How to sprout Chickpea (and not only)

Już myślałam, że nie było mnie za długo, by przełamać milczenie i wrócić, a jednak! Jestem z powrotem i już zostaję. Żeby wynagrodzić Wam dwa miesiące ciszy przynoszę dużo materiałów. Pod lupę biorę dziś kiełki, chcąc wszystkich Was zachęcić do ich domowej produkcji. Przeczytajcie moje szczegółowe instrukcje – co i dlaczego warto w domu kiełkować, a przede wszystkim jak to robić (sposobów jest kilka, wszystkie proste!). Materiał opublikowany został w najnowszym numerze mojego ulubionego magazynu Chickpea – wegańskiego, pełnego przepisów i wartościowych treści, jak zwykle przepięknie oprawionego graficznie. Nowy numer w wersji online kupicie TUTAJ, a pod tym linkiem jest darmowa próbka tego, co w środku! Razem z czterema przepisami na moje dania z wykorzystaniem kiełków z gryki, ciecierzycy, soczewicy i słonecznika.

IMG_5709.jpg

Zwykle czekam z publikowaniem materiałów z Chickpea do dnia, w którym dotrze do mnie papierowy magazyn, ale teraz nie mogłam się powstrzymać. Przyszła zima, idealna pora na wielkie kiełkowanie! Czy budzące się do życia nasiona, ziarna i orzechy nie kojarzą Wam się bardziej z wiosną, tak jak mnie? Wtedy przecież budzi się cały świat, i to bez naszej pomocy. Tymczasem kiełkować warto przez cały rok! A tą chłodną i ciemną porą dodatkowe wartości odżywcze szczególnie się nam wszystkim przydadzą.

Zapraszam na moje kompletne WPROWADZENIE DO KIEŁKOWANIA, czyli Sprouting 101 (Chickpea to magazyn anglojęzyczny). Jeśli ktoś z Was miałby problem z angielskim, piszcie do mnie śmiało, a pomogę!

Nie tłumaczyłam tekstu celowo, po części dlatego, że chcę zacząć testować pisanie bloga po angielsku. Co byście na to powiedzieli? Czytalibyście chętnie, czy to dla Was przeszkoda?

title.jpg
Screenshot 2018-11-19 at 18.50.19 copy.jpg

Kiełkowaliście wcześniej w domu? Bardzo polecam spróbować! Jeśli lubicie wyzwania takie jak chleb na zakwasie, hodowanie kombuchy czy domowe kiszonki, koniecznie dodajcie kiełki do repertuaru żyjących projektów w swojej kuchni. Jeśli jest na odwrót i jedyne na co się porywacie to próby posadzenia drzewka z pestki awokado, właśnie od kiełkowania warto zacząć – nie wymaga ono dużego zaangażowania i żadnych specjalistycznych warunków.

Chciałabym też porzucić stereotyp kiełków jako splątanej garstki lucerny, która swego czasu dekorowała co drugi talerz ze zdrowym posiłkiem. Skiełkowane ziarna, nasiona i strączki są niesamowicie ciekawe, różne, mają ogromy potencjał! Sami zobaczcie jakie dania można z nich przygotować.

IMG_5768 copy.jpg

Falafel ze skiełkowanej ciecierzycy

4 porcje

  • 2 szklanki skiełkowanej ciecierzycy

  • 1 pęczek natki pietruszki

  • 2 małe ząbki czosnku

  • 1/2 średniej cebuli

  • sok z 1/2 cytryny

  • 1 płaska łyżeczka mielonego kuminu

  • 1/2 łyżeczki mielonej kolendry

  • 1/2 łyżeczki cynamonu

  • 1/2 łyżeczki pieprzu kajeńskiego/chili

  • 1/2 łyżeczki soli

  • 2-3 łyżki zimnej wody (lub więcej, do konsystencji)

  • olej roślinny do smażenia

 Umieść wszystkie składniki oprócz wody i oleju w malakserze (blenderze z ostrzem w kształcie “S”) i zmiksuj dokładnie, ale nie za gładko. Dodawaj wodę, łyżka po łyżce, tylko tyle by masa zaczęła się kleić i miała konsystencję odpowiednią do formowania falafeli w dłoni. Odstaw do lodówki na minimum godzinę.

