Good more-ning

Serce mi rośnie, kiedy widzę jak jedzenie rośnie w naszych oczach. Trend slow food przyszedł do nas już dłuższą chwilę temu i wygląda na to, że nigdzie się na razie nie wybiera. Całe szczęście! Jedzenie stało się modne, w najlepszym tego słowa znaczeniu, gdyż moda ta sprawia, że obchodzi nas nie tylko to, co mamy na talerzu, ale też skąd to się tam wzięło i po co tam właściwie jest. W geście świadomego odżywiania (zarówno ciała jak i duszy), coraz bardziej doceniamy wagę dobrego śniadania. I to raduje mnie najmocniej, musicie bowiem wiedzieć, że jestem fanatyczką śniadań. 

Weźmy pod lupę owsiankę. Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu przypinaliśmy jej łatkę przedszkolnej traumy; dziś z finezją ozdabiamy miski pełne jej najróżniejszych wariacji. Choć ilu ludzi, tyle owsianek (bo eksperymentować można tu na kilku polach – rodzaj mleka, dodatki, gęstość), od jakiegoś czasu coraz śmielej odbiegamy od klasyki, folgując w temacie szerzej pojętych „miseczkowych” śniadań. Aby nie znużyć się owsianką, sięgamy po alternatywy – płatki z innych ziaren (np. orkiszu, jęczmienia czy żyta) i kasze, których w ojczystej kuchni mamy pod dostatkiem. Do moich ulubionych śniadaniowych nie-owsianek należą kasza jaglana (ostatnio na kolana powaliła mnie wersja na kozim mleku!), niepalona gryczana (ciekawa też w wersji surowej po skiełkowaniu – ale o tym kiedy indziej) i kleisty czarny ryż (który pokochałam zanim jeszcze odkryłam, że serwują go na malezyjskie śniadanie w NOPI).

Dobrze, że był późny wieczór, kiedy dostałam w swoje ręce paczkę Rice&More „Ziarna starożytne”. Nie zdążywszy jeszcze do końca przeczytać składu już wiedziałam co będzie jutro na śniadanie.

Są takie poranki, kiedy ze śniadaniowych rozterek wynika tylko jedno – chęć wrzucenia do garnka wszystkiego naraz. Uwaga, to rewelacyjny pomysł! Różnorodność jest kluczem zarówno do zdrowia, jak i zadowolonego podniebienia. Co więcej, nie wymaga to od nas dodatkowego wysiłku – Monini miesza ziarna za nas, w jednej paczce mamy więc brązowy ryż, kaszę jaglaną, gryczaną, płatki owsiane i bulgur z pszenicy. Delikatna kombinacja aż woła o mleko, miód, wanilię... i gotowanie odrobinę za długo,  aby efekt końcowy okazał się mariażem comfort food’owego ryżu na mleku z sycącą owsianką i kilkoma jej kuzynkami.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Śniadaniowa „owsianka”
z duszonymi brzoskwiniami

2 porcje

140 g mieszanki Rice&more „Ziarna starożytne”
200 ml wody
200 ml mleka
szczypta wanilii/łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 łyżka miodu

1 brzoskwinia
1 łyżka masła
1 łyżeczka oleju
uprażone płatki migdałów

Mieszankę ziaren umieszczamy w garnku z mlekiem, wodą i wanilią. Podgrzewamy na średnim ogniu, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy pod przykryciem, często mieszając. Po około 15 minutach ziarna wchłoną niemal cały płyn i lekko się rozgotują, przybierając postać porannej owsianki. Dodajemy miód i ewentualnie więcej mleka, regulując konsystencję wedle własnych upodobań.
Kiedy ryż się gotuje, na patelni rozgrzewamy łyżkę masła z łyżeczką oleju (dzięki temu dodatkowi masło nie spali się). Brzoskwinię pestkujemy i kroimy na ćwiartki. Obsmażamy z każdej strony na złoto, przykrywając patelnię, aby owoce się poddusiły.
Owsiankę przekładamy do misek i dekorujemy uduszonymi ćwiartkami brzoskwini. Posypujemy płatkami migdałów i podajemy. Smacznego!

IMG_2592 copy.jpg

A czy pamiętacie o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More? Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid! Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 10 lipca! Powodzenia! :)

Sznycel, kimchi i kobiety

Z książkami kucharskimi zapoznaję się stopniowo, a pierwszym krokiem jest powierzchowne, ale powolne przewertowanie całości. Najprzyjemniej zabiera mi się do tego przy śniadaniu, czasem wręcz odmawiam sobie zajrzenia do książki dzień wcześniej, odkładając ją na poranek. Zajęcie to ma trzy podstawowe cele – upoić się zapachem świeżego druku (znacie to!), niespiesznie pozachwycać fotografiami i wstępnie zorientować w przepisach.

