Toast za ostatni agrest w tym roku

gin z agrestem i syrop z kwiatów bzu

Na porannym targu w Olsztynie jest boczna ścieżka, przy której spotkać można sprzedawców autentycznych skarbów. To nie handlarze, nie wracają z giełdy; ich towary są umorusane w ziemi i mniej kształtne niż ideały w głównej alei. A do tego ich asortyment jest ograniczony – ten ma ogórki, szczypior i porzeczkę, ten gruszki, twaróg (i kilka butelek mleka spod lady), a ta w rogu tylko pomidory. Wszystko za to prawdziwe i własne. Nazywam ich działkowiczami i staram się kupować tylko u nich. Serdeczni i swojscy, znają się na tym, co im wyrosło. A jak czymś poczęstują, to przyrzekam że smakuje jak od babci. 

Jeden z działkowiczów, łypiąc na mnie znad swoich łubianek, szepnął wczoraj rano, że musi mi powiedzieć coś ważnego. Sekretem okazał się fakt, że po raz ostatni tego lata przyjechał na targ z agrestem. A zaraz potem wykwalifikowana ocena mojej osoby, z której wynikło, że jeśli go nie kupię, będę naprawdę bardzo żałować.

Zatem kupiłam. I niezwłocznie, w ostatnim dniu lipca, wzniosłam toast za ostatni w tym roku agrest, na myśl o którym ślinka wciąż napływa mi do ust.* Dzięki, agreście, za dobry sezon – do zobaczenia! Z wami, mam nadzieję, jeszcze w tym roku. Znajdźcie swój Ostatni Agrest i uczcijcie to jak należy!

* Dosłownie, a działają tak na mnie tylko wyjątkowe rzeczy – na przykład umeboshi, albo melasa z granatów. 

gin syrop kwiaty bzu agrest koktajl.jpg

Gin z syropem z kwiatów bzu
i agrestem

2 porcje; inspirowane przepisem z BBC Good Food

  • 100 ml zmrożonego ginu
  • 30 ml soku z cytryny
  • 20 ml
  • kilka kostek lodu
  • schłodzona woda gazowana lub wino musujące
  • dwie gałązki tymianku lub rozmarynu
  • garść agrestu

W dwóch szklankach umieść po kilka kostek lodu oraz roztarte lekko w dłoniach gałązki ziół. W shakerze wymieszaj gin z sokiem z cytryny, dodaj syrop z bzu, rozlej do szklanek. Dopełnij wodą gazowaną lub winem musującym (to wersja na specjalne okazje!). W każdej szklance umieść kilka owoców agrestu – do zjedzenia po wypiciu. Na zdrowie!

IMG_4910.jpg

Kwiaty dla Marianny

kwiaty czarnego bzu

Cześć po krótkiej przerwie! Przez tę chwilę podczas której mnie tu nie było, zmienił się cały świat. Ostatnie co tu pamiętam to szykowanie przepisu na zupę z pierwszych botwinek, która miała jeszcze rozgrzewać i dostarczać wytęsknionych witamin. Teraz witaminy są wszędzie, na każdym talerzu i w powietrzu. Siedzę na tarasie, opalam stopy i jem agrest, i tak mi w tym ciepło i miło, że mam ochotę śpiewać. Dzisiaj, zanim zaczniecie czytać, posłuchajcie.

Nie ma kwiatów dla Marianny, ani groszku, ani bzu. Nie ma kwiatów dla Marianny, choć jest wiele słów. 

A tu życie zakręciło się tak, że dla tej Marianny która do Was pisze ostatnio jest kwiatów pod dostatkiem. I wynikają z tego coraz lepsze rzeczy. Nie będzie dziś za to wielu słów, w których zdecydowanie lepsza była Agnieszka... ja będę się trzymać kwitnących bzów i z przyjemnością dzielić z Wami szczęściem, które można sobie z nich zrobić.

syrop z kwiatów bzu

Szczęście przybiera dziś postać syropu z kwiatów czarnego bzu, który robi się tak łatwo, że aż nieproporcjonalnie do tego na ile wyszukanych sposobów można go wykorzystać. Wiem niestety, że odzywam się dosyć poniewczasie. W północnej Polsce bzy się powoli kończą, a i tak jesteśmy tu trochę spóźnieni. W przypadku tych z Was, u których bzy już przekwitły, pozostaje mi liczyć, że zrobiliście syrop zawczasu... Lub że uśmiechniecie się pięknie do kogoś kto zrobił, a on podaruje Wam słoiczek w prezencie. Jeśli nie znajdziecie takiego kogoś wśród znajomych, wybierzcie się na jakiś swojski bazar, gdzie często sprzedawane są domowe przetwory. Sedno sprawy jest takie: zdobądźcie syrop! Bo na końcu wpisu czeka jedna prosta receptura z jego udziałem, a w kolejce następne – między innymi gin z syropem, agrestem i tymiankiem, który testuję prawdopodobnie w chwili, kiedy czytacie te słowa. 

