Lepiej niż w Toskanii

ribollita

Przetrwanie okresu przednówkowego to jedno z największych wyzwań w roku dla tych, którzy starają się jeść zgodnie z rytmem natury. Jest to bowiem czas, jak sama nazwa wskazuje, poprzedzający nadejście tego, co nowe. W oczekiwaniu na pierwsze wiosenne zbiory możemy więc mieć jedynie nadzieję, że nie skończą nam się zapasy spiżarniane. Wystarczy jednak odrobina kreatywności, by z zachomikowanych na zimę specjałów tworzyć naprawdę królewskie dania.

Prawdziwa ribollita (po włosku dosłownie „ponownie gotowana”) to toskańska potrawa przygotowywana poprzez dodanie kawałków zeschniętego chleba do zupy „z wczoraj”. Ten zagęszcza ją i urozmaica, dzięki czemu nie grozi nam monotonia jedzenia tego samego obiadu dwa dni z rzędu. Unikamy też jednocześnie marnowania chleba, który nie nadaje się już do zjedzenia na świeżo. Nikt nas jednak nie będzie oceniał, jeśli zupę ugotujemy tylko po to, by do niej ten czerstwy chleb dorzucić. A nawet jeśli kupimy bochenek i celowo odłożymy go na tydzień do zeschnięcia. Sama robię to regularnie, bo choć lubię zupy i lubię chleby, dopiero kiedy połączę je w jednym garnku, dzieje się prawdziwa magia.

Ważne, aby pieczywo było odpowiednio suche – twarda skórka po namoczeniu działa jak gąbka, mięknąc i pęczniejąc od zupy, ale pozostając w jednym kawałku. Miąższ chleba rozpada się zaś i miesza z zupą. Wyrazisty smak zakwasu łączy się z delikatnym aromatem pomidorów, ziół i oliwy z pierwszego tłoczenia. W pełni wegetariańskie, a syci (i wygląda!) jak treściwy gulasz. Pełna białka fasola oraz zimowe warzywa korzeniowe czynią to danie dobrze zbilansowanym i odżywczym.

zima w kawkowie
zimowa marianka

Nie wiem dlaczego danie to wymyślono w Toskanii – nie mają tam z pewnością mroźnej zimy i długich spacerów w śnieżnych zaspach, a to one są idealnym wstępem dla talerza gorącej ribollity. Zamiast Włoch polecam więc mroźną Polskę. Za jakiś czas spróbuję pewnie wiosennej wersji pełnej zielonych jarzyn, być może z bagietką zamiast razowca? Ale póki na horyzoncie jest biało, ponownie gotuję zimową zupę „ponownie gotowaną”, za każdym razem jednakowo się nią zachwycając.

ribollita

Ribollita, czyli zupa jarzynowa z chlebem razowym
w Polsce lepsza niż w Toskanii

Na bulion warzywny:

  • 1 por

  • 1/2 dużej bulwy selera (drugą połowę zachowaj do zupy)

  • 1 biała cebula, opalona na ogniu

  • 2 marchewki

  • kilka gałązek lubczyku

  • 2 listki laurowe

  • kilka ziaren ziela angielskiego

  • sól do smaku

Na fasolę:

  • 2 szklanki suchej fasoli Piękny Jaś

  • 2 listki laurowe

  • 1/2 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu

Na zupę:

  • 2 białe cebule

  • 3 marchewki

  • druga 1/2 bulwy selera

  • 1 batat

  • 1/4 główki białej kapusty

  • 2 ząbki czosnku

  • 5 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia

  • 2 łyżki masła

  • 1 łyżeczka suszonego oregano

  • kilka gałązek świeżego tymianku

  • szczypta płatków chili (wedle uznania, ale zupa nie powinna być bardzo pikantna)

  • 3 łyżki octu balsamicznego

  • 100 ml wytrawnego białego wina

  • ugotowana fasola z przepisu powyżej (i trochę wody z gotowania)

  • 1 puszka całych pomidorów bez skórki

  • 1 płaska łyżka cukru

  • bulion z przepisu powyżej

  • sól do smaku

  • 1/2 bochenka czerstwego razowego chleba na zakwasie (min. tygodniowego)

