Pobudka

Ostatnie miesiące były dla mnie wymagające i pełne wrażeń. Kilka razy miałam pod górę i kusiło mnie, by zrobić w tył zwrot, a najchętniej po prostu uciec na drugi koniec świata albo zapaść w sen zimowy. Nie było mi dane; ale w tym ostatnim wyręczył mnie mój biedny, zapomniany blog. Bardzo długo nic się tu nie działo, ale przyszedł czas pobudki! Dzięki chwilowemu uśpieniu Coutellerie, dzięki słońcu i temperaturom już-prawie-dwucyfrowym, dzięki odkrytym letnim owocom w zamrażarce – wracam!

Przygotowanie wpisu na bloga to sporo zabawy. Znaleźć wolny poranek, zaplanować, ugotować, powtórzyć, powtórzyć jeszcze raz i spisać proporcje, wreszcie zrobić zdjęcia, przygotować je do publikacji i opatrzyć całość ładnym słowem wstępu. Choć przez jakiś czas czułam, że nie mam już do tej zabawy serca, to musiał być jakiś koszmar senny. Po pobudce okazuje się, że za tym – i za wami – tęskniłam!

Każdy wie, że po przebudzeniu najważniejsze jest śniadanie (zaraz po szklance wody z cytryną lub octem, ale o tym opowiem w następnym wpisie). Spoczywa na nim wielka odpowiedzialność – musi przygotować nas na nadciągający dzień, wartością odżywczą zapewniając krzepę, a pysznym smakiem dobry nastrój. Mam wspaniałą wiadomość! Udało mi się znaleźć poranek, zaplanować, zrobić, powtórzyć, spisać proporcje, sfotografować i napisać wstęp. I dziś na śniadanie jemy pełnoziarniste gofry z mąki gryczanej. Idealnie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, leciutkie. O orzechowym posmaku gryki, niesłodkie, a więc z solidnym kleksem syropu klonowego, na poduszce z kwaśnej śmietany i podduszonych jagód zamrożonych latem. Sycące i zdrowe, a cieszą jak deser nad Bałtykiem. Dla takiej pobudki warto było na trochę przysnąć.

Idealne gofry gryczane

4 porcje
źródło przepisu

  • 145 g pełnoziarnistej mąki gryczanej
  • 1 łyżka nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 1 ¼ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • duża szczypta soli
  • 1/2 łyżeczka mielonej wanilii lub cynamonu
  • 300 ml maślanki lub kefiru
  • 1 duże jajko
  • 30 g rozpuszczonego masła (4 łyżki) + więcej do smarowania gofrownicy
  • do podania: syrop klonowy, śmietana, owoce (użyłam zamrożonych latem jagód, lekko podgrzanych)

Rozgrzej gofrownicę do maksymalnej tempatury. Do dużej miski wsyp suche składniki – mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę, sól i wanilię (lub cynamon). W osobnym naczyniu wymieszaj maślankę lub kefir (użyłam mieszanki, bo akurat jedno i drugie miałam otwarte w lodówce), roztrzepane jajko i rozpuszczone masło. Wlej mokre składniki do suchych i wymieszaj szpatułką, tylko do połączenia, jak najkrócej! Ciasto będzie dość gęste, klejące trochę jak namoczone siemię lniane. Odstaw na 5 minut.

Powierzchnię gofrownicy smaruj odrobiną rozpuszczonego masła (najłatwiej robić to silikonowym pędzlem) przed każdą partia gofrów. Nakładaj około 2 łyżek ciasta na gofra (w zależności od rozmiaru gofrownicy). Gofrownicę otwórz dopiero kiedy już prawie nie będzie parowała. Te gofry mogą wymagać więcej czasu niż klasyczne, a jeśli wyjmiesz je za szybko, nie zrobią się chrupiące. Po wyjęciu ostudź przez minutę na kratce – będą jeszcze bardziej chrupiące. Podawaj z kwaśną śmietaną, owocami i syropem klonowym, ale też z miodem, masłem orzechowym lub migdałowym, z ricottą, mascarpone, dżemem czy konfiturą. Wolna amerykanka.

Jeśli nie masz gofrownicy możesz usmażyć z tego ciasta pancakes, też będzie pysznie!