Na głębokiej patelni rozgrzej olej – tyle, by przykrył dno (nie będziemy smażyć na głębokim tłuszczu). Z masy ciecierzycowej formuj okrągłe, spłaszczone falafele. Smaż na średnim ogniu z obu stron aż do zezłocenia. Po zdjęciu z patelni ułóż na ręczniku papierowym aby pozbyć się nadmiaru oleju. Podawaj z sosem z tahini, świeżymi lub pieczonymi warzywami, w pitach, lub w jakiejkolwiek aranżacji, na którą przyjdzie Ci ochota. Najlepiej smakują świeżo po usmażeniu, kiedy wierzch jest przyjemnie chrupiący, ale możesz przygotować je wcześniej i przechowywać w lodówce lub zabrać ze sobą na wynos.

IMG_5830.jpg

Śniadaniowy “budyń” ze skiełkowanej gryki

4 porcje

  • 2 szklanki skiełkowanej gryki

  • 1 duży banan

  • 5 dużych, świeżych daktyli, bez pestek

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego

  • szczypta soli

  • 1/2 – 1 puszki mleka kokosowego

  • dodatki, takie jak sezonowe owoce, syrop daktylowy, bakalie

Wszystkie składniki prócz mleka kokosowego i dodatków umieść w blenderze. Zacznij miksować na wysokich obrotach, powoli dodając mleczko, aż do uzyskania pożądanej gęstości budyniu. Kiedy będzie gładki i kremowy, przełóż do misek i udekoruj każdą porcję dodatkami.

IMG_5746 copy.jpg

Mleko ze skiełkowanych nasion słonecznika z tonką

2-4 porcje w zależności od wielkości

  • 1 szklanka skiełkowanego słonecznika*

  • 1 1/2 - 2 szklanki wody

  • 1 małe ziarno tonki

  • szczypta soli

  • 1/2 łyżeczki kurkumy

  • 1/3 szklanki syropu z klonowego, lub do smaku

  • kostki lodu do podania, jeśli na zimno

*W tym przepisie ważne jest, by użyć młodych (1-2 dniowych) kiełków słonecznika. Im dłużej kiełkują, tym ostrzejszy ich smak. Robią się też coraz bardziej zielone i chrupiące, co jest świetne w sałatkach, ale mleko czyni mniej kremowym.

Umieść nasiona słonecznika w blenderze z wodą. Zetrzyj pół ziarna tonki (robię to na microplanie, ostrze tarki musi być mocne, bo ziarenka są twarde!) i dodaj do blendera razem z solą i kurkumą. Miksuj na wysokich obrotach przez dwie minuty lub tak długo, aż mikstura będzie idealnie gładka. Odcedź mleko używając specjalnego woreczka lub po prostu gazy, wyciskając je do ostatniej kropli ze słonecznikowej pulpy (tę ostatnią wykorzystaj w cieście lub do zrobienia wegańskiego twarożku!). Do mleka zetrzyj drugą połowę ziarna tonki, dodaj też syrop klonowy. Podawaj z lodem jako alternatywę dla kawy mrożonej, lub na ciepło!

IMG_5711 copy2.jpg

Sałatka z kiełków zielonej soczewicy

4 porcje jako dodatek

  • 1 szklanka skiełkowanej zielonej soczewicy

  • 1/2 szklanki migdałów

  • garść ulubionych liści (np. sałaty rzymskiej, rukoli, szpinaku)

  • 5 małych moreli

  • garść czereśni, bez pestek

    dressing cytrusowy:

  • sok z 1 cytryny

  • 1 łyżeczka syropu klonowego

  • 3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

  • chluścik sosu sojowego lub tamari

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Wyłóż migdały na blachę i praż je przez 8-12 minut, aż zciemnieją i zaczną pięknie pachnieć. Wyjmij z piekarnika i odstaw do wystudzenia. W międzyczasie ugotuj skiełkowaną soczewicę na parze. Zajmie to około 10 minut, powinna być al dente. W dużej misce wymieszaj resztę składników – liście, morele, czereśnie. Dodaj soczewicę. Składniki na sos umieść w słoiku i wymieszaj intensywnie nim potrząsając. Dodaj dressing do sałatki, wymieszaj i obsyp posiekanymi prażonymi migdałami.

Smacznego!

