Jak zostałam mistrzem ramen z Kioto

IMG_0556.jpg

Nikt już pewnie nie pamięta tajemniczego zdjęcia, które pojawiło się na moim Instagramie podczas wiosennego pobytu w Japonii. W swoim czasie wywołało ono jednak pewne zainteresowanie, może przez podejrzenie bycia kolejnym primaaprilisowym żartem… Było jednak zupełnie na serio. Kto nie wierzył, że naprawdę pracuję w restauracji ramen? Dzisiaj mam dla Was dowód! Pod okiem mistrza nauczyłam się tam robić jedyny w swoim rodzaju wegański ramen z mlekiem sojowym. Zaczynałam od nieśmiałego tarcia skórki z yuzu na garnisz, a skończyłam przygotowując ramen samodzielnie, i to bez ściągawki.

small24 44.jpg

Minoru Yonekawę poznałam przy pierwszej wizycie w Japonii, kiedy odwiedziłam jego restaurację w towarzystwie Marysi, która też była wtedy w Kioto (ściskam!). Trafiłyśmy tam w czasie popołudniowej przerwy i odbiłybyśmy się od drzwi, ale Minoru wyjrzał z okna swojej sypialni na piętrze, ulitował się i postanowił nas obsłużyć. Byliśmy więc w restauracji sami i mogliśmy swobodnie rozmawiać. Szczególnie, że znajdowaliśmy się pół metra od siebie, po dwóch stronach wąskiego baru. Minoru wyczarował ramen, który zwalił nas z nóg. Na nic specjalnie nie licząc spytałyśmy o przepis, a on ochoczo podyktował nam go łamanym angielskim. Było tam jednak sporo nieścisłości typowych dla kogoś dopracowującego potrawę od lat – odmierzającego składniki na wyczucie, szacującego proporcje odpowiednią gęstością lub kolorem, oceniającego gotowość po zapachu. Wiedziałam, że żeby dokładnie odtworzyć ten ramen w mojej kuchni, musiałabym poobserwować kucharza w akcji znacznie uważniej.  

Po dwóch latach wróciłam do Japonii i odezwałam się do Minoru, mając nadzieję, że będzie mnie pamiętał. Miałam szczęście! I już po kilku dniach od tej rozmowy siedziałam przy znajomym barze, nad miską ramenu za którym tak tęskniłam. Ale tym razem po jedzeniu, zamiast spakować się i pożegnać, pomogłam mu zamknąć restaurację, zadając w międzyczasie mnóstwo pytań o zawartość lodówki i kuchennych szafek. A później rozłożyliśmy futon i z jednego pokoju wyłożonego tatami zrobiliśmy mi sypialnię. Następnego dnia o świcie zwinęłam swoje legowisko i ustawiłam stolik, z powrotem zamieniając sypialnię w salę dla gości restauracji. A potem zawiązałam fartuch, wskoczyłam za bar i stałam się uczennicą mojego ramen sensei. I tak przez najbliższe kilka dni.

Poznałam od podszewki każdy etap przygotowywania Ramenu Światowego Pokoju, jak nazywa go Minoru. Wegańskiego, kremowego, pełnego umami – chyba ulubionego (a mówi to wielbicielka potrójnie mięsnego tonkotsu). Później wszystko opisałam w sześciostronicowym materiale, który ukazał się w ostatnim numerze magazynu Chickpea.

small 24 4.jpg

Artykuł możecie przeczytać tu na blogu, ale po przepis zajrzyjcie do magazynu – tutaj dostępna jest próbka, można zajrzeć do środka. A cały numer kupicie tu, w oficjalnym sklepie – kosztuje tylko pięć dolarów, ale zastanówcie się nad prenumeratą. Warto, sama ją mam – dostaję pocztą papierowe wersje numerów ze swoim udziałem, ale one drukują się wiele tygodni po premierze wersji cyfrowych. Tak czy siak wciąż czekam na dzień, w którym będzie można kupić u nas Chickpea na papierze (zawsze, niezależnie od opóźnień, będzie on u mnie wygrywać z ekranem).

