Niedecyzyjna

Trudną jest sztuka dokonywania wyborów. Od trzech tygodni męczę się z niemożliwą do podjęcia decyzją, która z nieprawdopodobną mocą zaważy na moich przyszłych losach. Liczyłam po cichu na to, że któreś drzwi same zatrzasną mi się przed nosem, ale nic z tych rzeczy - świat stoi otworem w obydwu wariantach, a ja miotam się w czymś przypominającym odwrotność konfliktu tragicznego - gdzie każda z opcji oferuje takie rewelacje, że nie sposób uznać wyższość którejkolwiek.

Odkąd wisi nade mną Wielka Decyzja, nie ma godziny, w której nie rozmyślałabym o tym jak bardzo nie potrafię podjąć tej właściwej. Trudne wybory dostrzegam tym samym we wszystkich pozostałych, nawet najbardziej prozaicznych sferach życia. Odechciewa mi się kupna nowego notatnika, kiedy każdy z czterech nowych kolorów w jakich jest dostępny wydaje mi się idealny. Co rano zdążam zjeść całe śniadanie zanim zdecyduję co zrobić w następnej kolejności, nie mówiąc o planowaniu reszty dnia. Zaś kiedy szukam pomysłu na tartę, przechadzam się godzinę po ogrodzie i, zbierając owoce, rozmyślam które najlepiej będzie ułożyć na wierzchu. A kończy się tak, jak widać na zdjęciu wyżej...

Nic bym więcej od życia nie chciała, jak tylko by w kwestii decydowania o swojej przyszłości, móc - tak jak w przypadku tarty - uznać, że biorę wszystko naraz.

IMG_7049-2.jpg

Jogurtowy krem à la pâtissière, który wypełnia prezentowaną dziś tartę jest wspaniały, znacznie lżejszy w smaku niż klasyczny. Jest słodki, ale przełamuje go delikatna kwaskowatość greckiego jogurtu. Dobrze komponuje się z wyrazistymi owocami, ja szczególnie upodobałam sobie jagody. Z kolei spód, jak na wykonany w całości z razowej mąki, jest zaskakująco kruchy. Bardzo go polecam, choć można oczywiście użyć innego, jeśli macie swoje sprawdzone klasyki. W obu przypadkach daję tej tarcie gwarancję pysznego smaku!

Tarta z jogurtowym crème pâtissière i letnimi owocami
na razowym cieście kruchym

forma o średnicy 23-26 cm
przepis na spód stąd

Ciasto:
225 g razowej mąki pszennej (drobnomielonej)
150 g prawdziwego masła, zimnego
40 g cukru pudru
szczypta soli

Krem:
225 ml mleka
3 żółtka
50 g cukru
50 g masła
3 łyżki z górką skrobii kukurydzianej (lub ziemniaczanej)
300 g jogurtu greckiego
pół laski wanilii lub 1 łyżeczka ekstraktu

+ ulubione letnie owoce (nie same słodkie borówki, warto dodać kwaśne porzeczki, maliny, jagody)

Przygotować ciasto. Mąkę przesiać (otręby, które zostaną na sitku wyrzucić), dodać cukier i sól i zagnieść z pokrojonym w kostkę masłem. Najłatwiej zrobić to z pomocą malaksera. Zagnieść kulę, owinąć ją w folię i schłodzić przez godzinę w lodówce. Po tym czasie ciasto rozwałkować między dwoma kawałkami folii spożywczej na grubość ok. 4-5 mm, tak aby utworzyło koło trochę większe niż forma do tarty. Wierzchnią warstwę folii zdjąć, ciasto przenieść do formy (wysmarowanej masłem) odwracając je po drodze. Pozbyć się drugiej folii. Wylepić formę dokładniej, wyrównując także brzegi. Podziurkować widelcem, przykryć pergaminem i wysypać fasolę, ryż lub specjalne groszki do pieczenia. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na 15 minut. Po tym czasie zdjąć obciążenie i pergamin i dopiekać jeszcze ok. 15-20 minut (do zezłocenia). Ostudzić całkowicie.