Na Polskim Stole #1

Nie pochodzę z Dolnego Śląska, ale z Wrocławiem związana jestem już dłuższą chwilę. Możliwe, że w jakimś stopniu to, o czym dziś chcę Wam opowiedzieć jest dla mnie wyjątkowe ze względu na lokalny charakter. Jednocześnie, nawet jeśli by tak było, nie mam wątpliwości, że spodoba się również tym z Was na drugim końcu kraju (a może i świata).

Projekt Polski Stół to efekt współpracy między trzema dolnośląskimi fabrykami – porcelany (Kristoff w Wałbrzychu), naczyń kamionkowych (Manufaktura w Bolesławcu) i szkła kryształowego (Huta Julia w Piechowicach). Wytwórcy, zamiast postrzegać się nawzajem jako konkurencję, połączyli siły i razem stworzyli kolekcję zastawy stołowej. W jej ramach powstały trzy sety (dwa śniadaniowe i jeden deserowy), każdy składający się z elementów wytworzonych przez poszczególnych producentów. Przewodnim motywem ich dekoracji jest heksagon przypominający plaster miodu. Piękna jest ta idea przywracania zapomnianego polskiego rzemiosła na dzisiejsze stoły; mnie szczególnie ujmuje też płynność jaką osiąga tu połączenie tradycji – tj. technik produkcji niezmiennych często od dekad – z nowoczesnością, czyli współczesnym wzornictwem i oczekiwaniami młodych odbiorców.

zdjęcie:  polskistol.com

zdjęcie: polskistol.com

Śniadanie w Food Art Gallery we Wrocławiu, dzięki któremu pierwszy raz usłyszałam o projekcie, odbyło się już prawie dwa miesiące temu. Z różnych przyczyn przekazuję Wam dobrą nowinę dopiero teraz. Kiedy z wyszłam ze spotkania (jak zwykle mimowiednie układając w głowie hymny uznania dla Mariusza Kozaka, który odpowiadał za to, co serwowano na naszym Polskim Stole), miałam ochotę otworzyć komputer i bezzwłocznie opisać Wam świetność tej nowej rodzimej inicjatywy. Ale pośpiech jest ojcem niedoskonałości, i choć odpowiednie podejście do tematu zajęło mi trochę czasu, cieszę się, że dziś mogę prezentować Wam te produkty dokładnie tak, jak je widzę – wypełnione polskimi pysznościami. 

Koordynatorka projektu Kasia Świętek i opowieści o tym, jak to się wszystko właściwie zaczęło.

Na pierwszy ogień idzie Huta Julia, w moim zestawie odpowiedzialna za kryształową szklankę, której urodę aż żal trwonić zaledwie na napoje. Dla mnie to przedmiot tak piękny, że zasługuje na pełnoprawne śniadaniowe danie – tym bardziej jeśli pomyślę o tym jak liczne było grono osób, które pracowały nad jej powstaniem.

Agnieszka Blacheta, zarządca huty, długo i barwnie opowiadała o tym, jak skrupulatna praca rąk odpowiedzialna jest za każdy przedmiot wychodzący z fabryki. Ciężko w to uwierzyć, kiedy opracowane z aptekarską dokładnością szkło nie prezentuje ani pół skazy demaskującej jakiekolwiek ludzie omsknięcie!

P.S. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o procesie powstawania kryształów i codziennym dniu pracowników Julii, przeczytajcie ten reportaż z wizyty w hucie.

W szklankach z Huty Julia na moim Polskim Stole wylądował budyń z siemienia lnianego, czyli rodzima odpowiedź na szlagierowy chia pudding. Z samych polskich dóbr – lnu, maślanki, miodu, zimowych jabłek i malin zamrożonych zeszłego lata. Zachwycający – zróbcie!

Zabieram się za przygotowywanie specjałów do porcelany i kamionki! I bardzo jestem ciekawa - co Wy najchętniej widzielibyście na swoich Polskich Stołach?

Budyń z siemienia lnianego -
- chia pudding po polsku

2 porcje

6 łyżek siemienia lnianego
400 ml maślanki*
1 pełna łyżka miodu + więcej do podania
1 łyżka ekstraktu waniliowego**
szczypta soli morskiej
sezonowe owoce do podania (można wykorzystać też mrożone)

** Robię go też na mleczku kokosowym, w tej samej ilości (400 ml to jedna puszka). Dodaję wtedy kilka kropel soku z cytryny.
*
Można zastąpić ziarenkami z 1 laski wanilii, lub pominąć jeśli żadnego nie mamy.