Nie tak całkiem

IMG_2315.jpg

Te przepisy szykowałam kiedy kwitły jabłonie. Dziś dojrzałe owoce z impetem spadają z drzew przez cały dzień i noc. A przepis aktualny, bo taki to dziwny rok, że trwa sezon na wszystko naraz. Jedyne, czego już nie ma to szparagi, ale to żaden problem – podmieńcie je na brokuła lub zieloną fasolkę, a wyjdzie równie pysznie. 

Na kuchennym palniku stanie dziś tylko jeden garnek z wodą. Będziemy obserwować jak nabiera ona coraz bardziej zielonkawej barwy, po kolejnych partiach blanszowanych w niej warzyw. Wrzucone do wrzątku, będziemy je z niego wyławiać niemal od razu. Mgnienie oka – dokładnie tyle jest im potrzebne, żeby smakowały najlepiej. Na talerzach znajdzie się groszek cukrowy,  którego strączki są jędrne, soczyste i słodsze niż same ziarenka (ale jeśli nie znajdziecie odpowiednio młodego, możecie użyć też samych ziarenek). Małe pory, które podduszone na maśle w magiczny sposób nabierają jego cech i dosłownie rozpływają się w później ustach. Szparagi, ale ich najedliśmy się już w tym roku po pas... zamiast nich sięgnijcie po coś innego, najlepiej w równie pięknym zielonym kolorze. I pierwsze gruntowe ogórki, w pysznej chropowatej skórce – oczywiście na mizerię. Dodamy jeszcze tylko młode ziemniaki i otrzymamy klasyczny polski obiad – z jajkiem sadzonym, bez którego cały ten talerz miałby trochę mniej sensu.

IMG_2358.jpg
IMG_2315-3.jpg

Nie rezygnując z polskiej przewagi, urozmaicimy potem ten obiad egzotycznymi niuansami. Do warzyw dodamy japońską pastę miso, która rozpuści się w sosie tworząc słodko-słone, kremowe ragout. Zamiast śmietany do mizerii sięgniemy po tajskie mleko kokosowe (dorzućmy też dużo kolendry, która doda jej świeżości). A jajka posypiemy dymną papryką gochugaru z Korei, dzięki której nie będzie im trzeba ani szczypty soli. Umiejętność łączenia rodzimych skarbów, z tym, co dobre z daleka, to klucz do najpełniejszego wykorzystania potencjału tych wszystkich dobroci ze świata całego. O każdej porze roku.

IMG_2315 copy.jpg

Receptury z aktualnego numeru magazynu Aktivist, całość do podejrzenia tutaj, online. Jedliśmy to jako jeden z pierwszych w tym roku obiadów przy stole w ogrodzie. Teraz powoli szykujemy się na przedostatnie. 

IMG_2361.jpg

(Nie tak całkiem) klasyczny obiad polski

z ragoût z zielonych warzyw i miso,
orientalną mizerią
i jajem po koreańsku

 

4 porcje

 

– Mizeria kokosowa z kolendrą

  • 4 duże ogórki gruntowe
  • liście z dużego pęczka kolendry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1-2 łyżki soku z limonki
  • sól do smaku

Pokrój ogórki na cieniutkie plastry, korzystając z noża lub mandoliny. Umieść je w dużej misce, dodaj drobno posiekane liście kolendry, mleko kokosowe, sok z limonki i szczyptę soli. Dokładnie wymieszaj i w razie potrzeby dopraw do smaku. Możesz podawać od razu, ale najlepiej smakuje po schłodzeniu przez około 2 godziny w lodówce.

 

– Zielone ragoût z pastą miso

  • 800 g groszku cukrowego w strączkach
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • 25 g masła (w wersji wegańskiej zastąp olejem kokosowym)
  • 2 młode pory
  • szczypta soli
  • 2 łyżki nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 3 łyżki białej pasty miso
  • 100 ml gorącej wody
  • 200 ml mleka sojowego
  • skórka z 1 cytryny
  • parmezan w płatkach
     
  • oraz ok. 600 g młodych ziemniaków
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: jadalne kwiatki do dekoracji

Zagotuj duży garnek wody i delikatnie ją osól. Obok przygotuj miskę z zimną wodą i kostkami lodu. Najpierw wrzuć do wody strączki groszku, zblanszuj przez 1-2 minuty, a następnie wyłów (najlepiej sitem lub łyżką cedzakową) i od razu przełóż do wody z lodem. Dzięki temu zachowają piękny zielony kolor i będą chrupkie. Odłam zdrewniałe końcówki szparagów, a resztę pokrój na 2-cm kawałki. Główki odłóż, a pozostałe kawałki wrzuć do tej samej gotującej się wody i zblanszuj przez 2-3 minuty, aż zmiękną, ale wciąż będą jędrne. Na ostatnią minutę dorzuć główki szparagów. Wyłów i również umieść w misce z lodowatą wodą. Garnek zachowaj do gotowania młodych ziemniaków – wrzuć je do wody wyszorowane w całości.

