Nie tak całkiem

IMG_2315.jpg

Te przepisy szykowałam kiedy kwitły jabłonie. Dziś dojrzałe owoce z impetem spadają z drzew przez cały dzień i noc. A przepis aktualny, bo taki to dziwny rok, że trwa sezon na wszystko naraz. Jedyne, czego już nie ma to szparagi, ale to żaden problem – podmieńcie je na brokuła lub zieloną fasolkę, a wyjdzie równie pysznie. 

Na kuchennym palniku stanie dziś tylko jeden garnek z wodą. Będziemy obserwować jak nabiera ona coraz bardziej zielonkawej barwy, po kolejnych partiach blanszowanych w niej warzyw. Wrzucone do wrzątku, będziemy je z niego wyławiać niemal od razu. Mgnienie oka – dokładnie tyle jest im potrzebne, żeby smakowały najlepiej. Na talerzach znajdzie się groszek cukrowy,  którego strączki są jędrne, soczyste i słodsze niż same ziarenka (ale jeśli nie znajdziecie odpowiednio młodego, możecie użyć też samych ziarenek). Małe pory, które podduszone na maśle w magiczny sposób nabierają jego cech i dosłownie rozpływają się w później ustach. Szparagi, ale ich najedliśmy się już w tym roku po pas... zamiast nich sięgnijcie po coś innego, najlepiej w równie pięknym zielonym kolorze. I pierwsze gruntowe ogórki, w pysznej chropowatej skórce – oczywiście na mizerię. Dodamy jeszcze tylko młode ziemniaki i otrzymamy klasyczny polski obiad – z jajkiem sadzonym, bez którego cały ten talerz miałby trochę mniej sensu.

IMG_2358.jpg
IMG_2315-3.jpg

Nie rezygnując z polskiej przewagi, urozmaicimy potem ten obiad egzotycznymi niuansami. Do warzyw dodamy japońską pastę miso, która rozpuści się w sosie tworząc słodko-słone, kremowe ragout. Zamiast śmietany do mizerii sięgniemy po tajskie mleko kokosowe (dorzućmy też dużo kolendry, która doda jej świeżości). A jajka posypiemy dymną papryką gochugaru z Korei, dzięki której nie będzie im trzeba ani szczypty soli. Umiejętność łączenia rodzimych skarbów, z tym, co dobre z daleka, to klucz do najpełniejszego wykorzystania potencjału tych wszystkich dobroci ze świata całego. O każdej porze roku.

IMG_2315 copy.jpg

Receptury z aktualnego numeru magazynu Aktivist, całość do podejrzenia tutaj, online. Jedliśmy to jako jeden z pierwszych w tym roku obiadów przy stole w ogrodzie. Teraz powoli szykujemy się na przedostatnie. 

IMG_2361.jpg

(Nie tak całkiem) klasyczny obiad polski

z ragoût z zielonych warzyw i miso,
orientalną mizerią
i jajem po koreańsku

 

4 porcje

 

– Mizeria kokosowa z kolendrą

  • 4 duże ogórki gruntowe
  • liście z dużego pęczka kolendry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1-2 łyżki soku z limonki
  • sól do smaku

Pokrój ogórki na cieniutkie plastry, korzystając z noża lub mandoliny. Umieść je w dużej misce, dodaj drobno posiekane liście kolendry, mleko kokosowe, sok z limonki i szczyptę soli. Dokładnie wymieszaj i w razie potrzeby dopraw do smaku. Możesz podawać od razu, ale najlepiej smakuje po schłodzeniu przez około 2 godziny w lodówce.