Dwie z sześciu łyżek siemienia lnianego drobno mielimy (ja robię to w elektrycznym młynku do kawy). Łączymy z pozostałymi czterema łyżkami całych ziaren i zalewamy maślanką (lub mleczkiem kokosowym). Dodajemy wanilię, miód i szczyptę soli. Mieszamy intensywnie i odstawiamy do napęcznienia na minimum 5 godzin (najlepiej na całą noc). Idealnie jeśli w ciągu pierwszej godziny uda nam się kilka razy przemieszać pudding, aby gęstniał równomiernie.

Rano przygotowujemy owoce do przełożenia puddingu. Najlepiej polskie :) ale wykorzystajcie to, na co macie akurat ochotę. Na moich zdjęciach widzicie ciepłe prażone jabłka z cynamonem oraz maliny zamrożone latem 2015 roku. W szklankach układamy warstwy owoców i puddingu, a wierzch możemy udekorować ulubionymi orzechami czy pestkami. Całość polewamy jeszcze odrobiną polskiego miodu i podajemy. Smacznego!

Sznycel, kimchi i kobiety

Z książkami kucharskimi zapoznaję się stopniowo, a pierwszym krokiem jest powierzchowne, ale powolne przewertowanie całości. Najprzyjemniej zabiera mi się do tego przy śniadaniu, czasem wręcz odmawiam sobie zajrzenia do książki dzień wcześniej, odkładając ją na poranek. Zajęcie to ma trzy podstawowe cele – upoić się zapachem świeżego druku (znacie to!), niespiesznie pozachwycać fotografiami i wstępnie zorientować w przepisach.

Przyjmę więc podobny schemat przedstawiając książkę Wam, bo o ile się nie mylę robię to po raz pierwszy i przyda mi się jakaś konkretna taktyka. Żałuję, że nie mogę załączyć tu zapachu papieru – po to będziecie musieli nabyć własny egzemplarz – ale przejdę dalej, do kolejnych podpunktów, i coś czuję, że skutecznie Was one do tego zachęcą. 

„Przepisy i opowieści” to zbiór receptur i związanych z nimi historii od dwóch warszawskich szefów kuchni - Pawła Suwały (Butchery & Wine) i Aleksandra Barona (Solec 44), a także od Grzegorza Kwapniewskiego (Rzeźnika), Dariusza Wolszczaka (Pana Sandacza) i Juliana Karewicza (solcowego Barmana). Niniejszym wiecie o publikacji dwie podstawowe rzeczy - pełna jest dobrego jedzenia i testosteronu.

Zgodnie z obietnicą zaczynam od kwestii estetyki. Na codzień, zdjęcia Igora Haloszki są w gronie tych rzeczy, które przyczyniają się do łapiącej mnie co jakiś czas tęsknoty za Warszawą. Przewijają mi się na wallu przy zmianach w menu Solca, tak sugestywne, że raz, zobaczywszy je siedząc akurat w pociągu do Warszawy, pozmieniałam nieco plany, by prosto z dworca jechać na obiad.

Jasna sprawa więc, że i w książce zdjęcia potraw nie zawodzą. Nie są aż tak minimalistyczne, jak te do menu, ale wciąż proste i prawdziwe. Nie pokazują dań w wystudiowanych aranżacjach, raczej tak, jak kucharze postawiliby je na wydawce. To autentyczność, która mnie i mój apetyt nakręca dużo mocniej, niż dopracowane plany. Ostatnio nie lubię, kiedy na zdjęciach dzieje się za dużo – staram się skupiać na stylizacji potrawy, a nie jej tła. Są więc białe naczynia, proste kąty i bliskie kadry. Czasem pojawią się czyjeś ręce, a kilka dań sfotografowanych jest na tle najpiękniejszego jak dla mnie wzoru spośród kuchennych tekstyliów – granatowego fartucha w białe paski.

Ale najbardziej trafiają do mnie zdjęcia niezwiązane z przepisami, te z kuluarów, gdzie są twarze i kuchnie autorów–bohaterów. Poprzeplatana jest nimi cała książka, ale jeśli o mnie chodzi, mogłoby być ich co najmniej dwa razy więcej. Nie istnieje dla mnie coś takiego jak przesyt „drugą stroną” jedzenia – historią, składnikami, tym gdzie (lub czym) były zanim trafiły do kuchni. A na czele owej strony stoją przecież ręce, które się tym wszystkim zajęły. Oglądałabym je bez końca, nawet jeśli z (i tak potężnej) książki kucharskiej zrobiłby się opasły album.

