How to sprout Chickpea (and not only)

Już myślałam, że nie było mnie za długo, by przełamać milczenie i wrócić, a jednak! Jestem z powrotem i już zostaję. Żeby wynagrodzić Wam dwa miesiące ciszy przynoszę dużo materiałów. Pod lupę biorę dziś kiełki, chcąc wszystkich Was zachęcić do ich domowej produkcji. Przeczytajcie moje szczegółowe instrukcje – co i dlaczego warto w domu kiełkować, a przede wszystkim jak to robić (sposobów jest kilka, wszystkie proste!). Materiał opublikowany został w najnowszym numerze mojego ulubionego magazynu Chickpea – wegańskiego, pełnego przepisów i wartościowych treści, jak zwykle przepięknie oprawionego graficznie. Nowy numer w wersji online kupicie TUTAJ, a pod tym linkiem jest darmowa próbka tego, co w środku! Razem z czterema przepisami na moje dania z wykorzystaniem kiełków z gryki, ciecierzycy, soczewicy i słonecznika.

IMG_5709.jpg

Zwykle czekam z publikowaniem materiałów z Chickpea do dnia, w którym dotrze do mnie papierowy magazyn, ale teraz nie mogłam się powstrzymać. Przyszła zima, idealna pora na wielkie kiełkowanie! Czy budzące się do życia nasiona, ziarna i orzechy nie kojarzą Wam się bardziej z wiosną, tak jak mnie? Wtedy przecież budzi się cały świat, i to bez naszej pomocy. Tymczasem kiełkować warto przez cały rok! A tą chłodną i ciemną porą dodatkowe wartości odżywcze szczególnie się nam wszystkim przydadzą.

Zapraszam na moje kompletne WPROWADZENIE DO KIEŁKOWANIA, czyli Sprouting 101 (Chickpea to magazyn anglojęzyczny). Jeśli ktoś z Was miałby problem z angielskim, piszcie do mnie śmiało, a pomogę!

Nie tłumaczyłam tekstu celowo, po części dlatego, że chcę zacząć testować pisanie bloga po angielsku. Co byście na to powiedzieli? Czytalibyście chętnie, czy to dla Was przeszkoda?

title.jpg
Screenshot 2018-11-19 at 18.50.19 copy.jpg

Kiełkowaliście wcześniej w domu? Bardzo polecam spróbować! Jeśli lubicie wyzwania takie jak chleb na zakwasie, hodowanie kombuchy czy domowe kiszonki, koniecznie dodajcie kiełki do repertuaru żyjących projektów w swojej kuchni. Jeśli jest na odwrót i jedyne na co się porywacie to próby posadzenia drzewka z pestki awokado, właśnie od kiełkowania warto zacząć – nie wymaga ono dużego zaangażowania i żadnych specjalistycznych warunków.

Chciałabym też porzucić stereotyp kiełków jako splątanej garstki lucerny, która swego czasu dekorowała co drugi talerz ze zdrowym posiłkiem. Skiełkowane ziarna, nasiona i strączki są niesamowicie ciekawe, różne, mają ogromy potencjał! Sami zobaczcie jakie dania można z nich przygotować.

IMG_5768 copy.jpg

Falafel ze skiełkowanej ciecierzycy

4 porcje

  • 2 szklanki skiełkowanej ciecierzycy

  • 1 pęczek natki pietruszki

  • 2 małe ząbki czosnku

  • 1/2 średniej cebuli

  • sok z 1/2 cytryny

  • 1 płaska łyżeczka mielonego kuminu

  • 1/2 łyżeczki mielonej kolendry

  • 1/2 łyżeczki cynamonu

  • 1/2 łyżeczki pieprzu kajeńskiego/chili

  • 1/2 łyżeczki soli

  • 2-3 łyżki zimnej wody (lub więcej, do konsystencji)

  • olej roślinny do smażenia

 Umieść wszystkie składniki oprócz wody i oleju w malakserze (blenderze z ostrzem w kształcie “S”) i zmiksuj dokładnie, ale nie za gładko. Dodawaj wodę, łyżka po łyżce, tylko tyle by masa zaczęła się kleić i miała konsystencję odpowiednią do formowania falafeli w dłoni. Odstaw do lodówki na minimum godzinę.

