Nowe życie lodów na patyku

IMG_4965.jpg

Od jakichś trzech lat (czyli odkąd rozpoczęła się w Polsce złota era rzemieślniczych lodziarni, a do tego zaczęłam robić trochę w domu) nie jem już raczej zwykłych lodów na patyku. Tyle się najadłam naprawdę dobrego towaru, że ten sklepowy przestał mnie satysfakcjonować. W lodach, które kiedyś lubiłam, nagle znalazłam napompowaną strukturę i sztuczne posmaki (podejrzewam też, że znane mi z dzieciństwa bigmilki mogły w międzyczasie zmienić skład nie do poznania). Potem przestałam próbować i szukać... Spróbowałam jednak lodów Dione, które znalazły mnie same. A to, że o tym teraz czytacie, to dowód że była to próba bardzo udana. 

Najważniejsze to smak. Ale zaraz za nim jest skład – również w przypadku rzeczy, które z zasady są dla przyjemności, a nie na przykład dla zdrowia. Nie chodzi tylko o to, że w trosce o swój organizm chcę przyjmować składniki dobrej jakości (to też, ale w przypadku jedzonych raz na jakiś czas słodkości bardziej liczy się dla mnie pożytek dla ducha, niż dla ciała). Ważniejszy jest fakt, że ze złych surowców cieżko osiągnąć zachwycający efekt smakowy. Szczególnie dla podniebienia rozpieszczonego lodami tradycyjnej domowej produkcji. I w tych lodach Dione czuć, że są porządne – oblane grubą warstwą dobrej czekolady, smakują prawdziwą wanilią, a w konsystencji są kremowe i konkretne, nie nadmuchane. Wiecie, że nie reklamuję tu rzeczy zbyt często, a już na pewno nie takie, co do których miałabym wątpliwości. Tu przekonuje mnie brak konserwantów, tłuszczów roślinnych, substancji słodzących, barwników i wzmacniaczy smaku i produktów modyfikowanych genetycznie. Ten wpis jest przysługą dla Was (zajadajcie się, Dione kupicie we wszystkich Biedronkach) i moimi trzema groszami do tego, żeby więcej takich lodów wypełniało zamrażarki polskich sklepów. 

IMG_4932 copy copy.jpg
IMG_4932.jpg

Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy wykorzystywanie lodów na patyku w przepisie. Są one z definicji formą kompletną; na patyku, by wygodnie było zjeść w każdych możliwych warunkach – byle od razu. Ale chwilę się zastanowiłam i zaczęły mi w głowie kiełkować pomysły na dekonstrukcję tej formy. Zdekonstruowałam przy okazji tosty francuskie, dodałam mascarpone które zrobiło z tego kremowy deser, a dla przełamania słodyczy – kwaśną melasę z granatów (kupicie ją w sklepach arabskich lub zrobicie sami, gotując sok z granatów 100% tak długo, aż zredukuje się do syropu). Wszystkie składowe zyskały kompletnie nowe życie, na które nie da się powiedzieć złego słowa – mimo, że trzeba je teraz jeść łyżeczką :)

IMG_4942 copy.jpg

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem lodów naturalnych Dione. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

IMG_4973.jpg

Deser z lodów na patyku
z tostami francuskimi i melasą z granatów

4 porcje

  • 250 g mascarpone
  • 4 lody na patyku w czekoladzie (użyłam Dione waniliowych z solonym karmelem i czekoladowych crema di nocciole – wybierzcie swoje ulubione)
     
  • 2 jajka
  • ½ szklanki mleka
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego
  • szczypta soli
  • 4 kromki chałki, może być nawet „przedwczorajsza”
  • ok. 30 g masła do smażenia
     
  • melasa z granatów

Wyjmij lody z opakowań. Odkrój górę każdego z nich, aż do poziomu patyczka. Posiekaj je i dobrze wymieszaj z mascarpone. Powstały krem oraz końcówki lodów na patykach schowaj z powrotem do zamrażalnika.

