Dwadzieścia cztery

czekoladowe ciastka gryczane z chałwą i biała czekolada

Z zaciekawieniem odkryłam, że przy wszystkich przepisach urodzinowych rozpisywałam się (lub przynajmniej napomykałam!) o przykrości z tego starzenia się i o obawach przed pędzącym czasem. W tym roku wydaje mi się to głupie. Choć tradycji stało się zadość – bo już o tym napisałam, i to w pierwszym akapicie – temat kończę, bo tym razem nie czuję tego wcale. Może to dlatego, że mam w tym roku na urodziny najpiękniejszą wiosnę, jaką można sobie wymarzyć. Książkową, taką jaką jest w wyidealizowanych wspomnieniach ze szczęśliwego dzieciństwa. Nie mam jej do zarzucenia nic, dzięki niej myśli robią chyba samowolną autoselekcję, blokując większość tego, co negatywne.

Jeśli coś sprawia, że czuję się staro, to tylko fakt, że już czwarte urodziny świętuję na blogu tą czekoladą. Cztery lata to dużo czasu, a ja bardzo dobrze pamiętam dwudziestkę, która zapoczątkowała cykl (i wcale nie wydaje mi się, że to było dawno). Ale teraz do pędzącego czasu podchodzę jakoś inaczej, nie denerwuję się, tylko staram uczyć od niego. Przede wszystkim tego, żeby wszystko robić z jak największą świadomością; a szczególnie jak najbardziej świadomie wszystkim się cieszyć. Nauczyłam się też (przez to, że w grę wchodzą te zaskakujące liczby), że potrafię robić coś konsekwentnie i z zapałem – i to niesłabnącym, naprawdę! Lubię tego bloga coraz bardziej, a to już przecież nie cztery, a całe sześć lat razem. Życzę sobie jeszcze co najmniej drugie tyle.

czekoladowe ciastka gryczane z chałwą i biała czekolada

Ale najbardziej to życzę sobie szczęścia (szczęśliwości?). A tego jest sporo w czekoladowych ciastkach. Zwłaszcza takich, które rzucają na kolana, mimo że są bardzo odżywcze – za sprawą mąki gryczanej z pełnego ziarna, ciemnego muscovado, kakao i gorzkiej czekolady. Gdyby kawałki białej i chałwę podmienić na przykład na orzechy, te ciastka byłyby niemalże zdrowe! Ale może kiedy indziej, tym razem miałam przecież urodziny. Szczęśliwość (która, choć u mnie często, to jednak nie zawsze idzie w parze z odżywczością) zapewniana jest głównie przez ich obezwładniający zapach, chrupiące brzegi, środek jak z brownie, no i to jak bardzo pasują do szklanki mleka. Nieważne kiedy macie urodziny – spróbujcie ich z okazji moich!

czekoladowe ciastka gryczane z chałwą i biała czekolada

Czekoladowe ciastka gryczane
z kawałkami chałwy i białej czekolady

ok. 20 bardzo dużych ciastek

na podstawie przepisu z książki "Simply Nigella", N. Lawson

 

Składniki:

  • 125 g czekolady 70-80% kakao
  • 60 g miękkiego masła
  • 125 g cukru dark muscovado
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • duża szczypta soli
  • 125 g mąki gryczanej
  • 25 g kakao
  • ½ łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g posiekanej białej czekolady
  • 50 g chałwy waniliowej

 

Rozpuść w kąpieli wodnej gorzką czekoladę i odstaw do przestudzenia.

W międzyczasie, w dużej misce lub naczyniu miksera utrzyj masło z cukrem na puszystą masę. Dodawaj po jednym jajku, wciąż ubijając. Na koniec dodaj ekstrakt z wanilii oraz sól i ubijaj jeszcze przez chwilę. Zmniejsz obroty i wlej przestudzoną ciemną czekoladę. Zmiksuj do dokładnego połączenia składników.

Do drugiej miski przesiej mąkę gryczaną, kakao i sodę, dobrze wymieszaj wszystkie suche składniki. Następnie wsyp je do czekoladowej masy i zmiksuj na niewielkich obrotach, aż ciasto będzie jednolite i dobrze wymieszane. Dorzuć posiekaną białą czekoladę i chałwę pokrojoną w dużą kostkę. Wymieszaj szpatułką, delikatnie (chałwa się rozpada, a jeśli nie utrzymają się kawałki, to nie będzie jej czuć w ciastkach). Odstaw miskę z ciastem do lodówki na minimum 30 minut (ja zostawiam co najmniej na godzinę).

