O winogronach

Częściej niż jako składniki dań winogrona traktujemy jako samodzielną przekąskę. Nic dziwnego – są słodkie, soczyste i, jak wszystkie „jednokęsowe” przyjemności, bardzo wciągające. Choć sama uwielbiam zajadać się nimi solo, lubię też rodzynki w serniku i lampkę wina do obiadu, ale jestem zdania, że sporo dobrego omija nas przez to jak rzadko korzystamy z nich w kuchni. Dlatego tym razem dorzuciłam je do jesiennej sałatki przygotowanej z myślą o portalu HelloZdrowie!

Zgodzicie się chyba, że winogrona to jedne z owoców najlepiej odnajdujących się w wytrawnych daniach, jakby stworzone specjalnie do łączenia z charakternymi serami, wyrazistą oliwą, spieczonymi orzechami... Latem idealną bazą do tego rodzaju dania mogłaby być chrupka sałata rzymska, jesienią lepiej sięgnąć po lekko jeszcze ciepłą kaszę gryczaną.  

Wizja krojenia licznych winogron i wyciągania ich malutkich pestek może odstraszać, ale nie taki diabeł straszny, jak go malują, sprawdziłam! Pozornie żmudne zajęcie okazuje się nie wymagać wcale tak dużo pracy i czasu. Kto nie wierzy, może oczywiście sięgnąć po winogrona bezpestkowe, w sezonie coraz powszechniej dostępne. Ciekawych odmian jest jednak tyle, że nie warto ograniczać się do jednej jedynej tylko z obawy przed odrobiną zabawy z pestkami.

Sałatka z kaszy gryczanej i kalafiora
z winogronami i orzechami laskowymi

6-8 porcji

  • 1/2 szklanki niepalonej kaszy gryczanej

  • 1 mała głowa kalafiora romanesco (lub zwykłego) + kilka łyżek oliwy

  • 3/4 szklanki orzechów laskowych (po wyłuskaniu, jeśli używamy świeżych)

  • 1/2 niedużej kiści winogron, najlepiej bezpestkowych

  • 50 g twardego sera dojrzewającego (np. grana padano lub pecorino romano)

  • 1/2 pęczka natki pietruszki

    na sos:

  • 1/3 szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia

  • 3-4 łyżki octu winnego

  • sok z 1/2 cytryny

  • 1 łyżeczka musztardy dijon

  • 1 łyżka miodu

  • sól, pieprz do smaku

Kaszę gryczaną płuczemy, a następnie umieszczamy rondlu i zalewamy wrzątkiem dwukrotnie ponad jej poziom. Gotujemy bez mieszania aż do wchłonięcia całego płynu, kasza ma być sypka i al dente (zajmie to około 10 minut). Studzimy.

W międzyczasie łuskamy orzechy (jeżeli używamy świeżych). Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Rozkładamy je na blaszce i pieczemy 7-10 minut, bacznie obserwując – ich skórka ściemnieje i popęka, a orzechowy aromat będzie obezwładniający.

Kiedy orzechy się pieką, kalafiora kroimy na różyczki podobnej wielkości. Układamy na blasze, hojnie skrapiamy oliwą, obsypujemy solą i czarnym pieprzem. Upieczone orzechy niezwłocznie przekładamy na kuchenną ściereczkę, szczelnie zawijamy i intensywnie pocieramy przez kilka minut, tak aby pozbyć się ich ciemnej skórki (nic się nie stanie, jak część nie zejdzie). Temperaturę piekarnika zwiększamy do 200 stopni i umieszczamy w nim blachę z kalafiorem. Pieczemy, aż będzie złotobrązowy z zewnątrz i maślanie miękki w środku, około 20-30 minut, co jakiś czas mieszając.

Czekając, przygotowujemy winogrona – myjemy, osuszamy, kroimy na połówki i wyciągamy pestki, jeśli są (to nie taka syzyfowa praca jak by się mogło wydawać, ale przydają się długie paznokcie). Ostudzone uprażone orzechy siekamy, ścieramy na płatki ser, a natkę pietruszki drobno szatkujemy. W słoiku łączymy wszystkie składniki dressingu i intensywnie nim potrząsamy.