Przyjmę więc podobny schemat przedstawiając książkę Wam, bo o ile się nie mylę robię to po raz pierwszy i przyda mi się jakaś konkretna taktyka. Żałuję, że nie mogę załączyć tu zapachu papieru – po to będziecie musieli nabyć własny egzemplarz – ale przejdę dalej, do kolejnych podpunktów, i coś czuję, że skutecznie Was one do tego zachęcą. 

„Przepisy i opowieści” to zbiór receptur i związanych z nimi historii od dwóch warszawskich szefów kuchni - Pawła Suwały (Butchery & Wine) i Aleksandra Barona (Solec 44), a także od Grzegorza Kwapniewskiego (Rzeźnika), Dariusza Wolszczaka (Pana Sandacza) i Juliana Karewicza (solcowego Barmana). Niniejszym wiecie o publikacji dwie podstawowe rzeczy - pełna jest dobrego jedzenia i testosteronu.

Zgodnie z obietnicą zaczynam od kwestii estetyki. Na codzień, zdjęcia Igora Haloszki są w gronie tych rzeczy, które przyczyniają się do łapiącej mnie co jakiś czas tęsknoty za Warszawą. Przewijają mi się na wallu przy zmianach w menu Solca, tak sugestywne, że raz, zobaczywszy je siedząc akurat w pociągu do Warszawy, pozmieniałam nieco plany, by prosto z dworca jechać na obiad.

Jasna sprawa więc, że i w książce zdjęcia potraw nie zawodzą. Nie są aż tak minimalistyczne, jak te do menu, ale wciąż proste i prawdziwe. Nie pokazują dań w wystudiowanych aranżacjach, raczej tak, jak kucharze postawiliby je na wydawce. To autentyczność, która mnie i mój apetyt nakręca dużo mocniej, niż dopracowane plany. Ostatnio nie lubię, kiedy na zdjęciach dzieje się za dużo – staram się skupiać na stylizacji potrawy, a nie jej tła. Są więc białe naczynia, proste kąty i bliskie kadry. Czasem pojawią się czyjeś ręce, a kilka dań sfotografowanych jest na tle najpiękniejszego jak dla mnie wzoru spośród kuchennych tekstyliów – granatowego fartucha w białe paski.

Ale najbardziej trafiają do mnie zdjęcia niezwiązane z przepisami, te z kuluarów, gdzie są twarze i kuchnie autorów–bohaterów. Poprzeplatana jest nimi cała książka, ale jeśli o mnie chodzi, mogłoby być ich co najmniej dwa razy więcej. Nie istnieje dla mnie coś takiego jak przesyt „drugą stroną” jedzenia – historią, składnikami, tym gdzie (lub czym) były zanim trafiły do kuchni. A na czele owej strony stoją przecież ręce, które się tym wszystkim zajęły. Oglądałabym je bez końca, nawet jeśli z (i tak potężnej) książki kucharskiej zrobiłby się opasły album.

Całe szczęście to samo co historii sfotografowanych, tyczy się tych opowiedzianych. Ogromnie cenię również czytanie o zapleczu, procesie i okolicznościach powstawania dań czy pomysłów. I w tej kwestii o niedosycie nie może być mowy. Najpierw jest wstęp do całej publikacji, a później autobiograficzne (wielostronicowe!) wstępy do rozdziałów poszczególnych autorów, lub po prostu ich kilka słów od siebie. Jakby tego było mało, każdy przepis z osobna opatrzony jest indywidualnym wprowadzeniem. 

Wszystko to ujęte jest prostym, bezpośrednim językiem, który sprawia, że ta książka jest trochę jak rozmowa. Bo mimo, że nie ma tu właściwej interakcji, czytając te zwyczajne wypowiedzi nietrudno uznać się za oficjalnie zaprzyjaźnionego z ich autorami. A potem idziecie do takich na kolację czy zakupy i wprawiacie ich w konsternację chcąc zbijać piątki jak z dobrymi kumplami.

Te teksty to nie słowa ludzi, którzy piszą. To słowa ludzi, którzy gotują, i o tym chcą opowiedzieć. Tym, czyli wszystkim, co przyjdzie im do głowy jako istotne. Raz będzie to historyczne zaplecze sznycla wiedeńskiego, kiedy indziej opowieść o zakopanym koło Solca słoiku kimchi, po którym ślad zaginął, czasem anegdota o kobiecie i miłości, która przyczyniła się do powstania przepisu. Od zwierzeń i opowiastek po dokładny opis patentu na przedłużenie trwałości grasicy, panowie dzielą się zarówno kuchennymi wskazówkami będącymi częścią ich profesji, jak i osobistymi komentarzami.