Rozgrzej piekarnik do 200 C (pieczemy w 170 C, ale piekarnik musi być bardzo mocno rozgrzany). W międzyczasie przygotuj blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Nakładaj po łyżce ciasta na każde ciasteczko (używam do tego łyżki do lodów, ale zwykła też sprawdzi się świetnie), każdą porcję lekko spłaszcz. Pamiętaj, by zachować między nimi około 5-6 cm odstępów, bo ciastka trochę się rozejdą i urosną. Zmniejsz temperaturę do 170 stopni, włóż blachę z ciastami i piecz przez około 10-12 minut. Po wyjęciu blachy pozostaw ją do przestudzenia na około 10 minut (gorące ciastka będą bardzo delikatne, nie próbuj ich jeszcze podnosić). Kiedy lekko przestygną, przełóż je na kratkę i zostaw do wystudzenia (teraz już można podjadać – jeszcze ciepłe, ale trzymające kształt). Pyszne ze szklanką mleka! Na zdrowie i długie życie!

 

czekoladowe ciastka gryczane z chałwą i biała czekolada

Inna Wielkanoc

Jak ostatnio wspomniałam (tym razem na poważnie!), nadchodzącą Wielkanoc spędzam inaczej niż zazwyczaj. Z tej okazji Wam też proponuję w tym roku małą odmianę. Tyle na świecie odsłon świątecznego stołu, w ilu domach co roku obchodzone są święta. Niemal każda rodzina ma ukochane klasyki, przyrządzane według sekretnych przepisów dziedziczonych od pokoleń. Ale różnice mogą wynikać też z chęci unowocześnienia tradycji. W tym roku zamiast (lub oprócz!) bab i mazurków warto z okazji Wielkanocy upiec ciasto inne niż w pozostałych domach. Może być zupełnie zwyczajne, wystarczy dodać mu świątecznego ducha. Na przykład marchewkowe, wyjątkowe od samych koniuszków wieńczących jego królewską, tortową formę, aż po środek, czyli serce – pełne bakalii ciasto na mące gryczanej.

Gryczane ciasto marchewkowe
z kremem z ricotty i płatkami róży

na tortownicę o średnicy 16–18 cm (czyli 8–10 porcji)

Na ciasto:

  • 3 jajka

  • 40 g orzechów laskowych, posiekanych na duże kawałki

  • 150 g marchewki, startej na drobnych oczkach (2 duże lub 3 średnie sztuki)

  • 100–120 g drobnego, nierafinowanego cukru trzcinowego

  • 170 ml oleju roślinnego, np. z pestek winogron lub ryżowego

  • 1 łyżeczka octu jabłkowego lub z białego wina

  • 170 g pełnoziarnistej mąki gryczanej

  • 70 g jasnej mąki pszennej

  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

  • 1 płaska łyżeczka suszonego imbiru

  • 1 płaska łyżeczka cynamonu

  • niepełna łyżeczka soli

  • 40 g suszonej żurawiny

Na krem:

  • 250 g serka mascarpone

  • 250 g ricotty

  • 80 ml niepasteryzowanej śmietany kremówki

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1 laski wanilii

  • pół łyżeczki soli

  • 3–4 łyżki cukru pudru

  • suszone płatki róży do dekoracji

Przygotuj tortownicę o średnicy 16–18 cm. Dno wyłóż papierem, a boki posmaruj masłem lub odrobiną oleju. Piekarnik rozgrzej do 160 stopni.

Na najwyższych obrotach ubij jajka z cukrem. Kiedy masa będzie puszysta, dodaj olej i ocet i ubijaj jeszcze chwilę. W innym dużym naczyniu połącz suche składniki – obie mąki, proszek do pieczenia, sodę, imbir, cynamon i sól. Dokładnie wymieszaj, w międzyczasie dorzucając także bakalie. 

Wlej mokre składniki do miski z suchymi. Dodaj startą marchewkę i wszystko razem wymieszaj szpatułką, starając się, aby proces trwał jak najkrócej. Im mniej ruchów na tym etapie, tym lepiej urośnie nam ciasto! Przelej masę do formy i piecz 40–50 minut (do suchego patyczka). Po wyjęciu przestudź ciasto przez 10 minut w formie, a następnie wyjmij je i połóż do góry nogami. Dzięki temu wybrzuszony wierzch się spłaszczy, nie będzie więc konieczności odcinania go, aby otrzymać płaski tort. Zostaw do całkowitego ostygnięcia, a następnie długim nożem z piłką przekrój na trzy równe blaty.