 

– Zielone ragoût z pastą miso

  • 800 g groszku cukrowego w strączkach
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • 25 g masła (w wersji wegańskiej zastąp olejem kokosowym)
  • 2 młode pory
  • szczypta soli
  • 2 łyżki nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 3 łyżki białej pasty miso
  • 100 ml gorącej wody
  • 200 ml mleka sojowego
  • skórka z 1 cytryny
  • parmezan w płatkach
     
  • oraz ok. 600 g młodych ziemniaków
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: jadalne kwiatki do dekoracji

Zagotuj duży garnek wody i delikatnie ją osól. Obok przygotuj miskę z zimną wodą i kostkami lodu. Najpierw wrzuć do wody strączki groszku, zblanszuj przez 1-2 minuty, a następnie wyłów (najlepiej sitem lub łyżką cedzakową) i od razu przełóż do wody z lodem. Dzięki temu zachowają piękny zielony kolor i będą chrupkie. Odłam zdrewniałe końcówki szparagów, a resztę pokrój na 2-cm kawałki. Główki odłóż, a pozostałe kawałki wrzuć do tej samej gotującej się wody i zblanszuj przez 2-3 minuty, aż zmiękną, ale wciąż będą jędrne. Na ostatnią minutę dorzuć główki szparagów. Wyłów i również umieść w misce z lodowatą wodą. Garnek zachowaj do gotowania młodych ziemniaków – wrzuć je do wody wyszorowane w całości.

Na głębokiej patelni lub w woku rozgrzej masło (lub olej). Dodaj posiekane w cienkie krążki pory (tylko białą i jasnozieloną część, bez ciemnych liści) i szczyptę soli. Duś przez 10 minut, dodając w międzyczasie cukier i odrobinę wody. Dorzuć do podduszonych porów odsączone strączki groszku i szparagi. W kubku wymieszaj pastę miso z gorącą wodą i dodaj na patelnię. Wlej także mleko sojowe. Wszystko razem delikatnie, ale dokładnie mieszając, podgrzej i gotuj przez pięć minut. Zdejmij z ognia, posyp świeżo startą skórką z cytryny i ewentualnie płatkami parmezanu.

Ugotowane ziemniaki odcedź, po nałożeniu na talerze rozgnieść na płasko widelcem, dopraw solą i obsyp jadalnymi kwiatami.

 

– Jajka sadzone z papryką gochugaru

  • 4 duże jajka
  • sól do smaku
  • 4 duże szczypty papryki gochugaru
  • olej do smażenia

Na dużej, płaskiej patelni rozgrzej warstwę oleju pokrywającą całą powierzchnię. Wbij na nią cztery jajka, każde dopraw delikatnie solą. Smaż przez kilka minut na niedużym ogniu, aż białko będzie ścięte, a żółtko wciąż płynne. Posyp papryką gochugaru i przekładaj na talerze.

 

Zupa curry na koszmary

Jeśli poproszono by mnie o wymienienie trzech rzeczy, które przeszkadzają mi w codziennym życiu, w każdej jego godzinie odpowiedź wyglądałaby pewnie zupełnie inaczej. Całe szczęście, że rotacja małych nieszczęść zatacza koło i tak prędko jak przybywa mi nowych, tak zapominam o rzeczach zaprzątających mi głowę chwilę wcześniej. 

Jedną z moich trzech pozycji permanentnie okupuje teraz uczelnia, ale dwie pozostałe zmieniają się jak w kalejdoskopie. Deszcz, gdy już wiążę buty do biegania, kolejka do piekarni, niemiły hydraulik, uschnięty rozmaryn, zerwany łańcuszek, przeterminowane drożdże. Takie koszmary – choć przez jakiś moment leżą mi na wątrobie – to jednak błahostki. Zdarzają się smutki trwające dłużej niż chwilę. Kiedy przez liczne dokładki z czterech porcji pewnej zupy zrobiła się jedna i pół, w zapomnienie odeszła nawet szkoła – moim jedynym zmartwieniem był deficyt cudownego pokarmu, mimo iż godzinę wcześniej cierpiałam odrobinkę z braku sił na jego szykowanie.