IMG_0560.jpg

Addio, szparagi. I domowy makaron

IMG_7588 copy.jpg

Trochę mnie nie było! Mam nadzieję, że zatęskniliście za mną tak, jak ja za wami. Dobrze jest znów gotować, eksperymentować, pisać i fotografować. Będę się odzywać często – w gotowości mam mnóstwo przepisów, jeszcze więcej w planach na najbliższe dni.

Wróciłam do własnej kuchni, gdzie zaszły w międzyczasie letnie zmiany – jest trochę ciemniej, bo wielki kasztan za oknem, łysy kiedy wyjeżdżałam, ma teraz bujną zieloną fryzurę; na stole stoją kwiaty, a  drewniana miska ledwo mieści pomidory, brzoskwinie i młodą włoszczyznę. Ale zanim rozgadam się o lecie, chcę cofnąć się do wczesnej wiosny i szparagów, których ostatnie pęczki można kupić jeszcze w warzywniakach. Bezlitośnie krótki sezon dobiega końca, a ja mam przepis, który koniecznie musicie jeszcze wypróbować!

Podczas mojej nieobecności ukazał się nowy numer magazynu Aktivist, a w środku jak zwykle pyszności ode mnie. Robiony od podstaw makaron buraczany, chrupkie zblanszowane szparagi, domowe marynowane oliwki o aromacie skórki pomarańczowej… cud do potęgi, bo na talerzu przemieszane z porwaną burratą, chrupiącą szałwią i młodymi, świeżymi listkami. Lekkie, orzeźwiające, przepełnione wiosną. Świetnie idzie w parze z chłodnym białym winem. Nawet jeśli nie czujecie się na siłach by wałkować domowy makaron – wykorzystajcie gotowy, również będzie pysznie. To wymarzone danie na pożegnanie szparagów; kto wie, może po spróbowaniu tak jak ja zdecydujecie się witać je nim za rok?

Aktivist jest bezpłatny i ukazuje się w sześciu polskich miastach (Warszawa, Łódź, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Wrocław), szukajcie go w kawiarniach, restauracjach, klubach i tym podobnych miejscach. A jeśli nie znajdziecie, po przepisy zajrzyjcie do wydania online.

 

La scarpetta

Mam sentyment do domowych, polskich obiadów. Wychowana na „zupie i drugim”, do dziś z przeziębienia leczę się rosołem, a za ruskimi mojej babci skoczyłabym w ogień. Jednak mam takie dni, kiedy polskie dwa dania kończą się dla mnie za szybko. Choć wstaję od stołu z pełnym brzuchem, nadal jestem głodna – pogawędek, smakowania, błogiej dezorientacji rozmaitością jedzenia. Na to sposób jest prosty – obiady jeść po włosku.

Typowy posiłek w Italii prócz primo i secondo piatto zawiera jeszcze antipasto, contorno, insalate i dolce. Na otwarcie i zamknięcie trunki – aperitivo i digestivo, które są tak samo ważne jak pełnoprawne dania. A między kolejnymi pozycjami wino, rozmowy i przeciąganie obiadowej przerwy w nieskończoność. Mnie do tego ciągnie – kiedy siadam do stołu, lubię zostawać przy nim tak długo, jak to możliwe. Apetyt, jak na niego przystało, rośnie mi w miarę jedzenia. Podobnie jak Włosi, wolę dużo małego niż mało dużego. A starając się trzymać włoskiej formuły, automatycznie uciekam też ostatnio we włoskie smaki.

Nieważne, czy w brzuchu jest jeszcze miejsce; każdy Włoch przedłuży dodatkowo posiłek wycierając talerz do czysta kawałkami chleba. Wykona tym samym wdzięcznie brzmiącą la scarpettę, która, choć w istocie jest czynnością, stanowi element posiłku równie nieodzowny jak poszczególne potrawy. Bardzo ten zwyczaj lubię i mój apel brzmi: nie jedzcie dziś pojedynczego obiadu. Nie narzucam Wam wielodaniowej biesiady w środku tygodnia; jeśli zachowacie włoskie smaki, możecie z bez obaw przyjąć polską, dwudaniową formułę. Ale niech pierwszym daniem będzie makaron, a drugim tylko kawałek dobrego chleba i sos pozostały na dnie talerza i patelni. Mniej gotowania, mniej zmywania, więcej obłędnie aromatycznej oliwy z cytryną i anchois. (A zupa na pewno się nie obrazi!)