Na głębokiej patelni rozgrzej olej – tyle, by przykrył dno (nie będziemy smażyć na głębokim tłuszczu). Z masy ciecierzycowej formuj okrągłe, spłaszczone falafele. Smaż na średnim ogniu z obu stron aż do zezłocenia. Po zdjęciu z patelni ułóż na ręczniku papierowym aby pozbyć się nadmiaru oleju. Podawaj z sosem z tahini, świeżymi lub pieczonymi warzywami, w pitach, lub w jakiejkolwiek aranżacji, na którą przyjdzie Ci ochota. Najlepiej smakują świeżo po usmażeniu, kiedy wierzch jest przyjemnie chrupiący, ale możesz przygotować je wcześniej i przechowywać w lodówce lub zabrać ze sobą na wynos.

IMG_5830.jpg

Śniadaniowy “budyń” ze skiełkowanej gryki

4 porcje

  • 2 szklanki skiełkowanej gryki

  • 1 duży banan

  • 5 dużych, świeżych daktyli, bez pestek

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego

  • szczypta soli

  • 1/2 – 1 puszki mleka kokosowego

  • dodatki, takie jak sezonowe owoce, syrop daktylowy, bakalie

Wszystkie składniki prócz mleka kokosowego i dodatków umieść w blenderze. Zacznij miksować na wysokich obrotach, powoli dodając mleczko, aż do uzyskania pożądanej gęstości budyniu. Kiedy będzie gładki i kremowy, przełóż do misek i udekoruj każdą porcję dodatkami.

IMG_5746 copy.jpg

Mleko ze skiełkowanych nasion słonecznika z tonką

2-4 porcje w zależności od wielkości

  • 1 szklanka skiełkowanego słonecznika*

  • 1 1/2 - 2 szklanki wody

  • 1 małe ziarno tonki

  • szczypta soli

  • 1/2 łyżeczki kurkumy

  • 1/3 szklanki syropu z klonowego, lub do smaku

  • kostki lodu do podania, jeśli na zimno

*W tym przepisie ważne jest, by użyć młodych (1-2 dniowych) kiełków słonecznika. Im dłużej kiełkują, tym ostrzejszy ich smak. Robią się też coraz bardziej zielone i chrupiące, co jest świetne w sałatkach, ale mleko czyni mniej kremowym.

Umieść nasiona słonecznika w blenderze z wodą. Zetrzyj pół ziarna tonki (robię to na microplanie, ostrze tarki musi być mocne, bo ziarenka są twarde!) i dodaj do blendera razem z solą i kurkumą. Miksuj na wysokich obrotach przez dwie minuty lub tak długo, aż mikstura będzie idealnie gładka. Odcedź mleko używając specjalnego woreczka lub po prostu gazy, wyciskając je do ostatniej kropli ze słonecznikowej pulpy (tę ostatnią wykorzystaj w cieście lub do zrobienia wegańskiego twarożku!). Do mleka zetrzyj drugą połowę ziarna tonki, dodaj też syrop klonowy. Podawaj z lodem jako alternatywę dla kawy mrożonej, lub na ciepło!

IMG_5711 copy2.jpg

Sałatka z kiełków zielonej soczewicy

4 porcje jako dodatek

  • 1 szklanka skiełkowanej zielonej soczewicy

  • 1/2 szklanki migdałów

  • garść ulubionych liści (np. sałaty rzymskiej, rukoli, szpinaku)

  • 5 małych moreli

  • garść czereśni, bez pestek

    dressing cytrusowy:

  • sok z 1 cytryny

  • 1 łyżeczka syropu klonowego

  • 3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

  • chluścik sosu sojowego lub tamari

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Wyłóż migdały na blachę i praż je przez 8-12 minut, aż zciemnieją i zaczną pięknie pachnieć. Wyjmij z piekarnika i odstaw do wystudzenia. W międzyczasie ugotuj skiełkowaną soczewicę na parze. Zajmie to około 10 minut, powinna być al dente. W dużej misce wymieszaj resztę składników – liście, morele, czereśnie. Dodaj soczewicę. Składniki na sos umieść w słoiku i wymieszaj intensywnie nim potrząsając. Dodaj dressing do sałatki, wymieszaj i obsyp posiekanymi prażonymi migdałami.

Smacznego!

