Muhammara

Moje gotowanie jest ostatnio bardzo monotematyczne. Jeszcze głębiej niż na codzień siedzę w kuchni japońskiej, czego efektem będzie kilka nowości, których spodziewać się możecie całkiem niedługo. Na razie jednak pracy przede mną sporo, potrzebuję więc bardzo poważnego powodu aby ugotować coś spoza skrupulatnie rozpisanego repertuaru. Kiedy pretekst już się trafi, chwytam byka za rogi i szykuję tyle pyszności, ile tylko zmieści się na stole. 

Ostatnio urodziny obchodziła największa mi znana wielbicielka mezze, dla której priorytetem każdego obiadu na który wybieramy się razem, jest “żeby było kilka małych rzeczy, którymi możemy się podzielić”. W ten jeden dzień dałam więc sobie wolne od obowiązków i na kilka godzin zamknęłam się w kuchni, żeby przygotować tych małych rzeczy jak najwięcej. Zaraz po “sto lat” jedliśmy więc syryjską muhammarę, hummus idealny, śródziemnomorską pastę z suszonych pomidorów, oliwek i słonecznika, marynowane buraki, pieczone marchewki z miodem i rozmarynem, awokado w oliwie, cytrynie, pieprzu i wędzonej soli, wszystko to na chrupiących liściach cykorii, krążkach pumpernikla, kawałkach cienkiej pity i czubkach długiego grissini. Te z elementów, które wymagają przepisu, znajdują się na blogu (na koniec był jeszcze sernik marakujowy, o którym napiszę niedługo; pasty śródziemnomorskiej nie będzie nigdy, ponieważ umie ją zrobić tylko moja przyjaciółka Jagoda - uważam to za okropną niesprawiedliwość, ale niczyje ręce nie są w stanie odtworzyć jej efektu). Wszystkie, prócz muhammary, którą robię i cenię już parę ładnych lat - odkąd dostałam pierwszą książkę Heidi Swanson. Pokochałam obie, pastę i kobietę, dziś więc pora, by ten duet zagościł na Coutellerie i w Waszych kuchniach.

Muhammara to syryjska pasta z pieczonej papryki i orzechów włoskich. Ma wielowymiarowy smak - złożony, bo na bazie aromatycznych, uprażonych orzechów, słodki dzięki papryce, ostry dokładnie tak, jak lubicie (sami decydujecie ile chili dorzucić), lekko kwaśny za sprawą melasy z granatów. Rzecz bardzo dobra i absolutnie satysfakcjonująca; można wyjadać palcem, pitą w ostateczności. A jeśli zostanie z niej coś na następny dzień, wykorzystajcie ją do kanapek, obok bazylii dorzucając na górę cienko skrojoną czerwoną cebulę i okruszki ulubionego sera, najlepiej koziego lub owczego. Lub posmarujcie nią pełnoziarniste tortille, dodając pulled porka i domowe kiszonki lub pikle. Zasadniczo nie ma tutaj ryzyka niepowodzenia, muhammara sprawdzi się nawet jako sos do makaronu. Nieważne do czego jej użyjecie, z całą pewnością uczyni Was szczęśliwymi.

Muhammara,
czyli pasta z pieczonej papryki i orzechów włoskich

5-8 porcji, na podstawie przepisu z "Super Natural Cooking" Heidi Swanson

  • 3/4 szklanki orzechów włoskich 
  • 3 duże czerwone papryki
  • 1/4 szklanki bułki tartej (najlepiej domowej - przygotowanie jak w tym przepisie)
  • 1 mała papryczka chili, bez pestek (lub ciut mniej, jeśli nie lubicie ostrości)
  • 1/2 łyżeczki kminu rzymskiego
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki melasy z granatów*
  • 1 kopiasta łyżka koncentratu pomidorowego
  • 1/2-1 szklanka wody
  • 1/3 szklanki dobrej, wyrazistej oliwy + więcej do polania
  • bazylia do podania

