Wiekopomne odkrycie. Chickpea #23

Kontrastujące na talerzu faktury działają na mnie magicznie. Przeżywam je chyba mocniej niż same smaki. Odkąd pamiętam upajam się dodawaniem chrupiącego czynnika do większości moich posiłków. Zaczęło się od deserów – blach owoców pod kruszonką, karmelowych skorupek na crème brulée, smoothie bowls z orzechami na wierzchu i lodów pełnych kawałków czekolady czy posypek. Później poszłam o krok do przodu i zajęłam się właściwymi daniami. I starając się nadać swoim ulubionym chrupaczom nowe, odpowiednie dla nich wcielenia, dokonałam odkrycia.

Obsypywałam już sałaty prażonymi nasionami, piekłam migdały z solą i chili i nie zjadłam ani jednej porcji zupy bez czegoś na wierzchu (czy przynajmniej bez pajdy chleba o super chrupiącej skórce!). Ale jednego wcześniej nie uwytrawniłam. Uchowała się do tej pory granola, istniejąca dla mnie właściwie tylko w porannej misce z jogurtem. Podjęłam wyzwanie zrobienia z niej godnej części obiadu, i co to był za sukces! Moimi narzędziami były świeże zioła, chlust sosu sojowego, trochę musztardy i szczypta pieprzu kajeńskiego. Zamiast ulubionego soku jabłkowego użyłam piwa, które pokryło wszystkie składniki glazurą-marzeniem i nadało granoli wyjątkowy posmak.

Odkryłam potencjał granoli poza sceną śniadaniową i czuję się w obowiązku podzielić tym ze światem. Upieczcie jedną blachę i przekonajcie się sami, będziecie chcieli posypywać nią wszystko, co ugotujecie! Ale gdyby potrzebna była jakaś podpowiedź, już spieszę: chrupie wyjątkowo dobrze na górce pieczonych w syropie klonowym marchewek, z perełkami soczystych winogron i mnóstwem kremowego awokado. Przepis na to danie oraz na samą wytrawną granolę na piwie, z kaszą jaglaną, orzechami i skórką pomarańczy, znajdziecie w wiosennym numerze wegańskiego magazynu Chickpea, czyli TUTAJ! Jeśli ktoś chciałby je zrobić, a ma problem z j. angielskim lub amerykańskimi miarami, to oczywiście chętnie pomogę. Oprócz tego w numerze mnóstwo innych pyszności w jak zwykle pięknej oprawie graficznej. Korzystajcie!

Polish Christmas made vegan

Pamiętacie projekt "The 12 Dishes of Polish Christmas"?

Święta oficjalnie za nami. Pozostałości jarzynowych sałatek raczej wszędzie już dojedzone, z choinek niedługo zaczną sypać się igły, a w sklepach przestają mieścić się ludzie, kuszeni poświątecznymi wyprzedażami. Ja tymczasem nieśmiało upraszam się o uwagę z moim wpisem prezentującym przepisy na wegańską Wigilię, nakręcone we współpracy z Culture.pl. Aj!

Mogłabym poczekać z tym rok, ale nie mam sumienia - sama pewnie nieraz będę przygotowywać te dania w międzyczasie, nie mogę pozbawiać tej szansy i Was. Większość z nich jest tak uniwersalna, że sprawdzi się przy wielu innych okazjach. Może nawet już na świętowanie jutrzejszego sylwestra?

Aksamitny pasztet z grzybów i białej fasoli mogłabym jeść codziennie. Tak samo jak zupę migdałową, zapomnianą polską tradycję, która jest tak naprawdę zaawansowaną wersją śniadaniowej owsianki. Soczewicowo-orzechowa pieczeń jest świetną podstawą dla szybkich obiadów na kilka dni wprzód. Tofu po grecku faktycznie może zaczekać na przyszłoroczne Boże Narodzenie, ale jeśli ktoś lubi wyjątkowo, to czemu nie? Są też pierniczki bez masła, miodu ani jajek, które nie dość, że smakują jak tradycyjne, to tak samo jak one przechodzą kolejne etapy mięknięcia, twardnienia i na powrót mięknięcia. Magia! No i jest sernik, a dokładniej BEZsernik, bo z masą z kaszy jaglanej i nerkowców. 

Oto link do artykułu opisującego całe wigilijne menu w wersji wegańskiej (a więc z daniami uzupełniającymi, tymi z klasycznej Wigilii, które zupełnie mimochodem nie zawierają produktów odzwierzęcych). Mój ulubiony film to chyba bezsernik, ale szczerze mówiąc pieczarkowy pasztet był tak pyszny, że też ma u mnie jakieś specjalne miejsce. 