Nie udało mi się opamiętać i, jak to ja, rozpisałam się na temat zaplecza. Tymczasem samego jedzenia jest tutaj wielka obfitość, więc nie zasiadajcie lepiej do lektury bez czegoś smacznego pod ręką.

Ja na przykład do kuchni pobiegłam zanim jeszcze doszłam do pierwszego przepisu. W tekście o swoich ulubionych składnikach Paweł Suwała zdradza bowiem, że lubi mielić suszone grzyby i szczypta po szczypcie wykorzystywać je jako przyprawę. Próbowałam czytać dalej, ale zupełnie nie mogłam się skupić – myślałam tylko o borowikach, które leżały sobie w mojej szufladzie od czasu gotowania świątecznej zupy. Wstałam, sproszkowałam co trzeba, i ani się obejrzałam, a już dorzucałam szczyptę tego co powstało do białego sosu w ulubionym farfalle z kurczakiem i suszonymi pomidorami. Dopiero po tym jak zjadłam (a następnie chwilę porozmyślałam nad tym jak długo żyłam w niewiedzy) mogłam kontynuować lekturę.

Mówi się, że to książka dla wielbicieli mięsa. Coś w tym jest, mięsnych receptur jest mnóstwo, zanim jeszcze zaczyna się rozdział Rzeźnika, naturalnie w pełni im poświęcony. Dodałabym tylko, że w szczególności interesująca będzie dla tych, którzy lubią jeść, ale nie zawsze potrafią przyrządzać. Sama już o tym pisywałam, często nie wiem jak się do mięsa zabrać. Ta książka ma to ułatwiać, przybliżać onieśmielającą kwestię obróbki mięsa, której trudność często wyolbrzymiamy. W rozdziale Rzeźnika znajduje się solidna porcja wiedzy – każdy rodzaj mięsa i technika przyrządzania z osobna wzięte są pod lupę i opatrzone cennymi wskazówkami.

Do poznawania mięsa wciąż jeszcze się szykuję, na pierwszy ogień wypróbowałam proste przepisy, które – przyznaję – wybrałam w oparciu o to, co akurat znajdowało się w mojej lodówce.  W tej chwili już czekają w niej rzeczy potrzebne do przygotowania pulled porka i śledzi, Pan Sandacz ma też w swoim rozdziale przepis na zupę rybną, która śni mi się po nocach, odkąd o niej przeczytałam. Jeśli uda mi się je udokumentować, na pewno podzielę się efektami. Znajomi wiedzą, że od jakiegoś czasu oficjalnie zobowiązuję się też do opanowania sztuki robienia koktajli, a zacząć planuję naturalnie od swoich faworytów. Moim niekwestionowanym numerem jeden jest Krwawa Mary, na którą od ponad roku zachowuję przywiezioną z Meksyku butelkę tequili. Proponowane przez Juliana Karewicza towarzystwo kandyzowanej dymki i soku z żółtych pomidorów (własnoręcznie przygotowanego!) MUSI być godne jej otwarcia. 

Ale póki co... Można uznać to za test, czy panowie równie dobrze co z mięsem radzą sobie bez niego (odp: tak, radzą). Albo za komplement, bo czytając chciałam zacząć gotować tak prędko, że nie mogłam tracić czasu nawet na pójście do sklepu. 

Mus z awokado Pawła Suwały
z pieczonymi batatami

4-6 porcji

3 dojrzałe awokado hass
sok z 1 cytryny
30 g natki pietruszki
½ szalotki
30 ml oliwy extra vergine
150 g kremowego serka*
duża szczypta soli
świeżo mielony czarny pieprz

Do podania (moje):
3 duże bataty
kilka łyżek oliwy
sól wędzona (np. Maldon) 
skórka otarta z 1 limonki
koperek

* Najlepszy jest ten z Wielunia, znany jako Mój Ulubiony, gładki, tłuściutki i z prawdziwym składem, tj. bez żadnych dodatków. Jest genialny też na sernik! Tu w zastępstwie można użyć też creme fraiche. 