Okazało się jednak, że z początku zupa wymaga minimalnego nakładu pracy, a później to już właściwie gotuje się sama. Nijak nie jest to współmierne do satysfakcji, jaką przynosi efekt końcowy. Mimo negatywnego wstępu, niosę dzisiaj dobrą nowinę! Póki nie wyczyścicie po tej zupie garnka, na pytanie o rzeczy przeszkadzające Wam w życiu nie przyjdzie Wam do głowy kompletnie nic, poważnie. To zupa curry na wszystkie koszmary. Lojalnie ostrzegam jednak, że kiedy już się skończy, pozostawi po sobie bolesną pustkę – tej zaś najlepiej zaradzić gotując ją ponownie, i to od razu z podwójnej porcji.  

Przepis jest subtelnym mariażem Tajlandii z Japonią – tę ostatnią przemycam sobie ostatnio wszędzie. Delikatny japoński bulion z miso to pod wieloma względami skrajne przeciwieństwo ostro-kwaśnych tajskich zup na tłuściutkim mleku kokosowym. Oba te twory zajmują jednak wysoką pozycję w rankingu super zup w moim sercu, ich połączenie wydawało mi się więc skazane na sukces. Przy okazji spaceru po Tokio wspominałam, że pasta miso stanowi idealną parę z treściwym (żeby nie powiedzieć ciężkim) wywarem, czyniąc miso ramen cudownie gęstą, sycącą, słono-słodką zupą. Podobnie jest w dzisiejszym przypadku  – jej duet z kremowym bulionem na mleku kokosowym to sukces w tej samej kategorii. 

Zielona zupa kokosowa z młodymi ziemniakami
z tajską bazylią i pastą miso

4 porcje

  • 1 duża biała cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 brokuł
  • 3 małe marchewki
  • ½ kg młodych ziemniaków
  • listki z ½ doniczki tajskiej bazylii (reszta do podania)*
  • 50 g świeżego imbiru
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka suszonej trawy cytrynowej
  • ½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego**
  • 2 łyżki oleju kokosowego (najlepiej nierafinowany)
  • 2 kopiaste łyżki zielonej pasty curry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1,5 szklanki wody lub bulionu
  • 1 kopiasta łyżka jasnej pasty miso
  • sok z 1 limonki

* Ma ją w ofercie Baziółka, szukajcie tam, gdzie dystrybuują oni u Was swoje zioła. Jej aromat jest niepowtarzalny, to jak mieszanka bazylii i kolendry, może nawet z odrobiną mięty? Nie ma tu godnego zastępstwa. PS.: To nie wpis sponsorowany, tylko rekomendacja prosto z serca!

** Zależy jak ostra jest Wasza pasta (ja używam tej) i jak ostre curry lubicie – doprawiajcie do smaku!

W woku lub głębokiej patelni rozgrzewamy olej kokosowy, dodajemy posiekaną cebulę i czosnek. Szklimy na małym ogniu, następnie dorzucamy marchew i ziemniaki pokrojone w nieduże kawałki podobnej wielkości. Podsmażamy przez kilka minut, następnie dodajemy tajską bazylię i starty na dużych oczkach imbir. Po kilku chwilach dodajemy suche przyprawy (kurkumę, trawę cytrynową i pieprz kajeński) i pastę curry. Nieustannie mieszając dusimy wszystko razem przez kilka minut, następnie dolewamy całe mleczko kokosowe i wodę (lub bulion). Wrzucamy brokuły (podzielone na jednakowej wielkości różyczki). Gotujemy pod przykryciem na niedużym ogniu, do miękkości wszystkich składników – około 20-25 minut. Wywar powinien być kremowy, jego gęstość możemy regulować wedle uznania, chwilę dłużej odparowując by był skondensowany, lub dodając więcej wody/bulionu dla rozrzedzenia. Na koniec odlewamy ½ szklanki i dokładnie mieszamy z pastą miso i sokiem z limonki. Dodajemy z powrotem do zupy. Po tym już jej nie zagotowujemy!

Każdą porcję podajemy z dużą ilością świeżej tajskiej bazylii, jeśli lubicie można dorzucić też kolendrę. Bardzo pasuje też dodatek jajka na półtwardo! Smacznego!