Makaron z oliwą, anchois i cytryną

2 – 4 porcje*
na podstawie tego przepisu

Makaron:

  • 1 mała cebula
  • 2 małe ząbki czosnku
  • 1 niewoskowana cytryna
  • ok. 100 ml wyrazistej oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 50 g filetów anchois (po odsączeniu)
  • 300 g ulubionego makaronu (najlepiej spaghetti, linguini lub tagliatelle)
  • natka pietruszki
  • sól, świeżo mielony czarny pieprz

Domowa bułka tarta:

  • 1 duża kajzerka (lub inna bułka, dla ciekawego smaku można też użyć jasnego chleba, np. na zakwasie)
  • 3-4 łyżki masła
  • szczypta soli

Zacznij od przygotowania sosu. Cebulę obierz i pokrój na ósemki, ząbki czosnku rozgnieć bokiem noża, a z cytryny zdejmij dwa paski skórki (użyj do tego obieraczki do warzyw). Resztę skórki zetrzyj klasycznie na drobnej tarce, a z gołej cytryny wyciśnij sok (obie rzeczy odstaw na razie na bok, będą potrzebne na końcowym etapie).

Na zimną patelnię wlej oliwę i dodaj kawałki cebuli, czosnek i skórkę cytryny, a także odsączone fileciki anchois. Postaw na najmniejszym palniku i powoli podgrzewaj, co jakiś czas delikatnie mieszając. Po około 10 minutach, kiedy anchois zaczną rozpadać się w oliwie, zdejmij z ognia, przykryj i odstaw do przegryzienia.

W międzyczasie przygotuj bułkę tartą. Pokrojoną kajzerkę (lub inne wybrane pieczywo) podsusz w piekarniku w temperaturze 140 stopni przez 15 minut. Możesz wykorzystać kilkudniowe kromki, ale nie kompletnie czerstwe – smak będzie gorszy. Po suszeniu przełóż do mocnego, papierowego worka i rozgnieć wałkiem, tłuczkiem lub butelką oliwy. Uważaj by nie przesadzić i pozostawić większe kawałki! Moim zdaniem grubo mielona bułka tarta lepiej wieńczy potrawy, oprócz smaku dodając także ciekawej faktury. Jest też bardziej uniwersalna do przechowywania, na potrzeby innych przepisów zawsze można zmielić ją drobniej.

Rozgniecioną bułkę tartą wysyp na suchą patelnię i często mieszając praż, aż zacznie się rumienić. Odsuń bułkę na brzegi patelni, a w środek wrzuć masło. Kiedy będzie się rozpuszczało, na bieżąco mieszaj je z bułką. Dopraw szczyptą soli i smaż kilka minut, aż zacznie rozchodzić się delikatny aromat palonego masła. Zdejmij z ognia i pozostaw do całkowitego ostudzenia.

Z przygotowanego wcześniej sosu wyłów dziurawą łyżką czosnek, cebulę i skórkę z cytryny (czosnek i cebulę można też zostawić, nam bardzo smakowały!). Teraz ugotuj makaron al dente według instrukcji na opakowaniu. W ostatniej minucie gotowania zacznij ponownie podgrzewać sos na patelni. Odcedź makaron i dodaj go do gorącego sosu (na tej samej patelni, jeśli jest wystarczająca; jeśli nie, przełóż wszystko do miski lub wykorzystaj garnek, w którym gotował się makaron). Wlej połowę wyciśniętego wcześniej soku z cytryny. Energicznie potrząsaj naczyniem i „podrzucaj” makaron w środku, aby wszystko dokładnie się wymieszało – oliwa z sokiem z cytryny stworzą kremową emulsję. Dopraw solą, spróbuj i ewentualnie dodaj więcej soku z cytryny do smaku.

Nałóż makaron do głębokich talerzy i każdą porcję posyp hojnie bułką tartą oraz posiekaną natką pietruszki. Dopraw świeżo zmielonym czarnym pieprzem i podawaj! A po zjedzeniu, kawałkiem ulubionego chleba dokładnie wytrzyj talerz i patelnię, aby ani kropla aromatycznego sosu się nie zmarnowała. Smacznego!