Wigilijna zupa migdałowa:

Tofu po grecku:

"Pieczeń" z soczewicy i orzechów:

Pâté z grzybów i białej fasoli:

(Bez)sernik z kaszy jaglanej i nerkowców:

Pierniczki:

W jesiennym Kukbuku podpowiadam

Mała przerwa w niespiesznej relacji z Japonii! Pod moją nieobecność na ojczystej ziemi ukazał się nowy numer Kukbuka, o jesiennym tytule Wielkie Jabłko. Naturalnie sama nie miałam go jeszcze w rękach, ale coś mi mówi, że w ciemno mogę Wam go polecić. Poza tym, kilka moich przepisów zadebiutowało na jego łamach. Tym razem rozłożyłam na czynniki pierwsze stereotypową kuchnię studencką, szukając lepszej jakości alternatyw dla jej evergreenów. 

Studiujecie czy nie - nieistotne. Dobry przepis na prosty i niedrogi smakołyk zawsze warto mieć w zanadrzu. Zamiast szukać po kieszeniach groszy na tyleż warte, sztuczne jedzenie - z paczki, proszku lub wątpliwej czystości ulicznej budki - zaopatrzcie się w kilka prostych składników i wyczarujcie sobie rzeczy znacznie lepsze:

Kasza jaglana i karmelizowane gruszki, zamiast klasycznego ryżu na mleku z jabłkami

Placki ziemniaczane

Zapiekanki z dynią, cheddarem i sosem z pomidorów malinowych (mój hit!)

Ciasto czekoladowe z burakami, a niżej domowa wersja chińskiej zupki - orientalny bulion z makaronem soba i jajkiem

Smacznego!

Bez recepty

Dziś będzie krótko, nie mam głowy do wywodów. Słońce wzywa mnie na zewnątrz, prawie cały swój czas spędzam teraz gdzieś biegając. Żeby jak najwięcej wycisnąć z wiosny, której pierwsze dni od zawsze uważam za najlepsze i najmocniej doładowujące, staram się ograniczyć do minimum listę rzeczy do zrobienia w domu. Szkoda mi nawet zbędnego czasu na przygotowywanie jedzenia we własnej kuchni! Normalnie bym się zmartwiła, ale wiem, że wiosna działa tak na mnie co roku. Ostatnio, w poszukiwaniu ekspresowych rozwiązań, na śniadania męczyłam więc gotowe w kilka chwil kanapki lub koktajle – dopóki nie przypomniałam sobie, że jest coś jeszcze szybszego...

Granolę kocham od zawsze. Zanim zaczęłam piec ją sama, miałam kilka faworytów ze sklepowych półek (szczególnie cuda z M&S). Ale kto zaczął przygodę z produkcją domową, ten wie że od tego nie ma już odwrotu. Wystarczy jedno nocne pieczenie, przesiedziane na ziemi (coby nie nalatać się za dużo), z książką lub przyjaciółką na telefonie. W cieple piekarnika, który po kilkunastu minutach zaczyna uwalniać nieziemskie aromaty. No i ta smakowa dowolność! W domu na blachę można wrzucić co nam się podoba, ucierając swoją kreatywnością nosa sklepowym producentom. Nawet płatki róży z własnego ogrodu. Albo, jak dziś, wszechmocne kasze! Był już przepis na granolę, która się z nich składała (o, tutaj) – pyszną, ale nieco kłopotliwą, najpierw przez dni kiełkowania, a następnie kilkunastogodzinne suszenie zamiast pieczenia. Dzisiejsza receptura jest dla tych, którzy na najszybsze śniadanie świata chcieliby przyswoić mnóstwo przepysznego zdrowia, ale nie mają tyle cierpliwości (i/lub nieograniczonych funduszy na rachunek za prąd). Dzisiejsza granola jest bardzo zdrowa, ale dostępna dla każdgo. Bez recepty.

Pieczenie surowej kaszy brzmi niewiarygodnie, ale zapewniam, że efekt przerośnie Wasze oczekiwania. Pod wpływem temperatury ziarenka stają się lekkie i chrupiące. Dorzućcie swoje ulubione bakalie, zalejcie mokrymi składnikami, dosłódźcie lekko i wymieszajcie, a potem usadowcie się na czymś wygodniejszym niż kuchenna rękawica i doglądajcie swojej granoli. Postarajcie się nie zjeść wszystkiego od razu, w końcu macie mieć śniadanie z głowy na co najmniej kilka dni! Grzecznie aplikujcie sobie to lekarstwo dla ciała i duszy każdego ranka, a potem niezwłocznie biegnijcie na słońce. Jego witamina D to moje kolejne zalecenie!

Granola pomarańczowa
z kaszą jaglaną i gryczaną

1 duży słoik
na podstawie przepisu Moniki

1 szklanka płatków owsianych (nie błyskawicznych)
1/2 szklanki kaszy jaglanej
1/3 szklanki kaszy gryczanej niepalonej
1/2 szklanki migdałów*
duża szczypta soli
1 płaska łyżeczka cynamonu
1 niepełna szklanka świeżego soku z pomarańczy**
2 łyżki z górką oleju kokosowego, najlepiej nierafinowanego
3 łyżki syropu klonowego lub miodu
1/3 szklanki rodzynek (lub żurawiny, daktyli czy moreli)

* oczywiście pełna dowolność orzechowo-pestkowa, co lubicie najbardziej.
** można zastąpić też innym, np. ananasowym lub jabłkowym (świeżo tłoczonym).