W dużej misce łączymy kaszę, orzechy i kalafiora. Dodajemy sos i dokładnie mieszamy. Następnie wrzucamy winogrona, ser i natkę pietruszki, łączymy delikatnymi ruchami. Sałatka zyskuje na drugi dzień, po przegryzieniu smaków – warto przygotować ją z wyprzedzeniem, ale przed podaniem wyciągnąć wcześniej z lodówki (najlepiej smakuje w temperaturze pokojowej).

Cukinki

Mam za sobą kilka bardzo intensywnych miesięcy. Momentami wydawało mi się, że ten ostatni czas mnie pokona, ale dotrwałam, oto jestem! Wróciłam do gotowania. I choć nie w tej samej kuchni, bo znad Odry przeniosła się teraz nad Wisłę, to niezmiennie czuję się w niej na swoim starym, dobrym miejscu.

Nie brakowało mi jako tako czasu na gotowanie – jeść przecież trzeba, poza tym przygotowywanie uczt to jeden z moich ulubionych sposobów spędzania czasu z przyjaciółmi. Brakowało go za to na wyliczanie proporcji, pisanie i robienie zdjęć innych niż telefonowe. Ale teraz wykreśliłam wiele niezwiązanych z kuchnią obowiązków mojego dnia powszedniego, a cały czas, który dzięki temu dostałam w prezencie, zamierzam spożytkować na pracę nad Coutellerie.

Wiele się z tym zamierzeniem wiąże ekscytacji. Nie tylko samym faktem, że blog wreszcie wróci do życia. W obliczu mojego postanowienia wiele rzeczy pozornie z nim niezwiązanych nabiera ogromnego znaczenia. Wysokie, jasne okna w moim domu oznaczają potencjał dla fotografii dań, które ujrzycie w przyszłości. Nadejście jesieni ekscytuje mnie, bo to pora mojego ulubionego jedzenia – ciepłego i comfortowego. A mieszkanie w Warszawie z radością wiążę z wieloma lokalnymi przywilejami – jak na przykład to, że każdego dnia mogę teraz przebierać w warzywach wykopanych chwilę wcześniej na polu państwa Majlertów. Ostatnio odwiedziłam ich gospodarstwo po raz pierwszy i siłą trzeba mnie było wyciągać spomiędzy grządek. (Niedługo pokażę więcej!)

Nikt chyba nie zaprzeczy, że im coś mniejsze, tym ma więcej uroku. Kociaki, niemowlęta, okrągłe francuskie serki w czerwonym wosku, nawet czeskie słowa przypominające nasze zdrobnienia! Miniaturowe rzeczy mają w sobie coś ujmującego, a kiedy coś jest „mini” podwójnie, nie sposób przejść koło tego obojętnie. Dlatego od Majlertów wyjechałam z torbą cukinek skandalicznie uroczego rozmiaru, a jedyne co nie było w nich mini-mini to smak. Na talerzach wylądowały podsmażone z dużą porcją ziół, oliwy i słodkiego czosnku, i powiem wprost – to było maksymalnie dobre.

Cukinki z patelni
z mozzarellą, jajem i chrupiącą komosą

2 porcje
luźno inspirowane tym przepisem, dzięki Dziennikom Stołowym 

  • ok. 600 g cukinii (jak najmniejszych)
  • 2 łyżki oliwy
  • porządna garść liści bazylii
  • mniejsza garść liści mięty
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka octu z czerwonego wina (można zamienić na biały, lub na balsamiczny jeśli macie chęć)
  • sól, najlepiej w płatkach, a jeśli posiadacie, to świetnie pasuje wędzona (używam Maldon)
  • 1 kulka mozzarelli
  • 2 jajka + łyżka białego octu winnego do gotowania
  • chrupiąca quinoa do posypania (przepis poniżej)

Jeżeli uda się nam zdobyć cukinie „mini mini”, przepoławiamy je wzdłuż; jeśli używamy większych okazów, kroimy je na talarki o grubości minimum 1 centymetra. W największej patelni jaką mamy rozgrzewamy łyżkę oliwy i rozprowadziwszy ją równomiernie, układamy cukinie tak, aby każda dotykała powierzchni patelni. Może okazać się konieczne rozłożenie smażenia na dwie tury. Na dużym ogniu i często mieszając podsmażamy cukinie przez 5-7 minut, aż zaczną nabierać gdzieniegdzie koloru ciemnego złota. Kiedy podsmażymy wszystkie tury, możemy bez obaw ułożyć je na patelni nie przejmując się już spiętrzeniem.

