Pięć(dziesiąt)

chałwowy tort urodzinowy z wiśniami i amaretto

Za pięć dni ten blog skończy równe pięć lat! Tak wynika z moich niewyraźnych obliczeń, opartych o wpisy pamiętnikowe, historie przeglądarek i rozmyte wspomnienia. Z tej okazji mam dla Was przepis na najsmaczniejszy tort urodzinowy w tej galaktyce. W prawdziwym świecie powstał z okazji równych lat pięćdziesięciu, które skończyła w zeszłym miesiącu moja (najfajniejsza we wszystkich galaktykach) Mama. W wirtualnym dzielę się nim z Wami i życzę nam jeszcze co najmniej czterdziestu pięciu lat wspólnego świętowania. 

chałwowy tort urodzinowy z wiśniami i amaretto koska pismaniye

Próbowaliście kiedyś pişmaniye? Na opakowaniu przedstawione jest jako turecka chałwa w kłębkach, i rzeczywiście w smaku trochę ją przypomina (choć nie ma w składzie sezamu). Najważniejsza w tym specjale jest jednak jego struktura. Pişmaniye to bowiem puszyste kulki z miliona cieniutkich włókien, wytwarzanych poprzez mozolne rozciąganie plastycznej masy cukrowej w podprażonej z masłem mące (spójrzcie na film!) Są lekkie jak świeży, spadający w wielkich płatkach śnieg. I tak samo jak on rozpływają się w sekundę po dotknięciu języka. Jeśli jeszcze tego nie doświadczyliście, biegnijcie do najbliższego tureckiego/arabskiego sklepu, Kuchni Świata lub nawet dobrze zaopatrzonych delikatesów, gdzie pismaniye też czasem się pojawia. To będzie najdelikatniejsza rzecz, jaką w życiu zjecie! A że jest bardzo słodka, z pewnością nie dacie rady całemu opakowaniu na raz – to co zostanie zachowajcie i przyklejcie na brzegi urodzinowego tortu. Będzie idealnym zwieńczeniem rajskiej kombinacji chałwy, czekolady, wiśni i amaretto. 

Wszystkiego najlepszego!

chałwowy tort urodzinowy z wiśniami i amaretto

Tort urodzinowy
na biszkopcie kakaowym, z kremem chałwowym i wiśniami

10-12 porcji (forma 23 cm)
częściowo na podstawie tego przepisu

na biszkopt:

  • 5 jajek
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1/4 szklanki skrobi ziemniaczanej
  • 1/4 szklanki kakao

na krem:

  • 200 ml śmietany kremówki
  • 250 g mascarpone
  • 400 g chałwy (może być z pistacjami, jeśli lubisz jak coś chrupie)

dodatkowo:

  • 1/2 szklanki amaretto
  • espresso (lub mała filiżanka dobrej, mocnej kawy)
  • 220 g dżemu wiśniowego 100% (używam Łowicz, jest kwaskowy)
  • pişmaniye (turecka “chałwa” w kłębkach), do ozdobienia tortu z zewnątrz

 

Zacznij od upieczenia biszkoptu (warto to zrobić poprzedniego dnia – musi porządnie ostygnąć). Wszystkie składniki powinny w miarę możliwości być w temperaturze pokojowej. Przygotuj tortownicę – wyłóż dno papierem do pieczenia, a boki formy pozostaw suche. 

Do jednego naczynia przesiej mąkę, skrobię i kakao, odstaw na bok. Oddziel białka jaj od żółtek i umieść je w dużej misce. Ubij mikserem na sztywną pianę, pod koniec dodając stopniowo cukier. Zmniejsz obroty miksera, ale wciąż ubijając dodawaj po jednym żółtku. Wyłącz mikser, dodaj do masy suche składniki i wymieszaj szpatułką lub drewnianą łyżką, najdelikatniej jak potrafisz. Przelej ciasto do przygotowanej tortownicy i wstaw do piekarnika na około 45 minut. Po tym czasie powinno być równomiernie wyrośnięte, jeśli w centrum wydaje się płaskie to znaczy, że środek jeszcze się nie upiekł – wydłuż czas o dodatkowe 10 minut.

