Wiosny bliski wschód

IMG_0982 copy2.jpg

W kawiarniach, klubach, restauracjach i sklepach czeka już na Was nowy numer magazynu Aktivist, a w nim jak zwykle parę przepisów ode mnie. Tym razem jemy jeszcze przedwiosennie, ale w sam raz na dziś, kiedy po pierwszej fali upałów słońce na chwilę odpuściło. Przed Wami talerz pełen świeżości, kwaskowych, wyrazistych smakow, i lekkości – choć wciąż odżywczy i sycący. 

Wschód prawdziwej wiosny jest bliski. I z tej okazji to na Bliskim Wschodzie witam moją ulubioną porę roku. Polskie nowalijki, które szturmują powoli lokalne warzywniaki, drobno siekam i
mieszam z arabskim kuskusem, tworząc ojczystą wersję tabbouleh. Do tego pestki dyni podprażone z odrobiną sumaku i lekko zamarynowane chrupiące rzodkiewki.

smallIMG_0990.jpg

Szybkie marynowane rzodkiewki

  • 1/2 pęczka rzodkiewek
  • 200 ml octu z białego wina
  • 1/2 szklanki drobnego cukru
  • 1,5 łyżeczki soli

Wymieszaj ocet z cukrem i solą, najlepiej w słoiku (nie podgrzewaj – wystarczy kilka minut wstrząsania). Umyj rzodkiewki w lodowatej wodzie i pokrój na plasterki. Włóż je do słoika i zalej marynatą. Odstaw do zamarynowania na minimum 30 minut, a maksimum 3 godziny. 

 

Prażone pestki dyni z sumakiem

  • 100 g pestek dyni 
  • 3/4 płaskiej łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka sumaku + więcej do posypania sałatki

Przepłucz pestki dyni na sitku, zalej zimną wodą i odstaw do namoczenia na kilka minut. W międzyczasie rozgrzej patelnię. Odsącz pestki na sitku i wrzuć je na patelnię. Kiedy wciąż będą mokre dodaj sól i sumak. Praż na średnim ogniu, powoli mieszając łopatką, tak długo aż z pestek odparuje cała wilgoć. Suche zaczną charakterystycznie strzelać. Wówczas zmniejsz ogień i odłóż łopatkę, aby pozwolić im się przypiec i napęcznieć. Co jakiś czas przemieszaj je zamaszystym ruchem patelni. Kiedy będą złote, wyłącz ogień i zostaw pestki do całkowitego wystudzenia. 

 

Tabbouleh z selerem naciowym i rodzynkami

  • 1 szklanka kuskusu (można użyć razowego)
  • 10 (2+8) łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 80 g rodzynek sułtańskich (zalać gorącą wodą i zachować ją)
  • 4-5 łodyg selera naciowego
  • szczypiorek z 1 małej dymki
  • liście z 1/3 pęczka natki pietruszki
  • liście z 1/4 pęczka koperku
  • sok i skórka z 1 cytryny
  • sól do smaku

Wsyp kuskus do dużej miski i dodaj dwie łyżki oliwy. Wymieszaj, aby pokryła go równomiernie. Wyrównaj powierzchnię łyżką i zalej wrzątkiem około 2 mm ponad powierzchnię kuskusu. Przykryj i odstaw na 8-10 minut. Rodzynki włóż do mniejszej miski i zalej wrzątkiem do ich poziomu.

W międzyczasie pokrój łodygi selera naciowego wzdłuż w paski, a następnie w drobną kostkę. Drobno posiekaj szczypiorek, pietruszkę i koperek. Zetrzyj skórkę z cytryny, a następnie wyciśnij z niej sok. 

Kuskus "rozczesz" widelcem, delikatnymi ruchami go spulchniając. Dodaj połowę pestek dyni, pokrojonego selera, pietruszkę, koperek skórkę i sok z cytryny oraz odsączone rodzynki. Wymieszaj, wlej pozostałe 8 łyżek oliwy, a następnie po jednej łyżce wodę, w której moczyły się rodzynki – tyle, ile będzie konieczne żeby sałatka była soczysta, nie sucha. Dopraw do smaku solą. Przed podaniem wmieszaj zamarynowane rzodkiewki. Posyp z wierzchu dodatkowymi pestkami dyni oraz sporą szczyptą sumaku. Smacznego!

IMG_0980-2 copy.jpg

Aktivist jest bezpłatny i ukazuje się w sześciu polskich miastach (Warszawa, Łódź, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Wrocław), szukajcie go w kawiarniach, restauracjach, klubach i tym podobnych miejscach. A jeśli nie znajdziecie, po przepisy zajrzyjcie do wydania online (pyszności zaczynają się na stronie 48).

Lepiej niż w Toskanii

ribollita

Przetrwanie okresu przednówkowego to jedno z największych wyzwań w roku dla tych, którzy starają się jeść zgodnie z rytmem natury. Jest to bowiem czas, jak sama nazwa wskazuje, poprzedzający nadejście tego, co nowe. W oczekiwaniu na pierwsze wiosenne zbiory możemy więc mieć jedynie nadzieję, że nie skończą nam się zapasy spiżarniane. Wystarczy jednak odrobina kreatywności, by z zachomikowanych na zimę specjałów tworzyć naprawdę królewskie dania.