Przygotuj tosty francuskie. W głębokim talerzu roztrzep jajka z mlekiem, wanilią i solą. Na patelni rozpuść masło. Kromki chałki włóż na kilka sekund do masy jajecznej, następnie odwróć na drugą stronę, by namoczyły się z równomiernie. Przełóż na patelnię i smaż na średnim-dużym ogniu na złoto z obu stron. Zdejmij z patelni na ręcznik papierowy i odsącz z nadmiaru masła. Następnie, wciąż gorące, pokrój w kostkę i wrzuć do czterech przygotowanych pucharków/szklanek. Na warstwę tostów nałóż po dużej łyżce kremu lodowego. Każdą porcję udekoruj końcówką loda na patyku i oblej kwaskową melasą z granatów. Smacznego!

Affogato verde

matcha affogato

Zielonej herbacie jest do twarzy we włoskich przepisach. Zorientowałam się niedawno, że znaczna część mojej matchowej listy "do zjedzenia" jest rodem właśnie z półwyspu Apenińskiego. Tiramisu, panna cotta... czy na przykład gnocchi! A ostatnio odhaczyłam punkt, którego na tej liście nawet nie było. Dopiero kiedy oblałam kulkę lodów waniliowych gorącym "espresso" z matchy (na co ochota przyszła mi bardzo spontanicznie), zorientowałam się, że to japońska adaptacja włoskiego klasyka. I muszę przyznać, że prześcignęła dla mnie oryginał.

Przepis na matcha affogato czeka TUTAJ!

Obserwujcie stronę Moya Matcha, gdzie będzie pojawiać się coraz więcej moich zielonych przepisów! Na pyszności z różnych stron świata. Wszystkie będą zielone, obiecuję – co bardzo się nam wszystkim przyda przy tej ociągającej się wiośnie!

IMG_1573.jpg

 

 

Numer 23

W tym roku urodziny obchodziłam kilka razy zanim jeszcze przyszła ich pora. Wczoraj w Tokio mój stary znajomy Taro zaskoczył mnie kolacją w zachwycającej restauracji (wywalczoną, bo stoliki zarezerwowane są na miesiąc do przodu. Wyłącznie przez Japończyków – na TripAdvisorze miejsce ma jedną (!) recenzję). Jego zmysłowi smaku ufam jak niewielu innym, wiedziałam, że to będzie niezapomniane; choć i tak, rzecz jasna, przerosło moje oczekiwania. Wcześniej spędziłam dwa dni pod dachem słodkiej Yae Saito. Wiedząc, że w urodziny będę już daleko, Yae zabrała mnie na pożegnalne ciastko, które okazało się małym przyjęciem niespodzianką. Dostałam specjalną porcję z czekoladową kaligrafią na talerzu, mnóstwem ozdób, a nawet marcepanową flagą Polski! A zanim wyjechałam, ponad tydzień przed właściwymi urodzinami, do rana trwały świętująco-pożegnalne tańce z moimi najulubieńszymi ludźmi na ziemi ojczystej.

Jednak najwcześniejsze było świętowanie, które odbyło się z myślą o was i o blogu! Wiedziałam, że wyjazd utrudni mi sprawę, do wpisu szykowałam się więc na długo przed tym, jak dzisiejszy dzień majaczył choćby na horyzoncie. Jestem przywiązana do 9-kwietniowej tradycji na Coutellerie. Z przybywającymi mi latami kolekcja powiększa się o specjalne czekoladowe elementy. Zaczęło się od śniadania z czekoladą w roli głównej (konieczną by uciszyć strach, że przestałam być nastolatką). Rok później, oswojona z dwójką na początku, odważnie wypakowałam czekoladą blondies na palonym maśle. Kończąc 22 lata (i zdążywszy w międzyczasie zakochać się w Japonii), połączyłam francuski mus czekoladowy z karmelem pełnym umami. A w tym roku, choć Japonią zajadam się u źródła, w przepisie nawiązuję co najwyżej do skromności i prostoty, których chcę się od niej uczyć. W imię tego postawiłam na jedyną niezbędną składową urodzinowego przepisu – sto procent czekolady.

Sorbet czekoladowy to zwodnicza nazwa. Sugeruje, że lekki, że orzeźwia, że szybko topnieje i ma igiełki lodu. Nie mogłoby to być dalsze od rzeczywistości, bo ten twór jest gęsty, kremowy i tłuściutki. Ale nazwa jest prawidłowa, nie ma tu mleka, śmietany ani jajek. Rezultatem są lody o konsystencji masła, tak intensywnie czekoladowe, że wystarczy zjeść dwie małe kulki, by się nasycić (zaspokajając jednocześnie pół dziennego zapotrzebowania na magnez). Jest w nich dystyngowana skromność, klasa i smak – dojrzały, wytrawny, równoważony subtelną słodyczą. Wszystkie cechy, które chciałabym mieć! Choć trochę mi jeszcze do tego daleko, życzę ich sobie z okazji urodzin; a pókim młoda, braki wypełniam jedząc kulek trzy.