W międzyczasie zrobić krem. Ziarenka z wanilii wyskrobać i razem z laską wrzucić do mleka. Zagotować i zdjąć z ognia. W innym garnku żółtka utrzeć z cukrem i skrobią na puszysty kogel-mogel. Wciąż ubijając dodawać powoli gorące waniliowe mleko (laskę zachować na następny raz, jest w niej jeszcze dużo aromatu). Garnuszek niezwłocznie postawić na ogniu i nie przerywając ubijania doprowadzić do zagotowania. Masa musi bardzo zgęstnieć (bardziej niż budyń), trzeba pilnować dokładnego mieszania, bo lubi przywierać do dna! Przełożyć do miski i przykryć folią spożywczą (tak by dotykała bezpośrednio powierzchni). Odstawić do wystudzenia, a jogurt grecki przełożyć na sitko wyłożone gazą lub czystą kuchenną ściereczką, i odsączyć do konsystencji gęstego serka (ok. 1-2 godzin). Po całkowitym ostudzeniu budyniu zmiksować go z odsączonym jogurtem.

Wyłożyć krem na spód. Udekorować owocami i odstawić do schłodzenia, najlepiej na całą noc. Bezpośrednio przed podaniem można posypać (bardzo delikatnie!) cukrem pudrem, aby dodać urody. Tarcie smakuje wspaniale z filiżanką mocnej kawy. Smacznego!

(Uwaga: z tego przepisu można zrobić również małe tartaletki (spody piec wtedy o kilka minut krócej). To dobre rozwiązanie, jeśli obawiacie się kremu pâtissière - mnie też czasem z nim nie po drodze. Zwykle wychodzi, ale zdarza mu się gorzej zastygać i wówczas duża tarta, krojona na kawałki, może się rozpływać. Małe tartaletki rozwiązują problem, bo znikają na jeden raz!)

Lipcowy savoir-faire

Uważam za całkiem zrozumiałe, że niektórzy nie do końca potrafią odnaleźć się w letnim trybie funkcjonowania.

Właściwie może być tak, że piszę o tym niejako podświadomie w odniesieniu do siebie samej. Bo paradoksalnie choć funkcjonuję znacznie lepiej, to nieustannie towarzyszy mi poczucie, że tyle było przecież rzeczy jakie planowałam na ten czas, a które teraz pojedynczo wpadają mi raz po raz do głowy i za chwilę na powrót z niej wylatują. To trochę niewygodna mania, która zamiast pozwolić mi cieszyć się codziennym słońcem przysparza wrażenia, że zapomniałam co najmniej o kilku wielkich letnich projektach (a także kilkudziesięciu małych postanowionkach) – i że będę tego bardzo żałować, kiedy po czasie mi się o nich przypomni. Kolejnej zimy obiecuję sobie spisywać wszystko za czym mi tęskno, aby kiedy znów nadejdą ciepłe dni dokładnie wiedzieć dlaczego tak bardzo się z tego cieszę.

Wśród owych rzeczy – obok wielkich wakacyjnych wojaży, dużych przedsięwzięć i życiowych zmian – są też drobnostki, jak np. przepisy na przetwory do wypróbowania, wycieczka do Poznania czy kolor sukienki jaką koniecznie chcę zdobyć w tym sezonie. Ale mimo rozpiętości tego zakresu, co do jednego wątpliwości nie mam. Wiem doskonale co należy zrobić, kiedy na straganach pojawiają się pierwsze leśne owoce. Po kilku dniach poświęconych na zjedzenie co najmniej kilograma każdego rodzaju, lipcowym savoir-faire jest ciasto.

Ciast najróżniejszych jest bez liku, ale bez naciągania oświadczam, że nie ma tu opcji złego wyboru. Puchate drożdżowe (koniecznie z kruszonką) z zatopionymi jagodami w niczym nie ustępuje lekkiemu biszkoptowi przełożonemu kremem i świeżymi truskawkami. Może być też ucierane (smak mojego dzieciństwa), jogurtowe (najszybsze z możliwych), a przecież są jeszcze tarty, chlebki, no i serniki - tradycyjne pieczone (szczególnie z wiśniami!) oraz na zimno, przykryte - najlepiej domową - galaretką.  O cudownych wypiekowych opcjach mogę gadać bez końca, przejdę więc lepiej do swojej ulubionej: bardzo maślanego ciasta kruchego ze słodko-kwaśnym nadzieniem z porzeczkowego dżemu i owoców. Wspaniałość znana pod nazwą pleśniak, do której mam dość ambiwalentny stosunek, wolę więc sięgać po bardziej deskryptywne opisy tego ciasta. To jeden z nielicznych klasyków kuchni polskiej, za jakimi przepadam. Jeśli macie więcej niż 20 lat, na bank pamiętacie ten smak z dzieciństwa - nawet jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy.

