jak lubicie (sami decydujecie ile chili dorzucić), lekko kwaśny za sprawą melasy z granatów. Rzecz bardzo dobra i absolutnie satysfakcjonująca; można wyjadać palcem, pitą w ostateczności. A jeśli zostanie z niej coś na następny dzień, wykorzystajcie ją do kanapek, obok bazylii dorzucając na górę cienko skrojoną czerwoną cebulę i okruszki ulubionego sera, najlepiej koziego lub owczego. Lub posmarujcie nią pełnoziarniste tortille, dodając pulled porka i domowe kiszonki lub pikle. Zasadniczo nie ma tutaj ryzyka niepowodzenia, muhammara sprawdzi się nawet jako sos do makaronu. Nieważne do czego jej użyjecie, z całą pewnością uczyni Was szczęśliwymi.

Muhammara,
czyli pasta z pieczonej papryki i orzechów włoskich

5-8 porcji, na podstawie przepisu z "Super Natural Cooking" Heidi Swanson

  • 3/4 szklanki orzechów włoskich 
  • 3 duże czerwone papryki
  • 1/4 szklanki bułki tartej (najlepiej domowej - przygotowanie jak w tym przepisie)
  • 1 mała papryczka chili, bez pestek (lub ciut mniej, jeśli nie lubicie ostrości)
  • 1/2 łyżeczki kminu rzymskiego
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki melasy z granatów*
  • 1 kopiasta łyżka koncentratu pomidorowego
  • 1/2-1 szklanka wody
  • 1/3 szklanki dobrej, wyrazistej oliwy + więcej do polania
  • bazylia do podania

* Jeśli nie macie melasy z granatów, koniecznie ją zdobądźcie! To składnik kluczowy dla muhammary, ale jego niepowtarzalny smak wzbogaci też wiele innych potraw w Waszej kuchni. Melasa dostępna jest w sklepach z żywnością arabską, Kuchniach Świata, itp., ale uwaga, przy kupowaniu popatrzcie na skład! Bardzo dużo jest udawanych produktów o nazwie “melasa z granatem”, które w składzie mają prawie samą glukozę. Prawdziwa melasa to zredukowany do konsystencji syropu sok z granatów z odrobiną cukru. Można ją również minimalnym wysiłkiem zrobić samemu. W ostateczności możecie zastąpić ją w tym przepisie łyżką syropu klonowego i łyżką soku z cytryny.

Rozgrzewamy piekarnik do 160 stopni. Orzechy wysypujemy na blachę i prażymy ok. 7-10 minut, aż lekko się zezłocą i będą pięknie pachnieć. Kiedy je wyciągniemy, odstawiamy do wystudzenia, a temperaturę piekarnika zwiększamy do 200 stopni.

W międzyczasie myjemy papryki, pozbawiamy je gniazd nasiennych i kroimy wzdłuż na pół. Połówki układamy na blaszce skórką do góry. Pieczemy około 20-30 minut - papryki muszą być miękkie, a ich skóra im bardziej czarna, tym lepiej. Od razu po upieczeniu wkładamy papryki do torebki foliowej i szczelnie zamykamy na kilka minut. Po wyjęciu ściągamy z nich skórę. Zamiast w piekarniku, papryki można opalić na ogniu (jeśli jesteście szczęśliwymi posiadaczami kuchenek gazowych). Ja na tę opcję decyduję się raczej latem, ponieważ sporo przy niej dymu.

Papryki i większość orzechów (garstkę odkładamy do udekorowania pasty) umieszczamy w pojemniku moździerza z suchymi składnikami: bułką tartą, posiekaną papryczką chili, kminem rzymskim i solą. Ucieramy przez kilka minut, lub dłużej, aż składniki zmielą się tak drobno, jak mamy ochotę (na moich zdjęciach pasta jest dosyć grubo zmielona - zazwyczaj wolę robić ją trochę gładszą). Następnie dodajemy melasę z granatów, koncentrat pomidorowy i oliwę. Znów ucieramy, a po chwili zaczynamy dolewać wodę - tyle, by osiągnąć konsystencję, na jaką mamy ochotę. Jeśli chcemy wykorzystać pastę jako dip, może być rzadsza, jeśli na kanapki, dodajemy wody trochę mniej. Po utarciu próbujemy i ewentualnie doprawiamy muhammarę do smaku.