Awokado, posiekaną szalotkę, oliwę, sok z cytryny i pietruszkę blendujemy na gładką, puszystą masę. Jeśli obawiacie się o możliwości swojej maszyny, na wszelki wypadek możecie najpierw zmiksować pietruszkę z sokiem z cytryny i oliwą (aby w musie nie było żadnych zielonych drobinek). Na koniec dodajemy serek i miksujemy do połączenia. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem, odstawiamy do schłodzenia (będzie się lepiej formować).

Bataty szorujemy i kroimy w łódeczki. Smarujemy oliwą i pieczemy w 200 stopniach aż będą złotobrązowe z zewnątrz i miękkie w środku - ok. 30-40 minut. Wykładamy na talerze, posypujemy hojnie solą (można użyć zwykłej, ale polecam spróbować wędzonej!), skórką z limonki i odrobiną koperku. Na wierzch wykładamy mus z awokado (wersja elegancka), lub podajemy go osobno jako dip (wersja domowa).

Pyszne i nieoczywiste, dobre na zime, choć lekkie.

A na deser...

Jabłka pod kruszonką Aleksandra Barona
z maślanką i wędzoną papryką

4-6 porcji

3-4 twarde, kwaśne jabłka (najlepiej szare renety)
200 ml maślanki
cukier (opcjonalnie, nie dodałam)

Na kruszonkę:
100 g masła
100 g mąki pszennej
30 g płatków owsianych
20 g otrębów gryczanych*
70 g cukru trzcinowego
1 łyżeczka z górką ostrej wędzonej papryki
szczypta soli morskiej

* Dodałam je zamiast części płatków owsianych, uwielbiam je w kruszonkach! Mają orzechowy posmak i chrupią.

Wymyte jabłka ze skórką kroimy w kostkę (gniazda nasienne można wykorzystać do domowego octu jabłkowego - przepis w książce) i wrzucamy do żaroodpornych kokilek lub jednego większego naczynia. Zalewamy maślanką.

Suche składniki kruszonki mieszamy i dodajemy bardzo miękkie/podtopione masło. Rozcieramy palcami (nie za drobno - mają być grudki). Posypujemy jabłka i pieczemy 15-20 minut w 180 stopniach.

Wskazówka Barona: świetnie smakują podobnie przyrządzone pomidory (z kruszonką z dodatkiem świeżych ziół, tymianek, cząber, szałwia lub rozmaryn). Moja wskazówka: duet gorącego z zimnym jest niezawodny i jak każda kruszonka, ta także najlepiej smakuje z kulką lodów.

Może dzięki tej recenzji książka pojawi się u kogoś z Was pod choinką; byłaby pięknym i - być może wbrew pozorom - bardzo uniwersalnym prezentem. W tekstach (przesiąkniętych pięcioma różnymi osobowościami) jest szczerość i skrajnie charakterna prawda, w przepisach - polskość, odwaga, ale i prostota. Dobre dla tych, którzy po kuchni chcieliby biegać z tasakiem czy siekierą, ale nie tylko (jak widać po lekkim jak chmurka musie i słodkich pieczonych jabłkach).  I dla wszystkich, którzy lubią historie od kuchni. Luźne, ale pełne cennych informacji, inspirujące. Będzie też absolutnie w porządku, jeśli podarujecie ją samym sobie.

Przepisy i Opowieści
P. Suwała, A. Baron, G. Kwapniewski, D. Wolszczak, J. Karewicz
red. Piotr Szczęsny
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2015

IMG_0355.jpg

P.S. Ten wpis powstał przy współpracy z Wydawnictwem Dwie Siostry. Zastanawiam się, czy chcielibyście w przyszłości widzieć tu takie częściej? W Polsce wydawane jest coraz więcej ciekawych książek kulinarnych, a mnie pisanie o nich chodziło po głowie już od jakiegoś czasu. Z racji skrajnego subiektywizmu pewnie tylko dla części z Was moje recenzje byłyby przydatne, ale ogromną przyjemność sprawia mi przelewanie na papier tych wszystkich spostrzeżeń i odczuć względem kolejnych lektur, zawsze wnikliwie przeze mnie studiowanych.

Bez recepty

Dziś będzie krótko, nie mam głowy do wywodów. Słońce wzywa mnie na zewnątrz, prawie cały swój czas spędzam teraz gdzieś biegając. Żeby jak najwięcej wycisnąć z wiosny, której pierwsze dni od zawsze uważam za najlepsze i najmocniej doładowujące, staram się ograniczyć do minimum listę rzeczy do zrobienia w domu. Szkoda mi nawet zbędnego czasu na przygotowywanie jedzenia we własnej kuchni! Normalnie bym się zmartwiła, ale wiem, że wiosna działa tak na mnie co roku. Ostatnio, w poszukiwaniu ekspresowych rozwiązań, na śniadania męczyłam więc gotowe w kilka chwil kanapki lub koktajle – dopóki nie przypomniałam sobie, że jest coś jeszcze szybszego...