Podczas smażenia cukinii szykujemy resztę składników. Drobno siekamy czosnek, a także bazylię i miętę. Do ziół używamy bardzo ostrego noża, aby ich nie miażdżyć! Posiekane składniki wrzucamy na patelnię z gotowymi cukiniami i dodajemy łyżkę oliwy i ocet. Intensywnie mieszając śmiałymi ruchami patelni, wszystko razem smażymy do idealnego połączenia smaków, około 2 minut. Na koniec doprawiamy solą i gotowe. Układamy na dwóch talerzach, dodajemy porwaną na kawałki mozzarellę (ja najbardziej lubię tę z mleka bawolego - di bufalę) i po jednym jajku w koszulce. Posypujemy chrupiącą quinoą, świężo mielonym czarnym pieprzem i gotowe!

Na gotowanie jajek w koszulce metod jest chyba tyle, ilu kucharzy. Ja robię to tak: w garnku (niezbyt głębokim, ale o jak największej powierzchni) gotuję wodę z octem winnym. Kiedy zawrze, zmniejszam ogień do minimum, tak aby tylko delikatnie sobie bąbelkowała. Jajko wbijam do filiżanki i lekko ją zanurzając, powoli „wykładam” je z niej do wody. Nigdy nie robię wiru, miałam do tej metody kilka podejść i żadne nie skończyło się dobrze. Zamiast tego w spokojnej wodzie delikatnie podwijam jajko od spodu do góry łyżką. Gotuję 1-2, czasem prawie 3 minuty – zależy od rozmiaru jajka, temperatury wody, i wielu innych czynników – najlepiej sprawdzić wyławiając jajko i dotykając palcem ocenić stan ścięcia białka. Następnie przekładam je niezwłocznie do zimnej wody z kostkami lodu, a dopiero później odsączam i podaję.

Chrupiąca quinoa

  • 1 szklanka komosy ryżowej dowolnego koloru
  • 1-2 łyżki oliwy

Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni. Komosę ryżową wysypujemy na blaszkę, dodajemy oliwę i dokładnie mieszamy. Prażymy około 10 minut, co jakiś czas mieszając i pilnując, by nie przypiekła się za mocno. Po wyjęciu z piekarnika całkowicie studzimy i przechowujemy w szczelnie zamkniętym słoiku.

Do usłyszenia niedługo!

Under pressure

Na co najczęściej przegapiacie sezon? Na mnie ciąży klątwa młodej pokrzywy, jeszcze nigdy nie udało mi się upolować jej w dobrym momencie. Zawsze zaskakuje mnie szybkie zniknięcie dzikich jeżyn z krzaków wokół działki moich rodziców. Nigdy nie czułam też całkowitego spełnienia w temacie czosnku niedźwiedziego. Ale najgorzej jest ze szparagami!

Sezon na szparagi jest tak krótki, że podczas jego trwania waham się nieustannie – czy lepiej próbować najbardziej fantazyjnych receptur, czy jeść je niemal sauté, tak, jak lubię najbardziej? Jeszcze żadnej wiosny nie udało mi się zrealizować całego szparagowego planu, który rozpisuję sobie w głowie kiedy pierwsze pęczki pojawiają się w warzywniaku. W tym roku czeka mnie zupa, risotto (a nawet dwa, jedno dziwne), lasagne, sushi (!) i łosoś. A w międzyczasie przewinie się przez kuchnię co najmniej kilka pęczków zjedzonych z tostem i jajkiem, zgrillowanych na oliwie, czy ugotowanych al dente na parze, z jakimś nowym, ale nie przesadnie skomplikowanym sosem.

Sezon szparagowy mija mi pod presją i to te proste przerywniki w postaci intuicyjnych szparagowych oczywistości sprawiają, że nie tracę z tej presji zmysłów (ani apetytu!). Jeśli zdążę wypróbować zaplanowane dania – pięknie, jeśli nie – mam pewność, że za rok nie zagrozi mi deficyt pomysłów. W imię tej beztroski przychodzę dziś z recepturą na przerywnik. Nie byle jaki, bo sos z poniższego przepisu rzuca na kolana, od kilku dni jemy go w domu codziennie. Ale specjały i dziwne risotto też Wam obiecuję, naprawdę!