Pastę można też oczywiście zrobić w blenderze, zajmie to wówczas mniej niż 2 minuty, ale jeśli macie duży moździerz, to zdecydowanie z niego skorzystajcie - ręczne ucieranie uwalnia znacznie więcej aromatów, a jaką daje satysfakcję!

Półmisek z gotową muhammarą dekorujemy oliwą, resztą orzechów i posiekaną świeżą bazylią. Smacznego!

IMG_6781.jpg

Czym czarował miesiąc trzeci

Ok, to zdjęcie musiało pojawić się jako pierwsze, żeby narobić Wam apetytu na najpyszniejszą szakszukę świata. Jest piękna, pyszna, zdrowa, szybka w przygotowaniu, i jedyną jej wadą jest możliwość porysowania patelni widelcem, kiedy będziecie wyskrobywać z niej ostatki (prosta rada - zróbcie to przy pomocy kawałka chleba). Przepis czeka na końcu wpisu, więc możecie już szykować patelnie.

Przedtem opowiem Wam jeszcze o kilku rzeczach, które znalazłam na swoich zdjęciach z marca. O tym, co dobrego działo się w czasie tego (minionego w mgnieniu oka) miesiąca. Myślę, że będę takie zestawienia tworzyć dość regularnie, chcę zacząć zwracać jeszcze większą uwagę na małe przyjemności codziennego dnia. Co o tym myślicie? Oto kilka rzeczy, którymi czarował mnie marzec.

1. A więc szakszuka. Po pierwsze jarmuż, i to że właśnie w marcu powrócił na chwilę na półki mojego warzywniaka. Po sałatce i siedemnastu tysiącach zielonych koktajli czułam, że pożegnałam się z nim godnie. Kiedy z ostatniej porcji powstała szakszuka, wiedziałam, że dopiero teraz nasza wspólna przygoda uczczona została z należytą pompą. Przepis, tak jak pisałam, czeka na końcu. Zróbcie. Mówię Wam, kiedy przełkniecie ostatniego kęsa, poczujecie, że można już umierać w spokoju.

2. Nowe ścieżki wrocławskie. Zimą niechętnie eksplorowałam swoje bądź co bądź wciąż przecież niepoznane miasto.  Słońce, które wyciąga mnie teraz na spacery i rowerowe wycieczki, motywuje do skręcania w nowe ulice i zaułki. Mam pokaźną listę miejsc "zasłyszanych" lub poleconych, których odwiedzenie skrupulatnie zaplanowałam na najbliższe ciepłe dni. Na pełnym etacie mam też naprawdę świetnych wrocławskich przewodników, którym za atrakcje odpłacam się pożyczając książki kulinarne i piekąc cynamonowe brioszki z kruszonką.

3. Pikniki. Marzec był w tym roku wyjątkowo hojny w kwestii słońca, a wiadomo że to właśnie te pierwsze ciepłe dni wprawiają nas zawsze w największą euforię. Kiedy piknik rozkładamy na ziemi, z której kiełkuje dopiero gdzieniegdzie zielona trawa, a jednak wydaje nam się, że piękniej by już być nie mogło. Kawa smakuje wówczas idealnie z plastikowego kubka, a w kostki przyjemnie łaskoczą spacerujące po nich mrówki.

4. Wizyta u babci - spontaniczne jednodniowe wczasy z siostrą. Spotkanie na dworcu (jeździmy teraz w końcu z dwóch różnych stron Polski), a kilka godzin później na nim rozstanie. W międzyczasie babciny obiad, spacery, rozmowy, dużo śmiechu, słońca i lodów.