Na głębokiej patelni lub w woku rozgrzej masło (lub olej). Dodaj posiekane w cienkie krążki pory (tylko białą i jasnozieloną część, bez ciemnych liści) i szczyptę soli. Duś przez 10 minut, dodając w międzyczasie cukier i odrobinę wody. Dorzuć do podduszonych porów odsączone strączki groszku i szparagi. W kubku wymieszaj pastę miso z gorącą wodą i dodaj na patelnię. Wlej także mleko sojowe. Wszystko razem delikatnie, ale dokładnie mieszając, podgrzej i gotuj przez pięć minut. Zdejmij z ognia, posyp świeżo startą skórką z cytryny i ewentualnie płatkami parmezanu.

Ugotowane ziemniaki odcedź, po nałożeniu na talerze rozgnieść na płasko widelcem, dopraw solą i obsyp jadalnymi kwiatami.

 

– Jajka sadzone z papryką gochugaru

  • 4 duże jajka
  • sól do smaku
  • 4 duże szczypty papryki gochugaru
  • olej do smażenia

Na dużej, płaskiej patelni rozgrzej warstwę oleju pokrywającą całą powierzchnię. Wbij na nią cztery jajka, każde dopraw delikatnie solą. Smaż przez kilka minut na niedużym ogniu, aż białko będzie ścięte, a żółtko wciąż płynne. Posyp papryką gochugaru i przekładaj na talerze.

 

Tropikalnym latem

IMG_2494small.jpg

Różne sprawy trzymają mnie ostatnio z dala od tego bloga. Część fajna, część nie, a do tego to gorące lato, które sprawia, że w luźniejszych chwilach na autopilocie kieruję się jak najdalej od komputera (czy, mówiąc inaczej, jak najbliżej jeziora). A w kuchni dzieje się sporo, bo lato jest w tym roku wyjątkowo intensywne – własne pomidory, przetwórstwo owoców, nalewki, kombuche, i dużo dużo Japonii, która ujrzy kiedyś światło dzienne, ale to jeszcze kiedyś dosyć odległe. 

I w tym bałaganie zatrzymałam dla siebie niechcący przepis na zupę wiosenną, ale i latem idealną – zwłaszcza tak tropikalnym, bo oprócz młodych polskich buraków są w niej kokosy, kiwi, bataty i pomarańcze. Nie jest więc na nią ani trochę za późno. A i ja już zapomniałam jak dobrze smakowała mi w maju, więc przy okazji publikacji odświeżę sobie pamięć w swojej kuchni.

Na HelloZdrowie przeczytajcie o dobrych właściwościach botwiny. Znajdźcie cierpliwość dla mnie i tej mojej Japonii (której fragmenciki, mimo ciszy na blogu, pokazuję regularnie i ochoczo tutaj). A potem jedzcie zupę – najlepiej na świeżym powietrzu. Najlepiej smakuje w połączeniu z gorącym słońcem, tak tropikalną wiosną jak i latem.

IMG_2547 copy.jpg
smallIMG_2491 copy2.jpg

Krem z młodych buraków ćwikłowych
z mlekiem kokosowym i kiwi

wg przepisu Jo Jurgi
4 porcje

  • 1 pęczek botwiny z czterema dużymi buraczkami

  • 2 marchewki

  • 1 batat

  • 2 ząbki czosnku

  • ½ papryczki chili

  • szczypta czarnuszki

  • kilka łyżek sosu sojowego

  • 1 puszka mleka kokosowego

  • 2 kiwi

  • sok z 1 pomarańczy

  • sól do smaku

  • biały sezam do podania

Buraki, marchewki, batata i czosnek obierz, pokrój na mniejsze kawałki i umieść w dużym garnku. Zalej wodą do ich poziomu, dodaj posiekane chili, szczyptę nasion czarnuszki i porządny chlust sosu sojowego. Gotuj wszystko razem do miękkości warzyw. Zdejmij z ognia, dodaj mleko kokosowe, obrane ze skórki kiwi oraz sok z pomarańczy i zblenduj całość na gładki krem. Dopraw do smaku – dodatkowym sosem sojowym lub po prostu solą. Zupę podawaj z najmniejszymi listkami botwiny i podprażonym sezamem. Smacznego!