Szparagi z vinaigrette z brązowym masłem

1-4 porcje (jako danie/dodatek)

  • 40 g świeżego masła
  • 2 łyżki oliwy extra vergine
  • 1/2 łyżeczki miodu lub syropu z agawy
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka octu z białego wina
  • 2-3 łyżki drobno posiekanych liści bazylii
  • pęczek zielonych szparagów
  • ½ pęczka rzodkiewek
  • płatki parmezanu
  • pieprz czarny, sól (idealnie w płatkach)

W garnuszku podgrzewamy na niewielkim ogniu masło. Pozwalamy mu lekko się spienić, a następnie zbrązowieć (pilnujemy, by się nie przypaliło!). Ma mieć orzechowy aromat i ciemnozłoty kolor. Odstawiamy do przestudzenia. Następnie przelewamy je do słoika – będzie nam wygodnie wymieszać w nim składniki dressingu. Uwaga, nie dodajemy wszystkich czarnych drobinek, które zbiorą się na dnie! Można dodać połowę lub zostawić w garnku niemal wszystkie (im ich więcej, tym palony aromat będzie silniejszy). Ja dodaję około 1/3. Do słoika dodajemy resztę składników – oliwę, miód, sok z cytryny i ocet. Dorzucamy też poszatkowaną bazylię (ostrym nożem siekamy ją najdrobniej jak umiemy). 

Szparagi myjemy w chłodnej wodzie i odłamujemy zdrewniałe końcówki. Układamy w naczyniu do gotowania na parze i gotujemy 6-7 minut. Powinny pozostać chrupkie i intensywnie zielone. W międzyczasie kroimy rzodkiewki na plasterki najcieńsze jak potrafimy (nożem lub na mandolinie, jeśli posiadamy). Zanurzamy je na kilka minut w miseczce z wodą i lodem – nabiorą jeszcze większej chrupkości i ładnie się powyginają. Szparagi przekładamy na półmisek, polewamy vinaigrettem i posypujemy świeżo utartymi płatkami parmezanu. Doprawiamy pieprzem czarnym i solą (najlepiej w płatkach, delikatnie roztartych w palcach). Dodajemy też rzodkiewki. Podajemy jako dodatek do dania głównego lub samo w sobie jako posiłek, np. w towarzystwie pieczywa, jajka w koszulce, i tym podobnych. Smacznego!

PS. Ten sos jest zachwycający również po schłodzeniu. Przyjmuje konsystencję aksamitnej pasty i nadaje się do wszystkiego, od kanapek, pit i tortilli, przez pieczone bataty czy ziemniaki, po wszystkie chrupiące świeże nowalijki. Róbcie z potrójnej porcji!

Na Polskim Stole #2

W zeszłym tygodniu przedstawiłam Wam projekt Polski Stół – efekt współpracy trzech dolnośląskich producentów zastawy stołowej. Dziś, po kryształach z Huty Julia, pod lupę biorę piękny kobaltowy talerz wytworzony w Manufakturze naczyń kamionkowych w Bolesławcu.

Zanim usłyszałam o kolekcji Polski Stół, ceramika bolesławiecka była mi najbliższa z całej stojącej za nią trójcy dolnośląskiego rzemiosła. Resztę, owszem, kojarzyłam, ale to Bolesławiec odkąd pamiętam wypełniał półki kuchennego kredensu w moim rodzinnym domu. Mimo wachlarza nowych, zaskakujących wzorów, mnie wciąż najbardziej urzeka klasyka, czyli ich pierwsze pawie oczka i kobaltowe kropki. Talerz z kolekcji Polski Stół podoba mi się szalenie – utrzymany w tej tradycyjnej estetyce, jest tylko lekko podkręcony charakterystycznym dla projektu kształtem plastra miodu. 

Na śniadaniu w Food Art Gallery przeznaczono go na deser – wylądował na nim wciąż ciepły, wzorowy croissant, a u jego boku domowa konfitura z pigwy i własnoręcznie robione makaroniki w salaterkach z porcelany Kristoff. Nie odmówiłabym wieńczenia w ten sposób każdego śniadania! Wcześniej jednak były kanapki (ależ nieadekwatnie brzmi to słowo kiedy wspominam tę wysmakowaną ucztę!) – podpieczone pajdy z pastą z awokado i jajkiem w koszulce. I choć wówczas idealnie płynne żółtko rozlewało się po porcelanowym talerzyku z zestawu drugiego, jego połączenie z chrupiącą skórą chleba utkwiło mi w pamięci tak mocno, że kanapki do dziś są jedynym, co chcę jeść z talerza na moim Polskim Stole.