5. Powrót na pchle targi, kiedyś znacznie częściej przeze mnie odwiedzane. Zapomniałam już jak łatwo jest przynieść do domu prawdziwe skarby, pozbywszy się z portfela zaledwie kilku złotych. Staram się nie kolekcjonować gratów, które zachwycają mnie tam na każdym kroku, żeby nie zarastać później ogromem mało przydatnych staroci. Choć to trudne, pozwalam sobie tylko na rzeczy, których wiem, że będę używać - kosmetyczka, puszka na kawę czy akcesoria kuchenne na pewno długo mi posłużą! (Błękitna ceramiczna rączka to mały wyjątek, nie mogłam odmówić sobie takiego skarbu. Ale i dla niej z pewnością znajdę jakieś szalenie użyteczne zastosowanie).

6. Szeroko pojęta aktywność fizyczna, najnowszy nałóg w mojej kolekcji! Nie wiem dlaczego tak bardzo (i tak nagle) mnie uzależniła. Czy to zaspokajanie zapotrzebowania na endorfiny (dużymi ilościami czekolady przyzwyczaiłam swój organizm do dość wysokiego ich poziomu)? Uleganie przedwiosennej modzie na bycie fit? Słusznie usprawiedliwione "I really like running because I really really really like food"? Piękny śliwkowy kolor moich sportowych butów, który sprawia, że mam ochotę wskoczyć w nie ilekroć spojrzę w ich stronę? Nie wiem, ale odpowiedź wcale nie jest mi potrzebna. Cieszę się tym, jak wiele przyjemności mam z porannego biegu czy zmordowania się raz na jakiś czas na siłowni. Od czasu okazjonalnego tenisa w podstawówce i chwilowej fazy na taniec nowoczesny we wczesnych latach nastoletnich, nie ruszałam się praktycznie wcale (rower jako środek transportu nie jest w moim wykonaniu sportem wyczynowym). Zakwasy bolą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Fajnie jest odkryć, że ma się mięśnie, o których istnieniu nie miało się pojęcia!

No, a teraz łapcie za patelnie. Do przepisu!

Szakszuka z jarmużem i serem kozim

2 porcje

Przepis z magazynu Kinfolk

duża garść jarmużu (można spróbować też wersji ze szpinakiem)
1 ząbek czosnku
1 mała cebula (np. dymka)
2 puszki całych pomidorów pelati
1 łyżeczka zmielonego kuminu
1 łyżeczka słodkiej papryki (można dodać pół na pół z wędzoną, jeśli lubicie)
duża szczypta pieprzu kajeńskiego
4 jajka
ser kozi, półtwardy
świeża bazylia i natka pietruszki (duuużo)
pieprz czarny
+ ulubione pieczywo

Jarmuż wymyć i osuszyć. Wyciąć liście i posiekać je drobno. Na dużej (!) patelni rozgrzać odrobinę oleju dobrego do smażenia (np. rzepakowego) i zeszklić posiekaną cebulę. Dodać czosnek i jarmuż i wszystko razem podsmażać do zmięknięcia. Następnie dodać przyprawy – kumin, paprykę i pieprz cayenne. Całość przemieszać i zalać pomidorami (dodajemy całą zawartość puszki, razem z sokiem). Można je lekko rozdrobnić szpatułką. Zmniejszyć ogień i dusić około 10 – 15 minut, aby nadmiar wody odparował. Kiedy pomidorowa pulpa zgęstnieje, posolić ją, przemieszać i zrobić cztery wgłębienia. Wbić jajka, każde z nich osobno lekko posolić. Przykryć patelnię i trzymać na małym ogniu jeszcze kilka minut, do momentu gdy jajka będą ścięte w stopniu, jaki sobie wymarzycie (żółtka powinny jednak pozostać płynne).

