Elvis has left the building

Zawsze powtarzam, że im więcej ma człowiek na głowie, tym, o dziwo, lepszy robi użytek z każdej minuty. Czas jest nagle o wiele cenniejszy, a zresztą jak wpadnie się w wir pracy, to nie tak łatwo zwolnić, nieistotne w jakiej sferze. Zawsze się to u mnie sprawdzało, a teraz jakoś szwankuje. Ostatnio poszłam raczej w stronę przepracowania, ze znużenia którym każdą nadarzającą się luźną godzinę wolę poświęcić na jakiś reset, dajmy na to, leżenie z kotem na brzuchu albo spotkanie z dawno nie widzianymi twarzami (a nawet wspólną wyprawę w Polskę – z kilkoma odhaczonymi aktywnościami, acz wciąż raczej dla zabawy). W efekcie w domu nie gotuję ostatnio prawie nic, a jak już mi się zdarza, to nie chwalę się tutaj, bo zdjęć i konkretów brak (składniki na oko, światła dziennego brak, głodni czekają przy stole). Ale basta, dłużej to trwać nie może, bo nie wrócę nigdy. Maraton obowiązków raczej się nie kończy (wręcz przeciwnie, na horyzoncie dodatkowo zaczyna straszyć koniec semestru), kończy się za to moja popisowa nieobecność tutaj. Po ptakach, jak mówią, Elvis has left the building, budzę się z zimowego snu i wracam z nowymi pomysłami.

A jak już wspominamy o Elvisie – dzisiaj przed Wami śniadanie inspirowane jego specjałem. Słynne Presleyowe smażone tosty z masłem orzechowym i bananem zawsze uważałam trochę za danie dla grubasa. Mam nieposkromiony apetyt i naprawdę pojemny brzuch, ale ich chyba nigdy nie dojadłam do końca. Pyszne, ale ciężkie jak diabli. Jeśli liczymy na produktywny dzień (lub przynajmniej na podniesienie się z krzesła), jako śniadanie nie sprawdziłyby się zupełnie. Ale bez obaw – to, co najlepsze w tym przysmaku nietrudno odtworzyć w wersji przyjaznej byciu fit. Zresztą głowę dam, że widnieje to na wielu listach z noworocznymi postanowieniami. A że kasza jaglana jest lekkostrawna i (jakby ktoś jeszcze nie słyszał) wyjątkowo zdrowa, to efekt mamy i pyszny, i odpowiednio pożywny. Po prostu śniadanie Króla!

Jaglanka Króla
z bananami i masłem orzechowym

6 łyżek kaszy jaglanej
1 szklanka mleka
3/4 - 1 szklanka wody
szczypta soli
2 duże łyżki syropu klonowego lub miodu
1 dojrzały banan
2 łyżki masła orzechowego
opcjonalnie: 2-3 kostki gorzkiej czekolady

Kaszę jaglaną uprażyć na sucho w rondelku. Kiedy zacznie ładnie orzechowo pachnieć, zalać wodą i mlekiem, dodać szczyptę soli i gotować na małym ogniu bez mieszania, tak długo aż wchłonie cały płyn (ok. 10 minut). Kiedy będzie gotowa, można wedle uznania dodać jeszcze mleka, aby uzyskać gęstość jaką najbardziej lubicie. Ja lubię lekko zblendować jaglankę, aby była bardziej kleista, ale nie jest to konieczne. Doprawić cynamonem i wymieszać z jednym bananem rozgniecionym na papkę. Posłodzić do smaku.

Drugiego banana pokroić w plastry. Jaglankę przełożyć do dwóch misek i każdą porcję zwieńczyć łyżką masła orzechowego. Kiedy zacznie się ono roztapiać, całość warto lekko przemieszać. Udekorować bananem, a w wersji deluxe na samą górę zetrzeć odrobinę czekolady. Smacznego!

Brokuły z sosem orzechowym

Mam wrażenie, że po raz setny rozpoczynam tymi słowami, ale pal sześć: wracam do żywych! Przerwałam pisanie przez intensywną pracę nad nową stroną! I troszkę przez wakacje, brak czasu (lub chęci spędzania go przed ekranem komputera). Ale wracam, bo bardzo tego chcę i potrzebuję - a Coutellerie w nowej odsłonie spodziewać się możecie już bardzo niedługo.

Póki co mam dla Was przepis na sałatkę, wspaniałą jako dodatek do obiadu czy przystawkę, ale dobrą też w roli pełnowymiarowego dania, szczególnie w towarzystwie quinoa czy ewetualnie brązowego ryżu. Dressingi na bazie masła orzechowego to moje aktualne uzależnienie (które nastąpiło płynnie po epoce tahini). Są świetne z wszelkimi sałatami, ale szczyt ich wspaniałości ukazuje się właśnie w towarzystwie warzyw na ciepło. Wszelkie sosy przygotowuję na oko, nieustannie próbując i na bieżąco oceniając czego należy dodać więcej, ale podaję tu proporcje, od których możecie wyjść. Efekt końcowy zależy jednak od Was samych i tego jak mocno zdecydujecie się go doprawić.