Gorące ciasto wyjmij z piekarnika i upuść je poziomo na podłogę z wysokości niecałego metra (oczywiście w formie). Dzięki temu powietrze ucieknie z niego szybko, co spowoduje, że ciasto nie opadnie. Odstaw do całkowitego wystudzenia.

Żeby wyjąć ciasto z formy oddziel brzegi od formy małym nożykiem. Jeśli wierzch jest mocno zaokrąglony, możesz ściąć mu delikatnie czubek. Przekrój resztę na trzy równe blaty.

Przygotuj krem. W dużej misce lub naczyniu miksera umieść śmietankę i ubijaj na najwyższych obrotach. Kiedy będzie puszysta, wciąż ubijając dodaj mascarpone. Po kilku minutach krem powinien być jednolity i dość sztywny. Dorzuć wówczas pokruszoną chałwę i ubijaj jeszcze chwilę, do dokładnego połączenia. Odstaw do lodówki na czas dalszych przygotowań.

Wymieszaj w szklance amaretto z espresso. Dżem wiśniowy podgrzej w rondelku, aby był bardziej płynny. 

Do składania tortu najlepiej jest zaopatrzyć się w tacę obrotową (używam zwykłej z Ikei) oraz szpachlę do nakładania kremu i najzwyklejszą plastikową szpatułkę. Na tacy ułóż kartonową podstawę lub paterę/talerz, a na niej pierwszy blat biszkoptowy. Nasącz go po całości mieszanką amaretto i kawy. Równomiernie rozprowadź na nim połowę dżemu wiśniowego a następnie przykryj grubą warstwą kremu i wyrównaj. Ułóż kolejny blat i powtórz proces – nasączanie (hojne!), dżem, krem. Przykryj trzecim blatem, nasącz go i przykryj już tylko kremem, nakładając go też od razu na boki ciasta. Wyrównaj wierzch i brzegi (to na tym etapie obrotowa taca i plastikowa szpatułka są najbardziej przydatna). Do kremu na całej powierzchni tortu przyklej porwane na włókienka pişmaniye. Odstaw do schłodzenia na minumum godzinę, a najlepiej na kilka – tort będzie się znacznie lepiej kroił, a smaki się przegryzą. Choć oczywiście najlepiej smakuje to, co zostanie na drugi dzień! Smacznego i sto lat.

chałwowy tort urodzinowy z wiśniami i amaretto koska

Zielona rewolucja

Jeszcze nie tak dawno temu, green smoothies – z rezerwą nazywane „potworzastymi” – przyciągały zdziwione spojrzenia i często budziły u nas ambiwalentne uczucia. Dziś są nowym chlebem powszednim, spożywanym na drugie śniadanie przez wielu z nas. Widnieją w menu licznych kawiarni, opatrzone właściwymi hasztagami bombardują Instagram, a swoją wszechobecnością nie prowokują już w zasadzie żadnego sceptycyzmu. To ogromny sukces! Pora przybić sobie piątkę i należycie uczcić go porządną zielonokoktajlową libacją.

W kwestii świadomości żywieniowej społeczeństwo idzie do przodu jak burza. Popularność zdrowego jedzenia wzrasta z każdym dniem, przemawiając do coraz większej liczby osób w całej Polsce. Są wśród nich również tacy, którym ciągle mało! Ludzie wiecznie – nomen omen – głodni, nieustannie próbujący i poszukujący nowości. Nie bez radosnej bezsilności przyznam, że sama do tego grona należę. Zielone koktajle są u mnie na porządku dziennym, a jednak ich zbawienna moc zaczęła ostatnio pozostawiać mi lekki niedosyt. Czując chęć zaskoczenia się kolejną dokładką zdrowia w moim menu, postanowiłam oswoić zielony kolor jeszcze bliżej i upchnąć dobroczynne liście szpinaku w nowym deserze. A że akurat miałam ochotę na ciasto...