Całe szczęście to samo co historii sfotografowanych, tyczy się tych opowiedzianych. Ogromnie cenię również czytanie o zapleczu, procesie i okolicznościach powstawania dań czy pomysłów. I w tej kwestii o niedosycie nie może być mowy. Najpierw jest wstęp do całej publikacji, a później autobiograficzne (wielostronicowe!) wstępy do rozdziałów poszczególnych autorów, lub po prostu ich kilka słów od siebie. Jakby tego było mało, każdy przepis z osobna opatrzony jest indywidualnym wprowadzeniem. 

Wszystko to ujęte jest prostym, bezpośrednim językiem, który sprawia, że ta książka jest trochę jak rozmowa. Bo mimo, że nie ma tu właściwej interakcji, czytając te zwyczajne wypowiedzi nietrudno uznać się za oficjalnie zaprzyjaźnionego z ich autorami. A potem idziecie do takich na kolację czy zakupy i wprawiacie ich w konsternację chcąc zbijać piątki jak z dobrymi kumplami.

Te teksty to nie słowa ludzi, którzy piszą. To słowa ludzi, którzy gotują, i o tym chcą opowiedzieć. Tym, czyli wszystkim, co przyjdzie im do głowy jako istotne. Raz będzie to historyczne zaplecze sznycla wiedeńskiego, kiedy indziej opowieść o zakopanym koło Solca słoiku kimchi, po którym ślad zaginął, czasem anegdota o kobiecie i miłości, która przyczyniła się do powstania przepisu. Od zwierzeń i opowiastek po dokładny opis patentu na przedłużenie trwałości grasicy, panowie dzielą się zarówno kuchennymi wskazówkami będącymi częścią ich profesji, jak i osobistymi komentarzami.

Nie udało mi się opamiętać i, jak to ja, rozpisałam się na temat zaplecza. Tymczasem samego jedzenia jest tutaj wielka obfitość, więc nie zasiadajcie lepiej do lektury bez czegoś smacznego pod ręką.

Ja na przykład do kuchni pobiegłam zanim jeszcze doszłam do pierwszego przepisu. W tekście o swoich ulubionych składnikach Paweł Suwała zdradza bowiem, że lubi mielić suszone grzyby i szczypta po szczypcie wykorzystywać je jako przyprawę. Próbowałam czytać dalej, ale zupełnie nie mogłam się skupić – myślałam tylko o borowikach, które leżały sobie w mojej szufladzie od czasu gotowania świątecznej zupy. Wstałam, sproszkowałam co trzeba, i ani się obejrzałam, a już dorzucałam szczyptę tego co powstało do białego sosu w ulubionym farfalle z kurczakiem i suszonymi pomidorami. Dopiero po tym jak zjadłam (a następnie chwilę porozmyślałam nad tym jak długo żyłam w niewiedzy) mogłam kontynuować lekturę.

Mówi się, że to książka dla wielbicieli mięsa. Coś w tym jest, mięsnych receptur jest mnóstwo, zanim jeszcze zaczyna się rozdział Rzeźnika, naturalnie w pełni im poświęcony. Dodałabym tylko, że w szczególności interesująca będzie dla tych, którzy lubią jeść, ale nie zawsze potrafią przyrządzać. Sama już o tym pisywałam, często nie wiem jak się do mięsa zabrać. Ta książka ma to ułatwiać, przybliżać onieśmielającą kwestię obróbki mięsa, której trudność często wyolbrzymiamy. W rozdziale Rzeźnika znajduje się solidna porcja wiedzy – każdy rodzaj mięsa i technika przyrządzania z osobna wzięte są pod lupę i opatrzone cennymi wskazówkami.