W międzyczasie przygotuj krem. Do dużej miski włóż mascarpone i ubijaj przez kilka minut, aż lekko się napowietrzy. Następnie dodaj ricottę, śmietankę, ekstrakt waniliowy oraz sól i dalej ubijaj, aż składniki utworzą gładką masę. Łyżka po łyżce dodawaj cukier puder, aż krem będzie wystarczająco słodki. Ubijaj jeszcze chwilę, aż krem się usztywni. 

Spodni blat ciasta ułóż na obrotowej tacy, jeśli taką posiadasz. Będzie ci łatwiej rozprowadzać krem na jego brzegach. Jeśli nie masz tacy, ułóż spód od razu na paterze. Na pierwszy blat wyłóż około ¼ kremu z miski, równo rozprowadź i przykryj kolejnym blatem. Powtórz czynność, kolejną warstwę kremu przykryj wierzchnim blatem i na górze oraz bokach rozprowadź pozostały krem. Wierzch udekoruj suszonymi płatkami róży. Tort można podawać od razu, ale najlepiej kroi się oraz smakuje po schłodzeniu – w miarę możliwości odstaw go na kilka godzin do lodówki. 

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie.pl. Znajdziesz tam też garść przydatnych informacji na temat prozdrowotnych właściwości gryki!

Wesołych Świąt!

Pobudka

Ostatnie miesiące były dla mnie wymagające i pełne wrażeń. Kilka razy miałam pod górę i kusiło mnie, by zrobić w tył zwrot, a najchętniej po prostu uciec na drugi koniec świata albo zapaść w sen zimowy. Nie było mi dane; ale w tym ostatnim wyręczył mnie mój biedny, zapomniany blog. Bardzo długo nic się tu nie działo, ale przyszedł czas pobudki! Dzięki chwilowemu uśpieniu Coutellerie, dzięki słońcu i temperaturom już-prawie-dwucyfrowym, dzięki odkrytym letnim owocom w zamrażarce – wracam!

Przygotowanie wpisu na bloga to sporo zabawy. Znaleźć wolny poranek, zaplanować, ugotować, powtórzyć, powtórzyć jeszcze raz i spisać proporcje, wreszcie zrobić zdjęcia, przygotować je do publikacji i opatrzyć całość ładnym słowem wstępu. Choć przez jakiś czas czułam, że nie mam już do tej zabawy serca, to musiał być jakiś koszmar senny. Po pobudce okazuje się, że za tym – i za wami – tęskniłam!

Każdy wie, że po przebudzeniu najważniejsze jest śniadanie (zaraz po szklance wody z cytryną lub octem, ale o tym opowiem w następnym wpisie). Spoczywa na nim wielka odpowiedzialność – musi przygotować nas na nadciągający dzień, wartością odżywczą zapewniając krzepę, a pysznym smakiem dobry nastrój. Mam wspaniałą wiadomość! Udało mi się znaleźć poranek, zaplanować, zrobić, powtórzyć, spisać proporcje, sfotografować i napisać wstęp. I dziś na śniadanie jemy pełnoziarniste gofry z mąki gryczanej. Idealnie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, leciutkie. O orzechowym posmaku gryki, niesłodkie, a więc z solidnym kleksem syropu klonowego, na poduszce z kwaśnej śmietany i podduszonych jagód zamrożonych latem. Sycące i zdrowe, a cieszą jak deser nad Bałtykiem. Dla takiej pobudki warto było na trochę przysnąć.

Idealne gofry gryczane

4 porcje
źródło przepisu

  • 145 g pełnoziarnistej mąki gryczanej
  • 1 łyżka nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 1 ¼ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • duża szczypta soli
  • 1/2 łyżeczka mielonej wanilii lub cynamonu
  • 300 ml maślanki lub kefiru
  • 1 duże jajko
  • 30 g rozpuszczonego masła (4 łyżki) + więcej do smarowania gofrownicy
  • do podania: syrop klonowy, śmietana, owoce (użyłam zamrożonych latem jagód, lekko podgrzanych)

Rozgrzej gofrownicę do maksymalnej tempatury. Do dużej miski wsyp suche składniki – mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę, sól i wanilię (lub cynamon). W osobnym naczyniu wymieszaj maślankę lub kefir (użyłam mieszanki, bo akurat jedno i drugie miałam otwarte w lodówce), roztrzepane jajko i rozpuszczone masło. Wlej mokre składniki do suchych i wymieszaj szpatułką, tylko do połączenia, jak najkrócej! Ciasto będzie dość gęste, klejące trochę jak namoczone siemię lniane. Odstaw na 5 minut.