Prawdziwa ribollita (po włosku dosłownie „ponownie gotowana”) to toskańska potrawa przygotowywana poprzez dodanie kawałków zeschniętego chleba do zupy „z wczoraj”. Ten zagęszcza ją i urozmaica, dzięki czemu nie grozi nam monotonia jedzenia tego samego obiadu dwa dni z rzędu. Unikamy też jednocześnie marnowania chleba, który nie nadaje się już do zjedzenia na świeżo. Nikt nas jednak nie będzie oceniał, jeśli zupę ugotujemy tylko po to, by do niej ten czerstwy chleb dorzucić. A nawet jeśli kupimy bochenek i celowo odłożymy go na tydzień do zeschnięcia. Sama robię to regularnie, bo choć lubię zupy i lubię chleby, dopiero kiedy połączę je w jednym garnku, dzieje się prawdziwa magia.

Ważne, aby pieczywo było odpowiednio suche – twarda skórka po namoczeniu działa jak gąbka, mięknąc i pęczniejąc od zupy, ale pozostając w jednym kawałku. Miąższ chleba rozpada się zaś i miesza z zupą. Wyrazisty smak zakwasu łączy się z delikatnym aromatem pomidorów, ziół i oliwy z pierwszego tłoczenia. W pełni wegetariańskie, a syci (i wygląda!) jak treściwy gulasz. Pełna białka fasola oraz zimowe warzywa korzeniowe czynią to danie dobrze zbilansowanym i odżywczym.

zima w kawkowie
zimowa marianka

Nie wiem dlaczego danie to wymyślono w Toskanii – nie mają tam z pewnością mroźnej zimy i długich spacerów w śnieżnych zaspach, a to one są idealnym wstępem dla talerza gorącej ribollity. Zamiast Włoch polecam więc mroźną Polskę. Za jakiś czas spróbuję pewnie wiosennej wersji pełnej zielonych jarzyn, być może z bagietką zamiast razowca? Ale póki na horyzoncie jest biało, ponownie gotuję zimową zupę „ponownie gotowaną”, za każdym razem jednakowo się nią zachwycając.

ribollita

Ribollita, czyli zupa jarzynowa z chlebem razowym
w Polsce lepsza niż w Toskanii

Na bulion warzywny:

  • 1 por

  • 1/2 dużej bulwy selera (drugą połowę zachowaj do zupy)

  • 1 biała cebula, opalona na ogniu

  • 2 marchewki

  • kilka gałązek lubczyku

  • 2 listki laurowe

  • kilka ziaren ziela angielskiego

  • sól do smaku

Na fasolę:

  • 2 szklanki suchej fasoli Piękny Jaś

  • 2 listki laurowe

  • 1/2 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu

Na zupę:

  • 2 białe cebule

  • 3 marchewki

  • druga 1/2 bulwy selera

  • 1 batat

  • 1/4 główki białej kapusty

  • 2 ząbki czosnku

  • 5 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia

  • 2 łyżki masła

  • 1 łyżeczka suszonego oregano

  • kilka gałązek świeżego tymianku

  • szczypta płatków chili (wedle uznania, ale zupa nie powinna być bardzo pikantna)

  • 3 łyżki octu balsamicznego

  • 100 ml wytrawnego białego wina

  • ugotowana fasola z przepisu powyżej (i trochę wody z gotowania)

  • 1 puszka całych pomidorów bez skórki

  • 1 płaska łyżka cukru

  • bulion z przepisu powyżej

  • sól do smaku

  • 1/2 bochenka czerstwego razowego chleba na zakwasie (min. tygodniowego)

Do podania:

  • koperek i natka pietruszki

  • 1 kulka mozarelli

  • świeżo mielony czarny pieprz

W dniu poprzedzającym gotowanie zupy przygotuj bulion. W dużym garnku umieść umyte, nieobrane warzywa – marchewkę, pół selera, przekrojonego na dwie części pora (tak, by zmieścił się do garnka), opaloną cebulę i lubczyk. Dodaj liście laurowe oraz ziele angielskie i zalej wszystko 4 litrami zimnej wody. Podgrzewaj na średnim ogniu do zagotowania. Wówczas przykryj garnek, zmniejsz ogień i pozwól bulionowi delikatnie pyrkać około 2 godziny, aż nabierze złotego koloru i odpowiedniego aromatu. Dopraw solą i odstaw do wystudzenia (nie odcedzając). 

W dużej misce zalej też zimną wodą fasolę i odstaw ją na całą noc do namoczenia. 

Następnego dnia przepłucz fasolę, włóż ją do dużego garnka i zalej dużą ilością świeżej zimnej wody. Dodaj listki laurowe i pieprz i (podobnie jak bulion) podgrzewaj na średnim ogniu. Od momentu zagotowania zmniejsz ogień i gotuj 2-3 godziny, do całkowitej miękkości fasoli. Jeśli za dużo wody odparuje, uzupełnij ją, żeby fasola nie wystawała ponad powierzchnię. Po zdjęciu z ognia porządnie osól wodę i odstaw całość do przestudzenia.