 

Prowokacja

Moja nowa kuchnia wreszcie zadebiutowała! Zrobiłam w niej obiad z prawdziwego zdarzenia, który przypieczętował oficjalne rozpoczęcie odczarowywania mojego domu (był on głównym – bardzo ostatnio nadużywanym – centrum dowodzenia naukowego, i z niczym innym mi się nie kojarzył). Z kuchnią dogaduję się dobrze, już czuję zapachy wszystkich pyszności, które będą tu w przyszłości powstawać. Niebawem usłyszycie o moim francuskim mini projekcie, przewijającym się gdzieniegdzie półsłówkami, ale przedtem w kolejce jeszcze trochę egzotyki.

No właśnie, à propos. Pół roku wystarczyło, żebym porządnie stęskniła się za Francją (to moja górna granica odpoczywania od niej – później zaczynam przejadać się comté, przeglądać stare zdjęcia i zapętlać playlistę ze smutnymi utworami Serge’a Gainsbourga). Ale teraz, niezależnie od tego, po głowie chodzą mi większe wojaże. To pewnie kumulacja zapracowania i kryzysowej końcówki brzydkiej zimy. Planuję swoje wakacje – nie wiem jeszcze czy pod kątem długoterminowych wypraw, pracy, wolontariatu, czy turystyki. Jeśli macie jakieś wyjazdowe doświadczenia, które mogłyby mi pomóc, podzielcie się koniecznie. Niezależnie o jakich mowa destynacjach – jestem na etapie, gdzie każda strona świata czymś kusi. Choć w rozmowach od jakiegoś czasu notorycznie przewija się Kuba...

Kiedy zdawałam do szkoły we Francji, czekając na werdykt ugotowałam swoją pierwszą w życiu zupę cebulową. Postawiłam sprawę jasno, jak będzie dobra, napewno się dostanę. Wyszła wspaniała, naturalnie więc podziwiając później swoje nazwisko wśród innych przyjętych kandydatów, uznałam, że miejsce na liście zagwarantowało mi właśnie to lekkie kuszenie losu. Dziś prowokuję go więc po raz kolejny, tym razem przy pomocy curry – kubańskiego, choćby w przybliżeniu. Jest proste i zdrowe, pełne słodkich ziemniaków, ciecierzycy i kokosa. Nie minął nawet jeden dzień odkąd je serwowałam, a nie dość, że już jest na blogu, to po południu spisywałam przepis dla znajomej, która zdążyła ugotować je dziś na obiad w swoim domu. To chyba najlepsze potwierdzenie tego, że receptura jest udana! Syci, rozgrzewa i poprawia humor z marszu. Strategicznie z kolei wierzę, że którędyś przeniesie mnie do Hawany.

Curry z batatów i ciecierzycy
z mleczkiem kokosowym i ryżem basmati

4 porcje

2 niewielkie bataty
1 biała cebula
2 ząbki czosnku
½ papryczki chili
łyżka startego świeżego imbiru
1 puszka pomidorów pelati*
min. po ½ łyżeczki przypraw: kminu rzymskiego, kurkumy, ziaren kolendry, cynamonu, słodkiej papryki, kardamonu, suszonego tymianku, czarnuszki, goździków; pieprz kajeński do smaku
1 puszka mleczka kokosowego
1 puszka ciecierzycy
1 łyżeczka soli (lub do smaku)
sok z ½ limonki
2-3 łyżki oleju kokosowego**
½ pęczka natki pietruszki lub kolendry
+ 200 g ulubionego ryżu, najlepiej jaśminowego lub basmati (u mnie pełnoziarnisty)

* ja użyłam ok. 1,5 szklanki gęstego domowego przecieru.
** najlepiej nierafinowanego, ale jeśli nie macie, może być bezzapachowy lub inny roślinny do smażenia, np. rzepakowy lub ryżowy.