Szykując syrop dodałam odrobinę mniej cukru i więcej bzu niż w oryginalnym przepisie. Uważajcie jednak żeby z nim nie przesadzić, bo w zbyt dużym stężeniu nabiera bardziej roślinnego niż kwiatowego aromatu. Pomarańczę podmieniłam na dodatkową cytrynę i obrałam wszystkie cytrusy ze skórek. W przyszłym roku spróbuję z nierafinowanym cukrem, kolor pewnie będzie mniej atrakcyjny, ale aromat może się okazać miłym urozmaiceniem. 

kwiaty bzu
IMG_2845c.jpg

Syrop z kwiatów czarnego bzu

ok. 1,5 litra; na podstawie przepisu Jamiego Olivera

  • 30 dużych baldachów kwiatów bzu
  • 3 cytryny
  • 1,5 L wody
  • 1,2 kg cukru

Umieść baldachy bzu w dużym naczyniu lub słoiku (używaj szkła lub ceramiki, nie metalu ani plastiku).* Obierz cytryny aż do miąższu, również z białej skórki, następnie pokrój na ćwiartki i dodaj do bzu. W dużym garnku zagotuj wodę, dodaj cukier i podgrzewaj do całkowitego rozpuszczenia, co jakiś czas mieszając. Powstałym syropem zalej kwiaty bzu z cytrynami, przykryj naczynie i odstaw na 24 godziny do macerowania. Po tym czasie przelej przez sito wyłożone gazą, z powrotem do dużego garnka. Podgrzewaj do zagotowania, w międzyczasie przygotowując słoiki lub butelki przygotowane do wekowania.** Wlej do nich wrzący syrop używając lejka i chochli. Szczelnie zakręć i odstaw do wystygnięcia i zawekowania. Nie odwracam ich już nawet do góry nogami, i tak zasysają się pięknie, a  zawartość nie ma kontaktu z metalową nakrętką. Syropu z bzu nie pasteryzuję dodatkowo – zawiera on mnóstwo cukru, który jest świetnym konserwantem.

* Niektórzy oddzielają kwiaty od gałązek, które bywają rzekomo gorzkawe. Przepis do którego ja zerkałam o tym nie wspomina, a w gotowym syropie nie ma ani śladu goryczki.

** Wyparzam je, a krawędzie i nakrętki przecieram szmatką nasączoną spirytusem. Warto wykorzystać więcej małych pojemników, niż mniej większych (można je wtedy otwierać sukcesywnie i na bieżąco zużywać).

IMG_8702-2.jpg

Pieczone truskawki i rabarbar
w syropie z kwiatów bzu

  • 6-8 łodyg rabarbaru
  • 1 kg truskawek
  • 5 łyżek syropu z kwiatów bzu
  • 1 łyżka miodu

Umyty rabarbar pokrój na kawałki o długości ok. 1 cm, a truskawki na połówki lub ćwiartki (w zależności od rozmiaru). Umieść je w foremce lub naczyniu żaroodpornym, dodaj syrop i miód. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 200°C na 20-30 minut. Po upieczeniu zrób z nimi to, na co przyjdzie Ci ochota – zjedz na śniadanie z owsianką, udekoruj nimi wierzch brownie z kremem z mascarpone, lub po prostu dodaj porcję lodów i pokruszone ciastko digestive i zjedz łyżeczką (trzy opcje przetestowane póki co przeze mnie). Smacznego!

kwiaty groszku

PS. Nie dość, że są dla tej Marianny kwiaty bzu, to są i groszku. A z niektórych już nawet rosną małe strączki... 

Mini spin-off z Japonii, o nieherbatach i wodzie z filtra FITaqua

Kto czyta Coutellerie, ten wie o mojej miłości do matchy, sproszkowanej zielonej herbaty. Sporo o niej pisałam, starając się przybliżyć wam proces jej parzenia i to, co w nim najistotniejsze dla osiągnięcia udanego efektu. Matcha to jeden z produktów, które łatwo sknocić i zrazić się na amen! Kładłam duży nacisk na drobiazgowość w kwestiach takich jak jakość herbaty, temperatura, kształt czarki czy nawet pochodzenie bambusowego chasena. Nie napisałam za to zbyt wiele o jednej bardzo istotnej (i bardzo nieodzownej) rzeczy – o wodzie.

Cokolwiek robimy, robimy to z wodą

Herbatę, czarkę i chasen możemy mieć bez zarzutu, a matcha i tak nie wyjdzie dobra, jeśli użyjemy niedobrej wody. Podczas ceremonii parzenia herbaty, w której – w imię japońskiej precyzji – ważny jest każdy szczegół, nie dziwi nas konieczność korzystania z wody najwyższej jakości. Ja chcę dziś pokazać, że nie powinna dziwić też kiedy parzymy przysłowiowego Liptona. Ani kiedy przygotowujemy kawę, gotujemy rosół czy kisimy ogórki. Podstawowa prawda w kuchni brzmi: cokolwiek robimy, robimy to z wodą. Woda to baza i punkt wyjścia – dlatego jest najistotniejsza dla efektów, które osiągamy.

Wielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że jakość wody zauważalnie wpływa na smak napojów i potraw, ale niewiele z tą wiedzą robi – a to najczęściej dlatego, że kontrola tej jakości wydaje się sprawą ciężką do ogarnięcia. Sama latami należałam właśnie do tej grupy, po konkretny rodzaj wody sięgając tylko kiedy przepis wyraźnie mówił, że z inną się nie uda (np. robiąc wszelkiej maści zakwasy). Jeśli nikt nie straszył że to KONIECZNE, szłam na łatwiznę i używałam wody, jaką miałam pod ręką; a myśl, że gdyby bardziej mi się chciało mogłabym temat zgłębić, zręcznie wypierałam ze świadomości. Aż do dnia, w którym dostałam propozycję instalacji filtra, który miał mi zapewnić dostęp do najlepszej jakościowo wody non stop, w mojej własnej kuchni. Stojąca za tą propozycją marka FITaqua odciążała mnie tym samym z konieczności robienia researchu o wodzie – sama zrobiła go po prostu znacznie lepiej. Postanowiłam temu zaufać i położyć kres czasom mojej wodnej ignorancji. Teraz chcę opowiedzieć wam co zmieniło się w mojej kuchni odkąd testuję w niej filtr wody pitnej ich produkcji.

Mechanizm inspirowany naturą

Nie będę rozpisywać się na temat budowy filtra – zamiast parafrazować specjalistyczne opisy, odsyłam was po szczegóły na stronę producenta. Ale pokrótce: filtr, którego używam, nie tylko oczyszcza wodę, ale ją mineralizuje. Pierwszy etap polega na wyciąganiu z wody wszystkiego co obce – od kamienia i osadów, po niewidoczne zanieczyszczenia tj. chlor, metale, pestycydy, wirusy i wiele innych. Taka woda, choć krystalicznie czysta, pozbawiona jest wartości odżywczych (tj. soli mineralnych) oraz... smaku. Dlatego kluczowy jest drugi etap, który odróżnia FITaqua od popularnych dzbanków czy butelek filtrujących. Oczyszczona woda zyskuje zasadowy odczyn i wielką porcję minerałów, a w smaku robi się delikatna i lekko słodka. Najbardziej mi się podoba, że mineralizator zrobiony jest ze szlachetnego górskiego dolomitu, więc przepływająca woda pobiera z niego co trzeba dokładnie tak samo w moim filtrze, jak w naturze, w skalnych źródełkach, od zarania dziejów.

Smak, który sprawdziłam u źródła

Najsmaczniejsza woda jaką w życiu piłam pochodziła właśnie z takiego źródełka, ukrytego na jednym z niezdobytych wzgórz prefektury Yamaguchi w Japonii. U jego podnóża wystawała ze skały rurka, z której o każdej porze dnia i nocy lała się mocnym strumieniem zimna, świeża woda z góry. Mieszkałam wtedy we wsi obok, tworząc z rodziną kilkunastu osób z całego świata niesamowity dom, w którym wszystko było wspólne. O tym jednak opowiem wam więcej innym razem.

Wyprawa po wodę była na liście zadań, którymi dzieliliśmy się każdego dnia; tak samo ważna jak karmienie kóz i kur, rozpalanie ognia na ciepłą kąpiel, obmyślanie co na kolację i gotowanie dla całego tłumu. Choć woda, którą mieliśmy w kranie była w pełni zdatna do picia, dziarsko przemierzaliśmy parę ładnych (nomen omen) kilometrów, żeby napełnić butle tą ze środka góry. Była w niej świeżość jak w powietrzu po deszczu, zapach lasu, smak syropu klonowego i tekstura jedwabiu. A jednocześnie była po prostu wodą, neutralną jak nic innego na świecie. Woda, która leci z filtrowego kranika w mojej warszawskiej kuchni naprawdę mi ją przypomina – czasami wręcz podejrzewam, że bardziej niż cokolwiek innego odróżniają je od siebie po prostu okoliczności towarzyszące. To jest dla mnie najlepszą gwarancją jej jakości. Jedyny minus tej z filtra, to że jest w temperaturze pokojowej. Zdecydowanie wolę lodowatą wodę, muszę więc pamiętać, by chłodzić ją z wyprzedzeniem.

Na smaku i zdrowiu nie koniec

Chcę wspomnieć jeszcze o kwestiach niezwiązanych z samą wodą, a bardzo dla mnie istotnych. Myślę, że nad instalacją filtra powinien zastanowić się każdy, dla kogo ważny jest problem produkcji plastiku – gigantyczna rzecz, do której prawie wszyscy przyczyniamy się każdego dnia. Dzienne zapotrzebowanie człowieka na wodę jest duże i strach pomyśleć co by było, gdyby każdy z nas zaspokajał je kupując dwie plastikowe butelki wody dziennie. Sama piłam zwykłą kranówkę od dawna, nauczyłam się chyba od Francuzów, u których jest to na porządku dziennym (i nikt nie kwestionuje czystości rur nawet w starych kamienicach). U nas też jest to w pełni bezpieczne i zalecane! Ale znam wielu ludzi, którzy temu nie dowierzają; a nawet jeśli, to po prostu nie tolerują smaku kranówy. Filtr jest dla takich osób idealnym rozwiązaniem, wody z niego chyba nie da się nie polubić. A „grosze” jakie kosztuje butelka wody w sklepie, zebrane w jedną skarbonkę dadzą po miesiącu około stu złotych! Po pół roku zwróci się za filtr, a później można kupować sobie prezenty.