Przed rozpoczęciem gotowania zupy, przygotuj wszystkie warzywa – obierz cebule, marchewki, selera i batata. Pokrój wszystko w podobnej wielkości kawałki (ok. 1x1 cm), poszatkuj także kapustę. Obierz czosnek z łupin i skrój na cienkie plasterki. 

W wielkim garnku rozgrzej oliwę i masło. Dodaj oregano i tymianek, przemieszaj i od razu wrzuć do środka cebulę i czosnek. Duś kilka minut na dużym ogniu, wsyp płatki chili, a następnie resztę warzyw. Wlej ocet balsamiczny. Podsmażaj około 10 minut ciągle powoli mieszając. Po tym czasie wlej wino, dodaj też ugotowaną fasolę i około 1,5 szklanki wody z jej gotowania. Dodaj puszkę pomidorów i łyżkę cukru, wymieszaj.

Wyłów z bulionu warzywa. Odłóż pora, skrój go i dodaj do zupy, a z reszty dokładnie wyciśnij z płyny do garnka z bulionem. Następnie, chochla po chochli, dopełnij bulionem gar z zupą, przelewając go przez sitko – tyle, by jego poziom sięgał około 5 centymetrów ponad poziom warzyw. Przykryj połowicznie i gotuj całość na małym ogniu przez minimum godzinę, co jakiś czas mieszając. Jeśli zupa będzie się robić za gęsta, dodawaj więcej bulionu.

Kiedy wszystkie warzywa będą miękkie, dopraw zupę do smaku solą. Porwij na kawałki czerstwy chleb i dodaj go do zupy. Przemieszaj, zdejmij z ognia i odstaw na 10 minut. W międzyczasie posiekaj koperek i pietruszkę, a mozzarellę porwij na małe kawałki. Nakładaj zupę do głębokich talerzy. Każdą porcję dekoruj mozzarellą, koperkiem i/lub pietruszką oraz świeżo zmielonym czarnym pieprzem.

Przepis opracowany dla Hellozdrowie – tu link! Jedzcie (i nie szczędźcie sobie dokładek) po długim, mroźnym spacerze – smacznego.

ribollita w kawkowie

Francuskie cykorie (i ciut więcej mnie niż zazwyczaj)

spis-tresci_Z02-1024x667 copy.jpg

Miałam ostatnio przyjemność udzielić pierwszego poważnego wywiadu w moim życiu. Opowiedziałam o tym gdzie mnie w życiu nosiło i co dobrego zjadłam w ukochanych miejscach na Ziemi. O kuchniach, w jakich przyszło mi do tej pory gotować, z kim spotykałam się przy stole i jakie mam plany na przyszłość. Jeśli chcecie poczytać o mnie więcej niż zazwyczaj, o moich Warszawach, Paryżach, Wrocławiach i Japoniach, zajrzyjcie do lutowego wydania magazynu Zwierciadło, dostępnego (jeszcze, bo jak zwykle piszę na ostatnią chwilę) w kioskach lub pod tym linkiem. Znajdziecie tam też kilka moich przepisów, między innymi na słynny blok czekoladowy z matchą oraz na pieczone cykorie rodem z Francji. Te ostatnie na zaostrzenie apetytu zaserwuję Wam też tutaj. 

To dobry przepis na końcówkę zimy, bo wykorzystuje łatwo dostępne warzywa oraz same poprawiacze humoru – wino, masło, miód, puszystą chałkę i pachnące pieczone migdały. Wszystkie te rozkosze możecie zaserwować sobie na prawowity, odżywczy obiad – oprócz tego, że solidnie najedzeni i rozgrzani, będziecie też po nim bardzo szczęśliwi. 

pieczona cykoria

Pieczone cykorie w maśle, miodzie i winie
z prażonymi migdałami i koperkiem

2-4 porcje

  • 3 główki cykorii
  • łyżka soli
  • 0,5-1 litr wody
  • 4 małe pietruszki
  • 2 czerwone cebule
  • 3-4 ząbki czosnku
  • 60 g masła
  •  4 łyżki  oliwy
  • 1 łyżka ciemnego miodu
  • 4 łyżki białego wytrawnego wina
  • listki z 1 gałązki świeżego rozmarynu
  • sól morska, pieprz czarny
  • 50 g migdałów
  • świeży koperek
  • chałka do podania

Ustaw cykorie pionowo w naczyniu z wodą i solą. Pozostaw na godzinę, tak by sól wyciągnęła z nich goryczkę. Po tym czasie opłucz je, obierz z zewnętrznych liści i przekrój na połówki. Przepołów również pietruszki, a cebule pokrój na ćwiartki. Ząbki czosnku w łupinie zgnieć bokiem noża.

Rozgrzej piekarnik do 200°C. Ułóż wszystkie warzywa w naczyniu żaroodpornym. W małym rondelku rozpuść masło z oliwą, miodem, winem, rozmarynem, solą i pieprzem. Kiedy wszystkie składniki się połączą, zdejmij z ognia i równomiernie polej sosem warzywa. Wstaw do piekarnika na około 45 minut. W połowie pieczenia wyjmij naczynie i łyżką podlej warzywa sosem z dna. Jeśli pod koniec wierzch będzie się za mocno rumienić, przykryj naczynie folią aluminiową. Na ostatnie 15 minut włóż do piekarnika blaszkę z migdałami, aby w międzyczasie je uprażyć. Po wyjęciu posiekaj je na słupki.