Rozgrzewamy wok lub naprawdę głęboką patelnię z olejem kokosowym. Cebulę kroimy w kostkę i szklimy, po kilku minutach dodajemy suche przyprawy (na razie po pół łyżeczki; z ich zestawem można kombinować), wyciśnięty lub drobno posiekany czosnek, skrojone chili oraz starty imbir. Podsmażamy wszystko razem na małym ogniu aż aromaty porządnie się rozwiną. Następnie dodajemy mleczko kokosowe (całą puszkę, nawet jeśli oddzieliła się woda) oraz pomidory. Podgrzewamy całość w międzyczasie obierając bataty i krojąc je w dużą kostkę. Dorzucamy na patelnię i gotujemy całośc minimum 40 minut, co jakiś czas mieszając. W razie potrzeby dodajemy odrobinę wody.

Tymczasem gotujemy według instrukcji na opakowaniu ryż. Najlepiej zrobić to bezpośrednio przed podaniem, tj. pod koniec gotowania curry (czas zależny od rodzaju ryżu).

Na kilka ostatnich minut gotowania, do curry dorzucamy opłukaną i odsączoną ciecierzycę. Na koniec dodajemy sól, połowę posiekanej pietruszki (resztę zostawiamy do posypania dania na talerzach) oraz sok z limonki. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy, do momentu w którym danie smakuje nam idealnie. Podajemy z ryżem, i z jakimś dobrym rumem. ¡Buen apetito!

Nie ma ucieczki

Dużą część swojego czasu poświęcam ostatnio na tworzenie coraz to obszerniejszych planów działania. Piję herbatę za herbatą, rozpisuję wszystkie zadania, za każdym razem jeszcze bardziej szczegółowo – ostatnio zaczęłam je nawet ilustrować. Zbieram materiały, tworzę na komputerze idealnie zorganizowane foldery i zakładki, myślę też nad jakimś systemem nagród i kar za spełnione (lub nie) obowiązki. Gdyby zobaczył to ktoś z zewnątrz, pewnie klaskałby w dłonie. Tak długo, aż by się zorientował, że na etapie planowania student ze mnie wzorowy, ale dalej jest już tylko pusty wzrok utkwiony w ścianie. Oszukuję sama siebie, że chęć idealnego przygotowania to w żadnym wypadku nie bezczelne odwlekanie wzięcia się do roboty, a wtórowanie śpiewającemu w głośnikach Morisseyowi ani trochę nie rozprasza moich skupionych na polskim renesansie myśli.

IMG_1100-2.jpg

Luizjana spędza cały ten czas pół metra ode mnie, na parapecie, wytrzeszczając oczy na ptaki harcujące w ogrodzie. Jest skupiona, napięta jak struna i szaleńczo wymachuje ogonem; słowem, wygląda jakby w każdej chwili mogła eksplodować, niezdolna do pomieszczenia w swoim kocim ciele tylu silnych emocji naraz. Nie wiem czy to tak do końca pozytywny stan, ale z pewnością bawi się lepiej niż ja.

Ta część mnie, której udaje się od jeszcze co jakiś czas przebić z poczuciem obowiązku i wyrzutami sumienia, dba o to by jeszcze przez jakiś czas nic nie odciągało mnie od książek na zbyt długo. Nie istnieją dla niej wymówki w postaci rzeczy, które przecież trzeba – pracy (jak na złość wszyscy aż zbyt wyrozumiali), snu (wystarczy ogromna ilość kawy, którą przecież tak uwielbiam), odpowiedniego jedzenia (dobry obiad naprawdę można zrobić w piętnaście minut). To ostatnie łatwiej byłoby skwitować, że najlepiej jeść na mieście – tyle wspaniałości odkrytych ostatnio we Wrocławiu! – ale wówczas nie zostałaby wyeliminowana też moja ulubiona wymówka od nauki, tj. bezwzględna konieczność gotowania. W ten sposób po prostu nie mam już ucieczki.