Granolę kocham od zawsze. Zanim zaczęłam piec ją sama, miałam kilka faworytów ze sklepowych półek (szczególnie cuda z M&S). Ale kto zaczął przygodę z produkcją domową, ten wie że od tego nie ma już odwrotu. Wystarczy jedno nocne pieczenie, przesiedziane na ziemi (coby nie nalatać się za dużo), z książką lub przyjaciółką na telefonie. W cieple piekarnika, który po kilkunastu minutach zaczyna uwalniać nieziemskie aromaty. No i ta smakowa dowolność! W domu na blachę można wrzucić co nam się podoba, ucierając swoją kreatywnością nosa sklepowym producentom. Nawet płatki róży z własnego ogrodu. Albo, jak dziś, wszechmocne kasze! Był już przepis na granolę, która się z nich składała (o, tutaj) – pyszną, ale nieco kłopotliwą, najpierw przez dni kiełkowania, a następnie kilkunastogodzinne suszenie zamiast pieczenia. Dzisiejsza receptura jest dla tych, którzy na najszybsze śniadanie świata chcieliby przyswoić mnóstwo przepysznego zdrowia, ale nie mają tyle cierpliwości (i/lub nieograniczonych funduszy na rachunek za prąd). Dzisiejsza granola jest bardzo zdrowa, ale dostępna dla każdgo. Bez recepty.

Pieczenie surowej kaszy brzmi niewiarygodnie, ale zapewniam, że efekt przerośnie Wasze oczekiwania. Pod wpływem temperatury ziarenka stają się lekkie i chrupiące. Dorzućcie swoje ulubione bakalie, zalejcie mokrymi składnikami, dosłódźcie lekko i wymieszajcie, a potem usadowcie się na czymś wygodniejszym niż kuchenna rękawica i doglądajcie swojej granoli. Postarajcie się nie zjeść wszystkiego od razu, w końcu macie mieć śniadanie z głowy na co najmniej kilka dni! Grzecznie aplikujcie sobie to lekarstwo dla ciała i duszy każdego ranka, a potem niezwłocznie biegnijcie na słońce. Jego witamina D to moje kolejne zalecenie!

Granola pomarańczowa
z kaszą jaglaną i gryczaną

1 duży słoik
na podstawie przepisu Moniki

1 szklanka płatków owsianych (nie błyskawicznych)
1/2 szklanki kaszy jaglanej
1/3 szklanki kaszy gryczanej niepalonej
1/2 szklanki migdałów*
duża szczypta soli
1 płaska łyżeczka cynamonu
1 niepełna szklanka świeżego soku z pomarańczy**
2 łyżki z górką oleju kokosowego, najlepiej nierafinowanego
3 łyżki syropu klonowego lub miodu
1/3 szklanki rodzynek (lub żurawiny, daktyli czy moreli)

* oczywiście pełna dowolność orzechowo-pestkowa, co lubicie najbardziej.
** można zastąpić też innym, np. ananasowym lub jabłkowym (świeżo tłoczonym).

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni. W misce mieszamy suche składniki oprócz rodzynek (płatki, kasze, sól, cynamon i posiekane z grubsza migdały). Zalewamy sokiem pomarańczowym, syropem klonowm i rozpuszczonym olejem kokosowym.  Mieszamy całość dłuższą chwilę, aby wszystko było równomiernie rozprowadzone. Przekładamy na blaszkę lub do dużej formy na ciasto (dzięki wysokim brzegom łatwiej będzie mieszać). Pieczemy około 1 godziny, mieszając co minimum 10 minut, aż granola będzie złota i idealnie sypka. Studzimy, mieszamy z rodzynkami i całkowicie zimną granolę (!) zamykamy w szczelnym słoju. Idealna na śniadanie z jogurtem greckim i owocami, ale stosować można też jako posypka do sałatki owocowej, składnik deserów i parfait, lub po prostu jako przekąska na sucho. Smacznego!

P.S. Za piękny i szczelny słoik ze zdjęć dziękuję Domowej Sferze :)

Po drugie

Trąbiłam i trąbiłam w tym poprzednim wpisie, pragnąc zwrócić uwagę wszystkich zebranych na pierwszą prawdziwą serię przepisów na moim blogu, a tymczasem na część drugą kazałam Wam czekać całe pięć dni. Wstyd duży, ale puśćmy to w niepamięć. Świat jeszcze się nie zawalił, a ja w ramach zadośćuczynienia mam dla Was aż dwa przepisy – zupełnie różne, dziś współzależne, ale co najważniejsze, jednakowo wspaniałe. Odpalajcie już kuchenki, bo jeszcze tylko minuta mojego gadania dzieli Was od zachwycającej owsianki dyniowej na domowym mleku migdałowym!