Bez tytułu – ale pyszne!

smallIMG_4775.jpg

Bez tytułu i bez wstępów – nie mam dziś czasu nic napisać! Ze złośliwości losu (w postaci kota, który gryzie kable i notorycznie odcina mój komputer od zasilania) mam teraz utrudniony dostęp do internetu. Nieśmiało przyznam jednak, że mi to służy; a główny minus to właśnie cisza na blogu. Dziś ją przerywam, w pośpiechu częstując ostrą zupą kokosową z cukinii, którą zrobiłam mniej więcej w takim samym czasie, w jakim napisałam tego posta. 

small IMG_4779.jpg
small IMG_4710 copy.jpg

Uwielbiam ostre jedzenie latem. Zimą nie mniej, ale zima nie ma w ofercie TAKICH cukinii. Dlatego teraz jest najlepszy czas na cukiniową zupę tajską. Tak jak pisałam, kuchnia nawet nie zdąży się nagrzać – obiad będzie gotowy w dwadzieścia minut. A wasze brzuchy bardzo szczęśliwe, bo to lekkie, ale sycące i treściwe letnie rozwiązanie. 

small IMG_4774 copy.jpg

Tajska zupa z cukinii
ostra, kwaśna, słodka i wspaniała

Inspirowane przepisem Heidi Swanson

4 porcje

  • 1 biała cebula
  • 1 duży ząbek czosnku
  • łyżka oleju kokosowego
  • 3-4 liście kaffiru
  • spora szczypta soli
  • 1 kopiasta łyżka pasty curry, kolor obojętny (na zdjęciach wersja z czerwona)
  • opcjonalnie: 1 łyżeczka pasty tom yum (można zastąpić większą ilością curry)
  • 3/4 łyżeczki suszonego imbiru
  • 1/2 szklanki wody
  • 1 bardzo duża lub kilka mniejszych cukinii
  • 500 ml mleczka kokosowego
  • 2 płaskie łyżki sosu sojowego
  • do podania: ugotowany ryż, quinoa lub kasza
  • na wierzch: prażone migdały, posiekane daktyle, świeża mięta, ćwiartki limonki; posypałam też suszonymi płatkami róży, ale raczej dla ich koloru (choć było to smaczne połączenie). Można dodać wszystko, na co się ma ochotę!

Posiekaj cebulę i czosnek w drobną kostkę. W woku lub na głębokiej patelni rozgrzej olej, wrzuć cebulę z czosnkiem oraz liście kaffiru i wszystko dopraw szczyptą soli. Duś przez kilka minut na małym ogniu. Kiedy cebula się zeszkli, dodaj pastę curry, tom yum oraz imbir. Wlej 1/2 szklanki wody i wszystko wymieszaj. Podgrzewaj przez kolejne kilka minut. W międzyczasie pokroj cukinię w grubą kostkę. Dorzuć ją na patelnię, wlej mleczko kokosowe i dodaj sos sojowy. Częściowo przykryj patelnię/wok i gotuj na średnim ogniu aż cukinia zmięknie – około 5-7 minut. Nie podgrzewaj zbyt długo, aby nie straciła jędrności i kształtu! Na koniec spróbuj i dopraw do smaku. 

Do głębokich talerzy nałóż komosę ryżową (lub ryż czy kaszę, które wybierzesz). Wlej zupę i posyp każdą porcję dodatkami. Smacznego!

Japonia, cz. 12. Arashiyama (i zwariowany lodziarz)

Z radością i ekscytacją wracam do swoich japońskich opowieści! Dziś zabieram Was na obrzeża mojego ulubionego Kioto. Nie rozgaduję się przesadnie, obiecuję - a zamiast tego mam dla Was aż dwa przepisy na łakocie z zieloną herbatą. Jest też kilka małych przygód i ciekawych osobistości. Gotowi? To ruszamy!