Sorbet czekoladowy
z płatkami soli morskiej

źródło przepisu: “The Perfect Scoop”, David Lebovitz

  • 555 ml wody
  • 200 g cukru
  • 75 g kakao
  • 170 g gorzkiej czekolady (60-70% kakao), posiekanej
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego*

* Jeśli nie masz ekstraktu, dodaj ziarenka z 1 laski wanilii i łyżkę innego alkoholu, np. wódki lub spirytusu (nie będzie różnicy w smaku, ale dzięki alkoholowi lody nie zmrożą się na kamień).

Odmierz 375 ml wody i wymieszaj w sporym garnku z cukrem, kakao i solą. Mieszaj trzepaczką podgrzewając na dużym ogniu. Kiedy mieszanka zawrze, gotuj przez minutę, nieprzerwanie mieszając.

Zdejmij garnek z ognia i dodaj posiekaną czekoladę. Mieszaj powoli szpatułką, tak długo, aż cała się rozpuści. Wówczas dolej resztę (180 ml) wody i ekstrakt waniliowy. Przelej masę do blendera i miksuj na najwyższych obrotach przez około 15 sekund. Kremową masę schowaj do lodówki na minimum 6 godzin, a najlepiej na całą noc.

Porządnie schłodzoną masę czekoladową wlej do swojej maszyny do lodów i postępuj zgodnie z instrukcjami producenta. Ja zazwyczaj domrażam jeszcze przez kilka godzin lody po przełożeniu ich do pojemnika. Gotowe porcje lodów posyp płatkami soli morskiej (używam najczęściej angielskiej soli Maldon lub francuskiego kwiatu soli (fleur de sel)). Smacznego!

Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już m.in. przy okazji lodów z Cereal Milkzdrowych lodów chałwowych czy tych z czarnego sezamu, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów!

Japonia, cz. 12. Arashiyama (i zwariowany lodziarz)

Z radością i ekscytacją wracam do swoich japońskich opowieści! Dziś zabieram Was na obrzeża mojego ulubionego Kioto. Nie rozgaduję się przesadnie, obiecuję - a zamiast tego mam dla Was aż dwa przepisy na łakocie z zieloną herbatą. Jest też kilka małych przygód i ciekawych osobistości. Gotowi? To ruszamy!

Pierwszy przystanek to Arashiyama, która leży na zachodnich obrzeżach Kioto. Dojazd z dworca głównego (Kyoto Station) zajmuje 15-20 minut. Formalnie Arashiyama jest bowiem dzielnicą należącą do dawnej stolicy Japonii, ale panujący tutaj klimat sprawia, że myślę o niej raczej jako o spokojnej, peryferyjnej miejscowości. Najmilej przyjechać tu na lody lub piknik przy rzece, choć największą atrakcją w tej okolicy jest bez dwóch zdań las bambusowy.

Nie można odmówić mu wyjątkowej urody, i choć to miejsce bardzo popularne wśród turystów, nie wyobrażałam sobie nie zobaczyć go na własne oczy. Te kilka zdjęć drzew bambusowych, które Wam dziś pokazuję, to minimum do jakiego udało mi się ograniczyć przy tworzeniu tego posta. Po około trzech minutach od wejścia do lasu wiedziałam, że zrobię w nim kilkaset niemal identycznych zdjęć, z których niewiele przyda mi się w przyszłości. Ale nawet nie próbowałam z tym walczyć, to była jedna z piękniejszych scenerii jakie widziałam, ba, jakimi byłam ze wszystkich stron otoczona. 