Efekt niecodziennego połączenia przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Smak szpinaku gdzieś się ulotnił, zostały natomiast jego wartości odżywcze – minerały takie jak żelazo, kwas foliowy, magnez i potas, liczne przeciwutleniacze oraz witaminy. Zachowały się także jego właściwości przeciwnowotworowe, sporo błonnika, i wreszcie – chlorofil, a więc i piękny zielony kolor! Do towarzystwa dobrałam mu kompanów, z którymi niejednokrotnie tworzył udane kombinacje w moich koktajlach – słodkiego ananasa, świeżego w smaku kokosa i dużo orzeźwiających cytrusów. To ciasto, jakiego jeszcze nie jedliście. Uczyńmy je wspólnie następnym zielonym ewenementem!

Cytrusowe ciasto szpinakowe
z kremem kokosowym

na dwie formy o średnicy 20 cm (4-piętrowy tort)

ciasto:
240 g mąki pszennej pełnoziarnistej
200 g cukru trzcinowego
40 g wiórków kokosowych
3 jajka
200 g młodego szpinaku
150 ml delikatnego oleju roślinnego, np. ryżowego lub rzepakowego
3 łyżeczki proszku do pieczenia
sok i skórka 1 niewoskowanej cytryny
duża szczypta soli morskiej

krem:
2 puszki mleczka kokosowego, schłodzone i niewstrząśnięte przez min. 24 godziny
500 ml śmietanki kremówki
250 g mascarpone
100 g cukru pudru (lub więcej do smaku)

do przełożenia:
150 ml likieru kokosowego
100 ml świeżego soku ananasowego lub z pomarańczy
300 g kwaskowej konfitury, np. z porzeczki lub malin

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 170 stopni. Przygotowujemy tortownice, wykładając ich dna pergaminem i delikatnie natłuszczając boki. Jeśli nie mamy dwóch jednakowych form, możemy upiec partie jedna po drugiej  lub też wykorzystać większą formę (23-26 cm) i zrobić większy, ale niższy tort.

Umyty i osuszony szpinak blendujemy z olejem na gładką zieloną masę. Dodajemy sok i skórkę z cytryny oraz wiórki kokosowe i dokładnie mieszamy. W osobnym naczyniu ubijamy mikserem jajka, dodając stopniowo cukier. Kiedy będą puszyste, dodajemy masę szpinakową i na najniższych obrotach miksujemy, aż całość dokładnie się połączy.

W międzyczasie do dużej miski przesiewamy mąkę (jeśli na sicie zostaną otręby, nie dodajemy ich) wraz z proszkiem do pieczenia i solą. Mieszamy suche składniki z mokrymi, otrzymując gładkie, płynne ciasto. Przelewamy je do przygotowanych tortownic. Pieczemy ok. 45 minut, do suchego patyczka (dłużej, jeśli korzystamy z większej formy, piekąc całe ciasto naraz). Po wyjęciu z piekarnika dajemy ciastom odpocząć 15 minut, następnie wyciągamy z blaszek i studzimy całkowicie na kratce. Nie przejmujemy się intensywnym zapachem szpinaku – to etap przejściowy, który zniknie po schłodzeniu!

Przygotowujemy krem. Puszki mleczka kokosowego otwieramy ostrożnie i odlewamy oddzieloną wodę (warto zachować ją do koktajlu czy owsianki!). Będziemy potrzebować jedynie twardej części zebranej na dole puszki. W dużej misce ubijamy śmietankę, pod koniec dodając stopniowo cukier. Zmniejszamy obroty miksera i dorzucamy mascarpone oraz białą część puszek mleka kokosowego.  Miksujemy całość na gładki, puszysty krem, w razie potrzeby dodatkowo go dosładzając. Chłodzimy.

Każde ciasto dzielimy długim nożem z piłką na dwa równe blaty. Jeśli podczas pieczenia urosły im górzyste wierzchy, obcinamy je. W szklance mieszamy likier kokosowy z sokiem. Pierwszy blat układamy na paterze i nasączamy jedną czwartą tej mieszanki. Smarujemy konfiturą i kładziemy warstwę kremu kokosowego. Przykrywamy drugim blatem i powtarzamy wszystkie czynności. Ostatniego, czwartego blatu, po nasączeniu nie dekorujemy już konfiturą. Przykrywamy warstwą kremu, ozdabiamy nim także boki tortu. Dekorujemy świeżymi owocami lub jadalnymi kwiatami. Ciasto najlepiej smakuje na drugi dzień, po schłodzeniu i przegryzieniu. Smacznego!