Swoją kanapkę zaprezentuję Wam dziś iście przekrojowo. Punktem wyjścia jest oczywiście pieczywo, dlatego sięgam po najlepszy na świecie chleb na zakwasie z ziarnami i (w mojej ulubionej wersji) suszonymi śliwkami. Mam czasem szczęście dostać bochenek, kiedy odwiedzam rodziców – moja mama piecze go bardzo regularnie, na końcu tekstu przeczytacie dlaczego. W kanapce sukces współtworzą z nim obłędne marynowane buraki. Są dla mnie bardzo rodzimym specjałem, choć przepis na nie przywiozłam z wystawnej kuchni Ottolenghi’ego w Londynie. Całości dopełnia kozia chałwa – mój ukochany, bardzo charakterny, i co dziś istotne, polski (ba, dolnośląski!) ser.

Chleb mojej Mamy piecze się w pewnym określonym rytmie. Kiedy robimy go po raz pierwszy, musimy zachować niepełną szklankę ożywionego ciasta. Odkładamy je do lodówki na 5-8 dni Po tym czasie, dodając to ciasto w miejsce zakwasu, pieczemy kolejną partię. Dzięki temu, że zależy od nas życie tej mikstury, nie porzucimy domowej piekarni nawet w przypadku kompletnego braku sił. To bardzo miłe zawsze mieć jego zapas, przekonajcie się!

Chleb na zakwasie mojej Mamy
z ziarnami i suszoną śliwką

na podstawie przepisu i zakwasu od pani Marii
na dwa bochenki

500 g mąki pszennej
250 g mąki żytniej razowej
5 łyżek ziaren słonecznika
5 łyżek pestek dyni
5 łyżek siemienia lnianego
1 łyżka sezamu
3 łyżki otrębów owsianych
opcjonalnie: 50 g suszonych śliwek lub żurawiny
2 łyżeczki soli
ok. 3 szklanek wody
1/2 - 1 szklanka aktywnego zakwasu*
odrobina oleju do wysmarowania blaszek

* Tak jak pisałam, rolę zakwasu pełni tu część ciasta chlebowego pozostała z pieczenia poprzedniej partii. Za pierwszym razem można spokojnie wykorzystać swój własny, gęsty zakwas żytni, a dalej postępować według przepisu i uruchomić swoją cykliczną produkcję tego wyjątkowego chleba.

Mieszamy mąki z ziarnami i solą. Dodajemy wodę i mieszamy do połączenia (można zrobić to przy pomocy miksera z końcówką do mieszania/zagniatania). Dodajemy zakwas i wyrabiamy około 10 minut. Ciasto powinno mieć lepką i gęstą konsystencję. ½ szklanki odkładamy do słoiczka na następny raz. Resztę ciasta przekładamy do dwóch wysmarowanych olejem keksówek (około 30-centymetrowych), smarujemy też grzbiety chlebów. Formy przykrywamy kuchenną ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 10-12 godzin.

Po wyrośnięciu wkładamy do piekarnika (grzanie góra-dół) rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy godzinę. Następnie włączamy termoobieg, temperaturę zmniejszamy do 170 stopni i pieczemy jeszcze około pół godziny. Wyciągamy chleby z foremek i studzimy na kratce, aby nie zaparowały od spodu.

Kroimy po przestudzeniu, zbyt gorący chleb może być za miękki w środku, choć ciepły wspaniale smakuje z zimnym masłem.

Odłożony zakwas trzymamy w lodówce w słoiku przykrytym gazą (nie zakręconym). Po ok. 5 dniach zaczyna mieć lekko kwaśny zapach i jest gotowy do użytku. Najdłużej trzymamy 8-9 dni, by się nie zepsuł.