To ciasto zniknęło całe w jeden wieczór za sprawą TRZECH brzuchów (i kilku dodatkowych poczęstowanych osób, ale mimo wszystko przewidywałam dojadanie go w kolejnych dniach). Niech to przemawia samo za siebie.

Kruche ciasto z letnimi owocami
znane jako pleśniak

Źródło przepisu: W kuchni babci i wnuczki, B. Mellerowa i B. Adamczewska

2 szklanki mąki
250 g zimnego masła
4 jajka (żółtka i białka oddzielnie)
½  szklanki cukru pudru + 2 płaskie łyżki (zastąpiłam ksylitolem)
2 łyżki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
szczypta soli
słoik dżemu z czarnej porzeczki (lub innego kwaśnego)*
garść jagód i czereśni (lub dowolnych letnich owoców)

* ja użyłam domowego, który dostałam w prezencie (merci ) – mało słodkiego a mocno kwaśnego, jeśli Wasz taki nie jest to polecam zmniejszyć ilość cukru w przepisie do 1/3 szklanki!

Mąkę wymieszać z dwiema łyżkami cukru, szczyptą soli i proszkiem do pieczenia. Dodać cztery żółtka i pokrojone na małe kawałki masło. Zagnieść ciasto (ręcznie zajmie to kilka minut, ale można użyć robota kuchennego), ulepić kulę i schować do lodówki na minimum godzinę.

Po tym czasie kulę podzielić na trzy części. Dwie włożyć z powrotem do lodówki, do jednej z nich dodając wcześniej kakao i ekstrakt waniliowy. Trzecią częścią wykleić spód oraz boki tortownicy lub prodiża – w obu przypadkach powierzchnię uprzednio natłuścić tudzież wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto pokryć dżemem i ułożyć owoce. Na nie zetrzeć na tarce kakaową część ciasta. Następnie cztery białka jajek ubić z cukrem na sztywną, bezową masę. Wyłożyć ją na ciasto i przykryć ostanią częścią ciasta, również startą na tarce. Piec 35 – 45 minut (w prodiżu z grzaniem góra-dół, a w piekarniku w temperaturze 180 stopni).

To jest dokładnie ten rodzaj ciasta, które wygrywa wszystko jedzone jeszcze ciepłe, z gałką lodów śmietankowych. Ale jeśli nie macie możliwści takiego serwowania (ja np. przygotowałam je „na wynos” z okazji urodzin pewnej pięknej pani) nie martwcie się – i bez nich jest wspaniałe!

Trudy tego świata, od kuchni

Jeśli jesteś blogerem kulinarnym, z całą pewnością zdarza Ci się usłyszeć od napotkanych na swojej drodze ludzi jak bardzo Ci zazdroszczą. No, jak to? Przecież jest Ci dane jeść wszystkie te pyszności, do których inni ślinią się jedynie przed ekranami - mówią. Owszem! Ale co czeka Cię przedtem?

Osoby takie nie mogą zdawać sobie sprawy ile trudów ta profesja przysparza - i to w jak paradoksalny sposób. To, co fotografujesz jest prawdziwym jedzeniem, i to zwykle tak pysznym na jakie wygląda. Jednocześnie, najczęściej właśnie na Ciebie ono czeka. Ty szukasz dobrego światła czy myślisz nad kadrem, a przed Tobą topnieją lody, stygnie zupa, mięknie kanapka. Obiekty, których pozornie się to nie tyczy - jak przetwory czy ciasta - również są owym problemem dotknięte. W tym przypadku, nawet jeśli są cierpliwe i nic im się z czasem nie dzieje, wciąż musisz walczyć z ogromną chrapką na ich zjedzenie.

Remedium na tę niewygodę okazuje się być, moi drodzy, przesyt!