* W zależności, czy podajemy na obiad solo, czy jako jedno piatto z wielodaniowej uczty.

Aurum

Spóźnialskość to już chyba mój znak rozpoznawczy jako autorki tego bloga, a “Na ostatnią chwilę” powinno być tytułem każdego wpisu, który się tutaj pojawia. O złocie chciałam pisać, kiedy było wszędzie - nie znalazłam jednak czasu i piękne aurum zdążyło już ustąpić miejsca melanżowi barw charakterystycznych dla zakurzonej, przyrdzewiałej stali. 

W przypadku dzisiejszego wpisu sprawa nie jest aż tak beznadziejna - minął czas złota za oknem, ale nie ma przeszkód, by nadal podawać je sobie na talerzu. Dynie i orzechy, czyli składniki, które nam to umożliwią, wciąż piętrzą się na półkach w większości warzywniaków.  A spóźniony wpis o kolorach jesieni możemy potraktować jako jej miłe przypomnienie. Na szarugę nadciągającej zimy, zmrożone kałuże, coraz częstsze grady i śniegi - talerz kojącego makaronu w kremowym sosie z dyni i orzechów. I ciepłe zdjecia jesieni, by komfort zagościł też w głowie.

Makaron z sosem z pieczonej dyni i orzechów laskowych

2 porcje

  • 300 g upieczonej lub ugotowanej dyni rozgniecionej widelcem*

  • 70 g orzechów laskowych (waga po wyłuskaniu)

  • 50 g parmezanu**

  • 1 mała cebula

  • 1 duży ząbek czosnku

  • garść listków tymianku

  • skórka z 1 cytryny

  • 50 ml oliwy

  • 1 łyżka sosu sojowego

  • sól, pieprz

  • 160-200 g makaronu (waga przed ugotowaniem)

* Jeśli używamy dyni hokkaido, nie trzeba jej obierać – skórka dodaje ciekawej faktury.
** W wersji wegańskiej ser można zastąpić płaską łyżką płatków drożdżowych lub pominąć.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Łuskamy orzechy (jeżeli używamy świeżych) i prażymy je 7‒10 minut. Upieczone orzechy niezwłocznie przekładamy na kuchenną ściereczkę, szczelnie zawijamy i intensywnie pocieramy przez kilka minut, tak aby pozbyć się ich ciemnej skórki (nic się nie stanie, jeśli część nie zejdzie). Studzimy i siekamy lub rozgniatamy lekko w moździerzu.

W dużym garnku podgrzewamy wodę. Kiedy zawrze, solimy i wrzucamy makaron. Gotujemy według instrukcji na opakowaniu. Kiedy będzie al dente, odsączamy na durszlaku, zachowując wodę z gotowania.

W tym samym czasie na patelni do zimnej oliwy dodajemy posiekaną w kostkę cebulę, czosnek w cienkich plasterkach, listki tymianku i skórkę z cytryny. Doprawiamy solą. Podgrzewamy na średnim ogniu. Kiedy zacznie skwierczeć, dodajemy orzechy (część zostawiamy do posypania gotowego dania) i smażymy wszystko razem kilka minut. Kiedy cebula i czosnek będą miękkie, dorzucamy dynię i wlewamy sos sojowy. Dusimy wszystko razem, dolewając po trochu wody z gotowania makaronu. Na koniec dodajemy sam makaron. Wszystko razem mieszamy delikatnie na patelni, podgrzewając jeszcze kilka minut i dolewając wody z gotowania, która w połączeniu z dynią stworzy gęsty sos. Dosypujemy parmezan lub płatki drożdżowe, mieszamy i zdejmujemy z ognia. Przekładamy na talerze i każdą porcję posypujemy dodatkowymi orzechami i świeżo zmielonym pieprzem.

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie. Smacznego!

Zielono mi

Co roku na etapie wiosennego przesilenia mój żywot staje się straszliwie monochromatyczny. Ja bynajmniej nie o tym, że od jakichś dwóch tygodni wszystko za oknem jest szare (okazuje się, że narzekanie nijak tego nie zmienia)! Choć z upartą zimą nie jest łatwo – kończą mi się zapasy kakao, noszę na zmianę wszystkie swoje bure swetry, i mogłabym przysiąc, że nawet Luizjana jakoś ostatnio pociemniała – to dzisiaj, po tym przemyconym pomruku niezadowolenia, skupię się na tym, jak co roku na etapie wiosennego przesilenia łapię się na jedzeniu wyłącznie zielonych rzeczy.