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie.pl!

 

Przetworowy spleen

W zeszłym roku pobiłam rekord w produkcji owocowych przetworów. Objadaliśmy się konfiturami całą zimę, rozdawałam słoiki znajomym i wykorzystywałam dżemy i powidła w ciastach i piernikach, a i tak nie udało nam się pozbyć całego zapasu z drewnianego kredensu w sieni. Trochę z uwagi na to, a trochę przez brak czasu i intensywność moich wakacji, tego lata nie zrobiłam nic. Ale wakacje właśnie nie dały mi się tym przejąć - dopóki, naturalnie, nie dobiegły końca. Wracałam już powoli do wrocławskiej codzienności, szykując się na październik i wszystkie nowe rzeczy czekające mnie w niedalekiej przyszłości, a tymczasem dopadł mnie przetworowy spleen i ciągota do słoika. Mama zadbała o zapas śliwkowych powideł, dostanie mi się więc pewnie trochę do jedzenia, ale ja za robieniem tęskniłam chyba bardziej niż za smakiem! Owszem, przez naszą kuchnię przewinęło się w tym roku 50 kg pomidorów, ale to jednak coś zupełnie innego niż słodka owocowa produkcja.

Chętka na domowy dżemor chwyciła mnie nagle i w żaden sposób nie chciała przyjąć odmowy. Pal sześć że nie miałam czasu; ja nie miałam owoców! A była to, bez zbędnej dramy, kwestia TU i TERAZ. Całe szczęście, że moje autogenne potrzeby jednak wiedzą najlepiej. Bo wystarczyło wyjść przed dom i się rozejrzeć...

Winogrona concord obrastają werandę w domu moich rodziców, od zawsze będąc tam po prostu dekoracją. Podjadaliśmy je co prawda z przyjaciółmi przesiadując na tarasie, kiedy w zeszłe wakacje zaszyliśmy się na kilka dni na wsi. Ale był to raczej rodzaj podjadania bezwiednego; skubania, które dłonie uskuteczniają same w momencie gdy oddajesz głos innemu rozmówcy. Winogrona nigdy nie były pierwszoplanowe, nikt na werandę nie wyszedłby specjalnie po nie, a co dopiero przedzierał się przez dziki gąszcz i zbierał całe kiści!

Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków.. i byłoby to najtrafniejsze podsumowanie mojej winogronowej przygody, gdyby nie istniało inne - że głupi ma zawsze szczęście. Bo  b y ł a m  głupia nie poświęcając uwagi winogronom, i  m a m  szczęście, że jednak odkryłam jak smaczna jest z nich konfitura. Teraz, po ujrzeniu ich potencjału, mam ochotę czarować z nimi na tysiąc sposobów. Za rok powtórka - pod warunkiem, że zostanie coś po winie, lodach i amerykańskich plackach w kratkę.

Przejdźmy do konkretów. Co może odstraszać, to fakt iż do zrobienia tej konfitury konieczne będzie obranie ze skórki każdego winogrona z osobna. Ale zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z mozolną syzyfową pracą, której pozory stwarza! Winogrona concord wyskakują ze skórek chętniej niż filip z konopi. Wystarczy nacisnąć je lekko u dołu dwoma palcami aby soczysta kulka miąższu już była na zewnątrz. Po wyłuskaniu kilku sztuk będziecie robić to automatycznie - wówczas pozostaje już tylko włączyć film, zasiąść z dwiema miskami na kanapie i rozpocząć produkcję maszynową.

Konfitura z winogron concord

ok. 5 słoików (350ml)

3,5 kg winogron concord
2-3 szklanki cukru trzcinowego*
1 szklanka wody
duża szczypta soli

* Można dodać więcej – jedni, w tym ja, wyznają "kwaskowy = dobry", ale jeśli wiecie, że nie przepadacie, to śmiało sypcie hojniej.