Do podania:

  • koperek i natka pietruszki

  • 1 kulka mozarelli

  • świeżo mielony czarny pieprz

W dniu poprzedzającym gotowanie zupy przygotuj bulion. W dużym garnku umieść umyte, nieobrane warzywa – marchewkę, pół selera, przekrojonego na dwie części pora (tak, by zmieścił się do garnka), opaloną cebulę i lubczyk. Dodaj liście laurowe oraz ziele angielskie i zalej wszystko 4 litrami zimnej wody. Podgrzewaj na średnim ogniu do zagotowania. Wówczas przykryj garnek, zmniejsz ogień i pozwól bulionowi delikatnie pyrkać około 2 godziny, aż nabierze złotego koloru i odpowiedniego aromatu. Dopraw solą i odstaw do wystudzenia (nie odcedzając). 

W dużej misce zalej też zimną wodą fasolę i odstaw ją na całą noc do namoczenia. 

Następnego dnia przepłucz fasolę, włóż ją do dużego garnka i zalej dużą ilością świeżej zimnej wody. Dodaj listki laurowe i pieprz i (podobnie jak bulion) podgrzewaj na średnim ogniu. Od momentu zagotowania zmniejsz ogień i gotuj 2-3 godziny, do całkowitej miękkości fasoli. Jeśli za dużo wody odparuje, uzupełnij ją, żeby fasola nie wystawała ponad powierzchnię. Po zdjęciu z ognia porządnie osól wodę i odstaw całość do przestudzenia.

Przed rozpoczęciem gotowania zupy, przygotuj wszystkie warzywa – obierz cebule, marchewki, selera i batata. Pokrój wszystko w podobnej wielkości kawałki (ok. 1x1 cm), poszatkuj także kapustę. Obierz czosnek z łupin i skrój na cienkie plasterki. 

W wielkim garnku rozgrzej oliwę i masło. Dodaj oregano i tymianek, przemieszaj i od razu wrzuć do środka cebulę i czosnek. Duś kilka minut na dużym ogniu, wsyp płatki chili, a następnie resztę warzyw. Wlej ocet balsamiczny. Podsmażaj około 10 minut ciągle powoli mieszając. Po tym czasie wlej wino, dodaj też ugotowaną fasolę i około 1,5 szklanki wody z jej gotowania. Dodaj puszkę pomidorów i łyżkę cukru, wymieszaj.

Wyłów z bulionu warzywa. Odłóż pora, skrój go i dodaj do zupy, a z reszty dokładnie wyciśnij z płyny do garnka z bulionem. Następnie, chochla po chochli, dopełnij bulionem gar z zupą, przelewając go przez sitko – tyle, by jego poziom sięgał około 5 centymetrów ponad poziom warzyw. Przykryj połowicznie i gotuj całość na małym ogniu przez minimum godzinę, co jakiś czas mieszając. Jeśli zupa będzie się robić za gęsta, dodawaj więcej bulionu.

Kiedy wszystkie warzywa będą miękkie, dopraw zupę do smaku solą. Porwij na kawałki czerstwy chleb i dodaj go do zupy. Przemieszaj, zdejmij z ognia i odstaw na 10 minut. W międzyczasie posiekaj koperek i pietruszkę, a mozzarellę porwij na małe kawałki. Nakładaj zupę do głębokich talerzy. Każdą porcję dekoruj mozzarellą, koperkiem i/lub pietruszką oraz świeżo zmielonym czarnym pieprzem.

Przepis opracowany dla Hellozdrowie – tu link! Jedzcie (i nie szczędźcie sobie dokładek) po długim, mroźnym spacerze – smacznego.

ribollita w kawkowie

The 12 Dishes of Polish Christmas

Jakiś czas temu podporządkowałam swoje życie pracy nad projektem, którego efekt końcowy ujrzał przed kilkoma dniami światło dzienne. Od razu wykrzyczałam to na FB, ale moja internetowa wylewność nie pozwoliłaby mi przecież na tym zakończyć. Kto chciałby przeczytać dziś więcej na temat tego, jak razem z Culture.pl nakręciłam dwanaście anglojęzycznych filmów przedstawiających przepisy na polskie potrawy wigilijne – be my guest!