* Jeśli nie macie melasy z granatów, koniecznie ją zdobądźcie! To składnik kluczowy dla muhammary, ale jego niepowtarzalny smak wzbogaci też wiele innych potraw w Waszej kuchni. Melasa dostępna jest w sklepach z żywnością arabską, Kuchniach Świata, itp., ale uwaga, przy kupowaniu popatrzcie na skład! Bardzo dużo jest udawanych produktów o nazwie “melasa z granatem”, które w składzie mają prawie samą glukozę. Prawdziwa melasa to zredukowany do konsystencji syropu sok z granatów z odrobiną cukru. Można ją również minimalnym wysiłkiem zrobić samemu. W ostateczności możecie zastąpić ją w tym przepisie łyżką syropu klonowego i łyżką soku z cytryny.

Rozgrzewamy piekarnik do 160 stopni. Orzechy wysypujemy na blachę i prażymy ok. 7-10 minut, aż lekko się zezłocą i będą pięknie pachnieć. Kiedy je wyciągniemy, odstawiamy do wystudzenia, a temperaturę piekarnika zwiększamy do 200 stopni.

W międzyczasie myjemy papryki, pozbawiamy je gniazd nasiennych i kroimy wzdłuż na pół. Połówki układamy na blaszce skórką do góry. Pieczemy około 20-30 minut - papryki muszą być miękkie, a ich skóra im bardziej czarna, tym lepiej. Od razu po upieczeniu wkładamy papryki do torebki foliowej i szczelnie zamykamy na kilka minut. Po wyjęciu ściągamy z nich skórę. Zamiast w piekarniku, papryki można opalić na ogniu (jeśli jesteście szczęśliwymi posiadaczami kuchenek gazowych). Ja na tę opcję decyduję się raczej latem, ponieważ sporo przy niej dymu.

Papryki i większość orzechów (garstkę odkładamy do udekorowania pasty) umieszczamy w pojemniku moździerza z suchymi składnikami: bułką tartą, posiekaną papryczką chili, kminem rzymskim i solą. Ucieramy przez kilka minut, lub dłużej, aż składniki zmielą się tak drobno, jak mamy ochotę (na moich zdjęciach pasta jest dosyć grubo zmielona - zazwyczaj wolę robić ją trochę gładszą). Następnie dodajemy melasę z granatów, koncentrat pomidorowy i oliwę. Znów ucieramy, a po chwili zaczynamy dolewać wodę - tyle, by osiągnąć konsystencję, na jaką mamy ochotę. Jeśli chcemy wykorzystać pastę jako dip, może być rzadsza, jeśli na kanapki, dodajemy wody trochę mniej. Po utarciu próbujemy i ewentualnie doprawiamy muhammarę do smaku.

Pastę można też oczywiście zrobić w blenderze, zajmie to wówczas mniej niż 2 minuty, ale jeśli macie duży moździerz, to zdecydowanie z niego skorzystajcie - ręczne ucieranie uwalnia znacznie więcej aromatów, a jaką daje satysfakcję!

Półmisek z gotową muhammarą dekorujemy oliwą, resztą orzechów i posiekaną świeżą bazylią. Smacznego!

IMG_6781.jpg

Wolno? Nie wolno

Gdybym w spokoju przesypiała teraz noce, z całą pewnością  każdego poranka budziłaby mnie myśl o tym, że niedługo zacznie się prawdziwe, pełne, wolne lato. Nie wiem jak Wy, ale ja sercem jestem już daleko od deszczowego Wrocławia, w którym znajduję się obecnie w (wymęczonej) postaci fizycznej. Dotrwam tylko do końca egzaminów, później to już z górki –  czekają mnie w tym roku same wspaniałości (jeśli pominąć fakt, że na trasie wyjątkowo nie mam Francji – na razie metodą wyparcia nie zastanawiam się jak to zniosę). Ale póki co, dobiega końca ten mniej przyjemny okres. Czas, w którym nie wolno robić rzeczy wolno. Czytanie wymaga tempa średnio dwudziestu stron na minutę, na zwyczajowe przebiegnięcie 10 kilometrów poranek jest nagle za krótki, a w kwestii obiadu – standardowo zamawianego w tym okresie przez telefon – pieczenie młodych marchewek to maksimum, jakie można stworzyć pozwalając sobie na tak niewielkie zaangażowanie.