Powierzchnię gofrownicy smaruj odrobiną rozpuszczonego masła (najłatwiej robić to silikonowym pędzlem) przed każdą partia gofrów. Nakładaj około 2 łyżek ciasta na gofra (w zależności od rozmiaru gofrownicy). Gofrownicę otwórz dopiero kiedy już prawie nie będzie parowała. Te gofry mogą wymagać więcej czasu niż klasyczne, a jeśli wyjmiesz je za szybko, nie zrobią się chrupiące. Po wyjęciu ostudź przez minutę na kratce – będą jeszcze bardziej chrupiące. Podawaj z kwaśną śmietaną, owocami i syropem klonowym, ale też z miodem, masłem orzechowym lub migdałowym, z ricottą, mascarpone, dżemem czy konfiturą. Wolna amerykanka.

Jeśli nie masz gofrownicy możesz usmażyć z tego ciasta pancakes, też będzie pysznie!

Japonia, cz. 2. Mitsu

Sukces! Udało mi się przysiąść i złożyć w całość drugą część relacji z Japonii. Wybaczcie mi to żółwie tempo, mam wrażenie, że teraz będzie mi szło lepiej – powoli opadają już emocje po powrocie, wszystkie najpilniejsze sprawy są pozałatwiane, a największe niedobory (ludzkie, głównie, i miejscowe) – pozaspokajane. Została mi właściwie tylko jedna przeszkoda: fakt, że teraz przeglądanie zdjęć z Japonii kończę ze łzami w oczach, a ilekroć zaczynam pisać, powstają elaboraty o tym jak mi teraz źle w tej szarej, zimnej codzienności. I tak to odkładam i wypieram, bo wolałabym, żeby moje opowieści były pozytywną inspiracją, nie przydługim pomrukiem niezadowolenia.

Ale muszę nazwać to po imieniu; naprawdę nie sądziłam, że będzie tak ciężko! Mimo, że do samego końca pobyt w Japonii był dla mnie czystym szczęściem i spełnieniem, w jakiejś części wydawałam się sobie gotowa do powrotu, pod koniec słyszałam odzywającą się powoli tęsknotę za Polską, Polakami, twarogiem i chlebem na zakwasie. Nie na tyle, by móc stwierdzić, że chcę wracać – ale wystarczająco, by myślą o tym podnieść się na duchu i dostrzec pozytywne strony końca podróży. Teraz piszę do Was z mojej kanapy, i choć staram się doceniać jaka ona wygodna, bez wahania wymieniłabym ją na jakiś twardy futon czy bambusowe posłanie. Podczas mojej podróży przez Japonię, wychodzenie poza strefę komfortu stało się moją nową strefą komfortu. Zrezygnowałabym ze wszystkich wygód (za którymi tak przecież tęskniłam, na przykład we wsi pod Okayamą, przez tydzień dzieląc łazienkę z żabami i jaszczurkami) jeśli tylko umożliwiłoby mi to powrót. Jestem pewna, że z czasem będzie lepiej, a póki co muszę zagryźć zęby i skończyć studia, potem świat będzie stał przecież otworem! Ale do tego czasu obiecuję zrobić co w mojej mocy, by zamiast się tu żalić, przekazać Wam jak najwięcej dobrych wspomnień i wartościowych informacji.

Zaczynamy od wyprawy do Mitsu, rybackiej wioseczki rozmiarów tak niewielkich, że na próżno nawet szukać jej na mapie. Mieści się w prefekturze Hyōgo, na południowy zachód od Himeji, jednego z moich pierwszych przystanków. To tam zaliczyłam pierwszą kąpiel w japońskim morzu (a później pierwszy okład z wodorostów wakame na poharatane stopy – ofiary pięknego, skalistego wybrzeża)! Co jednak istotniejsze, to w Mitsu po raz pierwszy spróbowałam prawdziwej japońskiej soby, czyli makaronu z mąki gryczanej. Jakby tego było mało, sama go sobie wcześniej zrobiłam! Wymagało to lekkich poświęceń, jak choćby pracy przy stole przystosowanym dla średnio pół metra ode mnie niższych, czy całej tej mąki gryczanej do dziś pozostającej między guzikami mojego aparatu fotograficznego. Ale było warto, bo smak własnych, ciut nierówno skrojonych nudli, wprawił mnie w samozachwyt!