vlcsnap-2015-12-12-15h22m28s237.jpg

Mam szczęście za wieloletnią przyjaciółkę mieć pewną zdolną montażystkę, Martę. Już od jakiegoś czasu snułyśmy plany połączenia sił i kręcenia kulinarnych klipów. Szeroko rozumiana filmowa współpraca dobrze wychodziła nam od zawsze, choć ostatnie, co razem stworzyłyśmy (zapewne jakiś wciągający thriller, tudzież teledysk muzyczny) prawdopodobnie wciąż jest na VHS-ie. Zbieranie się do wspólnego nagrywania zajęłoby nam bez mała kolejne dziesięć lat... gdyby nie pojawił się bodziec nadający temu ręce, nogi i miano prawdziwego projektu.

Bodźcem był pierwszy mail od Sylwii z Instytutu Adama Mickiewicza. Kiedy przyszedł, tajemniczo napomykając o propozycji stworzenia kulinarnych filmów, byłam na kolacji z przyjaciółmi. Pobieżnie przeczytałam powiadomienie na telefonie i, mimowolnie zachichotawszy, od razu się tym z nimi podzieliłam. Moje towarzystwo nie mogło zdecydować czy zabawniejsza jest wizja Marianny gotującej przed kamerą niczym Robert Makłowicz, czy może raczej odcinek Kuchennych Rewolucji w moim domu? Żartom ze mnie na ekranie nie było końca. I podczas gdy najgłośniej chyba śmiałam się ja sama, kilka dni (i wiele maili) później znalazłam się na planie pierwszego filmu kulinarnego w swojej karierze.

Doskonale wiecie, że decyduję się na współprace wtedy, gdy są one w pełni zgodne z moim sercem i sumieniem. Od dawna gotowałam i będę gotować dalej z ziołami Baziółki pod ręką, to samo z prenumerowaniem Kukbuka i czytywaniem zdrowych newsów na hellozdrowie.pl. Kult czekolady Lindt wyznawałam na długo przed tą inicjatywą, a każdemu kto pyta gdzie jeść we Wrocławiu od dawna polecałam (i polecam dalej) Food Art Gallery. Współpraca z Culture.pl jest dla mnie kolejnym wyróżnieniem, bo to portal naprawdę bliski mojemu sercu. Czytuję go od lat, bardzo często wpadając w pułapkę licznych odnośników w artykułach, które przenoszą mnie do kolejnych i kolejnych tekstów. Zazwyczaj chodzę z głową w chmurach, ale jeśli zdarza mi się być na bieżąco z kulturalnymi newsami, prawie na pewno zawdzięczam to właśnie im. Jakby tego było mało, niezliczoną ilość razy ich zasoby ratowały mnie z opresji na studiach – nawet ostatnio, kiedy nagle okazało się, że już dawno powinnam była wybrać temat swojej pracy licencjackiej.

Teraz coś, co stworzyłam jest częścią tej skarbnicy wiedzy, a ja pękam z dumy i przybijam piątkę z Martą, bez której zupełnie nic by przecież nie powstało. Patrzymy na te filmy z zupełnie innej perspektywy niż Wy, to jasne. I mimo niedociągnięć, które w nich widzimy, ogromnie cieszymy się ze wspólnego sukcesu.

vlcsnap-2015-12-12-15h24m10s36.jpg

Nie ma co udawać, że kiszona kapusta nie klei się do noża przy krojeniu, a masa makowa na palcach wcale nie przypomina ziemi pod paznokciami. Domowe pierogi były, są i będą asymetryczne, a lepiąc je przez cały grudniowy dzień nietrudno dać się zaskoczyć zachodowi słońca (i kończyć robotę w ciemnopomarańczowym świetle). Podczas pracy nauczyłyśmy się, że to jest okej – kwestie, które z początku uważałyśmy za niedoskonałości, przy odpowiednim podejściu okazały się być po prostu autentyczne. Kręcone z ręki filmy postanowiłyśmy utrzymać w konwencji „podglądania” w kuchni. Jest naturalne światło, nierówne ujęcia, kadry przysłonięte plecami skupionej kucharki. Raz na jakiś czas jest trochę mnie, pojawia się nawet Luizjana, która dzielnie towarzyszyła mi w starciach z karpiami i piernikami. Chciałyśmy, żeby było szczerze, domowo i spokojnie. I choć te filmy miały trafiać w Wasze serca, a nie na duże ekrany, dostały nawet przemiłą nominację do Oscara :)