Zupa curry na koszmary

Jeśli poproszono by mnie o wymienienie trzech rzeczy, które przeszkadzają mi w codziennym życiu, w każdej jego godzinie odpowiedź wyglądałaby pewnie zupełnie inaczej. Całe szczęście, że rotacja małych nieszczęść zatacza koło i tak prędko jak przybywa mi nowych, tak zapominam o rzeczach zaprzątających mi głowę chwilę wcześniej. 

Jedną z moich trzech pozycji permanentnie okupuje teraz uczelnia, ale dwie pozostałe zmieniają się jak w kalejdoskopie. Deszcz, gdy już wiążę buty do biegania, kolejka do piekarni, niemiły hydraulik, uschnięty rozmaryn, zerwany łańcuszek, przeterminowane drożdże. Takie koszmary – choć przez jakiś moment leżą mi na wątrobie – to jednak błahostki. Zdarzają się smutki trwające dłużej niż chwilę. Kiedy przez liczne dokładki z czterech porcji pewnej zupy zrobiła się jedna i pół, w zapomnienie odeszła nawet szkoła – moim jedynym zmartwieniem był deficyt cudownego pokarmu, mimo iż godzinę wcześniej cierpiałam odrobinkę z braku sił na jego szykowanie.

Okazało się jednak, że z początku zupa wymaga minimalnego nakładu pracy, a później to już właściwie gotuje się sama. Nijak nie jest to współmierne do satysfakcji, jaką przynosi efekt końcowy. Mimo negatywnego wstępu, niosę dzisiaj dobrą nowinę! Póki nie wyczyścicie po tej zupie garnka, na pytanie o rzeczy przeszkadzające Wam w życiu nie przyjdzie Wam do głowy kompletnie nic, poważnie. To zupa curry na wszystkie koszmary. Lojalnie ostrzegam jednak, że kiedy już się skończy, pozostawi po sobie bolesną pustkę – tej zaś najlepiej zaradzić gotując ją ponownie, i to od razu z podwójnej porcji.  

Przepis jest subtelnym mariażem Tajlandii z Japonią – tę ostatnią przemycam sobie ostatnio wszędzie. Delikatny japoński bulion z miso to pod wieloma względami skrajne przeciwieństwo ostro-kwaśnych tajskich zup na tłuściutkim mleku kokosowym. Oba te twory zajmują jednak wysoką pozycję w rankingu super zup w moim sercu, ich połączenie wydawało mi się więc skazane na sukces. Przy okazji spaceru po Tokio wspominałam, że pasta miso stanowi idealną parę z treściwym (żeby nie powiedzieć ciężkim) wywarem, czyniąc miso ramen cudownie gęstą, sycącą, słono-słodką zupą. Podobnie jest w dzisiejszym przypadku  – jej duet z kremowym bulionem na mleku kokosowym to sukces w tej samej kategorii. 

Zielona zupa kokosowa z młodymi ziemniakami
z tajską bazylią i pastą miso

4 porcje

  • 1 duża biała cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 brokuł
  • 3 małe marchewki
  • ½ kg młodych ziemniaków
  • listki z ½ doniczki tajskiej bazylii (reszta do podania)*
  • 50 g świeżego imbiru
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka suszonej trawy cytrynowej
  • ½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego**
  • 2 łyżki oleju kokosowego (najlepiej nierafinowany)
  • 2 kopiaste łyżki zielonej pasty curry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1,5 szklanki wody lub bulionu
  • 1 kopiasta łyżka jasnej pasty miso
  • sok z 1 limonki

* Ma ją w ofercie Baziółka, szukajcie tam, gdzie dystrybuują oni u Was swoje zioła. Jej aromat jest niepowtarzalny, to jak mieszanka bazylii i kolendry, może nawet z odrobiną mięty? Nie ma tu godnego zastępstwa. PS.: To nie wpis sponsorowany, tylko rekomendacja prosto z serca!