Że koniec grudnia jest czasem obżarstwa - każdy wie. Przepełniony brzuch to temat numer jeden okołoświątecznych pogawędek. Nawet Frank Sinatra, śpiewając o Bożym Narodzeniu, wymienia overeating niemal w pierwszej kolejności. Nie ma tu żadnych ukrytych schematów, logika jest prosta - pyszne jedzenie jest wszędzie: na półkach lodówki, stołach, parapetach i, o zgrozo, nawet na choince! Gdzie byś się więc nie ruszył, tam czeka na Twoją rękę, samoistnie po nie sięgającą. To bardzo przyjemne, choć frustrować mogą ograniczenia pojemnościowe żołądka. Chciałbyś zjeść więcej, ale zwyczajnie brakuje Ci miejsca. Często jednak masz to w poważaniu i jeśli zdecydowałeś, że spróbujesz wszystkiego, uczynisz to mimo konieczności rozpięcia guziczka czy dwóch.

Aż któregoś dnia (nie bez przyczyny często następuje to dnia pierwszego stycznia) budzisz się i jedzenia masz już po prostu dosyć. Czujesz, że potrzebna Ci energia ze śniadania, ale zwyczajnie nie masz ochoty znów pakować czegokolwiek do buzi. Tak! To jest czas, w którym stajesz się wzorowym, niegroźnym blogerem. Wykorzystaj go, bo nie potrwa długo. W spokoju ukrój kawałek mazurka i zupełnie niekuszony przez okruszki ciasta i ciągnącą czekoladową masę obfotografuj go z prawej i z lewej. Przeciągnij dobrą passę i zrób przy okazji kilka zdjęć kuchni i domu. Ale uwaga! jak będziesz przedłużać - zgłodniejesz. A decydując się na jeszcze jedno zdjęcie, z odkrojonym widelczykiem kęsem mazurka... chyba sam dobrze wiesz, że przepadłeś.

W zależnosci od pretekstu, pod jakim go pieczemy, pojawiają się na mazurku inne wzory: bazie na Wielkanoc, na Boże Narodzenie - choinki... a czasem szlaczków nie ma wcale, bo wygrywa chętka na jak największą ilość migdałów. Jego siła tkwi w prostocie, nie ma tu żadnych niecodziennych dodatków ani całej mieszanki studenckiej na wierzchu. Krucho-drożdżowe ciasto (niesłodkie), wyjątkowa (i słodka podwójnie) kakaowa masa, oraz obrane migdały. Jest DOSKONAŁY. Z pewnością można kombinować i go ulepszać, u nas jednak nikt nie czuje takiej potrzeby.

Mazurek Babci Trudzi
z masą kakaową i migdałami

2 formy 25x30cm (lub jedna wielka blacha)

Na wierzch:

250 ml gęstej śmietany 30%*
1 szklanka cukru
1 kopiasta łyżka kakao
2 garści migdałów (całych w skórkach)

Na ciasto:

3 szklanki jasnej mąki pszennej
200 g zimnego masła
50 g drożdży
1 jajko

* Uwaga! Nie śmietanki, a gęstej kwaśnej śmietany o zawartości tłuszczu 30%, np. takiej President. Jest rzadko spotykana, ale w większych sklepach na pewno ją znajdziecie (nie na półce przy kremówkach, tylko w lodówce wśród "osiemnastek").

Dzień przed pieczeniem migdały zalać wodą i pozostawić na całą noc do namoczenia. Rano wodę wylać i zalać ponownie, wrzątkiem. (Jeśli nie macie takiego wyprzedzenia, można namaczać krócej, zalewając wrzątkiem kilkakrotnie). Tak przygotowane migdały obrać ze skórek (wyskakują z nich bez problemu).

Mąkę, masło i drożdże posiekać razem drobno na stolnicy. Dodać jajko, zagnieść i krótką chwilę wyrabiać. Wylepić ciastem formę (najlepiej wyłożoną papierem) i gęsto nakłuć je widelcem. Piec do zezłocenia, około 40 minut w temperaturze 180 stopni.

Przygotować masę. Cukier wymieszać z kakao na sucho, dodać do śmietany i doprowadzić całość do wrzenia, co jakiś czas mieszając. Następnie zmniejszyć ogień i na malutkim gotować do zgęstnienia, około 30-40 minut. Ma być lejąca, ale bardzo gęsta. Stan masy można sprawdzić kładąc jej łyżeczkę na talerzyk, powinna lekko zastygać. Gotową wylać na ostudzony spód. Udekrować obranymi migdałami, tworząc wzory albo i nie (jak w dzisiejszym, robionym odrobinę w pospiechu, ale smakującym tak dobrze jak zawsze).