Odpowiednie wyrobienie i pocięcie ciasta jest znacznie bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. Spisałam instrukcje i prędzej czy później spróbuję powtórzyć to w domu, ale póki co przekażę Wam wskazówki dotyczące drugiego etapu, tj. serwowania. Tradycyjnie, zimny makaron w bambusowym koszyku (zaru) stawia się na środku stołu, skąd każdy sięga pałeczkami po kolejne porcje. Po drodze do ust lądują one w czarkach z mentsuyu, czyli sosem do maczania. Na koniec do resztek sosu można dodać gorącą wodę (najlepiej tę pozostałą po gotowaniu soby) i wypić jak bulion. To wyjątkowo prosty posiłek (w Japonii jest także wyjątkowo tani – my musimy wydać trochę na składniki w Kuchniach Świata), i będzie on równie udany jeśli sięgniemy po zwykły, sklepowy makaron. Ważne tylko, by miał jak najwięcej mąki gryczanej, najlepiej 100%, ale takiego jeszcze w Polsce nie widziałam (moje minimum to 70%). Przepis czeka na końcu wpisu.

IMG_3436.jpg

Ot, toaleta na stacji benzynowej!

Kawałek od wybrzeża, w jednej z ciasnych uliczek miasteczka, mieści się prawdziwe niebo dla wielbicieli soby – restauracja prowadzona od lat przez pewne urocze małżeństwo. Zabrał mnie tam znajomy Japończyk Kazu, ich wieloletni przyjaciel.

Właściciel soba-raju. Jak wszyscy Japończycy przemiły i skory do dzielenia się swoimi recepturami i doświadczeniem!

Makaron soba pod dwiema postaciami: klasycznie ugotowany i smażony, jako chrupiąca przekąska. A poniżej obowiązkowa lodowata mugicha (herbata z prażonego jęczmienia, pyszna!).

Kilka zdjęć z robienia makaronu (pod okiem czujnego sensei):

Efekt końcowy:

No, to do dzieła, teraz Wasza kolej!

Mentsuyu
(sos do zimnego makaronu / baza pod bulion do gorącego)


100 ml sake
200 ml mirinu
ok. 10 cm kawałek wodorostów kombu
250 ml sosu sojowego
1 łyżka cukru trzcinowego
duża garść bonito (suszonych płatków tuńczyka)

oraz:
makaron soba (100-150 g suchego na osobę)*
cienko pokrojony szczypiorek
opcjonalnie: wodorosty nori, wasabi, sezam, imbir

* Można użyć innego ulubionego makaronu – np. somen (cieniutki pszenny makaron) lub udon (grube kluski).

W rondlu zagotowujemy sake, następnie dodajemy mirin oraz kawałek kombu i ponownie doprowadzamy do wrzenia. Zmniejszamy ogień i pozwalamy bulgotać przez minutę. Odparowujemy tym samym alkohol i lekko redukujemy. Następnie dodajemy sos sojowy oraz cukier i jeszcze raz zagotowujemy. Do gorącej mikstury dorzucamy płatki bonito. Gotujemy przez pięć minut na niedużym ogniu. Po tym czasie odcedzamy mentsuyu na sicie i studzimy. Przechowujemy w lodówce do kilku miesięcy.

Aby poprawnie przygotować makaron soba, gotujemy go w nieosolonej wodzie według instrukcji na opakowaniu (czas zależy od grubości nitek).  Kiedy będzie gotowy, przelewamy przez sito, zachowując wodę z gotowania! Makaron zaś momentalnie przekładamy do miski z lodowatą wodą i pod zimnym kranem płuczemy intensywnie, aż woda będzie całkiem przejrzysta. Wówczas odsączamy na sitku i przekładamy na koszyk (lub zwykły talerz, na którym będziemy podawać makaron). Mentsuyu podajemy w indywidualnych czarkach.

Gorącą wodę po gotowaniu makaronu (sobayu) podajemy w imbryku i wykorzystujemy do zalania mentsuyu po tym, jak skończymy jeść makaron. Jeśli nie zachowaliśmy sobayu, możemy wykorzystać zwykły wrzątek i otrzymamy lekki bulion, ale zachowujmy sobayu :) różnica jest ogromna. Rozcieńczamy sos mniej więcej czterokrotnością wody (lub do smaku). Jeśli chcemy zjeść makaron w zupie na ciepło, przygotowujemy go tak samo (nie pomijamy płukania w zimnej wodzie!), a następnie dodajemy do bulionu powstałego przez rozcieńczenie mentsuyu z wrzątkiem.