Upieczone warzywa posyp posiekanym koperkiem, obsyp migdałami i podawaj ze świeżą chałką. A do tego znajdź jakąś ciekawą lekturę, na przykład ten nowy numer Zwierciadła. Smacznego!

Niska temperatura, wysokie ciśnienie

sałatka z pieczonego fenkuła i karmelizowanych czerwonych pomarańczy

Istnieje szansa, że jestem najmniej zimową osobą jaką znacie. Pamiętam – i to nie tak dawno – grudnie i stycznie, w których temperatury sięgały dwudziestu stopni na minusie i zastanawiam się jak to możliwe, że uszłam wtedy z życiem. Dziś, kiedy rano widzę za oknem oszroniony świat, a temperatura spada lekko poniżej zera, mam ochotę odwołać wszystkie plany i urządzić domowe biuro, obliczając w głowie czy uda mi się przeżyć dzień nie wychodząc nawet do sklepu spożywczego.  

Mimo niskiej tolerancji na lodowate powietrze potrafię docenić urok prawdziwej zimy. Szron, lód i śnieg są piękne, szczególnie kiedy zaświeci ostre styczniowe słońce, pięknie rozbłyskujące w każdym kryształku. I choć czasem uda mi się wyciągnąć samą siebie na spacer, zdecydowanie wolę podziwiać zimowy krajobraz przez okno, najlepiej z kuchni rozgrzanej ciepłem piekarnika, w ktorym dochodzi fenkuł na sałatkę. 

galulka
sałatka z pieczonego fenkuła i karmelizowanych czerwonych pomarańczy

Natura nie podsuwa nam byle czego, sezonowe produkty dopasowane są do aktualnych potrzeb naszych organizmów. Nie zdziwmy się więc jeśli pyszna zawartość obiadowego talerza okaże się jednocześnie solidnym lekarstwem na wszystkie zimowe niewygody. Brak odporności i przeziębienia, oczy zmęczone ciemności, a nawet ciśnienie, niebezpiecznie skaczące na myśl o temperaturze za oknem? Z tym wszystkim poradzą sobie fenkuł i pomarańcza, silny duet królujący w dzisiejszym przepisie. Więcej o ich prozdrowotnych właściwościach (już całkiem serio) przeczytacie w moim wpisie na Hellozdrowie.pl!

sałatka z pieczonego fenkuła i karmelizowanych czerwonych pomarańczy

Zimowa sałatka z pieczonym fenkułem i karmelizowaną pomarańczą

4 porcje

  • 50 g rodzynek sułtańskich

  • 1/2 szklanki octu balsamicznego

  • 1/3 szklanki wody

  • 4 bulwy fenkułu

  • 2-3 łyżki oliwy

  • sól i pieprz

  • 1 mała czerwona cebula

  • 2 łyżki cukru trzcinowego

  • 5 małych czerwonych pomarańczy

  • 2 główki mini sałaty rzymskiej, lub jedna duża

  • 3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

  • 100 g drylowanych czarnych oliwek (waga po odsączeniu)

  • garść orzechów włoskich (po wyłuskaniu)

  • koperek

Z wyprzedzeniem przygotuj balsamiczne rodzynki. Włóż rodzynki do słoika, zalej octem balsamicznym i wodą, zakręć i dobrze wymieszaj. Odstaw na minimum godzinę (maksimum nie istnieje – ja trzymam taki słoik cały czas w lodówce i dorzucam do niego nowe rodzynki, kiedy się skończą).

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Umyj fenkuły i pokrój je w poprzek na około 0,5-centymetrowe plastry. Rozłóż na blaszce, posmaruj oliwą, dopraw solą i pieprzem. Piecz do miękkości i lekkiego zezłocenia, około 30 minut.

W międzyczasie obierz cebulę z łusek, pokrój w plasterki najcieniej, jak potrafisz, i włóż do miski z zimną wodą. Odstaw na czas przygotowywania sałatki. Dzięki temu jej smak będzie delikatniejszy.

Rozdziel główki minisałaty na pojedyncze liście (jeśli używasz dużej sałaty, porwij je na mniejsze kawałki). Umyj i osusz, a następnie włóż do dużej miski, dodaj oliwę, przykryj i dokładnie wymieszaj. „Naoliwioną” sałatę wyłóż na duży półmisek. Na sałacie ułóż upieczone fenkuły oraz odsączoną i osuszoną cebulę.

Przepołów pomarańcze (w poziomie) i ostrym nożem obierz je ze skórki. Rozgrzej dużą patelnię i wsyp 1 łyżkę cukru. Kiedy się rozpuści, zmniejsz ogień i czekaj, aż kolor ściemnieje i zacznie się unosić głęboki zapach karmelu. Rozprowadź go równomiernie szybkimi ruchami patelni, a następnie ułóż na powierzchni 5 połówek pomarańczy (płaską stroną do dołu). Każda musi przylegać płasko. Podsmażaj bez mieszania przez około 5 minut – owoce wypuszczą sporo soku, a kiedy ten odparuje, pięknie się skarmelizują. Zdejmij z ognia i delikatnym ruchem (z pomocą szpatułki) przełóż pomarańcze na półmisek z sałatą i fenkułem, po drodze odwracając je zgrillowaną stroną do góry. Umyj patelnię i powtórz od nowa z kolejnymi 5 połówkami pomarańczy.