Ale już nic nie mówię, bo akurat marchewki to ostatnie, na co w tej chwili przyszłoby mi narzekać. Kolejka niewygód jest pokaźna, a one, pieczone z za'atarem – nawet jeśli będąc ostatecznością – wychodzą naprawdę przepyszne. Znikają momentalnie, prędkość szacuję mniej więcej na półtora pęczka na minutę (dlatego pieczcie hurtowo!). Pod warunkiem, że macie podzielność uwagi i prócz zachwycania się w trakcie jedzenia możecie przeglądać książkę i robić z niej notatki, gratulacje - właśnie znaleźliźcie tę jedną rzecz, którą będzie Wam wolno robić wolno.

Pieczone młode marchewki z za’atarem

1-2 porcje (w zależności czy to przekąska, czy np. dodatek do dania głównego)

1 pęczek młodych marchewek
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka płynnego miodu
1 łyżeczka za’ataru
2/3 łyżeczki soli
szczypta kminu rzymskiego
świeżo mielony czarny pieprz
garść świeżej bazylii

Marchewki szorujemy (ja używam do tego twardej szczotki) i osuszamy. Nie ma potrzeby obierania. Kroimy każdą wzdłuż na pół, układamy na blaszce i smarujemy oliwą wymieszaną z miodem, najłatwiej przy pomocy silikonowego pędzla (lub po prostu dłoni). Posypujemy solą, za’atarem, kuminem i odrobiną pieprzu. Pieczemy w 200 stopniach do porządnego przyrumienienia, około 30 minut. Warto w połowie przemieszać marchewki i je poodwracać. Podajemy od razu, posypując posiekaną świeżą bazylią. Świetnie pasują też wszelkie orzeźwiające sosy czy dipy na bazie jogurtu greckiego. Smacznego!

Prowokacja

Moja nowa kuchnia wreszcie zadebiutowała! Zrobiłam w niej obiad z prawdziwego zdarzenia, który przypieczętował oficjalne rozpoczęcie odczarowywania mojego domu (był on głównym – bardzo ostatnio nadużywanym – centrum dowodzenia naukowego, i z niczym innym mi się nie kojarzył). Z kuchnią dogaduję się dobrze, już czuję zapachy wszystkich pyszności, które będą tu w przyszłości powstawać. Niebawem usłyszycie o moim francuskim mini projekcie, przewijającym się gdzieniegdzie półsłówkami, ale przedtem w kolejce jeszcze trochę egzotyki.

No właśnie, à propos. Pół roku wystarczyło, żebym porządnie stęskniła się za Francją (to moja górna granica odpoczywania od niej – później zaczynam przejadać się comté, przeglądać stare zdjęcia i zapętlać playlistę ze smutnymi utworami Serge’a Gainsbourga). Ale teraz, niezależnie od tego, po głowie chodzą mi większe wojaże. To pewnie kumulacja zapracowania i kryzysowej końcówki brzydkiej zimy. Planuję swoje wakacje – nie wiem jeszcze czy pod kątem długoterminowych wypraw, pracy, wolontariatu, czy turystyki. Jeśli macie jakieś wyjazdowe doświadczenia, które mogłyby mi pomóc, podzielcie się koniecznie. Niezależnie o jakich mowa destynacjach – jestem na etapie, gdzie każda strona świata czymś kusi. Choć w rozmowach od jakiegoś czasu notorycznie przewija się Kuba...