Post na Facebooku generalnie sprowokował ogromny napływ ciepłych słów i poparcia dla naszego projektu. Odświeżamy stronę bez przerwy, wciąż na nowo ładując zapasy dobrej energii płynącej z Waszych wiadomości i komentarzy. Za każde słowo ogromnie dziękujemy. Wciąż jesteśmy bardzo ciekawe Waszych opinii, dlatego piszcie jak najwięcej, co Wam się podoba, a co warto zmienić – musimy wiedzieć na przyszłość, aby każdy kolejny film był coraz lepszy!

Oto link do całego artykułu: http://culture.pl/en/article/the-12-dishes-of-polish-christmas (z tekstem Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux), a poniżej wstawiam wszystkie dwanaście filmów (koniecznie oglądajcie w HD!). Do moich ulubionych należą chyba kutia i makowiec, ale wiadomo, że nie od dziś mam obsesję na punkcie masy makowej. Marta wyjątkowo lubi jeszcze gołąbki.

Barszcz na zakwasie:

Zupa grzybowa:

Karp wigilijny:

Karp po żydowsku:

Śledzie w śmietanie (przepis mojej mamy!):

Pierogi z kapustą i grzybami:

Wigilijna kapusta z białą fasolą:

Gołąbki:

Kutia:

Piernik staropolski:

Makowiec:

Kompot z suszu:

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

Fantasmagorie

Nie mam dziś czasu na napisanie swojej ulubionej części, tj. wstępiku, a żałuję, bo chętnie sporo bym wam poopowiadała. Nie może mnie to jednak powstrzymać przed podzieleniem się z wami super przepisem na stuningowaną (oczywiście w zdrową stronę) wersję kultowego wege fast fooda. Szczególnie, że należy on do tych mogących stanowić ostatnią deskę ratunku - zrobienie dzisiejszych Fenomenalnych Falafeli zajmie wam maksymalnie piętnaście minut. Kiedy będą się piekły (tak, piekły - to odsłona, która nie dość że zdrowsza, to wymaga mniejszego zaangażowania),  wy zajmiecie się przygotowywaniem im smacznego towarzystwa - równie bezproblemowego (chyba, że zachce się wam upiec domowe pity - ja to zostawiam na kiedy indziej).

Niewiadomo jak i kiedy pojawi się przed wami piękne danie o kuszącym zapachu. Czas i wysiłek w nie włożone będą dla was tak niezauważalne, że zaczniecie się pytać samych siebie czy zawartość talerza to nie jakaś fantasmagoria z przepracowania. Podpowiem, nie zastanawiajcie się, tylko jedzcie za dwóch. Obiad z prawdziwego zdarzenia jest ważny dla dobrego funkcjonowania - zwłaszcza w okresach, w których nic innego mu nie sprzyja. Przez kilka tygodni nie ma snu, odpoczynku, spotkań, sportu, zabawy ani relaksu, niech więc będzie chociaż godne jedzenie!

Falafele z tego przepisu są pyszne, dodatek pistacji to strzał w dziesiątkę! Wychodzą jednak nieco suche, dlatego tak dobrze im w towarzystwie soczystej ostrej salsy i łagodnego kremowego sosu. Konsekwencją rezygnacji z tradycyjnego smażenia jest brak twardej brązowej skorupki, ale falafele są na brzegach lekko chrupiące. Chętnym nic nie stoi jednak na przeszkodzie by masę z tego samego przepisu zamiast piec, wrzucić na skwierczącą patelnię (a podmieniając kapustę na najprawdziwszą pitę, otrzymamy prawie 100% ortodoks). Tylko wówczas trzeba zmielić ciecierzycę i pistacje drobniej, na gładko.

pistachio-falafel-6209.jpg

Pieczone falafele pistacjowe
z prostą salsą pomidorową z chili i jogurtowym sosem tahini