Po drugie, firma FITaqua produkuje wszystkie swoje filtry lokalnie, nie na żadnym Dalekim Wschodzie. Oprócz tego, że idzie za tym jakość produktu (tworzonego z zaufanych surowców), cieszę się po prostu wspierając polskich producentów i nie przyczyniając się do problemu wyzysku w fabrykach w Azji, gdzie tania siła robocza w nieludzkich warunkach produkuje gigantyczne ilości najróżniejszych sprzętów sprzedawanych później w „lepszym świecie”.

A po trzecie, kontakt z przedstawicielami FITaqua jest wzorowy. Były dwie małe komplikacje po instalacji filtra u nas w domu – najpierw woda dziwnie smakowała i okazało się, że mineralizator zwrócony był w złą stronę. Po kilku tygodniach wydało się jeszcze, że rurka podpięta do pralki rozszerzyła odpływ i trzeba było go uszczelnić, żeby powietrze z rury się nie wydostawało (nienajlepiej ono pachnie). Problemy za każdym razem rozwiązywane były ekspresowo. Monter, pan Robert, pojawiał się tego samego lub kolejnego dnia i naprawiał usterki w pięć minut.

Ale największe podziękowania należą się Marii, przedstawicielce FITaqua, z którą dogadywałam szczegóły naszych wspólnych działań. Dziękuję Ci z całego serca za wyrozumiałość i cierpliwość wobec wszystkich powodów, dla których publikuję dzisiejszy wpis z takim spóźnieniem!

Test herbaciany

Wszystko co przeczytaliście powyżej to informacje na temat tego, co filtr FITaqua właściwie potrafi. Teraz pora na odpowiedź na pytanie postawione na początku – co zmienił on w mojej kuchni? W związku z nowo nabytą wodo-świadomością, chcę opisać wam kilka specjałów, przy których jakość wody stała się dla mnie teraz wyjątkowo istotna. Żeby pokazać jak wyraźne nastąpiły zmiany, przeprowadziłam test herbaciany. Poniżej z prawej stoją na kuchence dwa garnki, w każdym z nich właśnie zagotowała się woda z torebką zwykłego earl greya. Zdjęcie mówi samo za siebie, ale napiszę oczywiste: w większym jest „czysta” woda z kranu, w mniejszym – woda z filtra.

Spójrzcie też na zdjęcia powierzchni po przestygnięciu. To nie tak, że herbata przygotowana z wodą z kranu jest niedobra i trująca. Można pić ją całe życie i nie czuć potrzeby żadnych zmian. Chyba, że raz spróbuje się filtrowanej – później nie ma już powrotu! Wyobrażacie sobie jak smakuje różnica tak mocno widoczna gołym okiem? 

IMG_0020.jpg

Jak przestałam pić herbatę

Choć umiejętności filtra pokazuję wam na earl greyu, a tekst zaczęłam od wspomnienia matchy, to temat urywam, bo dziś to nie herbaty chcę wziąć pod lupę. Nie odejdę jednak od tematu Japonii, bo to ona jest ojczyzną specjałów, którymi będę częstować. Przedstawię wam niektóre napary nieherbaciane, które ostatnio królują u mnie, spychając senche, oolongi i pu-erhy coraz głębiej w kąt kuchennej szafki. Oczywiście się śmieję, nigdy nie porzucę prawdziwej herbaty; ale muszę przyznać, że rozkochałam się w tych alternatywach – jak na prawdziwą Japonkę przystało.

W naturze takich napojów leży smakowa czystość. Przymykam oko na osoby pijące herbatę z cukrem, cytryną czy mlekiem, każdy powinien dodawać do swojego kubka to, co lubi. Ale do wymienianych dzisiaj propozycji naprawdę byłoby szkoda. Im zwyczajnie niczego nie trzeba, bo chodzi w nich o smak tego, z czego są zrobione. Nie mają być słodsze, kwaśniejsze ani aromatyzowane. Dlatego jakość wody jest w nich tak istotna. Przygotowane ze zwykłą, będą dobre. Ale przygotowane z najlepszą, rozłożą was na łopatki złożonością aromatów i smakami zmieniającymi się w ustach z każdym łykiem.

Zaczynamy!

IMG_4095.jpg

Sobacha そば茶 – nieherbata z prażonej gryki


Wiem, że jest wśród was wielu amatorów makaronu soba (ten przepis dostał już tyle komplementów!). Czy wiedzieliście, że to nie jest nazwa zarezerwowana dla nudli, bo soba oznacza po japońsku po prostu grykę? To bardzo popularne w Japonii ziarno. Niezmiennie budzi to we mnie radość, bo znacznie mocniej kojarzyło mi się zawsze z Polską. Japończycy pijają napar z powoli prażonych ziaren gryki, który przypomina w smaku naszą paloną kaszę, ale jest znacznie delikatniejszy.