Kiedy zdawałam do szkoły we Francji, czekając na werdykt ugotowałam swoją pierwszą w życiu zupę cebulową. Postawiłam sprawę jasno, jak będzie dobra, napewno się dostanę. Wyszła wspaniała, naturalnie więc podziwiając później swoje nazwisko wśród innych przyjętych kandydatów, uznałam, że miejsce na liście zagwarantowało mi właśnie to lekkie kuszenie losu. Dziś prowokuję go więc po raz kolejny, tym razem przy pomocy curry – kubańskiego, choćby w przybliżeniu. Jest proste i zdrowe, pełne słodkich ziemniaków, ciecierzycy i kokosa. Nie minął nawet jeden dzień odkąd je serwowałam, a nie dość, że już jest na blogu, to po południu spisywałam przepis dla znajomej, która zdążyła ugotować je dziś na obiad w swoim domu. To chyba najlepsze potwierdzenie tego, że receptura jest udana! Syci, rozgrzewa i poprawia humor z marszu. Strategicznie z kolei wierzę, że którędyś przeniesie mnie do Hawany.

Curry z batatów i ciecierzycy
z mleczkiem kokosowym i ryżem basmati

4 porcje

2 niewielkie bataty
1 biała cebula
2 ząbki czosnku
½ papryczki chili
łyżka startego świeżego imbiru
1 puszka pomidorów pelati*
min. po ½ łyżeczki przypraw: kminu rzymskiego, kurkumy, ziaren kolendry, cynamonu, słodkiej papryki, kardamonu, suszonego tymianku, czarnuszki, goździków; pieprz kajeński do smaku
1 puszka mleczka kokosowego
1 puszka ciecierzycy
1 łyżeczka soli (lub do smaku)
sok z ½ limonki
2-3 łyżki oleju kokosowego**
½ pęczka natki pietruszki lub kolendry
+ 200 g ulubionego ryżu, najlepiej jaśminowego lub basmati (u mnie pełnoziarnisty)

* ja użyłam ok. 1,5 szklanki gęstego domowego przecieru.
** najlepiej nierafinowanego, ale jeśli nie macie, może być bezzapachowy lub inny roślinny do smażenia, np. rzepakowy lub ryżowy.

Rozgrzewamy wok lub naprawdę głęboką patelnię z olejem kokosowym. Cebulę kroimy w kostkę i szklimy, po kilku minutach dodajemy suche przyprawy (na razie po pół łyżeczki; z ich zestawem można kombinować), wyciśnięty lub drobno posiekany czosnek, skrojone chili oraz starty imbir. Podsmażamy wszystko razem na małym ogniu aż aromaty porządnie się rozwiną. Następnie dodajemy mleczko kokosowe (całą puszkę, nawet jeśli oddzieliła się woda) oraz pomidory. Podgrzewamy całość w międzyczasie obierając bataty i krojąc je w dużą kostkę. Dorzucamy na patelnię i gotujemy całośc minimum 40 minut, co jakiś czas mieszając. W razie potrzeby dodajemy odrobinę wody.

Tymczasem gotujemy według instrukcji na opakowaniu ryż. Najlepiej zrobić to bezpośrednio przed podaniem, tj. pod koniec gotowania curry (czas zależny od rodzaju ryżu).

Na kilka ostatnich minut gotowania, do curry dorzucamy opłukaną i odsączoną ciecierzycę. Na koniec dodajemy sól, połowę posiekanej pietruszki (resztę zostawiamy do posypania dania na talerzach) oraz sok z limonki. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy, do momentu w którym danie smakuje nam idealnie. Podajemy z ryżem, i z jakimś dobrym rumem. ¡Buen apetito!

1000 dni na Ziemi

Wczoraj minął dokładnie tysięczny dzień od momentu opublikowania pierwszego przepisu na moim blogu.