** Zależy jak ostra jest Wasza pasta (ja używam tej) i jak ostre curry lubicie – doprawiajcie do smaku!

W woku lub głębokiej patelni rozgrzewamy olej kokosowy, dodajemy posiekaną cebulę i czosnek. Szklimy na małym ogniu, następnie dorzucamy marchew i ziemniaki pokrojone w nieduże kawałki podobnej wielkości. Podsmażamy przez kilka minut, następnie dodajemy tajską bazylię i starty na dużych oczkach imbir. Po kilku chwilach dodajemy suche przyprawy (kurkumę, trawę cytrynową i pieprz kajeński) i pastę curry. Nieustannie mieszając dusimy wszystko razem przez kilka minut, następnie dolewamy całe mleczko kokosowe i wodę (lub bulion). Wrzucamy brokuły (podzielone na jednakowej wielkości różyczki). Gotujemy pod przykryciem na niedużym ogniu, do miękkości wszystkich składników – około 20-25 minut. Wywar powinien być kremowy, jego gęstość możemy regulować wedle uznania, chwilę dłużej odparowując by był skondensowany, lub dodając więcej wody/bulionu dla rozrzedzenia. Na koniec odlewamy ½ szklanki i dokładnie mieszamy z pastą miso i sokiem z limonki. Dodajemy z powrotem do zupy. Po tym już jej nie zagotowujemy!

Każdą porcję podajemy z dużą ilością świeżej tajskiej bazylii, jeśli lubicie można dorzucić też kolendrę. Bardzo pasuje też dodatek jajka na półtwardo! Smacznego!

 

Prowokacja

Moja nowa kuchnia wreszcie zadebiutowała! Zrobiłam w niej obiad z prawdziwego zdarzenia, który przypieczętował oficjalne rozpoczęcie odczarowywania mojego domu (był on głównym – bardzo ostatnio nadużywanym – centrum dowodzenia naukowego, i z niczym innym mi się nie kojarzył). Z kuchnią dogaduję się dobrze, już czuję zapachy wszystkich pyszności, które będą tu w przyszłości powstawać. Niebawem usłyszycie o moim francuskim mini projekcie, przewijającym się gdzieniegdzie półsłówkami, ale przedtem w kolejce jeszcze trochę egzotyki.

No właśnie, à propos. Pół roku wystarczyło, żebym porządnie stęskniła się za Francją (to moja górna granica odpoczywania od niej – później zaczynam przejadać się comté, przeglądać stare zdjęcia i zapętlać playlistę ze smutnymi utworami Serge’a Gainsbourga). Ale teraz, niezależnie od tego, po głowie chodzą mi większe wojaże. To pewnie kumulacja zapracowania i kryzysowej końcówki brzydkiej zimy. Planuję swoje wakacje – nie wiem jeszcze czy pod kątem długoterminowych wypraw, pracy, wolontariatu, czy turystyki. Jeśli macie jakieś wyjazdowe doświadczenia, które mogłyby mi pomóc, podzielcie się koniecznie. Niezależnie o jakich mowa destynacjach – jestem na etapie, gdzie każda strona świata czymś kusi. Choć w rozmowach od jakiegoś czasu notorycznie przewija się Kuba...

Kiedy zdawałam do szkoły we Francji, czekając na werdykt ugotowałam swoją pierwszą w życiu zupę cebulową. Postawiłam sprawę jasno, jak będzie dobra, napewno się dostanę. Wyszła wspaniała, naturalnie więc podziwiając później swoje nazwisko wśród innych przyjętych kandydatów, uznałam, że miejsce na liście zagwarantowało mi właśnie to lekkie kuszenie losu. Dziś prowokuję go więc po raz kolejny, tym razem przy pomocy curry – kubańskiego, choćby w przybliżeniu. Jest proste i zdrowe, pełne słodkich ziemniaków, ciecierzycy i kokosa. Nie minął nawet jeden dzień odkąd je serwowałam, a nie dość, że już jest na blogu, to po południu spisywałam przepis dla znajomej, która zdążyła ugotować je dziś na obiad w swoim domu. To chyba najlepsze potwierdzenie tego, że receptura jest udana! Syci, rozgrzewa i poprawia humor z marszu. Strategicznie z kolei wierzę, że którędyś przeniesie mnie do Hawany.

Curry z batatów i ciecierzycy
z mleczkiem kokosowym i ryżem basmati

4 porcje

2 niewielkie bataty
1 biała cebula
2 ząbki czosnku
½ papryczki chili
łyżka startego świeżego imbiru
1 puszka pomidorów pelati*
min. po ½ łyżeczki przypraw: kminu rzymskiego, kurkumy, ziaren kolendry, cynamonu, słodkiej papryki, kardamonu, suszonego tymianku, czarnuszki, goździków; pieprz kajeński do smaku
1 puszka mleczka kokosowego
1 puszka ciecierzycy
1 łyżeczka soli (lub do smaku)
sok z ½ limonki
2-3 łyżki oleju kokosowego**
½ pęczka natki pietruszki lub kolendry
+ 200 g ulubionego ryżu, najlepiej jaśminowego lub basmati (u mnie pełnoziarnisty)

* ja użyłam ok. 1,5 szklanki gęstego domowego przecieru.
** najlepiej nierafinowanego, ale jeśli nie macie, może być bezzapachowy lub inny roślinny do smażenia, np. rzepakowy lub ryżowy.