Napar nazywa się sobacha (-cha znaczy po japońsku herbata, ale odnosi się to do rodzaju napoju, a nie liści z krzaka herbaty). Sobachę serwują zawsze restauracje specjalizujące się makaronie soba. Odpowiednio przygotowane ziarna można też czasem kupić na wynos, by parzyć ją w domu (uwielbiam je później podgryzać namoczone!). Ale nie ma jej raczej w sklepach czy automatach z napojami, które stoją w Japonii na każdym rogu. W kwestii popularności zdecydowanie przegrywa z mugichą, którą przedstawię w następnej kolejności! Ale najpierw...

Sobayu 蕎麦湯 – woda po gotowaniu makaronu gryczanego


Przy okazji gryki muszę jeszcze wspomnieć o sobayu. To już nie napar ani nieherbata, największe podobieństwo widać tutaj chyba z zupą. Sobayu to woda pozostała w garnku po gotowaniu makaronu soba. Niczym się jej nie przyprawia (nawet solą!), tylko makaron nadaje jej lekko gryczany posmak. Najważniejsza jest jednak jej niesamowita kremowość i mleczny odcień. Po zjedzeniu soby dolewa się tę wodę do mentsuyu, czyli pełnego umami sosu, w którym makaron był maczany (opowiadałam już o tym przy okazji wpisu z Mitsu wieki temu). Powstaje z tego delikatny, dosyć gęsty bulionik, którym idealnie wieńczy się posiłek. Intensywność można sobie regulować, dopasowując proporcje wody i sosu do własnych preferencji.

Nie przeszłoby mi przez myśl gotowanie klusek w drogocennej wodzie z filtra mineralizacyjnego, gdyby nie pewność, że ta woda zostanie wypita do ostatniej kropli. Tak naprawdę to jest to moja ulubiona część jedzenia soby, dlatego chętnie dokonuję wszelkich starań, by smakowała najlepiej jak to możliwe.

Mugicha 麦茶 – nieherbata z ziaren jęczmienia


Mugicha jest zdecydowanie najbardziej popularną nieherbatą w Japonii. Pija się ją najczęściej na zimno, znacznie lepiej orzeźwia i gasi pragnienie niż zwykła woda. Ma nieoficjalną, ale adekwatną nazwę – smak japońskiego lata! W większości domów, w których miałam okazję zajrzeć do lodówki, stał na drzwiach kilkulitrowy dzbanek z mugichowym „cold brew” – zamiast parzyć ją we wrzątku, wrzuca się ją do zimnej wody i odstawia do lodówki na kilka godzin. Butelki czystej mugichy bez cukru i chemii można kupić w każdym automacie obok zielonej herbaty, wody, kawy i kolorowych napojów.

Mugicha to dokładnie to samo co sobacha, tylko nie z gryki, a z jęczmienia (jap. mugi). Na zdjęciu poniżej zobaczycie jak wyglądają jej ziarenka, choć te są dość grubo gniecione. Zazwyczaj spotyka się drobniejsze, które szybciej oddają aromat. Mugicha najczęściej sprzedawana jest w torebkach (aby ułatwić proces przygotowywania jej w zimnej wodzie). W smaku jest specyficzna – nie wszyscy lubią się z nią od razu. Sama zdecydowanie chętniej sięgałam po inne napoje (tak długo, jak długo zajęło mi mimowolne uzależnienie się od niej w międzyczasie. Miałam tak z wieloma rzeczami, np. z kinako). W Japonii mugichę piją wszyscy. Nie spotkałam chyba nikogo, kto by jej nie lubił. Co więcej, daje się ją nawet małym bobasom, bo nie zawiera kofeiny. Ma za to wiele domniemanych właściwości prozdrowotnych, których chyba nigdy nie udowodniono naukowo. Dla mnie wcale tego robić nie muszą – smakuje mi tak bardzo, że piłabym ją nawet gdyby na nic nie wpływała zbawiennie.

Genmaicha 玄米茶 – nieherbata ryżowa pana Eto


Korci mnie straszliwie, żeby bliżej zapoznać was z panem Eto i opowiedzieć czego dokonaliśmy wspólnie przez krótkie siedem dni na południowej wyspie Kyushu. Ale wszystkie szczegóły przeczytacie we właściwszym czasie i miejscu. Dziś pokażę wam tylko jego dumę – jedyną w swoim rodzaju nieherbatę. Pan Eto ma pod Fukuoką pole ryżowe starsze od siebie. Co roku część swoich plonów przeznacza na genmaichę. Możecie kojarzyć tę nazwę, bo zazwyczaj określa się nią zieloną herbatę z dmuchanym ryżem, całkiem popularną na świecie (i w Polsce). Ale genmai oznacza po japońsku po prostu brązowy ryż, dlatego analogicznie do sobachy i mugichy (gdzie –cha nie odnosi się do liści, tylko do herbaty jako napoju), genmaichą nazywa się też czysty napar z prażonych ziaren ryżu. A dokładniej nazywa go tak pan Eto – bo istnieje szansa, że jego produkt jest jedynym takim w całej Japonii…