Pierwszy przystanek to Arashiyama, która leży na zachodnich obrzeżach Kioto. Dojazd z dworca głównego (Kyoto Station) zajmuje 15-20 minut. Formalnie Arashiyama jest bowiem dzielnicą należącą do dawnej stolicy Japonii, ale panujący tutaj klimat sprawia, że myślę o niej raczej jako o spokojnej, peryferyjnej miejscowości. Najmilej przyjechać tu na lody lub piknik przy rzece, choć największą atrakcją w tej okolicy jest bez dwóch zdań las bambusowy.

Nie można odmówić mu wyjątkowej urody, i choć to miejsce bardzo popularne wśród turystów, nie wyobrażałam sobie nie zobaczyć go na własne oczy. Te kilka zdjęć drzew bambusowych, które Wam dziś pokazuję, to minimum do jakiego udało mi się ograniczyć przy tworzeniu tego posta. Po około trzech minutach od wejścia do lasu wiedziałam, że zrobię w nim kilkaset niemal identycznych zdjęć, z których niewiele przyda mi się w przyszłości. Ale nawet nie próbowałam z tym walczyć, to była jedna z piękniejszych scenerii jakie widziałam, ba, jakimi byłam ze wszystkich stron otoczona. 

Przez las poprowadzona jest wygodna ścieżka, ale nikt nie powinien mieć Wam za złe, jeśli nie będziecie bezwzględnie się jej trzymać. Zagłębianie się w dziki gąszcz podobało mi się najbardziej, szczególnie na etapie gdy w polu widzenia nie dało się znaleźć absolutnie niczego, co nie było bambusem! Razem z moimi towarzyszkami zaczęłyśmy poważnie wierzyć w bezkresność japońskiego lasu i dobre pół godziny błądzenia konieczne było do obalenia tej teorii. Wydawałoby się, że to czas absolutnie wystarczający na wpadnięcie w panikę, ale w otoczeniu najpiękniejszych zarośli na świecie było nam do tego daleko. Rytmiczny krajobraz w paski o barwie chłodnej zieleni, jego indywidualna akustyka, rozproszone światło i soczyste, chłodne powietrze; wszystkie te rzeczy, nadające Arashiyamie cech żyjącego organizmu, wprowadziły nas w mistyczny nastrój, wyciszyły i sprawiły, że wcale nie chciałyśmy się stamtąd wydostać.

Zrobiło się poetycko, a o Arashiyamie piszę dziś z przyczyn raczej prozaicznych. Chcę Wam przedstawić smak, który zawsze będzie dla mnie powiązany z tym miejscem. Smak specjału, który przyczynił się do tego, iż błądzenie po lesie było przyjemnością; co więcej, jest szansa, że to jemu zawdzięczamy wyjście z tej przygody cało.  Kiedy opuszczałam Yokohamę, kierując się w stronę tajfunu na Shikoku, wuj Montse dał mi czarodziejski przysmak dla wyczynowców, dodający rzekomo energii w trudnych momentach wędrówki. Przydał mi się bardzo, choć dam głowę, że była to zwykła czekolada. W Arashiyamie asa w rękawie miała moja znajoma, Diana. A dokładniej nie w rękawie, a w plecaku - i nie asa, a pudełko czekoladek z matchą. 

Jestem przekonana, że ekskluzywne zielone praliny Nama firmy Royce były równie magiczne, co czekolada z Yokohamy. Sięgałyśmy do pudełka aż zniknęła ostatnia; trzy zagubione podróżniczki w środku bambusowego gąszczu, w kompletnym potrzasku, ale z wielkim spokojem w sercach. Rozpuszczałyśmy na językach jedną pralinę za drugą, niespiesznie - akurat w rytm naszej wędrówki. Złożyło się to wszystko w jedną nad podziw udaną całość.

Wiele bym dała, żeby znów pogubić się dziś w Kioto i jego okolicach. Muszę być jednak cierpliwa, a pomaga w tym sprowadzanie kawałka Arashiyamy do domu. Nie przywiozłam ze sobą czekoladek Royce - zrobiłam je własnoręcznie i smakują jak oryginalne. Czy to z tęsknoty za Japonią, czy dopiero z chęci jej poznania, wyjdzie Wam na dobre jeśli i Wy je przygotujecie. Oby tak jak mnie z Arashiyamą, Wam już zawsze wspaniale kojarzyły się ze mną!