Źródło przepisu

4 porcje (ok. 20 falafeli)

Na falafele:
1 puszka ciecierzycy
1/2 szklanki niesolonych pistacji (łuskanych)
1/2 cebuli
1 duży ząbek czosnku
po sporej garści: świeżej mięty i natki pietruszki
3 łyżki oliwy
1 łyżka dowolnej mąki (użyłam z ciecierzycy)
1 łyżeczka mielonego kuminu
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
duża szczypta soli

Na salsę:
4 pomidory (użyłam 2 dużych malinowych i 2 małych żółtych
1/2 dużego ogórka (lub 2 sztuki gruntowych)
1/2 świeżej papryczki chili
2 łyżki oliwy
świeże oregano lub tymianek
sól, pieprz

Na sos:
300 ml jogurtu greckiego
4 łyżki jasnej pasty tahini
1 mały wyciśnięty ząbek czosnku
sok z 1 cytryny
1 łyżeczka płynnego miodu
sól, pieprz

+ duże liście kruchej kapusty (ja użyłam pekińskiej, ale bardzo młodej, jej liście były za małe do formowania kopert. Wybierzcie taką, w którą swobodnie zawiniecie paczuszki), lub pita.
+ więcej świeżych ziół na wierzch i ew. dodatki – np. grillowane plastry bakłażana, hummus, rodzynki, co kto lubi.

Włączyć piekarnik (rozgrzać do temperatury 190 stopni), a w międzyczasie przygotować masę na falafele. W robocie kuchennym pociąć najpierw lekko same zioła (miętę i pietruszkę). Dodać pistacje, pulsacyjnie miksując lekko całość posiekać. Dodać wypłukaną ciecierzycę, oliwę, posiekaną cebulę i czosnek, kumin, sodę i sól. Mielić wszystko razem krótkimi seriami, w międzyczasie mieszając, aby było równomiernie. Nie miksować na całkiem gładko (widać na zdjęciu, że masa ma być lekko grudkowata). Lekko naoliwionymi dłońmi formować małe falafele i układać je na pergaminie. Piec ok. 20 minut, w połowie odwracając do góry nogami.

Przygotować salsę mieszając ze sobą wszystkie składniki (pomidory pokroić w dużą kostkę, kilka można zachować pod postacią łódek do dekoracji). Składniki na sos również wymieszać (najprościej raz-dwa zrobić to blenderem, łyżką ciężko połączyć całkowicie).

Zawijać falafele w liście lub pakować do pity. W obu wypadkach w towarzystwie słusznej ilości salsy oraz sosu. Smacznego! Falafele można przechowywać w lodówce przez kilka dni (w zamkniętym pudełku).

Bigos mojej mamy

Dziś znów oddaję głos specjalistce, która ma dla Was przepis na swój wspaniały, tradycyjno - nowoczesny bigos. Jest on niezbędny na bożonarodzeniowym stole. Nie będę tracić czasu na zapewnianie, że nie ma bez niego Świąt - każdy doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Bigos zaletę ma taką, że z każdym dniem odpoczywania w garze (smażony co jakiś czas na nowo, jak powidła) staje się smaczniejszy. Dlatego można przygotować go z wyprzedzeniem. Albo w ogóle się nie patyczkować i zapakować go do słoików wcześniej, oszczędzając sobie zmartwienia w czasie gorączki grudniowych przygotowań.

Każdy mówi tak o swoim, ale ten naprawdę jest najlepszy! Wiem, bo bigosu nie lubię, a zawartość poniższego garnuszka zjadłam ze smakiem około trzech minut po zrobieniu tego zdjęcia. Przepis oczywiście jest bazowy, można dowolnie go o coś wzbogacić. Mamie opornie szło spisywanie go i ujmowanie w liczbach i miarach, ponieważ przygotowując go nie patrzy w kartkę. Zawierza za to swoim zmysłom i, nieustannie próbując, dodaje do smaku to, czego bigosowi jej zdaniem jeszcze trzeba. Dajcie szansę tej metodzie, gwarantuje ona Wasz własny, osobisty sukces!