Obsyp sałatkę oliwkami, orzechami włoskimi oraz balsamicznymi rodzynkami (odsączonymi na sitku). Dopraw kilkoma gałązkami świeżego koperku. Podawaj jako samodzielne lekkie danie lub dodatek do obiadu. Smacznego!
 

sałatka z pieczonego fenkuła i karmelizowanych czerwonych pomarańczy

Þrjár dagar í Reykjavík *

* Ten wpis miał się ukazać mniej więcej rok temu. Ale gdyby tak się stało, wyglądałby zupełnie inaczej. Pamiętacie luźny mikro-przewodnik po stolicy południowej Francji, Trois jours à Marseille? Napisałam go po bardzo krótkim pobycie, mimo wszystko wypełnionym wieloma pysznościami. Podobny miałam pomysł na Reykjavik, który odwiedziłam na chwilę zeszłego lata. Tytuł dzisiejszego wpisu znaczy dosłownie „Trzy dni w Reykjaviku” – tyle mniej więcej spędziłam tam ja, to się zgadza. Mimo to tytuł jest zwodniczy. Bo zamiast niepewnie przedstawiać miasto sama, oddam dziś głos komuś kto zna je jak własną kieszeń i chętnie wtajemniczy Was w jego najlepsze smaczki.

Rejkiawiczanie których domy znajdują się na parterze, mają uroczy zwyczaj ozdabiania swoich parapetów gadżetami umilającymi przechodniom spacer. Powiększcie to zdjęcie i przyjrzyjcie się ile obrazków, figurek i zabawek uśmiecha się do Was z tych domowych witryn. Chodząc po mieście nie mogłam przestać zastanawiać się kim są ludzie, którzy je tam ustawili. Czasami udało się zajrzeć przez okno do środka, zazwyczaj jednak ta mała wystawka była wszystkim, na podstawie czego mogłam odgadywać życiorysy lokatorów.

IMG_5196 copy.jpg

Naszą przewodniczką będzie moja najlepsza przyjaciółka Kasia, którą na ulicy z pewnością wzięlibyście za Islandkę. I choć jest Polką z krwi i kości, spędziła w Reykjaviku wystarczająco dużo czasu by poznać go lepiej niż niejeden rdzenny mieszkaniec. Spróbowała wielu smacznych rzeczy pod adresami, które mogą się Wam przydać kiedy odwiedzicie to miasto. Nie będzie dziś o rekinach, wielorybach ani maskonurach (na pewno nie na talerzu) – poznajcie prawdziwy, codzienny Reykjavik i okolice.

Na końcu tego wpisu czeka na Was przepis na śledzie po islandzku. Nie przywiozłam go z Reykjaviku, nikt nie wie czy rzeczywiście pochodzi on z tych rejonów. Ale nawet jeśli nazwa jest bezzasadna jak w przypadku ryby po grecku, pisanie o Islandii jest dobrym pretekstem do podzielenia się tym przepisem. Bo takie śledzie są bardzo w klimacie. Chłodnym i szarawym, a więc takim, który panuje aktualnie i u nas w Polsce. Dlatego nie zwlekajcie ani chwili i zaraz po lekturze pędźcie na śledziowe zakupy. Będzie ostry chrzan i łagodna śmietana, słone kapary i słodkie jabłka, miękka ryba i chrupiąca cebula. Róż, biel, czerwień i zieleń przeciwko szarościom. A do tego wystarczy bochen ciemnego, żytniego chleba – bo choć nie pieczemy go w ziemi przy gorących źródłach, robimy w Polsce przecież najwspanialszy!

Reykjavik to bardzo kameralne miejsce. Mimo, że jest stolicą Islandii, ciężko myśleć o nim jako o mieście – liczba ludności jest prawie o połowę mniejsza niż w Radomiu, a jedyny „wieżowiec” to 73-metrowy kościół Hallgrímskirkja. Dzięki temu jednak łatwo jest poczuć się tam dobrze i swojsko, a także czerpać dobrą energię z wszechobecnych kolorowych akcentów przełamujących chłodną szarość, którą spowita jest cała wyspa. Ale powierzchnia miasta wcale nie jest taka mała, przez co do najlepszych miejsc nie da się zawsze trafić przypadkiem. Oddaję więc głos Kasi, która zaprowadzi wszędzie, gdzie warto zawędrować.


1. Kex Hostel

Zdecydowanie najciekawsze miejsce na mapie Reykjaviku. Hostel, bar oraz restauracja w jednym. Zawsze gwarno, radośnie, międzynarodowo, ale i lokalnie. Ta industrialna, jednak niezwykle przytulna pełna książek i dziwnych krzeseł przestrzeń mieści się w dawnej fabryce ciasteczek nad oceanem. Duży ogródek na tarasie. Można tu spędzić cały dzień, zaczynając od śniadania, przez lunch po kolację i piwo ze znajomymi. Mają tu duży wybór lokalnych piw oraz przekąsek opartych na tradycyjnych przepisach. Miłośnikom jazzu polecam wpaść tu we wtorek na cotygodniowy koncert.