Do poznawania mięsa wciąż jeszcze się szykuję, na pierwszy ogień wypróbowałam proste przepisy, które – przyznaję – wybrałam w oparciu o to, co akurat znajdowało się w mojej lodówce.  W tej chwili już czekają w niej rzeczy potrzebne do przygotowania pulled porka i śledzi, Pan Sandacz ma też w swoim rozdziale przepis na zupę rybną, która śni mi się po nocach, odkąd o niej przeczytałam. Jeśli uda mi się je udokumentować, na pewno podzielę się efektami. Znajomi wiedzą, że od jakiegoś czasu oficjalnie zobowiązuję się też do opanowania sztuki robienia koktajli, a zacząć planuję naturalnie od swoich faworytów. Moim niekwestionowanym numerem jeden jest Krwawa Mary, na którą od ponad roku zachowuję przywiezioną z Meksyku butelkę tequili. Proponowane przez Juliana Karewicza towarzystwo kandyzowanej dymki i soku z żółtych pomidorów (własnoręcznie przygotowanego!) MUSI być godne jej otwarcia. 

Ale póki co... Można uznać to za test, czy panowie równie dobrze co z mięsem radzą sobie bez niego (odp: tak, radzą). Albo za komplement, bo czytając chciałam zacząć gotować tak prędko, że nie mogłam tracić czasu nawet na pójście do sklepu. 

Mus z awokado Pawła Suwały
z pieczonymi batatami

4-6 porcji

3 dojrzałe awokado hass
sok z 1 cytryny
30 g natki pietruszki
½ szalotki
30 ml oliwy extra vergine
150 g kremowego serka*
duża szczypta soli
świeżo mielony czarny pieprz

Do podania (moje):
3 duże bataty
kilka łyżek oliwy
sól wędzona (np. Maldon) 
skórka otarta z 1 limonki
koperek

* Najlepszy jest ten z Wielunia, znany jako Mój Ulubiony, gładki, tłuściutki i z prawdziwym składem, tj. bez żadnych dodatków. Jest genialny też na sernik! Tu w zastępstwie można użyć też creme fraiche. 

Awokado, posiekaną szalotkę, oliwę, sok z cytryny i pietruszkę blendujemy na gładką, puszystą masę. Jeśli obawiacie się o możliwości swojej maszyny, na wszelki wypadek możecie najpierw zmiksować pietruszkę z sokiem z cytryny i oliwą (aby w musie nie było żadnych zielonych drobinek). Na koniec dodajemy serek i miksujemy do połączenia. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem, odstawiamy do schłodzenia (będzie się lepiej formować).

Bataty szorujemy i kroimy w łódeczki. Smarujemy oliwą i pieczemy w 200 stopniach aż będą złotobrązowe z zewnątrz i miękkie w środku - ok. 30-40 minut. Wykładamy na talerze, posypujemy hojnie solą (można użyć zwykłej, ale polecam spróbować wędzonej!), skórką z limonki i odrobiną koperku. Na wierzch wykładamy mus z awokado (wersja elegancka), lub podajemy go osobno jako dip (wersja domowa).

Pyszne i nieoczywiste, dobre na zime, choć lekkie.

A na deser...

Jabłka pod kruszonką Aleksandra Barona
z maślanką i wędzoną papryką

4-6 porcji

3-4 twarde, kwaśne jabłka (najlepiej szare renety)
200 ml maślanki
cukier (opcjonalnie, nie dodałam)

Na kruszonkę:
100 g masła
100 g mąki pszennej
30 g płatków owsianych
20 g otrębów gryczanych*
70 g cukru trzcinowego
1 łyżeczka z górką ostrej wędzonej papryki
szczypta soli morskiej

* Dodałam je zamiast części płatków owsianych, uwielbiam je w kruszonkach! Mają orzechowy posmak i chrupią.

Wymyte jabłka ze skórką kroimy w kostkę (gniazda nasienne można wykorzystać do domowego octu jabłkowego - przepis w książce) i wrzucamy do żaroodpornych kokilek lub jednego większego naczynia. Zalewamy maślanką.

Suche składniki kruszonki mieszamy i dodajemy bardzo miękkie/podtopione masło. Rozcieramy palcami (nie za drobno - mają być grudki). Posypujemy jabłka i pieczemy 15-20 minut w 180 stopniach.

Wskazówka Barona: świetnie smakują podobnie przyrządzone pomidory (z kruszonką z dodatkiem świeżych ziół, tymianek, cząber, szałwia lub rozmaryn). Moja wskazówka: duet gorącego z zimnym jest niezawodny i jak każda kruszonka, ta także najlepiej smakuje z kulką lodów.