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni. W misce mieszamy suche składniki oprócz rodzynek (płatki, kasze, sól, cynamon i posiekane z grubsza migdały). Zalewamy sokiem pomarańczowym, syropem klonowm i rozpuszczonym olejem kokosowym.  Mieszamy całość dłuższą chwilę, aby wszystko było równomiernie rozprowadzone. Przekładamy na blaszkę lub do dużej formy na ciasto (dzięki wysokim brzegom łatwiej będzie mieszać). Pieczemy około 1 godziny, mieszając co minimum 10 minut, aż granola będzie złota i idealnie sypka. Studzimy, mieszamy z rodzynkami i całkowicie zimną granolę (!) zamykamy w szczelnym słoju. Idealna na śniadanie z jogurtem greckim i owocami, ale stosować można też jako posypka do sałatki owocowej, składnik deserów i parfait, lub po prostu jako przekąska na sucho. Smacznego!

P.S. Za piękny i szczelny słoik ze zdjęć dziękuję Domowej Sferze :)

Elvis has left the building

Zawsze powtarzam, że im więcej ma człowiek na głowie, tym, o dziwo, lepszy robi użytek z każdej minuty. Czas jest nagle o wiele cenniejszy, a zresztą jak wpadnie się w wir pracy, to nie tak łatwo zwolnić, nieistotne w jakiej sferze. Zawsze się to u mnie sprawdzało, a teraz jakoś szwankuje. Ostatnio poszłam raczej w stronę przepracowania, ze znużenia którym każdą nadarzającą się luźną godzinę wolę poświęcić na jakiś reset, dajmy na to, leżenie z kotem na brzuchu albo spotkanie z dawno nie widzianymi twarzami (a nawet wspólną wyprawę w Polskę – z kilkoma odhaczonymi aktywnościami, acz wciąż raczej dla zabawy). W efekcie w domu nie gotuję ostatnio prawie nic, a jak już mi się zdarza, to nie chwalę się tutaj, bo zdjęć i konkretów brak (składniki na oko, światła dziennego brak, głodni czekają przy stole). Ale basta, dłużej to trwać nie może, bo nie wrócę nigdy. Maraton obowiązków raczej się nie kończy (wręcz przeciwnie, na horyzoncie dodatkowo zaczyna straszyć koniec semestru), kończy się za to moja popisowa nieobecność tutaj. Po ptakach, jak mówią, Elvis has left the building, budzę się z zimowego snu i wracam z nowymi pomysłami.

A jak już wspominamy o Elvisie – dzisiaj przed Wami śniadanie inspirowane jego specjałem. Słynne Presleyowe smażone tosty z masłem orzechowym i bananem zawsze uważałam trochę za danie dla grubasa. Mam nieposkromiony apetyt i naprawdę pojemny brzuch, ale ich chyba nigdy nie dojadłam do końca. Pyszne, ale ciężkie jak diabli. Jeśli liczymy na produktywny dzień (lub przynajmniej na podniesienie się z krzesła), jako śniadanie nie sprawdziłyby się zupełnie. Ale bez obaw – to, co najlepsze w tym przysmaku nietrudno odtworzyć w wersji przyjaznej byciu fit. Zresztą głowę dam, że widnieje to na wielu listach z noworocznymi postanowieniami. A że kasza jaglana jest lekkostrawna i (jakby ktoś jeszcze nie słyszał) wyjątkowo zdrowa, to efekt mamy i pyszny, i odpowiednio pożywny. Po prostu śniadanie Króla!

Jaglanka Króla
z bananami i masłem orzechowym

6 łyżek kaszy jaglanej
1 szklanka mleka
3/4 - 1 szklanka wody
szczypta soli
2 duże łyżki syropu klonowego lub miodu
1 dojrzały banan
2 łyżki masła orzechowego
opcjonalnie: 2-3 kostki gorzkiej czekolady

Kaszę jaglaną uprażyć na sucho w rondelku. Kiedy zacznie ładnie orzechowo pachnieć, zalać wodą i mlekiem, dodać szczyptę soli i gotować na małym ogniu bez mieszania, tak długo aż wchłonie cały płyn (ok. 10 minut). Kiedy będzie gotowa, można wedle uznania dodać jeszcze mleka, aby uzyskać gęstość jaką najbardziej lubicie. Ja lubię lekko zblendować jaglankę, aby była bardziej kleista, ale nie jest to konieczne. Doprawić cynamonem i wymieszać z jednym bananem rozgniecionym na papkę. Posłodzić do smaku.

Drugiego banana pokroić w plastry. Jaglankę przełożyć do dwóch misek i każdą porcję zwieńczyć łyżką masła orzechowego. Kiedy zacznie się ono roztapiać, całość warto lekko przemieszać. Udekorować bananem, a w wersji deluxe na samą górę zetrzeć odrobinę czekolady. Smacznego!