Skúlagata 28, 101 Reykjavík, Islandia
kexhostel.is


2. Reykjavik Roasters

Najlepsza palarnia i kawiarnia reprezentująca trzecią falę. W Reykjaviku znajdują się dwie. Pierwsza malutka, urządzona w domowym islandzkim stylu (widoczna na zdjęciach). Tutaj rządzi przemiły Brytyjczyk Tom, który z cierpliwością odpowie na każde ciekawskie pytanie. Druga przestronna, mniej turystyczna, reprezentująca skandynawski design. Reykjavik Roasters to mekka islandzkich wielbicieli specialty coffee oraz kaw przelewowych. Świeżo paloną kawę w ziarnach można kupić na miejscu po wcześniejszej degustacji. Uwaga! Islandczycy się nie spieszą. Tym bardziej islandzcy bariści, bądźcie cierpliwi i wyrozumiali – warto!

Kárastígur 1, 101 Reykjavík, Islandia
Brautarholt 2, Brautarholt, Reykjavík, Islandia

reykjavikroasters.is


3. Kaffihús Vesturbæjar

Dla przyjaciół Kaffi Vest. Bistro/kawiarnia położona w najładniejszej moim zdaniem dzielnicy Reykjaviku tuż nad oceanem, z dala od turystycznych szlaków. Moje idealne letnie popołudnie spędziłabym w ogródku z widokiem na ocean, rozkoszując się filiżanką idealnego flat white’a po wizycie w sąsiadującym, urokliwym basenie Vesturbæjarlaug. Kaffi Vest to kawiarnia bardzo lokalna, mało tu turystów. Można spokojnie zaszyć się z książką obserwując mokre blond czupryny stylowych Islandczyków wychodzących z basenu. Wielkie okna oraz liczne lustra sprawiają, że możemy obserwować grę świateł oraz z każdego niemalże stolika wpatrywać się w ocean. Przemili bariści (również polscy!), pyszna kawa z palarni Reykjavik Roasters oraz oryginalne menu.

22,, Melhagi 20, 107 Reykjavík, Islandia
kaffihusvesturbaejar.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


4. Kjarvalsstaðir, Reykjavík Art Museum

Muzeum poświęcone współczesnemu malarstwu i rzeźbie, ale przede wszystkim artyście Jóhannesowi S. Kjarvalowi, mieszczące się w pięknym parku, w budynku typowym dla nordyckiego modernizmu. W muzeum znajduje się kawiarnia i bistro. W cieplejsze dni można usiąść z kawą na dużym placu z widokiem na park korzystając z prawdziwie świeżego powietrza.

Flókagata 24, 105 Reykjavík, Islandia
listasafnreykjavikur.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


5. Brauð & co

To najlepsze rozwiązanie na szybkie śniadanie. Co zaskakujące, w Reykjaviku trudno jest znaleźć dobre pieczywo na zakwasie. W tej niszowej piekarni znajdziecie najlepszy chleb i wypieki. Mój ukochany zestaw to słynna w Skandynawii słodka bułeczka cynamonowa i czarna, mocna kawa przelewowa. Nie ma lepszego połączenia.

16,, Frakkastígur, 101 Reykjavík
braudogco.is


6. HOT DOGI

Hot dog uznawany przez Islandczyków za narodowy przysmak. Tak jak wiele innych międzynarodowych potraw i hot dog ma własną nazwę – pylsur. Budek z hot dogami w mieście jest mnóstwo. Najsłynniejsza znajduje się w centrum, jednak ja polecam tę prowadzoną przez sympatyczne starsze małżeństwo przy basenie Vesturbaejarlaug (widoczna na zdjęciu). Mniejsza kolejka, a smak taki sam. Pylsur znacznie różni się od znanych nam hot dogów. W miękkiej bułce, z baranią parówką, świeżą cebulką oraz słodkawym beżowym sosem, którego receptura pozostaje tajemnicą.

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Dzielnica Vesturbær, fot.  Adam Podleśny

Dzielnica Vesturbær, fot. Adam Podleśny

7. Basen Vesturbæjarlaug

Jeśli chcielibyście prześcignąć żabką Björk (niełatwe zadanie), w tym miejscu macie szansę spróbować. Jeden ze starszych basenów w Reykjaviku. Kameralny, otwarty, na świeżym powietrzu. Można tu zarówno trenować jak i wygrzewać się w gorących basenach oraz saunach. Wejście na cały dzień kosztuje ok. 30 zł.
Islandczycy słyną z zamiłowania do kąpieli – w gorących źródłach, ale i w basenach. To miejsce łączące wszystkie pokolenia. Rodzinne spotkania, dyskusje o polityce, wypad na plotki, a nawet randki, to wszystko rozgrywa się tutaj przez okrągły rok. W weekendy pyszna kawa przelewowa na koszt firmy.