Świąteczny bigos mojej Mamy

To jest przepis na przepyszny bigos – ale nie staropolski, nie ze skrawków mięsa, które zostały po imprezie, bez dziczyzny, raczej bez wina.  Taka bardziej nowoczesna wersja, ale wszyscy (nawet sędziwi goście) bardzo chwalą. :-) Wszystkie składniki podaję „na oko” (przy takich proporcjach to niezły garnek potrzebny – ale można zrobić mniej, np. z połowy):

2 kg kiszonej kapusty (najlepiej ekologicznej)
Pół głowy (ok. 1,5 kg) kapusty białej
do 1 kg (ok 70 dkg) piersi indyka
do 1 kg (ok 70 dkg) chudej wołowiny
do 1 kg (ok 70 dkg) chudej wieprzowiny lub cielęciny – co kto lubi
1,5 dużego pętka (lub według uznania) kiełbasy wiejskiej (najlepszej)
2 duże torebki suszonych grzybów (prawdziwków i podgrzybków)
6 sztuk cebuli
1 duża paczka suszonych śliwek
1 litr przecieru pomidorowego (gęstego)
koncentrat pomidorowy (na wszelki wypadek)

przyprawy:

10 – 12 liści laurowych
mielone ziele angielskie
czarny pieprz
kminek (może być mielony)

Grzyby namoczyć – można na kilka godzin, ale ja zwykle na około 1 godzinę zostawiam. Potem ugotować - aż zmiękną. Ok. 1 godziny. Wyciągnąć grzyby cedzakiem – wywar zostawić. I pokroić jak kto lubi – nie za drobno, żeby można było trafić na spory kawałek w bigosie.

Kapustę kiszoną posiekać (na desce wziąć w dłoń tyle ile się zmieści i kroić dużym nożem najpierw wzdłuż a potem w drugą stronę – powstaną drobne kawałki, a nie długie pasma. Można wkładając do garnka odciskać sok – ale nie wylewać bo się może przydac. Zazwyczaj ekologiczna kapusta nie jest za kwaśna, a w sam raz, więc nie trzeba odciskać). Wrzucić do garnka, dodać trochę wody i dusić pod przykryciem aż zmięknie (ok. 45 min, do 1 godziny). Wrzucić połowę liści laurowych, i po łyżce pozostałych przypraw. To samo zrobić z białą kapustą – poszatkować drobno, do garnka, dodać wodę i przyprawy – dusić.

Jeśli zbyt mocny jest aromat, po ok. pół godziny gotowania można wyjąć wszystkie lub większkość liści laurowych.

Każdy rodzaj mięsa pokroic w kostkę(nie za małą - ok. 3 cm, indyk nawet większą) i podsmażać na patelni. Oczywiście można dodawać dowolne przyprawy (sól, czosnek, zioła). Potem do garnka i dusić. Ja duszę każdy gatunek osobno, bo potrzebują różnego czasu aby zmięknąć.

Krótko podsmażyć cebulę na patelni – zeszklić, nie rumienić (bardzo gruba kostka , ale też nie ćwiartki). Można z nią podsmażyć kiełbasę (obraną ze skórki i pokrojoną w niezbyt cienkie talarki – jak kto lubi).

Śliwki suszone pokroić – z grubsza na połówki. Kiedy obie kapusty będą w miarę miękkie – połączyć. Mieszac na ogniu. Sprawdzić czy wszystkie liście wyjęte – najlepiej policzyć przy wkładaniu – i zapisać :-)

Kiedy najtwardsze mięso (wołowina) będzie już mięciutka – wszystkie mięsa wrzucić do kapusty. Kiełbasę z cebulą też. Mieszac na ogniu. Dodać przecier pomidorowy. Mieszac na ogniu. Dodać grzyby – najpewniej też wywar (ale przez sitko – żeby czyściutki był). Dodać śliwki. Wszystko razem dusić mieszając jeszcze jakieś 15 – 20 minut. Potem odstawić w chłodne miejsce – jak przestygnie to do lodówki, następnego dnia można znowu zagotować - poddusić trochę.

Można w słoiki wyparzone w piekarniku gorący nakładać – i zakręcać.