Szakszukę posypać kozim serem i dużą ilością świeżej bazylii oraz pietruszki. Doprawić czarnym pieprzem i podawać z ulubionym pieczywem (zgrillowanym, i z masłem jeśli lubicie). Najlepiej jeść prosto z patelni! Ale z talerza też smakuje dobrze (wygodniej będzie sięgnąć po raczej głębokie naczynia).

Smacznego!

Umysł daleko, brzuch nawet dalej

Dziś będzie krótko, gdyż myślami znajduję się gdzieś zupełnie indziej.

Dużo nauki, dużo nowych przedsięwzięć, nadejście wiosny, a wraz z nią pikników, z którymi wiąże się przygotowywanie różnych pyszności. Dziś moje myśli krążą wokół jednej z nich, zaplanowanej na wieczór, do zjedzenia już jutro na kocysiu w parku Szczytnickim. Jeśli okaże się sukcesem, niebawem i Wy o niej usłyszycie.

Tymczasem, uciekając już pomiędzy karty XVIII wieku w malarstwie europejskim (które powinno być teraz moim  j e d y n y m  zmartwieniem), zostawiam Was z sałatką której charakterek przeniesie Wasze brzuchy na słoneczną grecką plażę! Co zabawne, ją również przygotowałam "w plener", choć miało to miejsce kawał czasu temu. Rozeszła się jednak w trymiga, stąd tylko jedno zdjęcie, które mam nadzieję wystarczy, aby zachęcić Was do odtworzenia jej w domu. Jeśli lubicie słono - kwaskowe smaki i macie ochotę na małe orzeźwienie po zimie, nie pożałujecie.

Śródziemnomorska quinoa
z fetą, pieczoną papryką i brokułami

4-6 porcji

Źródło

1 szklanka komosy ryżowej*
1 duża czerwona papryka (lub 1 mały słoik pieczonej, z zalewy)
1 główka brokuła
1 szklanka ugotowanej ciecierzycy (lub z puszki)
1/4 szklanki kaparów, odsączonych
150 g fety**
sok z 1 cytryny
4-5 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia
2 płaskie łyżeczki suszonego tymianku
natka pietruszki
sól morska, pieprz czarny
garść płatków migdałów

* można częściowo zastąpić kaszą jaglaną - ja użyłam 3/4 komosy i 1/4 kaszy.

 ** polecam użyć prawdziwej fety, a nie "sera typu greckiego" czy "favity"!

Quinoa/kaszę podprażyć na sucho, aż zacznie pachnieć, nie na tyle jednak by zmieniła kolor. Przelać wrzątkiem (na sitku), po czym umieścić w rondelku, zalać wodą (ciut więcej niż podwójną ilością) i gotować na małym ogniu do całkowitego wchłonięcia. Przestudzić i "rozczesać" widelcem, spulchniając.

Brokuła wymyć, podzielić na różyczki i ugotować na parze przez 8 - 10 minut (nie za długo, niech pozostanie jędrny. Najlepiej sprawdzać miękkość na bieżąco widelcem). Po zdjęciu z ognia przelać zimną wodą, dzięki temu zachowa kolor.

Paprykę - jeśli używamy świeżej, co polecam w sezonie - pokroić na ćwiartki i upiec do miękkości (i zczernienia skóry) w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

Przygotować dressing, mieszając ze sobą wszystkie składniki - oliwę, sok z cytryny i suszony tymianek (można użyć świeżego, wówczas należy podwoić ilość).

Migdały podprażyć na suchej patelni. Kapary odsączyć, paprykę pokroić w długie paski (lub w sporą kostkę - wówczas do jedzenia nie będzie potrzebny nóż i druga ręka :-) ). Fetę pokroić w drobną kostkę (ok. 1x1cm).

W dużej misce połączyć komosę/kaszę, ciecierzycę, paprykę i kapary. Dodać sos i wymieszać całość bardzo dokładnie. Doprawić solą i pieprzem do smaku. Następnie delikatnie wmieszać brokuły oraz fetę. Całość udekorować uprażonymi migdałami i (opcjonalnie) posiekaną natką pietruszki. Smacznego!