Hofsvallagata 107, 107 Reykjavík, Islandia


8. Bergsson Mathus

Czyli dosłownie Jadłodajnia Bergssona. Polecana przez Jamiego Olivera i przeze mnie, restauracja idealna o każdej porze dnia. W menu na lunch znajdziecie cztery różne pozycje, również wegetariańskie. Obfite i pożywne. Daniem, które polecam najbardziej jest ryba, codziennie inna, tak świeża jak to tylko możliwe. Na kolację warto przyjść we dwójkę lub w grupie i zamówić menu do podziału. Na stole stanie przed Wami zacna porcja świetnie przyrządzonej pieczonej ryby czy baraniny. Najbardziej jednak polecam to miejsce ze względu na atmosferę. Przyjacielscy i gościnni kelnerzy sprawią, że poczujecie się jak na kolacji u przyjaciół. Po jedzeniu spacer wokół sąsiadującego stawu Tjörnin zamieszkanego przez islandzkie łabędzie to sprawdzony przepis na udany wieczór.

Templarasund 3, 101 Reykjavík, Islandia
bergsson.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska


9. Hverfisgata 12 i Mikkeller & Friends

O tej ukrytej pizzerii mówi się, że jest tak hip, że nie ma nawet nazwy. Piękny i przytulny dwupoziomowy lokal. Idealne miejsce na randkę i drinka ze znajomymi. Na dole pizzeria o nietypowym menu oraz bar prowadzony przez najlepszych islandzkich barmanów. Wachlarz lokalnych wódek i likierów, drinki inspirowane islandzką naturą, jagodowe, słone, pyszne. Na drugim piętrze znajduje się zaprzyjaźniony pub należący do duńskiego browaru Mikkeller. Można tu spróbować ponad dwudziestu różnych, zmieniających się sezonowo piw prosto z beczki. Najbardziej polecam pszeniczne warzone ze skórką pomarańczy i kolendrą oraz najbardziej kontrowersyjne, z chmielu wędzonego na owczych odchodach.

Hverfisgata 12, 101 Reykjavík, Islandia
mikkeller.dk


10. Messinn

To restauracja specjalizująca się w tradycyjnych morskich przepisach. Kelnerzy ubrani w marynarskie stroje serwują różnorodne, tradycyjne potrawy rybne. Najbardziej polecam te do podziału, podawane na ciężkich patelniach stawianych na środku stołu. Plokkfiskur, czyli "gulasz" rybny, podawany na liściach szpinaku, z ziemniaczkami, pomidorkami oraz warzywami korzeniowymi to przepyszny i tradycyjny przysmak. Do tego słodkawy, piernikowy chleb żytni z solonym masłem. Niebo w gębie.

Lækjargata 6, 101 Reykjavík, Islandia
messinn.com


11. Vitabar

W centrum Reykjaviku kryje się kilka miejsc znanych tylko wtajemniczonym mieszkańcom. Jednym z nich jest niezwykle klimatyczny bar z burgerami. Typowo sąsiedzki lokal na szybki posiłek i plotki przy piwie. Ja dowiedziałam się o nim od Ivara z FM Belfast (On tour with Ivar – patrz punkt 14). Nie są to może te najzdrowsze burgery, ale za to autentyczne i zdecydowanie najlepsze. Największym powodzeniem cieszy się ten z sosem na bazie gorgonzoli. W barze panuje nieoczywisty, trochę podziemny klimat i niezobowiązująca atmosfera. Ciemne wnętrze oświetlone pięknymi lampami i nietuzinkowi goście. To sprawia, że chce się tu wracać.

Bergþórugata 21, 101 Reykjavík, Islandia


12. Icelandic Street Food

Kuchnia islandzka słynie z wysokiej jakości baraniny. Opinii na temat najlepszej, tradycyjnej lamb soup w Reykjaviku jest tyle co mieszkańców. Moje serce skradła serwowana właśnie tu. Niezwykle charyzmatyczny, witający u progu młody właściciel tego niepozornego lokalu stworzył menu oparte na przepisach swojej babci, zawierające raptem 4-5 pozycji. Najbardziej polecam lamb soup i shellfish soup. Gęsty bulion jagnięcy z satysfakcjonującą ilością mięsa i warzyw nie jeden raz uratował mnie podczas przeziębienia czy gorszych dni. Na życzenie serwowany w chlebie!

Lækjargata 8, 101 Reykjavík, Islandia


13. Húrra

Ten niepozorny bar to centrum islandzkiej muzyki. Niewielka przestrzeń pomieści fanów jazzu, rapu, elektroniki i dobrych potańcówek. W każdy poniedziałkowy wieczór można posłuchać i uczestniczyć w koncertach młodych, jazzowych muzyków. Naturalnie przechodzą one w jam sessions – zagrać czy zaśpiewać może każdy. Jam otwiera śpiewający barman, młody Chet Baker. Przy świetnym piwie z islandzkiego browaru Einstök można nawiązać nowe międzynarodowe znajomości i przez chwilę poczuć się jak w Nowym Orleanie. Húrra organizuje wiele różnorodnych koncertów. Islandzcy raperzy, KIASMOS, FM Belfast i GusGus to również stali goście.