Winogrona dokładnie umyć, zwłaszcza jeśli zbierane były własnoręcznie (wiadomo – pajęczyny i tym podobne). Następnie każdy jeden owoc obrać, wrzucając kulki miąższu do jednego garnka, a skórki do drugiego. Miąższ zagotować i mieszać na małym ogniu przez około 10 minut, dopóki kulki się nie porozpadają. Przetrzeć przez sito pozbywając się pestek. Do garnka ze skórkami dodać wodę i doprowadzić całość do wrzenia. Gotować 20 minut, następnie dodać cukier i szczyptę soli. Po kilku minutach dorzucić miąższ winogron. Całość gotować do uzyskania trochę-rzadszej-niż-pożądanej konsystencji (zgęstenieje po wystudzeniu). Pakować do wyparzonych słoików, zakręcać mocno i odstawiać do wekowania do góry dnem. Ja dodatkowo pasteryzuję wcześniej 20 minut w piekarniku nagrzanym do 100 stopni.

Konfitura z winogron smakuje wspaniale wszędzie tam, gdzie do tej pory lądowały Wasze ulubione owocowe przetwory. Szczególnie dobrze wypada jednak w towarzystwie serów (ja najbardziej upodobałam ją sobie na wytrawnie z comté, ale super równoważy się też z łagodniejszymi serami, np. mascarpone czy ricottą). Świetnie jej w parze z ziołami (można nawet dodać ich trochę do środka, przy gotowaniu). Poniżej przepis (a raczej pomysł) na obłędne crostini z ricottą, konfiturą z winogron, tymiankiem i syropem klonowym.

Crostini z ricottą i konfiturą z winogron

konfitura winogorona z przepisu powyżej*
owcza ricotta (lub zwykła, jeśli nie lubicie posmaku owczych serów,pasuje też mascarpone)
bagietka + odrobina dobrego masła
świeży tymianek lub rozmaryn, posiekany
syrop klonowy lub miód

* Można oczywiście użyć każdej innej kwaśnej (!) konfitury, a także w sezonie zastąpić np. świeżymi jeżynami.

Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Każdą kromkę bagietki posmarować delikatnie masłem, ułożyć wszystkie na blasze lub kratce i podpiec dosłownie kilka minut (do zezłocenia z zewnątrz, nie wysuszenia na sucharki). Następnie każdą kromkę posmarować ricottą, nałożyć konfiturę i udekorować świeżymi ziołami. Polać odrobiną syropu klonowego lub miodu. Smacznego!

 

Rzeczy nowe

Pięknie jest doświadczać procesu tworzenia. Powstawanie czegoś nowego, nieistotne co by to było, jest zawsze w jakimśtam stopniu inspirujące. To nic innego jak takie znane każdemu przyjemne uczucie przychodzące co roku razem z wiosną. Pierwsze słońce, nowalijki, zieleń łodyżek i pączków, wszystko to równa się świeża energia i porcja nowego zapału, nic tylko wdychać to i pisać o tym, pisać.

Tyle tylko, że niezupełnie w porę mi ta wiosna chodzi po głowie.

Ale ja chyba lubię tak tu nie na temat, tam trochę na opak. Lubię, lub po prostu tak mam i musiałam się do tego przyzwyczaić. Wiosna mi w głowie, bo to teraz, kiedy całe otoczenie szykuje się powoli do snu zimowego, u mnie pojawiają się rzeczy nowe. Od tych dużych – perspektyw, pomysłów i planów, po prozaiczne (ale niosące w swojej prostocie sporo radości), jak nowonarodzone kotki, świeżo wyrośnięte grzyby i ledwo co zawekowane powidła. Odkrywam nowe ulubione miejsca, nowe zapachy i nowe faworyty książkowo-muzyczne. Ale co cieszy najbardziej – i daje mi pełno nowego powera – to że uczę się tylu nowych rzeczy, że na znanej już od długiego czasu ścieżce idę teraz w zupełnie nowym kierunku. (Tak! Ma to związek z gotowaniem!).