Przez las poprowadzona jest wygodna ścieżka, ale nikt nie powinien mieć Wam za złe, jeśli nie będziecie bezwzględnie się jej trzymać. Zagłębianie się w dziki gąszcz podobało mi się najbardziej, szczególnie na etapie gdy w polu widzenia nie dało się znaleźć absolutnie niczego, co nie było bambusem! Razem z moimi towarzyszkami zaczęłyśmy poważnie wierzyć w bezkresność japońskiego lasu i dobre pół godziny błądzenia konieczne było do obalenia tej teorii. Wydawałoby się, że to czas absolutnie wystarczający na wpadnięcie w panikę, ale w otoczeniu najpiękniejszych zarośli na świecie było nam do tego daleko. Rytmiczny krajobraz w paski o barwie chłodnej zieleni, jego indywidualna akustyka, rozproszone światło i soczyste, chłodne powietrze; wszystkie te rzeczy, nadające Arashiyamie cech żyjącego organizmu, wprowadziły nas w mistyczny nastrój, wyciszyły i sprawiły, że wcale nie chciałyśmy się stamtąd wydostać.

Zrobiło się poetycko, a o Arashiyamie piszę dziś z przyczyn raczej prozaicznych. Chcę Wam przedstawić smak, który zawsze będzie dla mnie powiązany z tym miejscem. Smak specjału, który przyczynił się do tego, iż błądzenie po lesie było przyjemnością; co więcej, jest szansa, że to jemu zawdzięczamy wyjście z tej przygody cało.  Kiedy opuszczałam Yokohamę, kierując się w stronę tajfunu na Shikoku, wuj Montse dał mi czarodziejski przysmak dla wyczynowców, dodający rzekomo energii w trudnych momentach wędrówki. Przydał mi się bardzo, choć dam głowę, że była to zwykła czekolada. W Arashiyamie asa w rękawie miała moja znajoma, Diana. A dokładniej nie w rękawie, a w plecaku - i nie asa, a pudełko czekoladek z matchą. 

Jestem przekonana, że ekskluzywne zielone praliny Nama firmy Royce były równie magiczne, co czekolada z Yokohamy. Sięgałyśmy do pudełka aż zniknęła ostatnia; trzy zagubione podróżniczki w środku bambusowego gąszczu, w kompletnym potrzasku, ale z wielkim spokojem w sercach. Rozpuszczałyśmy na językach jedną pralinę za drugą, niespiesznie - akurat w rytm naszej wędrówki. Złożyło się to wszystko w jedną nad podziw udaną całość.

Wiele bym dała, żeby znów pogubić się dziś w Kioto i jego okolicach. Muszę być jednak cierpliwa, a pomaga w tym sprowadzanie kawałka Arashiyamy do domu. Nie przywiozłam ze sobą czekoladek Royce - zrobiłam je własnoręcznie i smakują jak oryginalne. Czy to z tęsknoty za Japonią, czy dopiero z chęci jej poznania, wyjdzie Wam na dobre jeśli i Wy je przygotujecie. Oby tak jak mnie z Arashiyamą, Wam już zawsze wspaniale kojarzyły się ze mną!

Praliny z matchą

na około 25-30 sztuk, źródło przepisu

  • 400 g białej czekolady*
  • 100 ml śmietanki 36%
  • 30 g masła
  • 2 łyżki z lekką górką matchy (użyłam tradycyjnej) + do posypania
  • foremka lub kanciaste naczynie, ok. 20x20 cm

* Dobra jakość i smak czekolady mają kluczowe znaczenie dla tego przepisu. Wybierając czekoladę upewnijmy się, że w składzie ma tłuszcz kakaowy, a nie roślinne zamienniki! Najbardziej lubię Lindt, ale na przykład teraz wśród portugalskich produktów w Biedronce jest dobra biała czekolada do wypieków firmy Pantagruel.

Zaczynamy od przygotowania foremki - precyzyjnie wykładamy ją przyciętym papierem do pieczenia. Upewniamy się też, że wszystkie narzędzia, z których będziemy korzystać (foremka, szpatułka, garnek) są suche. Nawet kropelka wody może zrujnować nam przepis (czekolada rozwarstwia się po jej dodaniu)!

W garnuszku podgrzewamy śmietankę do “prawie zagotowania”. Kiedy zaczną pojawiać się bąbelki, zdejmujemy z ognia i dodajemy drobno posiekaną czekoladę oraz masło. Mieszamy intensywnie szpatułką do momentu, aż wszystko rozpuści się i utworzy jednolitą masę. Powinna zgęstnieć i nieco ostygnąć. Wówczas przesiewamy do garnka matchę i intensywnie mieszamy do jej połączenia z resztą składników. Całość przelewamy do przygotowanej foremki, wygładzamy powierzchnię i stukamy kilka razy o blat, aby pozbyć się bąbelków powietrza. Odstawiamy do zastygnięcia, a następnie szczelnie przykrytą formę wkładamy do lodówki na minimum 4-5 godzin (a najlepiej na całą noc). 