Pan Eto sadzi ryż gołymi rękami i sam pielęgnuje go przez cały okres wzrostu. Następnie sam zbiera i suszy, a część, specjalnie na nieherbatę, praży w niskiej temperaturze przez ponad dwadzieścia godzin. Sam później odmierza ile tych aromatycznych, ciemnobrązowych ziaren wsypać do każdej torebki, sam przykleja etykiety (własnoręcznie wcześniej wypisane), zgrzewa każdą paczkę od góry i wykańcza stemplem z datą produkcji. Ja miałam szczęście, bo sam mi też później swoją genmaichę zaparzył (i to w warunkach polowych, jak widać na zdjęciu niżej). Etykieta mówi, że prażone ziarna ryżu należy gotować przez 20-30 minut, a później napar schłodzić i serwować z lodem, lub rozcieńczyć do smaku wrzątkiem i popijać na gorąco. Smakuje orzechowo, ale z wyczuwalnym posmakiem dmuchanego ryżu jak w szyszkach z dzieciństwa. To zdecydowanie najlepsza z ziarnistych nieherbat, których próbowałam i chętnie poczęstowałabym nią każdego z was – na razie pracuję nad sposobem, by przygotować jej odpowiednik w domu.

23.jpg

Sakurayu 桜湯 – nieherbata z piklowanych kwiatów wiśni


Wszyscy, nawet (a może szczególnie?) ci nie interesujący się wcale Japonią, znają ją jako Kraj Kwitnącej Wiśni. Choć na tę zasadną, ale trochę obciachową nazwę mam lekką alergię, nie mogę się nie przyznać: zobaczenie sakury na własne oczy zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Denerwowałam się wręcz jak bardzo jest piękna, wiedząc że jeśli nawet uda mi się oddać to na zdjęciach, to będą one wyglądały jak wyidealizowane pocztówki. Postanowiłam się tym nie przejmować i po prostu cieszyć się, że mogę przez jakiś czas piknikować pod rajskimi wiśniami; zgodnie zresztą z symboliką sakury, której krótki żywot nawiązuje do ulotności i piękna przemijania.

Choć w skali roku ich czas jest dosyć krótki (około 2-3 tygodni), szałem kwiatów wiśni opanowany jest cały kraj. Kulturowe znaczenie sakury to jedno; ale Japończycy po prostu mocno celebrują sezonowość, i to przede wszystkim w kuchni. Wiosną sakura jest wszędzie – w słodkich różowych sakura mochi owiniętych w kwaśno-słonawe marynowane liście (!) drzew wiśniowych, w herbacie i kawie (!!), w McFlurry i KitKatach, ale i w menu najlepszych restauracji. Żeby z kwiatami wiśni tworzyć pełnoprawne dania, konserwuje się je poprzez piklowanie w occie z owoców ume i w soli, a następnie lekkie podsuszanie (efekt widoczny na zdjęciu powyżej). Aby gotować z takimi kwiatami, należy wcześniej namoczyć je przez kilka minut w zimnej wodzie by pozbyć się nadmiaru soli i wydobyć ich oryginalny smak. Ale można też bez płukania zalać je wrzątkiem i pić jako nieherbatę. Po kilku minutach w gorącej wodzie pięknie rozkwitną! To napar jedyny w swoim rodzaju – kwaskowy, słony, ale wyraźnie kwiatowy. Nie przychodzi mi do głowy żaden jego odpowiednik w naszej kuchni. Dla mnie to coś pysznego, ale na pewno nie wszystkie podniebienia by zachwycił.

Napary z ziół świeżych i suszonych ハーブティー


Na koniec uwzględnię jeszcze w tym zestawieniu zioła, które są przecież najprostszą alternatywą dla herbat! Z Japonią za wiele wspólnego nie mają, choć te, które widzicie w imbryku poniżej rosły sobie w ogrodzie z widokiem na Ocean Spokojny…

Uwielbiam parzyć świeże zioła – szczególnie miętę, melisę, werbenę, rozmaryn. W domu radzę sobie z tym, co mi rośnie w doniczkach (lub z Baziółką). Bardzo lubię też zioła suszone. Parzę rumianek, pokrzywę, lipę i szałwię, nie mam nawet nic przeciwko anyżowemu smakowi kopru włoskiego. A na wyjątkowe okazje sięgam po specjalne ziołowe mieszanki do naparów i piję nieherbaty godne królowej Anglii. Tę na zdjęciach poniżej dostałam od znajomej na urodziny ♥ a w środku znajdują się m.in. kwiatu bzu, nagietek, lukrecja, prawoślaz, róża i lawenda. Wskazówka: można dodawać też do kąpieli!

38.jpg
37.jpg

A wy? Macie ulubione nieherbaty? A może pijacie coś zupełnie innego, do czego przydałaby wam się najsmaczniejsza woda na świecie? Chętnie się poinspiruję.

Dzisiejszy wpis powstał dzięki współpracy z producentem filtrów kuchennych FITaqua. Wszystkie słowa i wyrażone opinie są moje własne, a tekst nie był przed publikacją autoryzowany. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Inna Wielkanoc

Jak ostatnio wspomniałam (tym razem na poważnie!), nadchodzącą Wielkanoc spędzam inaczej niż zazwyczaj. Z tej okazji Wam też proponuję w tym roku małą odmianę. Tyle na świecie odsłon świątecznego stołu, w ilu domach co roku obchodzone są święta. Niemal każda rodzina ma ukochane klasyki, przyrządzane według sekretnych przepisów dziedziczonych od pokoleń. Ale różnice mogą wynikać też z chęci unowocześnienia tradycji. W tym roku zamiast (lub oprócz!) bab i mazurków warto z okazji Wielkanocy upiec ciasto inne niż w pozostałych domach. Może być zupełnie zwyczajne, wystarczy dodać mu świątecznego ducha. Na przykład marchewkowe, wyjątkowe od samych koniuszków wieńczących jego królewską, tortową formę, aż po środek, czyli serce – pełne bakalii ciasto na mące gryczanej.