Ostatni słoik zeszłorocznych powideł śliwkowych zniknął w czerwcu, i upłynięcie (tak błyskawiczne, swoją drogą) tych trzech miesięcy w zupełności wystarczyło mi do zatęsknienia za ich smakiem. Tym razem zrobiliśmy je jednak inną metodą. Była nowa receptura, i – choć wciąż o znajomych i ukochanych właściwościach kojących – zupełnie nowy smak.*

A na początek, by należycie wynieść go na piedestał, były także ciastka.

Złote ciastka miodowo - słonecznikowe
z powidłami śliwkowymi

w oparciu o ten przepis

1 blacha, ok. 15-20 ciasteczek

1 szklanka płatków owsianych
1,5 szklanki łuskanych ziaren słonecznika
1/3 szklanki miodu
80 g masła, w temperaturze pokojowej
0,5 szklanki mąki (dowolnej, użyłam pszennej razowej)
1 jajko
1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1 laski wanilii
płaska łyżeczka proszku do pieczenia
duża szczypta soli
1 słoik powideł śliwkowych

Piekarnik rozgrzać do temperatury 180 stopni. Nasiona słonecznika rozsypać równomiernie na blaszce z papierem i podprażyć przez kilka minut – aż lekko zbrązowieją i zaczną intensywnie pachnieć. Następnie odmierzyć ½ szklanki, przełożyć do malaksera razem z płatkami owsianymi i zmielić na grubą mąkę. Dodać resztę suchych składników – mąkę, mąkę ziemniaczaną, proszek do pieczenia i sól. Wymieszać całość. Pozostałą jedną szklankę słonecznika z kolei posiekać niezbyt drobno nożem.

W osobnym naczyniu przy pomocy miksera ubić masło z miodem i żółtkiem jajka (białko zachować!) na puszystą masę. Dodać wanilię. Połączyć suche składniki z masą i zagnieść ciasto. Jeśli nie będzie się kleić, można dodać łyżkę zimnej wody (ale nie powinno być takiej potrzeby).

Z ciasta lepić kulki mniejsze niż orzechy włoskie, obtaczać w roztrzepanym białku a następnie w słoneczniku. Układać na blaszce wyłożonej papierem, spłaszczać, a w środku robić dziurkę palcem. Uformowane ciastka napełniać powidłami. Piec 12-15 minut, do zezłocenia. Po wyjęciu dać im dziesięć minut na przestygnięcie, gorące będą rozpadały się przy próbie zdjęcia z papieru. Ciastka najlepiej smakują na świeżo, są mięciutkie w środku i chrupiące z zewnątrz. Kiedy trochę poleżą, robią się bardziej chewy, idealne na śniadanie. Smacznego!

* Nowy, bo jeszcze prawdziwszy – śliwki od sąsiada i ani grama cukru. Pyszneee.

Lipcowy savoir-faire

Uważam za całkiem zrozumiałe, że niektórzy nie do końca potrafią odnaleźć się w letnim trybie funkcjonowania.

Właściwie może być tak, że piszę o tym niejako podświadomie w odniesieniu do siebie samej. Bo paradoksalnie choć funkcjonuję znacznie lepiej, to nieustannie towarzyszy mi poczucie, że tyle było przecież rzeczy jakie planowałam na ten czas, a które teraz pojedynczo wpadają mi raz po raz do głowy i za chwilę na powrót z niej wylatują. To trochę niewygodna mania, która zamiast pozwolić mi cieszyć się codziennym słońcem przysparza wrażenia, że zapomniałam co najmniej o kilku wielkich letnich projektach (a także kilkudziesięciu małych postanowionkach) – i że będę tego bardzo żałować, kiedy po czasie mi się o nich przypomni. Kolejnej zimy obiecuję sobie spisywać wszystko za czym mi tęskno, aby kiedy znów nadejdą ciepłe dni dokładnie wiedzieć dlaczego tak bardzo się z tego cieszę.