Rozgrzewamy wok lub naprawdę głęboką patelnię z olejem kokosowym. Cebulę kroimy w kostkę i szklimy, po kilku minutach dodajemy suche przyprawy (na razie po pół łyżeczki; z ich zestawem można kombinować), wyciśnięty lub drobno posiekany czosnek, skrojone chili oraz starty imbir. Podsmażamy wszystko razem na małym ogniu aż aromaty porządnie się rozwiną. Następnie dodajemy mleczko kokosowe (całą puszkę, nawet jeśli oddzieliła się woda) oraz pomidory. Podgrzewamy całość w międzyczasie obierając bataty i krojąc je w dużą kostkę. Dorzucamy na patelnię i gotujemy całośc minimum 40 minut, co jakiś czas mieszając. W razie potrzeby dodajemy odrobinę wody.

Tymczasem gotujemy według instrukcji na opakowaniu ryż. Najlepiej zrobić to bezpośrednio przed podaniem, tj. pod koniec gotowania curry (czas zależny od rodzaju ryżu).

Na kilka ostatnich minut gotowania, do curry dorzucamy opłukaną i odsączoną ciecierzycę. Na koniec dodajemy sól, połowę posiekanej pietruszki (resztę zostawiamy do posypania dania na talerzach) oraz sok z limonki. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy, do momentu w którym danie smakuje nam idealnie. Podajemy z ryżem, i z jakimś dobrym rumem. ¡Buen apetito!

1000 dni na Ziemi

Wczoraj minął dokładnie tysięczny dzień od momentu opublikowania pierwszego przepisu na moim blogu.

To ciekawszy jubileusz niż zwyczajne urodziny. Dwa czy trzy lata gotowania i pisania – fajnie, długi staż. Ale tysiąc dni? W tym jest już jakiś majestat, coś co z jednej strony budzi we mnie zdumienie konsekwencją mojego zapału, z drugiej daje satysfakcję, a z trzeciej, czwartej i piątej jest hołdem ku czci jednego z moich ulubionych ludzi.

(Kliknijcie w odtwarzacz muzyki obok w bocznym pasku, jeśli chcecie, żeby przemówił.)

Z okazji minionego niedawno dwudziestotysięcznodniowego jubileuszu swojego żywota, Nick Cave stworzył film. I choć Coutellerie świętuje dziś odrobinę mniej niż on, ja planowałam zrobić dokładnie to samo. Nie miał to być, jak w jego przypadku, jakiś kawał świetnego(!) kina, żaden mój filmowy portret czy dzień z życia mojego bloga (hehe). Nagrywanie chodzi mi po głowie już od dłuższego czasu.. ale zacząć chcę mimo wszystko od filmów kulinarnych!

Odkąd trzy lata temu zobaczyłam zachwycający Jiro śni o sushi, mimo całej mojej miłości do fotografii wpadłam jak śliwka w kompot w możliwości jakie oferuje estetyka filmowa. Przecież kiedy decydowałam o wyborze mojego pierwszego własnego aparatu, ostatecznie dokonałam go mając na uwadze właśnie możliwości sprzętu w kwestii wideo. Filmy to zupełnie inna bajka niż zwyczajne robienie zdjęć. Ale dla mnie jest też znacznie trudniejsza, zarówno technicznie jak i organizacyjnie. Cały czas nie wiem też po której stronie obiektywu (tudzież kuchennego blatu) zaczynać, bo w odróżnieniu do dokumentowania zdjęciami, tu nie da się robić jednego i drugiego. Możecie być jednak pewni, że moja zajawka się nie rozpłynie i za pewien czas – nawet jeśli miałoby mi to zająć jeszcze dziewiętnaście tysięcy dni na Ziemi –  zaprezentuję Wam jakiś krótki seansik. Może nie od razu będzie to dzieło wiekopomne, ale od czegoś trzeba zacząć, a przecież im się zacznie niżej, tym obszerniejsze pole zostaje do pięcia się w górę!