Regularnie zdarza mi się popaść w skrajność. W tym roku jeszcze tego nie robiłam, ale czeka mnie tydzień detoksu sokowego, podczas którego w moim menu będą wyłącznie zielone koktajle. Póki co nie chcę wymagać od siebie za dużo. Wciąż potrzebuję comfort foodów, matchy z mlekiem, gęstego kremu z brokułów, zielonego curry, ziemniaków niewidocznych spod zielonego koperku, gorącego jarmużu, makaronu szpinakowego, słodkiego groszku i bazyliowego pesto. Jem normalnie i tak, jak czuję – wydaje się, że przemawia przeze mnie zapotrzebowanie na chlorofil. Może trochę udawane? Bo nawet lody pistacjowe, na których w niektóre dni opiera się ostatnio moja dieta, są w kolorze zielonym. Daję słowo, nie robię tego specjalnie; czuję jednak w kościach, że to nie przypadek. Strasznie chciałabym podśpiewywać już Osiecką (którą – to wiadomo), ale choć na niektórych gałązkach pojawiają się powoli nowe pączki, póki co ciągle jest mi zdecydowanie szaro. 

Żeby monochromatyzm nie kojarzył się z czernią i bielą, chętnie zarażę Was wszystkich moimi inklinacjami ku kolorowi natury. Zacznijmy od pełnoziarnistego szpinakowego makaronu z groszkiem i pesto, którego zjadłam 2,5 porcji za jednym zamachem. To propozycja obezwładniająca w swojej prostocie - jeśli będziecie chcieć więcej, z przyjemnością stworzę dożywotnie menu oparte wyłącznie na zieleni. Do czasu pojawienia się liści na drzewach i szczypiorków na straganach zawsze mamy przecież lody pistacjowe!

Zielony makaron z pesto i zielonym groszkiem

4 porcje

200 g tagliatelle ze szpinakiem*
200 g zielonego groszku
2 kopiaste łyżki pesto alla genovese**
skórka i sok z ½ cytryny
1 łyżka masła lub oliwy
2 ząbki czosnku
2/3 – 1 szklanka wody bulionu
parmezan lub grana padano do podania
świeżo mielony czarny pieprz
prażone pestki słonecznika lub orzeszki piniowe

Mimo lekkiej sprzeczności z tematem dzisiejszego wpisu, danie będzie równie udane w wariancie wielobarwnym. W smaku różnica między szpinakowym a zwykłym makaronem jest niewielka, możecie śmiało użyć rodzaju, który najbardziej lubicie.
** Możecie użyć domowego, również innego niż genueńskie (ciekawe jak smakowałoby tu szałwiowe!), ale pesto ze sklepu też sprawdzi się idealnie, jeśli jest dobrej jakości.

W woku – lub dużej, głębokiej patelni – rozgrzewamy masło (lub oliwę). Dodajemy posiekany czosnek i chwilę dusimy. Dorzucamy groszek (może być zamrożony) i na dużym ogniu smażymy przez kilka minut, często mieszając. Dodajemy skórkę z cytryny, sok i pesto, całość mieszamy i zalewamy bulionem. Dusimy około 15 minut, podczas mieszania rozcierając lekko ziarenka groszku. Kiedy prawie cały bulion odparuje, w osolonej wodzie gotujemy makaron. Gdy wciąż będzie twardawy, szczypcami lub łyżką cedzakową wyciągamy go i wrzucamy na patelnię z sosem. Dolewamy ok. ½ - 1 szklankę wody z gotowania. Na sporym ogniu podgrzewamy całość intensywnie mieszając, aby sos odparował i dokładnie pokrył makaron. Podajemy od razu, doprawiając porcje świeżo mielonym czarnym pieprzem, twardym serem startym na wiórki lub płatki i podprażonymi pestkami słonecznika lub orzeszkami piniowymi. Smacznego!