To ciekawszy jubileusz niż zwyczajne urodziny. Dwa czy trzy lata gotowania i pisania – fajnie, długi staż. Ale tysiąc dni? W tym jest już jakiś majestat, coś co z jednej strony budzi we mnie zdumienie konsekwencją mojego zapału, z drugiej daje satysfakcję, a z trzeciej, czwartej i piątej jest hołdem ku czci jednego z moich ulubionych ludzi.

(Kliknijcie w odtwarzacz muzyki obok w bocznym pasku, jeśli chcecie, żeby przemówił.)

Z okazji minionego niedawno dwudziestotysięcznodniowego jubileuszu swojego żywota, Nick Cave stworzył film. I choć Coutellerie świętuje dziś odrobinę mniej niż on, ja planowałam zrobić dokładnie to samo. Nie miał to być, jak w jego przypadku, jakiś kawał świetnego(!) kina, żaden mój filmowy portret czy dzień z życia mojego bloga (hehe). Nagrywanie chodzi mi po głowie już od dłuższego czasu.. ale zacząć chcę mimo wszystko od filmów kulinarnych!

Odkąd trzy lata temu zobaczyłam zachwycający Jiro śni o sushi, mimo całej mojej miłości do fotografii wpadłam jak śliwka w kompot w możliwości jakie oferuje estetyka filmowa. Przecież kiedy decydowałam o wyborze mojego pierwszego własnego aparatu, ostatecznie dokonałam go mając na uwadze właśnie możliwości sprzętu w kwestii wideo. Filmy to zupełnie inna bajka niż zwyczajne robienie zdjęć. Ale dla mnie jest też znacznie trudniejsza, zarówno technicznie jak i organizacyjnie. Cały czas nie wiem też po której stronie obiektywu (tudzież kuchennego blatu) zaczynać, bo w odróżnieniu do dokumentowania zdjęciami, tu nie da się robić jednego i drugiego. Możecie być jednak pewni, że moja zajawka się nie rozpłynie i za pewien czas – nawet jeśli miałoby mi to zająć jeszcze dziewiętnaście tysięcy dni na Ziemi –  zaprezentuję Wam jakiś krótki seansik. Może nie od razu będzie to dzieło wiekopomne, ale od czegoś trzeba zacząć, a przecież im się zacznie niżej, tym obszerniejsze pole zostaje do pięcia się w górę!

No właśnie, bo ja dziś chciałam o zaczynaniu. Film nie jest gotowy, więc mi z okazji jubileuszu zebrało się na wspominki. Ten mój pierwszy z pierwszych wpis – marokańska potrawka z kurczaka – niestety nie znajduje się już na blogu, czego żałuję, jako że to on de facto obchodzi dzisiejsze święto. Jednak przy przenoszeniu strony na nową domenę odrzuciłam ponad połowę tego co było na blogu, bo mam obsesję na punkcie świeżych początków i chciałam, żeby przeprowadziły się ze mną tylko te naprawdę najlepsze przepisy. Tamta receptura nie zakwalifikowała się ze względu na brak precyzjności, a także nieporadnie sklecony wstęp i zdjęcia pstryknięte w świetle lampki nocnej. Słowem, nic czym można by się chwalić, a jednak dziś właśnie trochę to robię, chwalę się bo się cieszę, tak bardzo się cieszę, że wtedy zaczęłam!

Nie da się tak, żeby startować od razu na najwyższym poziomie. Nawet jeśli mamy solidne zaplecze (w jakiejkolwiek postaci – edukacji, obeznania w temacie czy przynajmniej wizji i planu), kiedy w czymś debiutujemy siłą rzeczy brak nam doświadczenia. A to jedyna rzecz na której może oprzeć się naturalna – i naturalnie indywidualna – autoewaluacja. Zwłaszcza kiedy mowa o prowadzeniu bloga, w którego wkłada się całe serce, a już zwłaszcza zwłaszcza jeśli jest to blog o kuchni, o której na początku tej drogi nie ma się zielonego pojęcia.