Wśród owych rzeczy – obok wielkich wakacyjnych wojaży, dużych przedsięwzięć i życiowych zmian – są też drobnostki, jak np. przepisy na przetwory do wypróbowania, wycieczka do Poznania czy kolor sukienki jaką koniecznie chcę zdobyć w tym sezonie. Ale mimo rozpiętości tego zakresu, co do jednego wątpliwości nie mam. Wiem doskonale co należy zrobić, kiedy na straganach pojawiają się pierwsze leśne owoce. Po kilku dniach poświęconych na zjedzenie co najmniej kilograma każdego rodzaju, lipcowym savoir-faire jest ciasto.

Ciast najróżniejszych jest bez liku, ale bez naciągania oświadczam, że nie ma tu opcji złego wyboru. Puchate drożdżowe (koniecznie z kruszonką) z zatopionymi jagodami w niczym nie ustępuje lekkiemu biszkoptowi przełożonemu kremem i świeżymi truskawkami. Może być też ucierane (smak mojego dzieciństwa), jogurtowe (najszybsze z możliwych), a przecież są jeszcze tarty, chlebki, no i serniki - tradycyjne pieczone (szczególnie z wiśniami!) oraz na zimno, przykryte - najlepiej domową - galaretką.  O cudownych wypiekowych opcjach mogę gadać bez końca, przejdę więc lepiej do swojej ulubionej: bardzo maślanego ciasta kruchego ze słodko-kwaśnym nadzieniem z porzeczkowego dżemu i owoców. Wspaniałość znana pod nazwą pleśniak, do której mam dość ambiwalentny stosunek, wolę więc sięgać po bardziej deskryptywne opisy tego ciasta. To jeden z nielicznych klasyków kuchni polskiej, za jakimi przepadam. Jeśli macie więcej niż 20 lat, na bank pamiętacie ten smak z dzieciństwa - nawet jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy.

To ciasto zniknęło całe w jeden wieczór za sprawą TRZECH brzuchów (i kilku dodatkowych poczęstowanych osób, ale mimo wszystko przewidywałam dojadanie go w kolejnych dniach). Niech to przemawia samo za siebie.

Kruche ciasto z letnimi owocami
znane jako pleśniak

Źródło przepisu: W kuchni babci i wnuczki, B. Mellerowa i B. Adamczewska

2 szklanki mąki
250 g zimnego masła
4 jajka (żółtka i białka oddzielnie)
½  szklanki cukru pudru + 2 płaskie łyżki (zastąpiłam ksylitolem)
2 łyżki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
szczypta soli
słoik dżemu z czarnej porzeczki (lub innego kwaśnego)*
garść jagód i czereśni (lub dowolnych letnich owoców)

* ja użyłam domowego, który dostałam w prezencie (merci ) – mało słodkiego a mocno kwaśnego, jeśli Wasz taki nie jest to polecam zmniejszyć ilość cukru w przepisie do 1/3 szklanki!

Mąkę wymieszać z dwiema łyżkami cukru, szczyptą soli i proszkiem do pieczenia. Dodać cztery żółtka i pokrojone na małe kawałki masło. Zagnieść ciasto (ręcznie zajmie to kilka minut, ale można użyć robota kuchennego), ulepić kulę i schować do lodówki na minimum godzinę.

Po tym czasie kulę podzielić na trzy części. Dwie włożyć z powrotem do lodówki, do jednej z nich dodając wcześniej kakao i ekstrakt waniliowy. Trzecią częścią wykleić spód oraz boki tortownicy lub prodiża – w obu przypadkach powierzchnię uprzednio natłuścić tudzież wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto pokryć dżemem i ułożyć owoce. Na nie zetrzeć na tarce kakaową część ciasta. Następnie cztery białka jajek ubić z cukrem na sztywną, bezową masę. Wyłożyć ją na ciasto i przykryć ostanią częścią ciasta, również startą na tarce. Piec 35 – 45 minut (w prodiżu z grzaniem góra-dół, a w piekarniku w temperaturze 180 stopni).

To jest dokładnie ten rodzaj ciasta, które wygrywa wszystko jedzone jeszcze ciepłe, z gałką lodów śmietankowych. Ale jeśli nie macie możliwści takiego serwowania (ja np. przygotowałam je „na wynos” z okazji urodzin pewnej pięknej pani) nie martwcie się – i bez nich jest wspaniałe!