No właśnie, bo ja dziś chciałam o zaczynaniu. Film nie jest gotowy, więc mi z okazji jubileuszu zebrało się na wspominki. Ten mój pierwszy z pierwszych wpis – marokańska potrawka z kurczaka – niestety nie znajduje się już na blogu, czego żałuję, jako że to on de facto obchodzi dzisiejsze święto. Jednak przy przenoszeniu strony na nową domenę odrzuciłam ponad połowę tego co było na blogu, bo mam obsesję na punkcie świeżych początków i chciałam, żeby przeprowadziły się ze mną tylko te naprawdę najlepsze przepisy. Tamta receptura nie zakwalifikowała się ze względu na brak precyzjności, a także nieporadnie sklecony wstęp i zdjęcia pstryknięte w świetle lampki nocnej. Słowem, nic czym można by się chwalić, a jednak dziś właśnie trochę to robię, chwalę się bo się cieszę, tak bardzo się cieszę, że wtedy zaczęłam!

Nie da się tak, żeby startować od razu na najwyższym poziomie. Nawet jeśli mamy solidne zaplecze (w jakiejkolwiek postaci – edukacji, obeznania w temacie czy przynajmniej wizji i planu), kiedy w czymś debiutujemy siłą rzeczy brak nam doświadczenia. A to jedyna rzecz na której może oprzeć się naturalna – i naturalnie indywidualna – autoewaluacja. Zwłaszcza kiedy mowa o prowadzeniu bloga, w którego wkłada się całe serce, a już zwłaszcza zwłaszcza jeśli jest to blog o kuchni, o której na początku tej drogi nie ma się zielonego pojęcia.

Więc dziś, dumna z tego jak beznadziejny był pierwszy wpis mój jako Marianny, częstuję daniem również na nutę marokańską,  ale znacząco jednak różnym od debiutu sprzed tysiąca dni. Zamiast brązowego ryżu dzisiaj jest czarny, zamiast fig – daktyle, kurczaka nie ma wcale, za to całość podana jest w pieczonej dyni piżmowej. Nie wiem czy za drugie tyle ile już mam za sobą nie spojrzę na to co napisałam dzisiaj równie przepełniona politowaniem dla swoich obecnych słów, zdjęć i dąń. Ale jeśli mam być szczera, wcale mnie to nie martwi; przeciwnie wręcz, mam nadzieję, że tak się stanie. To będzie ni mniej ni więcej znaczyć, że mój proces samoulepszania trwa, a ja mogę śpiewać, jak Nick, I'm transforming, I'm vibrating, I'm glowing, I'm flying, Look at me now, I'm flying, Look at me now! No, to patrzcie, ale nie tylko, patrzcie a potem  g o t u j c i e !

Dynia piżmowa faszerowana czarnym ryżem po marokańsku

2 porcje

1 mała dynia piżmowa
2 łyżki oliwy lub oleju
sól morska, pieprz
2/3 szklanki suchego czarnego ryżu, namoczone w zimnej wodzie przez kilka godzin
1/3 szklanki orzeszków arachidowych, prażonych i solonych (+ trochę na wierzch)
duża garść suszonych daktyli
2 czerwone cebule
½ pęczka natki pietruszki
sok z 2 limonek i skórka z 1 z nich
3-4 łyżki dobrej oliwy z pierwszego tłoczenia
1 płaska łyżeczka kurkumy
1 płaska łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka kminu rzymskiego
½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego lub chili
opcjonalnie: 1 łyżka sosu sojowego
sól, pieprz do smaku

Dynię przekroić na pół (wzdłuż) i naciąć w kratkę nie naruszając skóry. Przy pomocy pędzla lub dłoni posmarować wierzch oliwą, lekko posolić i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec do miękkości, około 45 minut. Najlepiej sprawdzać na bieżąco czy widelec już wchodzi w dynię z łatwością. Jeśli rumieniłaby się za bardzo, przykryć folią aluminiową. Nie chcemy żeby się spiekła, ma być soczysta i miękka.