Może dzięki tej recenzji książka pojawi się u kogoś z Was pod choinką; byłaby pięknym i - być może wbrew pozorom - bardzo uniwersalnym prezentem. W tekstach (przesiąkniętych pięcioma różnymi osobowościami) jest szczerość i skrajnie charakterna prawda, w przepisach - polskość, odwaga, ale i prostota. Dobre dla tych, którzy po kuchni chcieliby biegać z tasakiem czy siekierą, ale nie tylko (jak widać po lekkim jak chmurka musie i słodkich pieczonych jabłkach).  I dla wszystkich, którzy lubią historie od kuchni. Luźne, ale pełne cennych informacji, inspirujące. Będzie też absolutnie w porządku, jeśli podarujecie ją samym sobie.

Przepisy i Opowieści
P. Suwała, A. Baron, G. Kwapniewski, D. Wolszczak, J. Karewicz
red. Piotr Szczęsny
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2015

IMG_0355.jpg

P.S. Ten wpis powstał przy współpracy z Wydawnictwem Dwie Siostry. Zastanawiam się, czy chcielibyście w przyszłości widzieć tu takie częściej? W Polsce wydawane jest coraz więcej ciekawych książek kulinarnych, a mnie pisanie o nich chodziło po głowie już od jakiegoś czasu. Z racji skrajnego subiektywizmu pewnie tylko dla części z Was moje recenzje byłyby przydatne, ale ogromną przyjemność sprawia mi przelewanie na papier tych wszystkich spostrzeżeń i odczuć względem kolejnych lektur, zawsze wnikliwie przeze mnie studiowanych.

before there comes More

Postanowiłam, że nie kupuję kolejnych książek. Nie dopóki nie nadgonię z tym, co już stoi na moich półkach – a dokładniej co leży na moim stole, koło mojego łóżka, na kuchennym blacie i na dnie wielkiej torby. Moja lista do przeczytania jest na dzień dzisiejszy naprawdę długa, a ja mam tak mało czasu by coś w tej kwestii zmienić! Ostatnio moją jedyną literaturą są maile, dokumenty, bibliografie i, od święta, słownik łacińsko-polski. W wolnym czasie też nie czytam za dużo, czuję chyba potrzebę resetu – od kolejnych lektur wolę wtedy rozmowy, dobrze działa też na mnie odkrywanie talentów Luizjany (mój kot jak wytresowany aportuje korkiem od wina), zasypianie przy filmie i - w ostateczności - pisanie przydługich postów na bloga (pozdrawiam!).

IMG_0762.jpg

Ale gotuję trochę. Po części jestem zmuszona, właśnie ze względu na różnorakie projekty, ale dużo robię też tak po prostu, dla relaksu, dla siebie, dla znajomych i dla wymówek, bo pracę w kuchni od zawsze uważam za wystarczająco produktywną by być wartą niespełnienia jakiegoś obowiązku czy dwóch. No więc gotuję, także teoretycznie w temacie mojego książkowego postanowienia powinnam dać sobie dyspensę na pozycje kulinarne. Generalnie lubię kupować książki i dość często bywam w swojej ulubionej wrocławskiej księgarni (oraz dwóch antykwariatach), ale do kucharskich mam słabość szczególną, chciałabym je nabywać bez końca, naprawdę. Ze względu na ciągłe pragnienie pracy nad sobą i swoją silną wolą - no i troochę też na brak funduszy – uznałam, że tej dyspensy sobie nie udzielę. Nabyłam Jadłonomię i powiedziałam papa kolejnym zakupom. Później na chwilę odstąpiłam od swojego postanowienienia przez Davida Lebovitza, i zaraz potem dałam sobie już ostatecznego bana na nowości.

Trwanie w mojej decyzji nie jest pójściem na łatwiznę, do jakiego zdarza mi się czasem uciec (kiedy np. postanawiam przejść na dietę w momencie w którym uda mi się opróżnić pudełko lodów). Rynek książek kulinarnych zdecydowanie pusty nie jest. Szczególnie dla miłośników Ottolenghiego, do których bezsprzecznie się zaliczam. Właśnie ukazało się polskie wydanie Jerusalem, a światową premierę ledwo co miała Plenty More, luźna kontynuacja mojej ukochanej książki Yotama. Trzymam się jednak twardo, może dlatego, że mam te cuda mimo wszystko na horyzoncie – ustaliłam sobie trzy niewygodne cele jakie muszę osiągnąć, żeby nagrodzić się ich kupnem. A jeśli w którejś kwestii zawalę, to liczę że znajomi lub rodzina znają mnie na tyle dobrze (tudzież czytają tego bloga na tyle uważnie), że będą wiedzieli co sprezentować mi w tym roku na święta.