Praliny z matchą

na około 25-30 sztuk, źródło przepisu

  • 400 g białej czekolady*
  • 100 ml śmietanki 36%
  • 30 g masła
  • 2 łyżki z lekką górką matchy (użyłam tradycyjnej) + do posypania
  • foremka lub kanciaste naczynie, ok. 20x20 cm

* Dobra jakość i smak czekolady mają kluczowe znaczenie dla tego przepisu. Wybierając czekoladę upewnijmy się, że w składzie ma tłuszcz kakaowy, a nie roślinne zamienniki! Najbardziej lubię Lindt, ale na przykład teraz wśród portugalskich produktów w Biedronce jest dobra biała czekolada do wypieków firmy Pantagruel.

Zaczynamy od przygotowania foremki - precyzyjnie wykładamy ją przyciętym papierem do pieczenia. Upewniamy się też, że wszystkie narzędzia, z których będziemy korzystać (foremka, szpatułka, garnek) są suche. Nawet kropelka wody może zrujnować nam przepis (czekolada rozwarstwia się po jej dodaniu)!

W garnuszku podgrzewamy śmietankę do “prawie zagotowania”. Kiedy zaczną pojawiać się bąbelki, zdejmujemy z ognia i dodajemy drobno posiekaną czekoladę oraz masło. Mieszamy intensywnie szpatułką do momentu, aż wszystko rozpuści się i utworzy jednolitą masę. Powinna zgęstnieć i nieco ostygnąć. Wówczas przesiewamy do garnka matchę i intensywnie mieszamy do jej połączenia z resztą składników. Całość przelewamy do przygotowanej foremki, wygładzamy powierzchnię i stukamy kilka razy o blat, aby pozbyć się bąbelków powietrza. Odstawiamy do zastygnięcia, a następnie szczelnie przykrytą formę wkładamy do lodówki na minimum 4-5 godzin (a najlepiej na całą noc). 

Następnego dnia wyciągamy zielony blok z formy. Nóż rozgrzewamy w gorącej wodzie, dokładnie osuszamy i kroimy masę na kwadraciki o wymiarach nie większych niż 1x1 cm. Praliny są słodkie i intensywne, dużo lepiej smakują jedzone małymi kęskami (na mój gust powinny być ćwiercią tych, które widzicie na zdjęciu - sama jem je na 3-4 gryzy). Posypujemy z wierzchu jeszcze odrobiną matchy (użyłam do tego luksusowej). Podajemy schłodzone. W lodówce możemy przechowywać je do 4-5 dni w zamkniętym pudełku. Smacznego!

Niespodzianka! To nie koniec smakołyków na dziś. W poście wprowadzającym do tematu matchy pokazywałam Wam między innymi zielone lody kręcone. Na zdjęciu (zrobionym w Arashiyamie!), z najszczerszą radością w oczach trzyma je wspomniana wcześniej Diana. Tak, było nam mało! Po wyjściu z bambusowego lasu, z brzuchami wypełnionymi pralinkami z matchą, pospieszyłyśmy prosto na matchowe lody. Co poradzić - w Japonii wypada jeść je przynajmniej raz dziennie, a przyswojenie wcześniej tygodniowego przydziału zielonej herbaty w czekoladkach nijak z tego obowiązku nie zwalnia. 

Chcąc być konsekwentną, lody także dla Was zrobiłam! A żeby skorzystać mogli wszyscy (bo wiem, że jest wśród Was wielu wegan), wybrałam recepturę w stu procentach roślinną. Choć jestem dozgonną wyznawczynią lodów śmietankowych, nie uważam, że bez mleka nie da się zmrozić niczego dobrego.  Jestem natomiast przekonana, że niezbędna jest lodowa maszyna - ale o tym truję za każdym razem.

Lubię (i zazwyczaj darzę szacunkiem) lody robione z tłustego mleczka kokosowego. Dzięki jego kremowości nie brakuje im wiele do tych klasycznych, na śmietanie. Ale kiedy będę starsza i odważniejsza, spróbuję zrobić wegańskie lody z tofu. Na pewno podzielę się z Wami przepisem, pod jednym tylko warunkiem - jeśli odwrócę je do góry nogami i nie spadną z wafelka, a więc pomyślnie przejdą test szalonego lodziarza z Kioto.