Więc dziś, dumna z tego jak beznadziejny był pierwszy wpis mój jako Marianny, częstuję daniem również na nutę marokańską,  ale znacząco jednak różnym od debiutu sprzed tysiąca dni. Zamiast brązowego ryżu dzisiaj jest czarny, zamiast fig – daktyle, kurczaka nie ma wcale, za to całość podana jest w pieczonej dyni piżmowej. Nie wiem czy za drugie tyle ile już mam za sobą nie spojrzę na to co napisałam dzisiaj równie przepełniona politowaniem dla swoich obecnych słów, zdjęć i dąń. Ale jeśli mam być szczera, wcale mnie to nie martwi; przeciwnie wręcz, mam nadzieję, że tak się stanie. To będzie ni mniej ni więcej znaczyć, że mój proces samoulepszania trwa, a ja mogę śpiewać, jak Nick, I'm transforming, I'm vibrating, I'm glowing, I'm flying, Look at me now, I'm flying, Look at me now! No, to patrzcie, ale nie tylko, patrzcie a potem  g o t u j c i e !

Dynia piżmowa faszerowana czarnym ryżem po marokańsku

2 porcje

1 mała dynia piżmowa
2 łyżki oliwy lub oleju
sól morska, pieprz
2/3 szklanki suchego czarnego ryżu, namoczone w zimnej wodzie przez kilka godzin
1/3 szklanki orzeszków arachidowych, prażonych i solonych (+ trochę na wierzch)
duża garść suszonych daktyli
2 czerwone cebule
½ pęczka natki pietruszki
sok z 2 limonek i skórka z 1 z nich
3-4 łyżki dobrej oliwy z pierwszego tłoczenia
1 płaska łyżeczka kurkumy
1 płaska łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka kminu rzymskiego
½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego lub chili
opcjonalnie: 1 łyżka sosu sojowego
sól, pieprz do smaku

Dynię przekroić na pół (wzdłuż) i naciąć w kratkę nie naruszając skóry. Przy pomocy pędzla lub dłoni posmarować wierzch oliwą, lekko posolić i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec do miękkości, około 45 minut. Najlepiej sprawdzać na bieżąco czy widelec już wchodzi w dynię z łatwością. Jeśli rumieniłaby się za bardzo, przykryć folią aluminiową. Nie chcemy żeby się spiekła, ma być soczysta i miękka.

W międzyczasie przygotować farsz. Ryż odcedzić z wody, w której się moczył i opłukać, zalać świeżą, dodając dużą szczyptę soli, i gotować około trzydziestu minut na bieżąco uzupełniając płyn. Chcemy, aby ryż był kleisty, ale nie dzięki rozgotowaniu na papkę – stosujemy tu technikę podobną do gotowania risotto. Kiedy ziarna ryżu są miękkie, ale wciąż wyraźnie wyczuwalne, zdjąć garnek i przestudzić. Tymczasem posiekać dość drobno daktyle i orzeszki, to samo z pietruszką, cebule zaś pokroić w cienkie piórka. Wymieszać sypkie przyprawy z oliwą i sokiem z cytryny oraz limonki, dodać skórkę z limonki. Całość – sos, bakalie i cebulę, oraz ryż – połączyć w dużej misce. Spróbować, ewentualnie doprawić (np. właśnie sosem sojowym).

Farsz pakować do upieczonych i wydrążonych połówek dyni. Jeść od razu, lub włożyć jeszcze na chwilę do piekarnika (tylko w celu podgrzania). Przed podaniem posypać dodatkowymi orzeszkami i natką. Smacznego!