Szarlotka francuska

Wyjątkowo wcześnie rozpoczęłam w tym roku swoją osobistą jesień. Tegoroczna ma bowiem wnieść dużo nowego i - mam nadzieję - dobrego, do mojej codzienności. Wiążę z nadchodzącymi miesiącami ogromne nadzieje, dlatego chcąc nie chcąc wyczekuję ich z każdym dniem coraz  niecierpliwiej. Oszukując trochę samą siebie, ale chcąc sobie to oczekiwanie jakoś umilić, na różne sposoby przyspieszam utęsknione pojawienie się trzeciej pory roku. W ciągu dnia mam lato, ale wieczorami wbijam się w ulubione swetry i piję herbatę (pierwszy raz od tak dawna nie mrożoną). Bo wieczory są chłodne, a ze względu na wspominane wcześniej okoliczności, w tym roku wyjątkowo już w sierpniu szczerze mnie to cieszy.

Zaczęłam więc testowanie szarlotek, aby jeszcze tej jesieni znaleźć swój ideał, który będę mogła powtarzać w przyszłości bez chwili zawahania. Ale wiadomo - wersji co najmniej tyle, ile na świecie było babć i mam. Przepisów istnieje tak wiele, że cały trwający obecnie sezon skazuję na testowanie. Zadanie jest trudne o tyle, iż nie mam w głowie konkretnego obrazu swojego perfekcyjnego jabłecznika - rodzaju ciasta, formy jabłek, doboru przypraw... Pozostaje mi bez końca sprawdzać, i trafić na niego zupełnie niespodziewanie.

Szarlotka francuska bardzo nam wszystkim smakowała. To dwie warstwy cienkiego, wyjątkowo kruchego ciasta, przełożone jabłkami, które cudownie miękną i karmelizują się podczas pieczenia. Ciasto jest idealne, bo nie rozmaka pod wpływem owoców, nawet drugiego dnia pozostaje chrupiące. Cukier puder polecam zrobić mieląc nierafinowany cukier trzcinowy - smak jest zupełnie inny, jakby kwiatowy. Najlepsza z lodami (choć ta uwaga, jak się obawiam, obecna będzie też przy każdej kolejnej szarlotkowej próbie). Aby nie przeciągać za bardzo struny w kierunku jesieni, wykorzystałam do niej letnie jabłka i nie zjadłam wieczorem, a z samego (gorącego) rana, tuż po upieczeniu. Taki złoty środek między rzeczywistością a tym, gdzie chciałabym żeby już była. Naprawdę smaczny, do tego, więc już koniec gadania. Smacznego.

Szarlotka francuska

Forma 26x26 cm

Źródło przepisu

100 g cukru pudru
250 g mąki
125 g miękkiego masła
1 jajko
1 kg kwaśnych jabłek (najlepiej papierówek, jeśli jeszcze znajdziecie)
100 g jasnego cukru trzcinowego
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki kardamonu
gałki muszkatołowej na końcu noża

Składniki na ciasto (mąkę, masło, cukier puder i jajko) zagnieść szybko w kulę, owinąć folią spożywczą i schować do lodówki co najmniej na godzinę. W międzyczasie przygotować jabłka. Oryginalny przepis nakazuje podgotować je wcześniej, aby część rozpadła się na mus. Ja tego nie zrobiłam. Wymieszałam w misce jabłka z cukrem i przyprawami i odstawiłam aby puściły sok.

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Ciasto po wyjęciu z lodówki podzielić na dwie części, jedna powinna być nieznacznie mniejsza od drugiej. Większą część rozwałkować i wyłożyć nią dno formy (wyłożonej papierem lub wysypanej bułką tartą/mąką). Na ciasto wyłożyć jabłka, w miarę możliwości odsączone z tego, co tam z nich wyszło pod wpływem cukru. Przykryć drugą częścią ciasta, rozwałkowaną lub startą na tarce. Piec ok. 50 minut, podawać posypane cukrem pudrem, najlepiej ciepłe, z lodami śmietankowymi.