Następnego dnia wyciągamy zielony blok z formy. Nóż rozgrzewamy w gorącej wodzie, dokładnie osuszamy i kroimy masę na kwadraciki o wymiarach nie większych niż 1x1 cm. Praliny są słodkie i intensywne, dużo lepiej smakują jedzone małymi kęskami (na mój gust powinny być ćwiercią tych, które widzicie na zdjęciu - sama jem je na 3-4 gryzy). Posypujemy z wierzchu jeszcze odrobiną matchy (użyłam do tego luksusowej). Podajemy schłodzone. W lodówce możemy przechowywać je do 4-5 dni w zamkniętym pudełku. Smacznego!

Niespodzianka! To nie koniec smakołyków na dziś. W poście wprowadzającym do tematu matchy pokazywałam Wam między innymi zielone lody kręcone. Na zdjęciu (zrobionym w Arashiyamie!), z najszczerszą radością w oczach trzyma je wspomniana wcześniej Diana. Tak, było nam mało! Po wyjściu z bambusowego lasu, z brzuchami wypełnionymi pralinkami z matchą, pospieszyłyśmy prosto na matchowe lody. Co poradzić - w Japonii wypada jeść je przynajmniej raz dziennie, a przyswojenie wcześniej tygodniowego przydziału zielonej herbaty w czekoladkach nijak z tego obowiązku nie zwalnia. 

Chcąc być konsekwentną, lody także dla Was zrobiłam! A żeby skorzystać mogli wszyscy (bo wiem, że jest wśród Was wielu wegan), wybrałam recepturę w stu procentach roślinną. Choć jestem dozgonną wyznawczynią lodów śmietankowych, nie uważam, że bez mleka nie da się zmrozić niczego dobrego.  Jestem natomiast przekonana, że niezbędna jest lodowa maszyna - ale o tym truję za każdym razem.

Lubię (i zazwyczaj darzę szacunkiem) lody robione z tłustego mleczka kokosowego. Dzięki jego kremowości nie brakuje im wiele do tych klasycznych, na śmietanie. Ale kiedy będę starsza i odważniejsza, spróbuję zrobić wegańskie lody z tofu. Na pewno podzielę się z Wami przepisem, pod jednym tylko warunkiem - jeśli odwrócę je do góry nogami i nie spadną z wafelka, a więc pomyślnie przejdą test szalonego lodziarza z Kioto.

Chciałam przedstawić Wam go pisząc o Fushimi Inari, pięknej świątyni szintoistycznej, która słynie z górskiego szlaku ciągnącego się pod tysiącami pomarańczowych bram torii. Chwilowo nie mam jednak dostępu do zdjęć z Japonii, a z przepisem na lody bardzo nie chcę dłużej czekać. Sklepik lodziarza znajduje się w bliskim sąsiedztwie Fushimi Inari, ale muszę te rzeczy rozdzielić i o wędrówce na szczyt góry za świątynią opowiem Wam innym razem. 

Soja w Japonii nie musi szczególnie walczyć o swoją pozycję w społeczeństwie. Wszyscy sięgają po nią chętnie - mleko sojowe łączą z matchą, zajadają się fermentowanymi ziarnami w postaci glutka zwanym natto, a tofu (zwłaszcza w Kioto, które szczyci się jego wyrobem) zajmuje w sklepach osobne, wielkie lodówki. Biorąc pod uwagę tę popularność, aż dziw jak trudno jest znaleźć w stu procentach roślinne lody. Bardzo popularne są te o smaku mleka sojowego, jak również yuby („kożucha” z tofu) czy kinako (prażonej mąki sojowej), ale ich bazą wciąż jest zazwyczaj krowie mleko z prefektury Hokkaido.

To dlatego lodziarz spod Fushimi Inari tak szczyci się swoimi od początku do końca sojowymi wyrobami w sklepiku Kyozuan. Aby położyć nacisk na doskonałość ich smaku i konsystencji osiągniętą bez dodatku mleka, chętnie wymachuje nimi gościom przed nosem do góry nogami. To dowód na to, że lody są gęste, zwarte i trzymają się miejsca, które im właściwe.