Przy stir-fry, moim naczelnym piętnastominutowym obiedzie, niewielka jest szansa na zepsucie czegokolwiek.  Najważniejsze to przygotować wszystkie składniki zanim odpalicie kuchenkę – potem wystarczy w odpowiedniej kolejności wrzucać je na ogień i nieustannie mieszać. Najwygodniej w woku, ale każda zwykła patelnia też da radę, ważne tylko by była maksymalnie rozgrzana. Po pierwszym razie będziecie robić to danie z zamkniętymi oczami, doprawiając zupełnie na oko i podmieniając składniki w zależności od nastroju. Nie mam wątpliwości, że za każdym razem będzie udane. Tylko nie przyzwyczajajcie się zanadto do tej prostoty – z własnego doświadcznia wiem, że kiedy wchodzi do programu za często, traci swój urok godny koła ratunkowego i działa rozleniwiająco.

Szybkie i proste stir-fry
z makaronem soba i boczniakami

2 porcje

150-200 g makaronu soba (wychodzi bure, ale pyszne - można użyć też ryżowego lub pszennych nudli)
200 g boczniaków
1 duża marchewka
1 cukinia
1 czerwona cebula

ok. ½ świeżej papryczki chili, wydrążonej (lub więcej/mniej, wedle uznania)
kawałek imbiru wielkości kciuka
garść niesolonych orzeszków ziemnych

2 łyżki oleju z wysoką temperaturą dymienia – arachidowego, kokosowego, rzepakowego
2 łyżki sosu rybnego lub ostrygowego
2-3 łyżki sosu tamari (lub jasnego sojowego)
finisz: świeża rzodkiewka, kiełki fasoli mung, szczypior, kolendra, po ćwiartce limonki

 Rozpocząć należy od ugotowania makaronu. Wrzucić go do gotującej się na dużym ogniu wody (bez soli), kiedy zawrze zmniejszyć ogień i trzymać przez 5-8 minut. Kiedy będzie dobry (trzeba spróbować), przelać na sito i od razu wrzucić makaron do miski z bardzo zimną wodą. Płukać dłońmi mieszając przez minutę, następnie przełożyć znów na sito i odcedzić dokładnie. Pozbywamy się w ten sposób nadmiaru skrobii, dzięki czemu makaron nie będzie sklejał nam się na talerzach. Kiedy makaron się gotuje, pokroić wszystkie składniki – cukinię i marchewkę w spore słupki, cebulę w grube pióra, papryczkę chili w małą kostkę. Boczniaki porwać w paski ręcznie, a imbir zetrzeć na drobnej tarce.

 Rozgrzać bardzo mocno wok (lub wysoką patelnię) z 2 łyżkami oleju. Wrzucić orzeszki, następnie marchewkę. Smażyć na największym ogniu, nieustannie mieszając. Dorzucić chili. Minutę później pora na cukinię, cebulę i boczniaki. Wszystko razem smażyć i podrzucać w woku. Jeśli coś by się przypalało, można dodać łyżkę wody z gotowania makaronu. Kiedy składniki będą podsmażone, ale wciąż pełne koloru i sprężystości, dodać starty imbir, tamari i sos rybny. Wymieszać wszystko razem (tym samym ruchem – całą patelnią), następnie dodać odsączony makaron i jeszcze ewentualnie kilka łyżek wody z gotowania (jeśli na patelni będzie za sucho). Smażyć całość razem przez kilkanaście sekund, aż smaki dokładnie się połączą i danie będzie gorące. Podzielić na pół i przełożyć na talerze. Górę hojnie obsypać wybranymi dodatkami – szczypiorem, kolendrą, kiełkami, cienko pokrojoną rzodkiewką... Można posypać dodatkowymi orzeszkami. Obok każdej porcji podać ćwiartkę limonki. Na koniec warto skropić gotową potrawę olejem sezamowym, a także trzymać w zanadrzu tamari, gdyby było potrzebne doprawienie. Smacznego!

 P.S. Jeśli macie ochotę na wersję z mięsem, dorzućcie cienko pokrojoną wołowinę lub kurczaka zaraz przed cukinią, cebulą i boczniakami.