W międzyczasie przygotować farsz. Ryż odcedzić z wody, w której się moczył i opłukać, zalać świeżą, dodając dużą szczyptę soli, i gotować około trzydziestu minut na bieżąco uzupełniając płyn. Chcemy, aby ryż był kleisty, ale nie dzięki rozgotowaniu na papkę – stosujemy tu technikę podobną do gotowania risotto. Kiedy ziarna ryżu są miękkie, ale wciąż wyraźnie wyczuwalne, zdjąć garnek i przestudzić. Tymczasem posiekać dość drobno daktyle i orzeszki, to samo z pietruszką, cebule zaś pokroić w cienkie piórka. Wymieszać sypkie przyprawy z oliwą i sokiem z cytryny oraz limonki, dodać skórkę z limonki. Całość – sos, bakalie i cebulę, oraz ryż – połączyć w dużej misce. Spróbować, ewentualnie doprawić (np. właśnie sosem sojowym).

Farsz pakować do upieczonych i wydrążonych połówek dyni. Jeść od razu, lub włożyć jeszcze na chwilę do piekarnika (tylko w celu podgrzania). Przed podaniem posypać dodatkowymi orzeszkami i natką. Smacznego!

Kiedy serce wraca na miejsce

O sercu można bez końca. Dwoi się dla Ciebie i troi, mówiąc do Ciebie głosem (za którym powinieneś podążać), dźwigając kamienie, bijąc do drugiego człowieka. Zdarza się złote, gołębie, na dłoni czy jak dzwon, wkładasz je w rzeczy, które tworzysz, za sprawą emocji ściska się, pęka, zamyka, otwiera i rośnie. Dom Twój jest ponoć tam, gdzie Twoje serce... Ale jest coś również w tym, że przynajmniej jego kawałek na zawsze pozostaje w domu, z którego jako młody człowiek wyfruwasz. To dzięki temu wracanie do niego niezmiennie jest przyjemnością i ukojeniem dla ducha.

A sercem jajka jest żółtko. I choć to, co będziemy dziś robić (wyciągać je łyżką, po to by po chwili znów umieścić je w środku) pozornie może się wydawać zbędne, tak naprawdę ma wiele sensu. Żółtko wraca w innej postaci, w nowej, lepszej odsłonie. Z dala od domu, zdane na siebie i z każdej strony odkryte, ewoluuje w sposób, jaki nie byłby możliwy bez opuszczenia bezpiecznej strefy komfortu. Wrażliwe, zmienia się bezpowrotnie za sprawą wszystkiego, co napotka (od subtelnych romansów, jak ten z kurkumą, po iście rewolucyjne przygody, tutaj z blenderem).

Ale jakich rewelacji by nie przeżyło, o ile pełniejsze, lepsze i bardziej wartościowe nie lądowałoby ponownie w białkowym wgłębieniu, żółtko zawsze pozostanie żółtkiem, sercem jajka. A nie ma nic lepszego, niż kiedy serce wraca na swoje miejsce.

Jajka faszerowane
z migdałami i rzeżuchą

Inspiracja Heidi Swanson

7 jajek
150 g jogurtu greckiego
1 łyżka majonezu
½ łyżeczki kurkumy
ok. 1 płaskiej łyżki koperku
garść liści świeżej bazylii
garść rzeżuchy + więcej na wierzch
1/2 szklanki migdałów (można użyć od razu w słupkach)
sól, pieprz czarny

Jajka ugotować na twardo i wystudzić całkowicie. Następnie obrać i przekroić wzdłuż  na połówki. Wyciągnąć żółtka i przełożyć je do jednej miski. W międzyczasie na suchej patelni podprażyć pokrojone (jeżeli używacie całych) migdały. Przestudzić i połowę utrzeć lub zmiksować w młynku do kawy.

Rzeżuchę, bazylię i koperek drobno posiekać. Dodać do żółtek, razem z jogurtem, łyżką majonezu, utartymi migdałami, kurkumą i dużą szczyptą soli. Wszystko razem zblendować dokładnie. Powinniśmy otrzymać żółty farsz o konsystencji musu, jeśli jest za rzadki, można zmielić więcej migdałów i utartymi go zagęścić.

Masę przełożyć do szprycy lub po prostu nakładać do wydrążonych jajek łyżką. Udekorować dodatkową rzeżuchą (lub/oraz koperkiem, jeśli wolicie) i pozostałymi posiekanymi migdałami. Oprószyć świeżo zmielonym czarnym pieprzem i serwować. Smacznego!