Bobie lato

Po kilku tygodniach od rozpoczęcia sezonu na bób, sięgam wreszcie po przepisy z jego wykorzystaniem. Te pierwsze półkilogramowe woreczki, kupowane dzień w dzień niemal bez wyjątku, znikały sauté, zamiast obiadu, jedynie z odrobiną soli i ewentualnie łyżką masła. Bób był lepszy do filmu niż popcorn, lądował też w dużej misce obok świeżych czereśni i jagodzianek podjadanych na kocu w ogrodzie. Kiedy czuję, że jestem względnie nasycona tymi szaro-zielonymi fasolkami w najczystszej postaci, ukręcam swoją ulubioną pastę i wyjadając ją pokrojonymi w słupki chrupiącymi warzywami, zastanawiam się co dalej.

Dzisiejszy przepis jest miszmaszem inspiracji, od opowieści mojej koleżanki podróżującej po Libanie, po ujrzany przelotem przepis z jednej z książek Ottolenghiego, której nie mam niestety w swoich zbiorach (chyba była to The Cookbook). Sałatka, doprawiona bardzo lekko, ale dosyć charakternymi przyprawami, stawia bób w zupełnie nowym (wspaniałym!) świetle. Nie potrzeba jej niczego oprócz kawałka jeszcze ciepłej drożdżowej pity. Przepyszny pomysł na letni obiad, w klimacie orientalnym, ale z wykorzystaniem  naszych polskich specjałów.

Libańska sałatka z bobu
w domowym chlebku pita

4 porcje

500 g surowego bobu
½ pęczka rzodkiewki
½ dużej czerwonej cebuli
garść listków kolendry lub pietruszki (co bardziej lubicie, można dać jedno i drugie)
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
3 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka startej skórki cytrynowej
2/3 łyżeczki mielonego kuminu
duża szczypta soli, pieprz czarny
+ do podania 4 chlebki pita (przepis poniżej)

 

Bób opłukać i ugotować (najlepiej na parze, wystarczy ok. 7-8 minut). Przelać zimną wodą i wyłuskać. Rzodkiewkę, cebulę i pietruszkę lub kolendrę pokroić drobno, wszystko razem umieścić w dużej misce. Połączyć składniki na sos, zalać sałatkę, wszystko razem wymieszać. Spróbować, ewentualnie doprawić. Odstawić do lodówki (warto przygotować wcześniej, nabiera smaku z czasem) lub od razu nakładać do pit (przepis poniżej).

Domowe chlebki pita z patelni

przepis stąd
7-8 dużych sztuk

2 szklanki jasnej mąki pszennej
ok. ¾ szklanki ciepłej wody
20 g świeżych drożdży
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
1 płaska łyżeczka soli
1 płaska łyżeczka cukru

Z pokruszonych drożdży, łyżeczki mąki i cukru oraz odrobiny wody zrobić zaczyn. Po kilku minutach, kiedy zacznie pienić się i lekko urośnie, dodać resztę mąki, oliwę i sól. Zacząć wyrabiać (używam do tego miksera), powoli dolewając wodę. Ciasto ma być luźne, ale nie kleić się przesadnie. Odstawić do wyrośnięcia (przy takich upałach wystarcza 20 minut). Następnie kawałki ciasta odrywać i podsypując wałkować cienko na kształt elipsy, następnie składając na pół i dociskając brzegi. Dzięki temu pity urosną brzuchate i będzie można je nadziać. Smażyć na dobrze rozgrzanej patelni, ale na nie za dużym ogniu, przez kilka minut z każdej strony. Z tej ilości ciasta wychodzi około 7-8 dużych pit. Gwarantuję, że te nadwyżkowe bardzo się przydadzą (do podjadania przy przygotowywaniu, oraz do czyszczenia miski po sałatce z przepysznej przesiąkniętej jej smakami oliwy).

Każdą pitę otwierać nożem i faszerować sałatką z bobu. W gorące dni, jedna porcja z powodzeniem wystarcza za cały obiad. Samo w sobie jest pyszne, ale wyobrażam sobie, że świetnie smakowałoby również z jogurtowym sosem tahini (z TEGO przepisu).* Smacznego!

* proponował to też Ottolenghi we wspomnianym wcześniej przepisie.