Minęło trochę czasu (jakieś trzy lata, ale cicho sza) zanim udało mi się wreszcie sfotografować i opisać moje najulubieńsze jesienne śniadanie. Zajmuje ono jedną z naczelnych pozycji w moim rankingu comfort food, co niestety niesie za sobą konsekwencje niesprzyjające blogowym publikacjom – przygotowuję je w ciemne i zimne poranki, kiedy ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę jest równiutkie układanie jabłka w misce i skakanie z aparatem fotograficznym. Ale dłużej już tak nie wypada; sumienie gryzie uparcie kiedy trzymam TAKI przepis tylko dla siebie.

Powiedzieć, że wałkuję tę owsiankę niestrudzenie ilekroć mam w lodówce dyniowe puree to za mało; ja zazwyczaj biorę się za pieczenie i miksowanie dyni wyłącznie z myślą o niej. Przygotowałam ją około tysiąca razy za mojego niedługiego żywota – możecie więc być pewni, że gdybym miała do rozdania jakieś ordery znakomitości i super doszlifowania, ten przepis byłby jednym z pierwszych uhonorowanych. 

Jeśli zaś chodzi o mleko migdałowe, sprzedaję raczej wskazówki dotyczące procesu jego przygotowania – sama lista składników ograniczać się może wyłącznie do migdałów i wody. Ostrzegam jednak, że jeśli zdecydujecie się na ten minimalistyczny wariant, istnieje duże ryzyko, że efekt końcowy zrazi Was do siebie na amen. Mleko migdałowe w wersji plain jest niestety dość mdłe i bez wyrazu. W niewiarygodny sposób odczarowują je daktyle (lub coś w zamian – syrop klonowy lub z agawy, miód, ksylitol, a nawet zwykły cukier). Nie chodzi o to by słodyczą zabić smak tego mleka (bo ono  m a  wbrew pozorom smak), a raczej o to by wydobyć go i podkręcić, pozbawiając bezbarwności. Zaufajcie mi i nie rezygnujcie z dodatków, które są w przepisie – to mleko nawet z nimi jest uniwersalne (tj. nie jest przesadnie waniliowe ani cynamonowe). No to do garów!

Migdałowa owsianka dyniowa

2 porcje

4 kopiaste łyżki puree dyniowego
1 płaska łyżeczka cynamonu
spora szczypta suszonego imbiru
1/2 szklanki wody
2 szklanki mleka migdałowego (przepis na domowe poniżej!)
4 łyżki płatków owsianych
2 łyżki migdałowej pulpy*
1/2 szklanki wody
3-4 łyżki syropu klonowego (do smaku)
szczypta soli
+ prażone płatki migdałów, jabłko, ew. więcej syropu klonowego

* Chodzi o pozostałości po mleku, jeśli nie robicie go sami, pulpę można zastąpić mielonymi migdałami lub po prostu większą ilością płatków owsianych.

W zależności od gęstości Waszego puree (będzie się różnić w zależności od odmiany dyni), dodajcie do niego odpowiednią ilość wody tak by uzyskać konsystencję musu jabłkowego.

Takie puree należy podgrzać w rondelku. Doprowadzić do zagotowania i redukować, nieustannie mieszając (lubi przywierać), około 7-8 minut. Powinno wyraźnie zgęstnieć i lekko pociemnieć. Wówczas dodać przyprawy i dusić jeszcze 3 minuty. Następnie wsypać płatki oraz pulpę migdałową i dolać 0,5 szklanki wody i 1,5 szklanki mleka migdałowego. Posłodzić syropem klonowym i dodać szczyptę soli. Gotować z lekko uchyloną przykrywką dopóki wszystko nie napęcznieje, zgęstnieje i pięknie się sklei. Owsianka ma być gęsta, niemal tak że łyżka stoi.

Przełożyć do dwóch misek, dodać pokrojone cienko jabłko i zalać ostatnią szklanką (po pół na porcję) mleka migdałowego. Można je wcześniej podgrzać, ale ja uwielbiam to jak chłodne mleko miesza się z gorącą owsianką. Posypać każdą porcję podprażonymi płatkami migdałów i gotowe. Smacznego!