Marynowane buraki z NOPI

adaptacja przepisu z książki Nopi: The Cookbook, Yotam Ottolenghi, Ramael Scully

3-4 buraki (ok. 600-700 g)
2 ząbki czosnku, obrane i zgniecione
1 listek laurowy
kilka gałązek rozmarynu lub tymianku
½ łyżeczki ziaren pieprzu czarnego
50 g cukru trzcinowego
1 płaska łyżka gruboziarnistej soli morskiej
350 ml octu z czerwonego wina
500-800 ml wody źródlanej
skórka i sok z 1 niewoskowanej pomarańczy

Buraki szorujemy i w całości, nieobrane umieszczamy w garnku. Dodajemy wszystkie składniki (oprócz skórki z pomarańczy), zalewamy octem i uzupełniamy wodą – taką ilością, by wszystkie buraki były przykryte. Podgrzewamy na średnim ogniu i gotujemy do miękkości (około godzinę od zawrzenia). Garnek powinien cały czas być przykryty. Jeśli woda będzie szybko odparowywać, uzupełniamy ją do poziomu buraków. Kiedy będą miękkie, zdejmujemy z ognia i zostawiamy do całkowitego wystudzenia. Następnie wyciągamy buraki, obieramy je i kroimy – w Nopi w kostkę, u mnie w plastry, bo takie prościej ułożyć na kanapce czy zjeść w sałatce. Możecie zdecydować się też na słupki (np. do wrapów, sushi czy spring rollsów) – ważne, by kawałki były podobnej wielkości i raczej drobne (tudzież cienkie), aby marynowały się równomiernie. Przekładamy buraki do dużego słoika.

Zalewę, w której buraki się gotowały przecedzamy i z powrotem stawiamy na ogniu. Dodajemy sok i skórkę z pomarańczy, zagotowujemy i redukujemy na średnim ogniu mniej, tak długo by otrzymać mniej więcej 600 ml płynu (u mnie trwało to około 30 minut). Zalewamy buraki w słoiki, po drodze odcedzając na sitku skórkę pomarańczową, szczelnie zamykamy i odstawiamy na minimum 24 godziny. 

Aby złożyć idealną polską kanapkę, pajdę chleba smarujemy dobrym masłem (moje ulubione to dzięki Lukullusom masło z Grajewa, znane jako Łaciate). Możemy wcześniej lekko ją zgrillować. Układamy plasterki zamarynowanych buraków, nad całością kruszymy kozią chałwę (ilość wedle upodobania, ja daję dużo, można też zastąpić innym bardzo wyrazistym kozim serem, ale kto nie zna, niech koniecznie spróbuje chałwy!). Posypujemy solą, najlepiej w płatkach i - jeśli mamy - wędzoną (wiem, że w tym zestawie sól z Maldon mało lokalna, ale to mój faworyt. Choć planuję spróbować domowego wędzenia rzeczy już niebawem!). Na koniec kilka listków świeżej mięty. Podajemy na ulubionym polskim talerzu. Smacznego!

The 12 Dishes of Polish Christmas

Jakiś czas temu podporządkowałam swoje życie pracy nad projektem, którego efekt końcowy ujrzał przed kilkoma dniami światło dzienne. Od razu wykrzyczałam to na FB, ale moja internetowa wylewność nie pozwoliłaby mi przecież na tym zakończyć. Kto chciałby przeczytać dziś więcej na temat tego, jak razem z Culture.pl nakręciłam dwanaście anglojęzycznych filmów przedstawiających przepisy na polskie potrawy wigilijne – be my guest!

vlcsnap-2015-12-12-15h22m28s237.jpg

Mam szczęście za wieloletnią przyjaciółkę mieć pewną zdolną montażystkę, Martę. Już od jakiegoś czasu snułyśmy plany połączenia sił i kręcenia kulinarnych klipów. Szeroko rozumiana filmowa współpraca dobrze wychodziła nam od zawsze, choć ostatnie, co razem stworzyłyśmy (zapewne jakiś wciągający thriller, tudzież teledysk muzyczny) prawdopodobnie wciąż jest na VHS-ie. Zbieranie się do wspólnego nagrywania zajęłoby nam bez mała kolejne dziesięć lat... gdyby nie pojawił się bodziec nadający temu ręce, nogi i miano prawdziwego projektu.

Bodźcem był pierwszy mail od Sylwii z Instytutu Adama Mickiewicza. Kiedy przyszedł, tajemniczo napomykając o propozycji stworzenia kulinarnych filmów, byłam na kolacji z przyjaciółmi. Pobieżnie przeczytałam powiadomienie na telefonie i, mimowolnie zachichotawszy, od razu się tym z nimi podzieliłam. Moje towarzystwo nie mogło zdecydować czy zabawniejsza jest wizja Marianny gotującej przed kamerą niczym Robert Makłowicz, czy może raczej odcinek Kuchennych Rewolucji w moim domu? Żartom ze mnie na ekranie nie było końca. I podczas gdy najgłośniej chyba śmiałam się ja sama, kilka dni (i wiele maili) później znalazłam się na planie pierwszego filmu kulinarnego w swojej karierze.