Brokuły z sosem orzechowym

2-3 porcje jako dodatek/przystawka

1 główka brokuła
pestki z 1/2 granata
garść delikatnych kiełków (np. brokuła lub lucerny)
3 kopiaste łyżki masła orzechowego
1 łyżka oliwy extra vergine
1 pełna łyżka delikatnego miodu
1 - 2 łyżeczki sosu worcester
1 łyżeczka sosu sojowego
sok z cytryny (do smaku, ale ok. 1 całego owocu)
większa szczypta pieprzu czarnego lub cytrynowego oraz pieprzu cayenne
mniejsza szczypta imbiru, wędzonej papryki, kurkumy
gorąca woda do odpowiedniej konsystencji
ew. sól

Składniki na sos wymieszać ze sobą dokładnie (masło orzechowe można lekko podgrzać, aby je upłynnić). Próbować, kosztować i oceniać, a następnie regulować smak dodając tego i owego, aby spełniać swoje indywidualne oczekiwania. Wodą należy rozcieńczać do momentu uzyskania kremowej konsystencji, ciut gęstszej niż ciasto naleśnikowe. Odstawić do przegryzienia na min. godzinę.

Brokuła umyć i podzielić na różyczki. Ugotować na parze, przez 7-10 minut (nie rozgotować, mają pozostać lekko chrupiące!). Od razu przelać zimną wodą, dzięki czemu zachowają żywy kolor. Odstawić na moment, by wyschły całkowicie. Następnie rozłożyć je na talerzu i szczodrze oblać sosem orzechowym. Całość okrasić pestkami granata i ulubionymi kiełkami. Smacznego!

Żytnie naleśniki

Patrząc na dzisiejszy przepis, przygotowując zdjęcia i wspominając ten smak, chciałam zacząć od tego, że nie znam osoby, która nie lubiłaby naleśników.

Po chwili zorientowałam się, że to niestety nieprawda. Co więcej, w niedalekiej przeszłości sama nie byłabym pewna co odpowiedzieć, gdyby ktoś zapytał mnie o skojarzenia z tym daniem. Przypominały mi się z tłustawe, zdecydowanie zbyt grube placki, bo tylko w takiej postaci potrafiłam je sobie przyrządzić jako dziecko (a była to druga, zapewne po jajecznicy, potrawa, której się nauczyłam). Wspomnienie to odeszło w niepamięć niedługo po mojej przeprowadzce do Paryża, gdzie naleśniki bez dwóch zdań figurują jako kulinarny klasyk.

Francuzi opanowali do perfekcji sposób przygotowania i podania crêpes, odczarowując w ten sposób na zawsze mój doń ambiwaletny stosunek. Niezależnie od tego czy jedzone w jednej z bretońskich naleśnikarni przy Rue du Montparnasse, czy z ulicznej budki na kółkach dla turystów pod wieżą Eiffla, tamtejsze crêpes zawsze były pyszne i idealnie cieniutkie.

Nie pozostało mi nic innego, jak nauczyć się robić takie naleśniki w domu. Po powrocie, pierwszy raz od kilku ładnych lat sama zabrałam się za smażenie. Myślałam, że będzie to wymagało nauki na błędach i co najmniej kilku nieudanych prób, ale już za pierwszym razem uzyskałam przepyszny pożądany efekt. Z każdym kolejnym podejściem zaczęłam do naleśników podchodzić odważniej, i tak powstała wersja pełnoziarnista, a teraz również stuprocentowo żytnia. W tych dwóch odsłonach smakują inaczej, mają orzechowy posmak i ciemniejszy kolor, ale nie tracą na delikatności, dlatego wciąż całkowicie spełniają wymogi mojego rozpieszczonego przez francuskich kucharzy podniebienia. Kluczem do tego smaku jest dodatek rozpuszczonego masła i bardzo rozrzedzone ciasto (by naleśniki rozlewały się na patelni na grubość papieru).

Crêpes są idealną propozycją na śniadanie, usmażone wieczorem mogą spokojnie przeczekać do rana w lodówce. Nadziewanie to kwestia gustu, ja zjadłam je z masłem orzechowym, syropem klonowym i jeżynami prosto z prywatnych krzaków. 

Żytnie naleśniki

(1 porcja, ok. 5 dużych ale cienkich naleśników)

1/4 szklanki mąki żytniej razowej
1/3 szklanki jasnej mąki żytniej (typ 720)
1 jajko
1/3 szklanki mleka
1 łyżka stopionego masła
ew. 1 łyżka cukru (ja użyłam brzozowego)
szczypta soli
woda, najlepiej gazowana - do konsystencji

Wszystkie składniki zmiksować ze sobą dokładnie (ja robię to przy pomocy zwykłego blendera z kielichem). Na koniec dodawać wodę do uzyskania lejącego, gładkiego ciasta. Im więcej dodamy wody tym naleśniki będą cieńsze i dziurawe, ale i trudniej będzie je przewrócić. W miarę możliwości ciasto odstawiamy je na 15 minut by odpoczęło.

Patelnię przed smażeniem należy naprawdę mocno rozgrzać. Jeśli jest to dobrej jakości teflon, można śmiało pominąć jakikolwiek tłuszcz, ja zawsze używam kapki oleju jedynie przed pierwszym naleśnikiem. Z przewracaniem należy czekać do ostatniej chwili - brzegi naleśnika muszą mocno zbrązowieć, inaczej może on porwać nam się w dłoniach. Przez to, po usmażeniu, naleśniki mogą być miejscami chrupkie, sztywne - wystarczy układać je na kupie i na bieżąco zamykać pokrywką od patelni lub drugim talerzem. Momentalnie zmiękną od własnego ciepła, i będą najdelikatniejszymi z jakimi mieliście przyjemność. Smacznego