Sprawdzić czy nie za mało pieprzu. Powinien wyjść dość kwaśny ale i słodki z wyraźną nutą grzybową. Można podlać wytrawnym winem, jak już wszystko połączone. Smacznego!

Mniej znaczy więcej. Inny coleslaw

Mniej znaczy więcej, moi mili. Jak bardzo oklepanej frazy nie stanowiłyby te słowa, na każdym kroku przekonywałam się ostatnio o ich prawdziwości.

A kiedy zauważyłam jak często przychodzi mi taka refleksja, zaczęłam instynktownie prowokować różne kwestie, aby jak najwięcej było z nią zgodnych. Mniej czasu oznacza zwiększoną aktywność. Jeśli mniej jest nas dla kogoś, tym większą sprawiamy mu radość w końcu się pojawiając. Mniejsza presja równa się większej efektywności, a mniej pomysłów to zwykle przecież cisza przed burzą. Zasadniczo mniej tutaj oznacza więcej gdzie indziej, i jestem przekonana, że dla deficytu każdej najcenniejszej nawet rzeczy można znaleźć pozytywne strony i profit gdzieś w innej (całkiem czasem odległej) sferze.

Tak jest z dzisiejszym przepisem. Mniej (no, naprawdę malutko) w nim dobrych przypraw i aromatycznych dodatków. Ale - i to właśnie dzięki temu! - większe moje do niego szczere upodobanie. Jego surowość sprawdza się w moim trybie życia stroniącym od utrudnień, a poza tym po prostu bardzo trafia w moje gusta! Pojedynczych smaków tu zaledwie kilka, ale każdy z nich jest wyeksponowany do odpowiedniej celebracji.

Oprócz tradycyjnego białego coleslawa, za którym nie przepadam, znam jeszcze jedną wersję. Taką właśnie na bazie czerwonej kapusty, ale w żadnym wypadku nie prostą. Jej pojedynczych składników nie spamiętam, ale to dopracowana smakowa kompozycja. Jest tam marchew, mnóstwo kolendry i pietruszki, świeży sok z pomarańczy, sos worcestershire, i pewnie jeszcze trochę niestandardowych dodatków. Jest wspaniała, ale przecież w życiu nie odtworzę jej w swojej małej kuchni. To jedna z tych receptur, które tworzą finalny efekt dodając tu kropelkę, tam szczyptę - minimalne ilości bardzo licznych składowych. Trzeba mieć do tego cierpliwość i bogato wyposażone kuchenne szafki. Nie mam tak naprawdę ani jednego ani drugiego, a jednak nie czuję przeważnie żadnego brakującego elementu. Za podstawowe kryterium wyboru potraw obieram ich prostotę, i jem pysznie, bez nudy, nie bez wyrazu. A za każdym razem kiedy odkrywam potencjał "pierwotnego" smaku, zachwyca mnie prawdziwość tych słów - moi mili, mniej znaczy więcej.

Coleslaw z czerwonej kapusty z granatem

Źródło przepisu

1 mała główka czerwonej kapusty (ok. 700-800 g)
1 duży owoc granatu
6 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia
1 łyżka białego octu winnego
2 płaskie łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli lub do smaku
to samo z czarnym pieprzem

Kapustę obrać z zewnętrznych liści, podzielić na cztery części i wyciąć twardy trzon. Resztę poszatkować najdrobniej jak się da. Przełożyć do dużej miski i dodać oliwę, ocet, cukier, sól i pieprz (na razie po 1/2 łyżeczki). Przemieszać łyżką, po czym zanurzyć w kapuście dłoń i wygnieść ją bezlitośnie, obtaczając w dressingu każde piórko. Niech trwa to dłuższą chwilę, kapusta przy okazji zmięknie odrobinę. Następnie dodać pestki z granata (powinno ich być ok. 1 szklanki). Wymieszać delikatnie łyżką. Spróbować i ewentualnie doprawić. Smacznego!

Aha, i najważniejsze: całusy ślę tym, bez których coleslaw nie spocząłby w pięknej emaliowanej misce widniejącej na zdjęciu. Mojej ulubionej! Dam głowę, że z innej nie smakowałby tak dobrze.