Osobiście, bardziej niż za gęste uznałam je za lekko gumowe - smaczne, ale ewidentnie zrobione z czegoś bardzo dalekiego prawdziwej śmietance. Robiąc lody w domu, trzymam się póki co starego, dobrego mleczka kokosowego (i nie próbuję z nimi na razie żadnych akrobacji). Ale wysyłam Was tam obowiązkowo - zapoznajcie się ze zwariowanym lodziarzem i spróbujcie tofu upside-down ice cream (śmiało mogę chyba stwierdzić, że to jedyne miejsce z taką ofertą na świecie). Może być na zachętę przed wędrówką po szlaku za Fushimi Inari, może w nagrodę po przebyciu tej niełatwej trasy, a może i zupełnie niezależnie - nikt nie będzie Was oceniać, jeśli przyjedziecie tu tylko do Kyozuan. 

Kyozuan - 京豆庵
16-20, Fukakusa Haraigawacho
Fushimi-ku, Kyoto

A jeśli nie wybieracie się w najbliższym czasie do Japonii, łapcie przepis na domowe wegańskie lody z matchą. Na pewno będę jeszcze robić wersję na prawdziwej śmietance, ale bez obaw, głównie dlatego, że potrzebuję pretekstu - tym poniżej naprawdę niewiele brakuje do mojego ideału. 

Lody z matchą
(wegańskie)

ok. 0,5 litra lodów, na podstawie tego przepisu

  • 1 puszka (400 ml) mleka kokosowego 
  • 4 płaskie łyżeczki matchy (użyłam tradycyjnej)
  • 1 płaska łyżka skrobii ziemniaczanej
  • niecałe pół szklanki drobnego cukru
  • 2 łyżki syropu klonowego
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego
  • szczypta soli

Matchę przesiewamy razem ze skrobią do miseczki i roztrzepujemy z odrobiną mleka kokosowego, tak aby nie było żadnej grudki. Dodajemy do naczynia z resztą mleczka, cukrem, syropem klonowym, ekstraktem waniliowym i szczyptą soli. Wszystko razem dokładnie mieszamy, aż do rozpuszczenia cukru. Próbujemy mikstury - ma mieć intensywny smak matchy i być odrobinę zbyt słodka (po zmrożeniu słodycz jest znacznie mniej odczuwalna). Przelewamy do schłodzonej misy maszyny do lodów i postępujemy zgodnie z instrukcjami producenta. Zmrożoną masę przekładamy do pudełka i chowamy do zamrażarki jeszcze na kilka godzin. 

(Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już przy okazji najlepszych na świecie cereal milk ice creamzdrowych lodów chałwowych,  mrożonego jogurtu waniliowo-klonowego z awokado, czy lodów Daim, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów!)

継続します (C.D.N.)

Sentyment smakuje lepiej

Jest w Nowym Jorku oraz w Toronto kilka takich miejsc, które od jakiegoś czasu raz po raz śnią mi się po nocach. To lokale Milk Bar, siostrzanej sieci restauracji Momofuku, gdzie dzięki godnej oklasków inwencji szefowej kuchni można zaprosić się na butelkę mleka o smaku... płatków z mlekiem. Tak, tego, które tworzy się w misce podczas śniadania, kiedy płatki namakają oddając sporą część swojego aromatu. Co więcej, można tam zjeść lody na jego bazie. Żałuję, ale w najbliższym czasie akurat na wyprawę do Stanów ani Kanady nie mam perspektyw, postanowiłam więc się nie czaić, tylko odkurzyć swoją maszynę do lodów. Nie przyszła góra do Mahometa, i tak dalej. Bo że  m u s z ę  tego spróbować nie miałam wątpliwości ani przez minutę.

To bardzo sprytne stworzyć specjał, którego smak ogromnej liczbie ludności postawi przed oczami miłe, beztroskie poranki za dzieciaka. Tak, jak babcine pierogi są najlepsze na świecie, kogel mogel wywołuje uśmiech nie mniejszy niż wywoływał dziesięć (czy dwadzieścia..) lat temu, a po naprawdę dobrego gofra trzeba jechać nad samo polskie morze. Sentyment smakuje lepiej niż niejedna przyprawa, a dobre wspomnienie potrafi mieć znaczenie większe niż sam przepis. Choć oczywiście poniższej recepturze nie umniejszam. Jeśli nawet nie jadłabym mleka z płatkami i cukrem w dzieciństwie, nie mam wątpliwości że te lody by mnie zachwyciły – są po prostu obiektywnie niebiańskie.