Chciałam przedstawić Wam go pisząc o Fushimi Inari, pięknej świątyni szintoistycznej, która słynie z górskiego szlaku ciągnącego się pod tysiącami pomarańczowych bram torii. Chwilowo nie mam jednak dostępu do zdjęć z Japonii, a z przepisem na lody bardzo nie chcę dłużej czekać. Sklepik lodziarza znajduje się w bliskim sąsiedztwie Fushimi Inari, ale muszę te rzeczy rozdzielić i o wędrówce na szczyt góry za świątynią opowiem Wam innym razem. 

Soja w Japonii nie musi szczególnie walczyć o swoją pozycję w społeczeństwie. Wszyscy sięgają po nią chętnie - mleko sojowe łączą z matchą, zajadają się fermentowanymi ziarnami w postaci glutka zwanym natto, a tofu (zwłaszcza w Kioto, które szczyci się jego wyrobem) zajmuje w sklepach osobne, wielkie lodówki. Biorąc pod uwagę tę popularność, aż dziw jak trudno jest znaleźć w stu procentach roślinne lody. Bardzo popularne są te o smaku mleka sojowego, jak również yuby („kożucha” z tofu) czy kinako (prażonej mąki sojowej), ale ich bazą wciąż jest zazwyczaj krowie mleko z prefektury Hokkaido.

To dlatego lodziarz spod Fushimi Inari tak szczyci się swoimi od początku do końca sojowymi wyrobami w sklepiku Kyozuan. Aby położyć nacisk na doskonałość ich smaku i konsystencji osiągniętą bez dodatku mleka, chętnie wymachuje nimi gościom przed nosem do góry nogami. To dowód na to, że lody są gęste, zwarte i trzymają się miejsca, które im właściwe.

Osobiście, bardziej niż za gęste uznałam je za lekko gumowe - smaczne, ale ewidentnie zrobione z czegoś bardzo dalekiego prawdziwej śmietance. Robiąc lody w domu, trzymam się póki co starego, dobrego mleczka kokosowego (i nie próbuję z nimi na razie żadnych akrobacji). Ale wysyłam Was tam obowiązkowo - zapoznajcie się ze zwariowanym lodziarzem i spróbujcie tofu upside-down ice cream (śmiało mogę chyba stwierdzić, że to jedyne miejsce z taką ofertą na świecie). Może być na zachętę przed wędrówką po szlaku za Fushimi Inari, może w nagrodę po przebyciu tej niełatwej trasy, a może i zupełnie niezależnie - nikt nie będzie Was oceniać, jeśli przyjedziecie tu tylko do Kyozuan. 

Kyozuan - 京豆庵
16-20, Fukakusa Haraigawacho
Fushimi-ku, Kyoto

A jeśli nie wybieracie się w najbliższym czasie do Japonii, łapcie przepis na domowe wegańskie lody z matchą. Na pewno będę jeszcze robić wersję na prawdziwej śmietance, ale bez obaw, głównie dlatego, że potrzebuję pretekstu - tym poniżej naprawdę niewiele brakuje do mojego ideału. 

Lody z matchą
(wegańskie)

ok. 0,5 litra lodów, na podstawie tego przepisu

  • 1 puszka (400 ml) mleka kokosowego 
  • 4 płaskie łyżeczki matchy (użyłam tradycyjnej)
  • 1 płaska łyżka skrobii ziemniaczanej
  • niecałe pół szklanki drobnego cukru
  • 2 łyżki syropu klonowego
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego
  • szczypta soli

Matchę przesiewamy razem ze skrobią do miseczki i roztrzepujemy z odrobiną mleka kokosowego, tak aby nie było żadnej grudki. Dodajemy do naczynia z resztą mleczka, cukrem, syropem klonowym, ekstraktem waniliowym i szczyptą soli. Wszystko razem dokładnie mieszamy, aż do rozpuszczenia cukru. Próbujemy mikstury - ma mieć intensywny smak matchy i być odrobinę zbyt słodka (po zmrożeniu słodycz jest znacznie mniej odczuwalna). Przelewamy do schłodzonej misy maszyny do lodów i postępujemy zgodnie z instrukcjami producenta. Zmrożoną masę przekładamy do pudełka i chowamy do zamrażarki jeszcze na kilka godzin. 

(Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już przy okazji najlepszych na świecie cereal milk ice creamzdrowych lodów chałwowych,  mrożonego jogurtu waniliowo-klonowego z awokado, czy lodów Daim, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów!)

継続します (C.D.N.)