Doskonale wiecie, że decyduję się na współprace wtedy, gdy są one w pełni zgodne z moim sercem i sumieniem. Od dawna gotowałam i będę gotować dalej z ziołami Baziółki pod ręką, to samo z prenumerowaniem Kukbuka i czytywaniem zdrowych newsów na hellozdrowie.pl. Kult czekolady Lindt wyznawałam na długo przed tą inicjatywą, a każdemu kto pyta gdzie jeść we Wrocławiu od dawna polecałam (i polecam dalej) Food Art Gallery. Współpraca z Culture.pl jest dla mnie kolejnym wyróżnieniem, bo to portal naprawdę bliski mojemu sercu. Czytuję go od lat, bardzo często wpadając w pułapkę licznych odnośników w artykułach, które przenoszą mnie do kolejnych i kolejnych tekstów. Zazwyczaj chodzę z głową w chmurach, ale jeśli zdarza mi się być na bieżąco z kulturalnymi newsami, prawie na pewno zawdzięczam to właśnie im. Jakby tego było mało, niezliczoną ilość razy ich zasoby ratowały mnie z opresji na studiach – nawet ostatnio, kiedy nagle okazało się, że już dawno powinnam była wybrać temat swojej pracy licencjackiej.

Teraz coś, co stworzyłam jest częścią tej skarbnicy wiedzy, a ja pękam z dumy i przybijam piątkę z Martą, bez której zupełnie nic by przecież nie powstało. Patrzymy na te filmy z zupełnie innej perspektywy niż Wy, to jasne. I mimo niedociągnięć, które w nich widzimy, ogromnie cieszymy się ze wspólnego sukcesu.

vlcsnap-2015-12-12-15h24m10s36.jpg

Nie ma co udawać, że kiszona kapusta nie klei się do noża przy krojeniu, a masa makowa na palcach wcale nie przypomina ziemi pod paznokciami. Domowe pierogi były, są i będą asymetryczne, a lepiąc je przez cały grudniowy dzień nietrudno dać się zaskoczyć zachodowi słońca (i kończyć robotę w ciemnopomarańczowym świetle). Podczas pracy nauczyłyśmy się, że to jest okej – kwestie, które z początku uważałyśmy za niedoskonałości, przy odpowiednim podejściu okazały się być po prostu autentyczne. Kręcone z ręki filmy postanowiłyśmy utrzymać w konwencji „podglądania” w kuchni. Jest naturalne światło, nierówne ujęcia, kadry przysłonięte plecami skupionej kucharki. Raz na jakiś czas jest trochę mnie, pojawia się nawet Luizjana, która dzielnie towarzyszyła mi w starciach z karpiami i piernikami. Chciałyśmy, żeby było szczerze, domowo i spokojnie. I choć te filmy miały trafiać w Wasze serca, a nie na duże ekrany, dostały nawet przemiłą nominację do Oscara :)

Post na Facebooku generalnie sprowokował ogromny napływ ciepłych słów i poparcia dla naszego projektu. Odświeżamy stronę bez przerwy, wciąż na nowo ładując zapasy dobrej energii płynącej z Waszych wiadomości i komentarzy. Za każde słowo ogromnie dziękujemy. Wciąż jesteśmy bardzo ciekawe Waszych opinii, dlatego piszcie jak najwięcej, co Wam się podoba, a co warto zmienić – musimy wiedzieć na przyszłość, aby każdy kolejny film był coraz lepszy!

Oto link do całego artykułu: http://culture.pl/en/article/the-12-dishes-of-polish-christmas (z tekstem Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux), a poniżej wstawiam wszystkie dwanaście filmów (koniecznie oglądajcie w HD!). Do moich ulubionych należą chyba kutia i makowiec, ale wiadomo, że nie od dziś mam obsesję na punkcie masy makowej. Marta wyjątkowo lubi jeszcze gołąbki.

Barszcz na zakwasie:

Zupa grzybowa:

Karp wigilijny:

Karp po żydowsku:

Śledzie w śmietanie (przepis mojej mamy!):

Pierogi z kapustą i grzybami:

Wigilijna kapusta z białą fasolą:

Gołąbki:

Kutia:

Piernik staropolski:

Makowiec:

Kompot z suszu:

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!