P.S. Wybaczcie niedosyt zdjęciowy, ale lody nie są moim ulubionym obiektem do fotografowania – zdecydowanie nie lubię pracy pod presją, nawet jeśli tylko rozpuszczających się gałek! Poza tym, jak już się skarżyłam wielokrotnie, naprawdę nie wiem kiedy one wszystkie znikają z mojej zamrażarki, ale na uwiecznienie ich na zdjęciu mam jeden, max dwa dni – po tym czasie nigdy nie ma po lodach śladu.

CEREAL MILK™ ICE CREAM
czyli lody o smaku płatków z mlekiem

ok. 1 L lodów, przepis na mleko: Christina Tosi, Momofuku Milk Bar

na mleko:
600 ml mleka
3 szklanki płatków cornflakes
120 g cukru trzcinowego demerara (najlepiej drobnego, łatwiej się rozpuści)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego*
porządna szczypta soli
na lody dodatkowo:
400 ml kremówki
3 żółtka z dużych jajek (4 z małych)

na posypkę:
1,5 szklanki płatków cornflakes
2/3 szklanki cukru trzcinowego
2 – 3 łyżki wody
1/3 łyżeczki soli

* W przypadku deficytu, można zastapić ziarenkami z 1 laski wanilii, ale polecam przygotowanie ekstraktu na przyszłość.

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wysypujemy płatki (całe 4,5 szklanki) na suchą blaszkę i podpiekamy przez 15 minut, aż lekko zciemnieją i pogłębią aromat. Studzimy, odmierzamy 3 szklanki i zalewamy je mlekiem. Najwygodniej wykorzystać do tego duży słój lub rondel. Odstawiamy na 30 minut na kuchenny blat, co jakiś czas mieszamy.

W międzyczasie przygotowujemy posypkę – cukier trzcinowy rozpuszczamy z odrobiną wody w garnku lub na patelni o grubym dnie. Bez mieszania czekamy, aż się skarmelizuje, dodajemy sól i złotym syropem oblewamy pozostałe na blaszce płatki (można przełożyć je na pergamin, aby oszczędzić sobie sprzątania). Odstawiamy do całkowitego wystudzenia i stwardnienia, na koniec kruszymy większe kawałki. Przechowujemy w szczelnie zamkniętym słoiku.

Mleko z płatkami przecedzamy przez sito, dokładnie dociskając płatki, aby wycisnąć z nich cały płyn i jak najwięcej aromatu. Dodajemy resztę składników – cukier, wanilię oraz szczyptę soli. Mieszamy dobrze i raczej nie próbujemy jak w smaku, bo wypijemy całe zanim powstaną lody. Jeśli taki był zamysł od początku – koniec przepisu, obłędne cereal milk gotowe!

Jeśli jednak jesteśmy twardzi i chcemy więcej, w dużym garnku podgrzewamy to mleko ze śmietanką. Do gorącej mikstury dodajemy roztrzepane żółtka i podgrzewamy całość na małym ogniu, nieustannie mieszając trzepaczką. Zdjemujemy z palnika kiedy lekko zgęstnieje, nie dopuszczamy do zagotowania! Masę chłodzimy w lodówce przez noc, następnie przekładamy do maszyny do lodów i postępujemy zgodnie z jej instrukcjami. Jemy od razu, lub domrażamy jeszcze po ukręceniu, ale zawsze przed podaniem pozwalamy lodom zmięknąć – zbyt twarde nie uwalniają nawet w połowie potencjału swojego smaku! Serwujemy z duża ilością posypki (jeśli okaże się, że jest tak smaczna, że gdzieś ją nagle wcięło, można posypywać lody po prostu uprażonymi cornflake’ami).

(Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już przy okazji zdrowych lodów chałwowychmrożonego jogurtu waniliowo-klonowego z awokado, czy lodów Daim, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów)

Uprzedzając pytania – oczywiście, lody zrobione z płatków z mlekiem można jeść na śniadanie.