Przy okazji przypominam inne pomysły na makaron soba - z pieczonymi marchewkami i sosem z orzechów i miso, w bulionie orientalnym i jako szybkie stir-fry.

継続します (C.D.N.)

Trzyd(y)niowa uczta

Zawsze chciałam, by na Coutellerie pojawił się któregoś dnia cykl z prawdziwego zdarzenia. Tyle blogów potrafię przecież skojarzyć dzięki ich regularnym wpisom z jednej kategorii, czy to z uwagi na składnik, rodzaj potrawy, okazję czy czas przygotowania. Cykle są charakterystyczne - są swoje własne, tworzą markę i czytelnicy wyczekują ciągu dalszego jak kolejnego odcinka ulubionego serialu. Jakby tego było mało, opatrzone są najczęściej chwytliwym tytułem, a z boku pręży się #numer wpisu, imponujący dowód na konsekwencję i wytrwałość autora w tworzeniu serii.

Mnie brakuje chyba przewidywalności. Za bardzo lubię pisać do Was o tym, co aktualnie siedzi mi w głowie, nie wspominając już, że gotuję bardzo spontanicznie, nie planuję menu i nie potrafię znieść kiedy jest mi narzucone (nawet – a może szczególnie – przeze mnie samą). Strasznie chciałabym mieć swoje kuchenno-blogowe rytuały, ale wiem że z chwilą w której wywiązywanie się z nich stałoby się moim obowiązkiem, w magiczny sposób zniknęłaby gdzieś cała przyjemność, jaką mogłyby mi dawać.

Nie angażując się więc w zbyt ryzykowne zobowiązania, wynagradzam sobie swoje niedoskonałości serią szytą na moją miarę. Trzydniowa (lub trzydaniowa, jeśli ktoś lubi zjeść dziennie trzy śniadania) Uczta Dyniowa to na razie maksimum, na jakie stać mnie w kwestii cykli. Jedna okazała sztuka hokkaido po upieczeniu równa się pełnej misce gęstego puree, po które można sięgać łyżką jak tylko przyjdzie pomysł na kolejne dyniowe wymysły. A że mnie najlepiej myśli się o poranku... jako pierwsze przedstawiam Wam pankejki, i to nie bylejakie, bo totalnie jesienne i jeszcze totalniej najpyszniejsze jakie jadłam od dawien dawna. Idealne na październik - ostatni czas na śniadanie z promykami słońca, expresso w złocistym teraz Ogrodzie Botanicznym i, oczywiście, na najsmaczniejszą dynię!

P.S. Jeśli czyta mnie Pani, której obiecałam kiedyś przepis na genialne dyniowe śniadanie z migdałami - już możesz szykować się na kolejną część cyklu :)

Piernikowe pancakes dyniowe
z mąki gryczanej

3 porządne porcje

1 niepełna szklanka mąki gryczanej*
2 łyżeczki przyprawy do piernika
szczypta suszonego imbiru
1 łyżeczka sody oczyszczonej
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
1 szklanka puree z dyni
2 łyżki rozpuszczonego masła (lub oleju, np. kokosowego pachnącego, ale zwykły też się nada)
2 jajko
1,5 szklanki maślanki
2 pełne łyżki miodu, najlepiej wyrazistego, np. spadziowego
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego 
+ dużo syropu klonowego i ew. świeży tymianek

*Można ją zastąpić pszenną, również pełnoziarnistą, ale gryczana jest dooobra (i bezglutenowa), spróbujcie!

W oddzielnych naczyniach wymieszać suche składniki (mąkę, przyprawy, sodę, proszek, sól) oraz mokre (dynię, maślankę, roztrzepane jajka, masło, miód, wanilię). Rozgrzać mocno suchą, nieprzywierającą patelnię. Zawartości obu misek wymieszać trzepaczką tak krótko jak to możliwe – tylko do równomiernego połączenia ciasta. Powinno być dość gęste, tak by pankejki na patelni nie rozlewały się za bardzo. Nakładać po dwie łyżki ciasta na placka, smażyć bez tłuszczu, przewracać kiedy urosną jak podusie i pojawią się pęcherzyki powietrza. Podawać natychmiast, w towarzystwie syropu klonowego (same w sobie nie są przesadnie słodkie) i świeżego tymianku. Ale to oczywiście tylko propozycja, dodatki są już Waszym polem do popisu. Może duszone jabłka? Ricotta lub mascarpone? Orzechy? Powidła? 

Smacznego!