Gryczane ciasto marchewkowe
z kremem z ricotty i płatkami róży

na tortownicę o średnicy 16–18 cm (czyli 8–10 porcji)

Na ciasto:

  • 3 jajka

  • 40 g orzechów laskowych, posiekanych na duże kawałki

  • 150 g marchewki, startej na drobnych oczkach (2 duże lub 3 średnie sztuki)

  • 100–120 g drobnego, nierafinowanego cukru trzcinowego

  • 170 ml oleju roślinnego, np. z pestek winogron lub ryżowego

  • 1 łyżeczka octu jabłkowego lub z białego wina

  • 170 g pełnoziarnistej mąki gryczanej

  • 70 g jasnej mąki pszennej

  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

  • 1 płaska łyżeczka suszonego imbiru

  • 1 płaska łyżeczka cynamonu

  • niepełna łyżeczka soli

  • 40 g suszonej żurawiny

Na krem:

  • 250 g serka mascarpone

  • 250 g ricotty

  • 80 ml niepasteryzowanej śmietany kremówki

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1 laski wanilii

  • pół łyżeczki soli

  • 3–4 łyżki cukru pudru

  • suszone płatki róży do dekoracji

Przygotuj tortownicę o średnicy 16–18 cm. Dno wyłóż papierem, a boki posmaruj masłem lub odrobiną oleju. Piekarnik rozgrzej do 160 stopni.

Na najwyższych obrotach ubij jajka z cukrem. Kiedy masa będzie puszysta, dodaj olej i ocet i ubijaj jeszcze chwilę. W innym dużym naczyniu połącz suche składniki – obie mąki, proszek do pieczenia, sodę, imbir, cynamon i sól. Dokładnie wymieszaj, w międzyczasie dorzucając także bakalie. 

Wlej mokre składniki do miski z suchymi. Dodaj startą marchewkę i wszystko razem wymieszaj szpatułką, starając się, aby proces trwał jak najkrócej. Im mniej ruchów na tym etapie, tym lepiej urośnie nam ciasto! Przelej masę do formy i piecz 40–50 minut (do suchego patyczka). Po wyjęciu przestudź ciasto przez 10 minut w formie, a następnie wyjmij je i połóż do góry nogami. Dzięki temu wybrzuszony wierzch się spłaszczy, nie będzie więc konieczności odcinania go, aby otrzymać płaski tort. Zostaw do całkowitego ostygnięcia, a następnie długim nożem z piłką przekrój na trzy równe blaty.

W międzyczasie przygotuj krem. Do dużej miski włóż mascarpone i ubijaj przez kilka minut, aż lekko się napowietrzy. Następnie dodaj ricottę, śmietankę, ekstrakt waniliowy oraz sól i dalej ubijaj, aż składniki utworzą gładką masę. Łyżka po łyżce dodawaj cukier puder, aż krem będzie wystarczająco słodki. Ubijaj jeszcze chwilę, aż krem się usztywni. 

Spodni blat ciasta ułóż na obrotowej tacy, jeśli taką posiadasz. Będzie ci łatwiej rozprowadzać krem na jego brzegach. Jeśli nie masz tacy, ułóż spód od razu na paterze. Na pierwszy blat wyłóż około ¼ kremu z miski, równo rozprowadź i przykryj kolejnym blatem. Powtórz czynność, kolejną warstwę kremu przykryj wierzchnim blatem i na górze oraz bokach rozprowadź pozostały krem. Wierzch udekoruj suszonymi płatkami róży. Tort można podawać od razu, ale najlepiej kroi się oraz smakuje po schłodzeniu – w miarę możliwości odstaw go na kilka godzin do lodówki. 

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie.pl. Znajdziesz tam też garść przydatnych informacji na temat prozdrowotnych właściwości gryki!

Wesołych Świąt!

Trzy porcje zdrowia

Czy pamiętacie dzień, w którym po raz pierwszy opatentowano budyń czekoladowy z awokado? Ja też nie – ale nie mam wątpliwości, że od tamtej pory receptura podbiła naprawdę liczne serca i podniebienia. Nie przesadzam chyba mówiąc, iż deser stał się wizytówką pewnej nowej ery. Ery, w której niemal wszyscy coraz więcej uwagi poświęcamy temu co i jak jemy, w której bardziej niż telewizja ekscytuje nas pichcenie i kuchenne eksperymenty, a efektami tych ostatnich są często zdrowe i pożywne substytuty dla naszych rozmaitych grzesznych przyjemności.