Tryggvagata 22, Reykjavik, Iceland
hurra.is

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska


14. On tour with Ivar i City Walk

Nawet jeśli tak jak ja zazwyczaj trzymacie się z dala od zorganizowanych wycieczek, dla tych dwóch musicie zrobić wyjątek. On tour with Ivar to wycieczka prowadzona przez perkusistę sławnego islandzkiego zespołu FM Belfast. Ivar jest niezwykle ciepłym i ciekawym człowiekiem, który oprowadzi Was po swoich ulubionych zakamarkach i lokalach rodzinnego miasta. Opowie o muzyce, polityce, architekturze w sposób lokalny i subiektywny. W cenie wycieczki, prócz spaceru z super człowiekiem, dostaniecie też bułeczkę cynamonową, kawę, drinka, lunch w Messinnie, piwo i hummus. Poza tym, czy gdziekolwiek indziej na świecie gwiazda muzyki pop w wolnych chwilach przybiera postać przewodnika? Takie rzeczy tylko na Islandii.

Druga wycieczka to dwugodzinny, darmowy spacer historyczny po Reykjaviku. Brzmi nudno? Nie z tą zwariowaną ekipą młodych islandzkich historyków. Jeśli na ulicach Reykjaviku co chwilę widzicie grupy turystów wybuchających śmiechem, to właśnie ich sprawka. Szczególnym darem opowiadania obdarzony jest Eric. Przezabawny, rzetelny Islandczyk uosabia tamtejsze autoironiczne poczucie humoru! Ta grupa także wie gdzie najlepiej zjeść i wypić.

ontourwithivar.com
citywalk.is


Po tej wyczerpującej przeprawie z insiderką Kasią, nie czuję, żebym miała cokolwiek do dodania. Może tylko że to w Reykjaviku trafiłam do najfajniejszej łazienki w mojej kolekcji toaletowych fotografii.

Szybko pokażę Wam jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć poza Reykjavikiem, nawet jeśli czas mocno Was goni. Te cuda natury znajdują się bardzo blisko stolicy, w obrębie tak zwanego The Golden Circle – popularnej wśród turystów trasy, o której przeczytacie więcej tutaj. Zamierzam kiedyś wrócić na Islandię, by oddalić się jak to tylko możliwe od cywilizacji i poznać naturę jej terenów znacznie lepiej. Ale jeśli tak jak ja odwiedzacie Reykjavik w ekspresowym tempie, nie przejmujcie się. Wystarczy opuścić granice miasta, przejechać kilka kilometrów i krajobraz zmienia się w to, czego o Islandii nasłuchaliście się przed przyjazdem.

Strokkur, najpotężniejszy czynny gejzer na Islandii. Tutaj w akcji – wybucha tak co około 6-10 minut. Zaraz obok znajduje się Geysir, czyli Oryginalny Gejzer, od którego nazwy wzięło się to słowo! Liczy sobie około dziesięć tysięcy lat, ale ostatnio jest bardzo spokojny, urządzając całe lata przerwy między wybuchami. 

IMG_5284.jpg

Piękne jezioro Kerið w kraterze wulkanu Grímsnes.

Wodospad Gullfoss na rzece Hvítá.

Mamy nadzieję, że po odwiedzeniu z nami Islandii czujecie nieodpartą chęć teleportacji pod któryś ze smacznych adresów Reykjaviku! Jeśli jednak nie macie takiej wyprawy na razie w planach, nie szkodzi. Zawsze są przecież islandzkie śledzie. Smacznego!

Śledzie po islandzku
w soku z buraków i chrzanie

4-6 porcji
przepis z duńskiego magazynu Gastro, dzięki Pistachio

  • 100 g obranego korzenia chrzanu
  • 500 ml soku z buraków
  • 4 kulki ziela angielskiego
  • 1 gwiazdka anyżu
  • 4 ziarna pieprzu czarnego
  • 50 g marynowanych buraków (ze słoika)
  • 125 ml wody
  • 125 ml octu jabłkowego
  • 120 g cukru trzcinowego
     
  • 4-5 dużych płatów solonego śledzia (moczonego wcześniej przez kilka godzin w mleku)
  • 1 reneta (lub inne jabłko, ale jak najbardziej kwaśne, twarde)
  • 1 mała biała cebula lub szalotka
  • ok. 4 łyżki kaparów
  • kwaśna śmietana
  • koperek
  • ulubiony żytni chleb razowy

Chrzan kroimy w plasterki i wkładamy do garnka razem z sokiem z buraków i przyprawami (zielem angielskim, anyżem i pieprzem). Podgrzewamy pod przykryciem do zagotowania, następnie zdejmujemy z ognia i odstawiamy na godzinę.

W osobnym garnku zagotowujemy wodę z octem i cukrem. Kiedy cukier się rozpuści, zdejmujemy z ognia, studzimy i dodajemy do pierwszego garnka z sokiem z buraków. Dodajemy też pokrojone buraki. Śledzie myjemy i kroimy na mniejsze kawałki. Wkładamy do słoika i zalewamy marynatą. Odstawiamy do lodówki na 2-3 dni, lub dłużej, jeśli po tym czasie stwierdzimy, że warto.

Zamarynowane śledzie podajemy na półmisku w towarzystwie skrojonego jabłka, piór cebuli, przepłukanych kaparów i kwaśnej śmietany. Obsypujemy posiekanym koperkiem i podajemy z dobrym, razowym chlebem żytnim.

IMG_6667.jpg