W międzyczasie skupiam się na tym, co mam pod ręką. Na wypróbowanie czekają jeszcze setki przepisów z książek, które posiadam od dawna. Niektóre z nich stoją na półkach już tak długo, że przestałam w ogóle zwracać na nie uwagę. Niech ta przerwa od nowości oczyści mi głowę i pozwoli skupić się na skorzystaniu z tego co już mam, do ostatniego okruszka.

Nie zaczynamy jednak od żadnego dania ukrytego w którejś z moich książek i odkrytego dopiero wczoraj dzięki jakiemuś „oczyszczaniu”. Na pierwszy ogień idzie mój hit i klasyk, pieczone bakłażany z maślanką, granatem i za’atarem Ottolenghiego. Są one trochę wizytówką Plenty. Po pierwsze dlatego, że są wyjątkowo rozpoznawalne (i popularne wśród blogerów). A po drugie stanowią kwintesencję tego, co prezentuje cała książka – prostoty, wschodniego twistu i prze-prze-dobrego smaku. Robiłam to danie siedem razy, jest moim ratunkiem zarówno na dni w których jem sama i nie chce mi się  kombinować, jak i na specjalne okazje, kiedy potrzebuję sprawdzonych, niezawodnych receptur sprostujących licznym wymagającym podniebieniom. Nigdy nie robiłam mu zdjęć, teraz – dzięki mojemu odwykowi zakupowemu – doceniam je, razem z resztą książki, na nowo. Wiele z Was na pewno nie posiada Plenty, jest też szansa, że nie trafiliście do tej pory na ten przepis w internecie – niech więc będzie Wam dane. Zanim nadejdzie More – wyciśnijmy sto procent z Plenty.

(Możecie albo zjechać trochę niżej i go przeczytać, albo kliknąć tutaj i posłuchać samego Yotama przygotowującego swój specjał.)

Pieczone bakłażany z sosem maślankowym, za’atarem i granatem

źródło przepisu: PLENTY, Yotam Ottolenghi

2 porcje (jako danie, lub 4 jako przystawka)

na sos:
100 g jogurtu greckiego

½ szklanki maślanki
1,5 łyżki oliwy + odrobina na wierzch
1 ząbek czosnku, starty na drobnych oczkach
sól morska

dodatkowo:
2 duże bakłażany
oliwa do nasmarowania
2 łyżeczki listków świeżego tymianku (najlepiej cytrynowego, ale zwykły też jest OK)
sól morska, czarny pieprz
1 nieduży granat
za’atar

Rozpoczynamy od przygotowania sosu. Wszystkie składniki mieszamy dokładnie trzepaczką, dostosowując proporcje jogurtu i maślanki tak aby końcowy efekt był dosyć gęsty (mi tym razem wyszedł dość rzadki, też dobry, ale mniej wygodny w obsłudze). Wstawiamy do lodówki.

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Kroimy bakłażany wzdłuż na pół (razem z łodyżkami – względy estetyczne). Ostrym nożykiem nacinamy każdą połówkę trzy lub cztery razy na krzyż nie naruszając skórki. Układamy w żaroodpornym naczyniu. Następnie przy pomocy pędzla nacieramy wierzchy oliwą (w oryginalnym przepisie tak długo, aż przestanie się „mieścić”, ja osobiście nie lubię tych bakłażanów przesadnie przesiąkniętych. Mój ideał to mniej więcej 2-3 łyżki oliwy na jedną połówkę. Mniej nie radzę dawać, jak wiadomo nie ma nic gorszego niż źle upieczony, gąbczasty bakłażan). Następnie każdą połówkę posypujemy hojnie solą, pieprzem i tymiankiem. Oprócz listków można ułożyć też kilka całych gałązek, pięknie się prezentują. Pieczemy przez około 40 minut, aż bakłażany będą miękkie, pokurczone i ciemnozłote.

Po wyjęciu studzimy bakłażany, następnie dekorujemy sosem i pestkami granatu. Na samą górę dodajemy kilka kropel swojej najlepszej oliwy, kilka sporych szczypt za’ataru i ewentualnie odrobinę świeżego tymianku. Podajemy z pitą albo ulubionym jasnym pieczywem. Smacznego!