Domowe mleko migdałowe

na ok. 750  ml mleka

150 g (1 szklanka) migdałów
750 ml (3 szklanki) wody źródlanej (+ woda do namaczania)
garść daktyli (6-7 sztuk)
1/3 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
mini szczypta cynamonu

Migdały namoczyć przez noc, następnie przepłukać i zblendować z 3 szklankami wody, daktylami, solą, wanilią i cynamonem. Miskować kilka minut, do utworzenia się piany na wierzchu. Następnie przelać przez wyłożone podwójną warstwą gazy sitko ustawione nad pojemnym naczyniem. Kiedy mniej więcej się odsączy, chwycić gazę tworząc z niej woreczek i wycisnąć dokładnie resztę mleka (uwaga, jest go tam więcej niż może się wydawać i jeśli naciśniecie zbyt ochoczo, tryśnie w każdą stronę!).

Przechowywać w lodówce, najlepiej w szklanej butelce, do dwóch dni. Z pozostałej migdałowej pulpy można zrobić wegański „twarożek” (dodawszy kilka łyżek mleka i przyprawy – słodkie lub słone). Można także po prostu dodawać tych migdałów po trochu a to do owsianki (patrz wyżej), a to do crumble czy granoli. 

 

Zostajemy w ogrodzie

W tym roku wyjątkowo nie mogę odżałować kończącego się lata. Uczepiłam się go i nie chcę puścić, choć całe swoje dwadzieścia lat przeżyłam w przeświadczeniu, że jesień to moja ulubiona pora roku. Teraz, rozpieszczona zeszłorocznym słońcem grzejącym niestrudzenie do ostatnich dni października, chyba przyzwyczaiłam się do ciepła trochę za bardzo.

Jednocześnie nie mam nic przeciwko zmianom, chociażby na straganach. Nie zauważyłam nawet kiedy zniknęły brzoskwinie, morele i borówki, bo najadłam się ich po uszy kiedy panował czas im właściwy. Później moja uwaga samoistnie i naturalnie zwróciła się ku jabłkom, śliwkom i dyni. (Wciąż jednak łapczywie pochłaniam pomidory, obawiając się, że każdy dzień może być już tym ostatnim). Wiem, że jest jesień; na okrągło piekę warzywa, po nocach śni mi się szarlotka, poranne owsianki znów jem na gorąco, a do kawiarki, prócz Wrocławskiego Klasyka, wsypuję czasem ziarnko kardamonu i dwa goździki. Co więcej, ta jesień mi się podoba, sami słyszycie jaka jest smaczna! Tym więc ciężej pogodzić ją z nieodpartą chęcią zatrzymania (w niektórych kwestiach) czasu.

Ze wspomnieniem słońca i leniuchowania nierozłączny stał się dla mnie tego lata mój ogród. Odbyły się w nim dziesiątki spotkań, od kameralnych rendez-vous po pikniki i obfite grillowe biesiady, był nawet koncert z prawdziwego zdarzenia! Przywykłam do spędzania w nim czasu i do zapraszania do niego gości, i tak wiele bym dała, by ten sezon nie dobiegał jeszcze końca! Podczas gdy w kuchni jesień witam chętnie, poza nią mogłaby dla mnie nie istnieć, bo stanowi sporą przeszkodę w kontynuowaniu upodobanych przeze mnie ogrodowych tradycji.

Fakt, że po dziewiętnastej już się ściemnia nie stanowi problemu – na jabłoni wiszą lampki choinkowe, a po kuchennej szufladzie turla się przecież tysiąc świeczek. Późnopopołudniowe uczty w ogrodzie cały czas więc się tu zdarzają. Problem tylko taki, że opatulanie się w naleśnik z grubego koca bardzo nie sprzyja podnoszeniu się z miejsca. Dajcie mi do tego jeszcze najedzony brzuch i napełniającą się cyklicznie lampkę wina, a nie wstanę choćby się waliło i paliło. Na moje nieszczęście muszę dodać: dosłownie.

Pewna droga mi Pani wróciła ostatnio z długiej podróży. Chciałam godnie ją powitać, a przy okazji upewnić się, że nie zabraknie nam czegoś do podjadania, niezbędnego przy wymianie opowieści. Ale że prodiż mam tylko jeden, towary ustawiały się do niego w kolejce. Kiedy przyszła pora na kruszonkę do obłędnego cytrynowego puddingu planowanego na deser, my zamiast jej doglądać siedziałyśmy już w ogrodzie w towarzystwie sałaty z pieczoną dynią i jeszcze ciepłej focacci z figami i serem owczym. Siedziało się niczego sobie, przyznam; na tyle miło, że czas skutecznie zwiódł nas co do prędkości swojego upływu. To te koce i wino, jestem pewna... Kiedy oswobodziwszy się z ich objęć ruszyłam spacerkiem do środka zobaczyć czy kruszonka nie potrzebuje czasem przemieszania, zastałam prodiż buchający chmurami czarnego dymu, z których spalonego aromatu wietrzę mieszkanie do dziś.