 

Bobie lato

Po kilku tygodniach od rozpoczęcia sezonu na bób, sięgam wreszcie po przepisy z jego wykorzystaniem. Te pierwsze półkilogramowe woreczki, kupowane dzień w dzień niemal bez wyjątku, znikały sauté, zamiast obiadu, jedynie z odrobiną soli i ewentualnie łyżką masła. Bób był lepszy do filmu niż popcorn, lądował też w dużej misce obok świeżych czereśni i jagodzianek podjadanych na kocu w ogrodzie. Kiedy czuję, że jestem względnie nasycona tymi szaro-zielonymi fasolkami w najczystszej postaci, ukręcam swoją ulubioną pastę i wyjadając ją pokrojonymi w słupki chrupiącymi warzywami, zastanawiam się co dalej.

Dzisiejszy przepis jest miszmaszem inspiracji, od opowieści mojej koleżanki podróżującej po Libanie, po ujrzany przelotem przepis z jednej z książek Ottolenghiego, której nie mam niestety w swoich zbiorach (chyba była to The Cookbook). Sałatka, doprawiona bardzo lekko, ale dosyć charakternymi przyprawami, stawia bób w zupełnie nowym (wspaniałym!) świetle. Nie potrzeba jej niczego oprócz kawałka jeszcze ciepłej drożdżowej pity. Przepyszny pomysł na letni obiad, w klimacie orientalnym, ale z wykorzystaniem  naszych polskich specjałów.

Libańska sałatka z bobu
w domowym chlebku pita

4 porcje

500 g surowego bobu
½ pęczka rzodkiewki
½ dużej czerwonej cebuli
garść listków kolendry lub pietruszki (co bardziej lubicie, można dać jedno i drugie)
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
3 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka startej skórki cytrynowej
2/3 łyżeczki mielonego kuminu
duża szczypta soli, pieprz czarny
+ do podania 4 chlebki pita (przepis poniżej)

 

Bób opłukać i ugotować (najlepiej na parze, wystarczy ok. 7-8 minut). Przelać zimną wodą i wyłuskać. Rzodkiewkę, cebulę i pietruszkę lub kolendrę pokroić drobno, wszystko razem umieścić w dużej misce. Połączyć składniki na sos, zalać sałatkę, wszystko razem wymieszać. Spróbować, ewentualnie doprawić. Odstawić do lodówki (warto przygotować wcześniej, nabiera smaku z czasem) lub od razu nakładać do pit (przepis poniżej).

Domowe chlebki pita z patelni

przepis stąd
7-8 dużych sztuk

2 szklanki jasnej mąki pszennej
ok. ¾ szklanki ciepłej wody
20 g świeżych drożdży
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
1 płaska łyżeczka soli
1 płaska łyżeczka cukru

Z pokruszonych drożdży, łyżeczki mąki i cukru oraz odrobiny wody zrobić zaczyn. Po kilku minutach, kiedy zacznie pienić się i lekko urośnie, dodać resztę mąki, oliwę i sól. Zacząć wyrabiać (używam do tego miksera), powoli dolewając wodę. Ciasto ma być luźne, ale nie kleić się przesadnie. Odstawić do wyrośnięcia (przy takich upałach wystarcza 20 minut). Następnie kawałki ciasta odrywać i podsypując wałkować cienko na kształt elipsy, następnie składając na pół i dociskając brzegi. Dzięki temu pity urosną brzuchate i będzie można je nadziać. Smażyć na dobrze rozgrzanej patelni, ale na nie za dużym ogniu, przez kilka minut z każdej strony. Z tej ilości ciasta wychodzi około 7-8 dużych pit. Gwarantuję, że te nadwyżkowe bardzo się przydadzą (do podjadania przy przygotowywaniu, oraz do czyszczenia miski po sałatce z przepysznej przesiąkniętej jej smakami oliwy).

Każdą pitę otwierać nożem i faszerować sałatką z bobu. W gorące dni, jedna porcja z powodzeniem wystarcza za cały obiad. Samo w sobie jest pyszne, ale wyobrażam sobie, że świetnie smakowałoby również z jogurtowym sosem tahini (z TEGO przepisu).* Smacznego!

* proponował to też Ottolenghi we wspomnianym wcześniej przepisie.