Trzyd(y)niowa uczta

Zawsze chciałam, by na Coutellerie pojawił się któregoś dnia cykl z prawdziwego zdarzenia. Tyle blogów potrafię przecież skojarzyć dzięki ich regularnym wpisom z jednej kategorii, czy to z uwagi na składnik, rodzaj potrawy, okazję czy czas przygotowania. Cykle są charakterystyczne - są swoje własne, tworzą markę i czytelnicy wyczekują ciągu dalszego jak kolejnego odcinka ulubionego serialu. Jakby tego było mało, opatrzone są najczęściej chwytliwym tytułem, a z boku pręży się #numer wpisu, imponujący dowód na konsekwencję i wytrwałość autora w tworzeniu serii.

Mnie brakuje chyba przewidywalności. Za bardzo lubię pisać do Was o tym, co aktualnie siedzi mi w głowie, nie wspominając już, że gotuję bardzo spontanicznie, nie planuję menu i nie potrafię znieść kiedy jest mi narzucone (nawet – a może szczególnie – przeze mnie samą). Strasznie chciałabym mieć swoje kuchenno-blogowe rytuały, ale wiem że z chwilą w której wywiązywanie się z nich stałoby się moim obowiązkiem, w magiczny sposób zniknęłaby gdzieś cała przyjemność, jaką mogłyby mi dawać.

Nie angażując się więc w zbyt ryzykowne zobowiązania, wynagradzam sobie swoje niedoskonałości serią szytą na moją miarę. Trzydniowa (lub trzydaniowa, jeśli ktoś lubi zjeść dziennie trzy śniadania) Uczta Dyniowa to na razie maksimum, na jakie stać mnie w kwestii cykli. Jedna okazała sztuka hokkaido po upieczeniu równa się pełnej misce gęstego puree, po które można sięgać łyżką jak tylko przyjdzie pomysł na kolejne dyniowe wymysły. A że mnie najlepiej myśli się o poranku... jako pierwsze przedstawiam Wam pankejki, i to nie bylejakie, bo totalnie jesienne i jeszcze totalniej najpyszniejsze jakie jadłam od dawien dawna. Idealne na październik - ostatni czas na śniadanie z promykami słońca, expresso w złocistym teraz Ogrodzie Botanicznym i, oczywiście, na najsmaczniejszą dynię!

P.S. Jeśli czyta mnie Pani, której obiecałam kiedyś przepis na genialne dyniowe śniadanie z migdałami - już możesz szykować się na kolejną część cyklu :)

Piernikowe pancakes dyniowe
z mąki gryczanej

3 porządne porcje

1 niepełna szklanka mąki gryczanej*
2 łyżeczki przyprawy do piernika
szczypta suszonego imbiru
1 łyżeczka sody oczyszczonej
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
1 szklanka puree z dyni
2 łyżki rozpuszczonego masła (lub oleju, np. kokosowego pachnącego, ale zwykły też się nada)
2 jajko
1,5 szklanki maślanki
2 pełne łyżki miodu, najlepiej wyrazistego, np. spadziowego
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego 
+ dużo syropu klonowego i ew. świeży tymianek

*Można ją zastąpić pszenną, również pełnoziarnistą, ale gryczana jest dooobra (i bezglutenowa), spróbujcie!

W oddzielnych naczyniach wymieszać suche składniki (mąkę, przyprawy, sodę, proszek, sól) oraz mokre (dynię, maślankę, roztrzepane jajka, masło, miód, wanilię). Rozgrzać mocno suchą, nieprzywierającą patelnię. Zawartości obu misek wymieszać trzepaczką tak krótko jak to możliwe – tylko do równomiernego połączenia ciasta. Powinno być dość gęste, tak by pankejki na patelni nie rozlewały się za bardzo. Nakładać po dwie łyżki ciasta na placka, smażyć bez tłuszczu, przewracać kiedy urosną jak podusie i pojawią się pęcherzyki powietrza. Podawać natychmiast, w towarzystwie syropu klonowego (same w sobie nie są przesadnie słodkie) i świeżego tymianku. Ale to oczywiście tylko propozycja, dodatki są już Waszym polem do popisu. Może duszone jabłka? Ricotta lub mascarpone? Orzechy? Powidła? 

Smacznego!