Sałatka była pyszna, a focaccia jeszcze lepsza, dlatego pocieszałyśmy się, że nie miałybyśmy miejsca na deser nawet gdyby się udał... Ale jak nie wtedy to kiedy indziej, wiadomo, wszedł mi na ambicję, i kilka dni później stanął na stole, dokładnie taki, jaki być powinien. Wierzch złoty (nie czarny, ehm), pachnący prażonymi migdałami, maślaną słodyczą i idealnie wpasowaną nutą rozmarynu (nie ważcie się pomijać, w ostateczności można podmienić na tymianek). Pod spodem kremowy pudding cytrynowy, tak dekadencki, że nie ośmielilibyście się nazwać go zdrowym (a tym bardziej nie zrobionym z sojowej masy o smaku mydła – silken tofu). Potem już tylko figę w plastry i pozostaje sięgać po łyżkę. Totalnie warte prób, nawet jeśli miałoby ich być sześć.

Pierwszą przygodę rozumiem jako groźbę od jesieni, demonstrującej swoją potęgę w ramach zemsty za poważanie w jakim mam jej wieczorne mrozy (w c i ą ż  przesiadując w ogrodzie!). Ale, choć z początku się wahałam, teraz wiem, że nie mogę dać się sterroryzować. Za mało czasu do zimy, za dużo do kolejnego lata. Uczę się jednak na swoich błędach i nie zostawiam już niczego bez opieki w domu. Jezu, jak dobrze, że nie mam piekarnika; prodiż równy gość, świetnie znosi pracę w terenie i od tej pory jest zaproszony na każde garden party jakie się u nas odbywa!

Pudding cytrynowy z owsianą kruszonką
z figami i rozmarynem

3 porcje
przepis bazowy z The Sprouted Kitchen Sary Forte

Na pudding:
350 g silken tofu
1/3 – 1/2 szklanki syropu z agawy (lub klonowego, lub miodu - jeśli lubicie ich smak)
2 łyżki mąki kukurydzianej
1 niewoskowana cytryna
duża szczypta soli

Na kruszonkę:
1/2 szklanki płatków owsianych
1/4 szklanki posiekanych migdałów (lub płatków)
1/2 szklanki cukru trzcinowego
2 łyżki masła*
kilka kropli ekstraktu waniliowego
½ łyżki drobno posiekanego rozmarynu (2-3 gałązki)
duża szczypta soli

+ świeże figi, więcej rozmarynu

* Aby deser był wegański, masło można zastąpić olejem kokosowym (najlepiej nierafinowanym, o pięknym aromacie).

Tofu wyjąć z opakowania i odsączyć na kilku warstwach ręcznika papierowego (zmieniając w razie potrzeby) z różnych stron, przez około dziesięć minut. Następnie zmiksować z resztą składników – miodem, skórką z całej cytryny i sokiem (na początek 3 łyżki, potem do smaku), mąką kukurydzianą i solą. Blendować tak długo, aż masa będzie lśniąca i gładka, minimum kilka pełnych minut. Spróbować i ewentualnie dostosować proporcje miodu czy cytryny. Przełożyć do pucharków i schłodzić minimum trzy godziny (a maksimum dobę – można przygotować dzień wcześniej).

Zrobić kruszonkę. (Polecam od razu z podwójnej ilości; tak czy inaczej wychodzi sporo, ale uwierzcie mi że będziecie pragnieć więcej). Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. W rondelku rozpuścić masło (lub olej kokosowy), dodać cukier i podgrzewać na mini ogniu do jego roztopienia. Dodać sól i ekstrakt waniliowy. Wymieszać z płatkami, migdałami i rozmarynem. Rozłożyć na blaszce wyłożonej papierem i piec 10 – 20 minut – do zezłocenia i wysuszenia. W trakcie pieczenia przemieszać raz czy dwa, aby całość rumieniła się równomiernie.

Ostudzoną kruszonkę wykładać na każdą porcję puddingu (niedużo, po łyżce – i tak będziecie dokładać sobie co najmniej trzykrotnie). Dekorować figami i dodatkowym świeżym rozmarynem. Smacznego!