Czekoladowy budyń z awokado jest niezawodny, powoli wchodzi więc do kanonu tradycyjnych słodkości, po jakie sięgamy szukając pomysłu na deser, za który organizm nam podziękuje. Świetnie, róbmy to więc jak najczęściej! A z gotową miseczką zdrowej pyszności pochylmy się nad dzisiejszym artykułem, aby dowiedzieć się ile jeszcze potencjału kryje się w niepozornym awokado. Z tego samego owocu możemy ulepić finezyjne czekoladowe trufle, ukręcić orzeźwiający tropikalny pudding z mango i kokosem, a nawet stworzyć jedyne w swoim rodzaju deserowe carpaccio, które sprosta najbardziej wysublimowanym podniebieniom podczas specjalnych okazji.

Podstawą wszelkich działań z awokado jest upewnienie się, że owoce są idealnie dojrzałe. Do deserów najlepsza jest odmiana hass – charakteryzuje się chropowatą, czarną skórką, a jej miąższ jest wyjątkowo kremowy i delikatny. W dojrzałych sztukach z łatwością odchodzi on od skorupki i smakuje wybornie. Do roboty!

Przepisy opracowane dla portalu Hellozdrowie.pl.

Trufle czekoladowe z awokado

ok. 30 trufli w zależności od rozmiaru

250 g czekolady deserowej (50-60% kakao)
1 awokado
szczypta soli morskiej
4-5 łyżek kakao

Czekoladę topimy w kąpieli wodnej (połamaną na kostki umieszczamy w misce, którą ustawiamy na rondelku z gotującą się wodą; od czasu do czasu mieszamy). Kiedy będzie zupełnie płynna, zdejmujemy z rondelka i lekko studzimy. Awokado kroimy na pół, pozbywamy się pestki i wyciągamy miąższ łyżką. Przekładamy do naczynia blendera i miksujemy go na gładką pastę ze szczyptą soli. Następnie łyżka po łyżce dodajemy płynną, ale przestudzoną czekoladę. Blendujemy tak długo, aż całość ładnie się połączy. Przykrywamy folią i wstawiamy do lodówki na całą noc.

Następnego dnia na płaski talerz wysypujemy kakao. Schłodzoną masę nabieramy łyżeczką i w dłoniach formujemy kulki. Każdą obtaczamy dokładnie w kakao. Gotowe! Przechowujemy do 5 dni w lodówce lub mrozimy. Trufle najlepiej smakują w temperaturze pokojowej, ale nawet mocno schłodzone kremowo rozpływają się w ustach.

Carpaccio z awokado z „solonym karmelem” z daktyli

4 porcje

1 szklanka suszonych daktyli
ok. ½ szklanki wrzątku
½ - 1 szklanka mleka (może być roślinne)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub nasiona z 1 laski wanilii
2/3 łyżeczki soli morskiej

2 awokado hass
2 małe kiwi
4 łyżki migdałów w płatkach
opcjonalnie: suszone lub świeże kwiaty

Zaczynamy od przygotowania sosu karmelowego. Daktyle zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 15 minut. Po tym czasie przekładamy całość do naczynia blendera i dodajemy ½ szklanki mleka (jeśli używamy roślinnego, warto się upewnić, że ma delikatny, nienachalny smak), wanilię oraz sól morską. Blendujemy na najwyższych obrotach, stopniowo dodając więcej mleka, aż do uzyskania konsystencji klasycznego karmelu. Miksujemy kilka minut, aby sos był aksamitnie gładki. Dla pewności możemy przelać go do słoiczka przez sitko. Przechowujemy w lodówce do tygodnia.

Aby zrobić carpaccio, przygotowujemy wszystkie składniki: płatki migdałów prażymy na suchej patelni, kiwi obieramy i kroimy w cieniutkie plasterki, a jeśli używamy kwiatów – czy to suszonych, czy świeżych – dzielimy je na mniejsze płatki. Kiwi układamy na talerzach w półokręgach. W ostatniej chwili przed podaniem dzielimy awokado na pół. Pozbywamy się pestki i każdą połówkę kroimy w skórce ostrym nożykiem na plasterki najcieniej jak potrafimy (skórki nie naruszamy). Za pomocą łyżki wyciągamy pokrojony miąższ i układamy na przygotowanych wachlarzach z kiwi. Każdą porcję polewamy solonym karmelem, posypujemy migdałami i ewentualnie kwiatami. Smacznego! 

Pudding tropikalny z awokado

4 porcje

1 dojrzałe mango
1 awokado
1 puszka mleczka kokosowego, schłodzona i niewstrząśnięta
2 łyżki syropu klonowego lub z agawy
garstka świeżych liści melisy
czereśnie do dekoracji

Puszkę mleczka kokosowego (schłodzoną i niewstrząśniętą, czyli stojącą spokojnie minimum 12 godzin w lodówce) otwieramy i odlewamy wodę (warto wykorzystać ją do koktajlu czy owsianki). Gęstą białą część przekładamy do blendera. Dodajemy miąższ z awokado oraz z mango, dorzucamy kilka listków świeżej melisy i słodzimy dwiema łyżkami syropu klonowego. Miksujemy kilka minut, aż pudding będzie gładki i puszysty – o konsystencji prawdziwego budyniu. Próbujemy i w razie potrzeby dodajemy więcej syropu lub odrobinę soku z cytryny. Porcje podajemy mocno schłodzone, udekorowane czereśniami. Smacznego!