Na papierze

Trochę ponad tydzień temu moja przyjaciółka obchodziła urodziny. Przez natłok pracy nie mogłam z tej okazji przyjechać do Warszawy, musiałam więc zrobić co w mojej mocy, żeby wynagrodzić Weronice swoją nieobecność i przynajmniej duchem być w tym dniu tak blisko jak to możliwe. Koniec końców udało mi się nawet wręczyć jej prezent, za pośrednictwem drugiej przyjaciółki, razem z którą go stworzyłam. Połączyłyśmy siły i wspólnie – choć na odległość – zrobiłyśmy książkę kucharską, od początku do końca spersonalizowaną i osobistą. Każdy jej element (no, prócz jednej wklejonej głowy Jamiego Olivera) wykonałyśmy ręcznie, co było nie lada wyzwaniem, bo żadna z nas nie grzeszy szczególnym talentem plastycznym. Mimo to, a może też trochę dzięki temu, prezent  sprawił dużo radości i otrzymał wiele komplementów! Jako dwie mało wybitne artystki poczułyśmy się docenione, a ja dodatkowo na tyle na ile się dało zaspokoiłam swoje obawy i niepokoje spowodowane niemożnością bezpośredniego uściskania swojej starzejącej się przyjaciółki.

Babka oliwna z lukrem rozmarynowym i coulis z owoców leśnych nie była częścią Weronikowej ksiązki kucharskiej. Po prostu trochę rozpędziłam się w tej zabawie w akwarelki. A że na głowie mam w ostatnim czasie mnóstwo rzeczy, którymi ani trochę nie chce mi się zajmować, uznałam to też za mniejsze – bo bardziej produktywne – zło, niż wymówki w postaci wychodzenia z domu, oglądania filmów czy spania.

Początkowo wpis ten miał być ochrzczony Zmianą medium, bo planowałam całkowicie zastąpić zdjęcia malunkami (tak jak w książce). W międzyczasie wyszło jednak na jaw, że czeka mnie jeszcze trochę treningu z pędzlem zanim będę w stanie przedstawić pyszne ciasto tak przekonująco na papierze, jak prezentuje się ono w rzeczywistości, tj. uwiecznione na zdjęciu. Ostatecznie więc jest miszmasz dwóch technik, tak czy inaczej miła odskocznia, a ja wracam do obowiązków, od których nie mam już teraz żadnej ucieczki.

Babka oliwna z lukrem rozmarynowym i coulis z owoców leśnych

IMG_0425.jpg

Smacznego!

P.S. A kto jeszcze nie widział na fb ani instagramie, w najnowszym Kukbuku znalazł się mój przepis na jesienne śniadanie, pudding jaglany z karmelizowanym pasternakiem i masłem migdałowym. Zbiera pochwały, więc polecam całym sercem - będę smazyć się w piekle za ten brak skromności, ale mogłabym to jeść dzień w dzień...

Do usłyszenia,

Marianna

Żytnie naleśniki

Patrząc na dzisiejszy przepis, przygotowując zdjęcia i wspominając ten smak, chciałam zacząć od tego, że nie znam osoby, która nie lubiłaby naleśników.

Po chwili zorientowałam się, że to niestety nieprawda. Co więcej, w niedalekiej przeszłości sama nie byłabym pewna co odpowiedzieć, gdyby ktoś zapytał mnie o skojarzenia z tym daniem. Przypominały mi się z tłustawe, zdecydowanie zbyt grube placki, bo tylko w takiej postaci potrafiłam je sobie przyrządzić jako dziecko (a była to druga, zapewne po jajecznicy, potrawa, której się nauczyłam). Wspomnienie to odeszło w niepamięć niedługo po mojej przeprowadzce do Paryża, gdzie naleśniki bez dwóch zdań figurują jako kulinarny klasyk.

Francuzi opanowali do perfekcji sposób przygotowania i podania crêpes, odczarowując w ten sposób na zawsze mój doń ambiwaletny stosunek. Niezależnie od tego czy jedzone w jednej z bretońskich naleśnikarni przy Rue du Montparnasse, czy z ulicznej budki na kółkach dla turystów pod wieżą Eiffla, tamtejsze crêpes zawsze były pyszne i idealnie cieniutkie.

Nie pozostało mi nic innego, jak nauczyć się robić takie naleśniki w domu. Po powrocie, pierwszy raz od kilku ładnych lat sama zabrałam się za smażenie. Myślałam, że będzie to wymagało nauki na błędach i co najmniej kilku nieudanych prób, ale już za pierwszym razem uzyskałam przepyszny pożądany efekt. Z każdym kolejnym podejściem zaczęłam do naleśników podchodzić odważniej, i tak powstała wersja pełnoziarnista, a teraz również stuprocentowo żytnia. W tych dwóch odsłonach smakują inaczej, mają orzechowy posmak i ciemniejszy kolor, ale nie tracą na delikatności, dlatego wciąż całkowicie spełniają wymogi mojego rozpieszczonego przez francuskich kucharzy podniebienia. Kluczem do tego smaku jest dodatek rozpuszczonego masła i bardzo rozrzedzone ciasto (by naleśniki rozlewały się na patelni na grubość papieru).

Crêpes są idealną propozycją na śniadanie, usmażone wieczorem mogą spokojnie przeczekać do rana w lodówce. Nadziewanie to kwestia gustu, ja zjadłam je z masłem orzechowym, syropem klonowym i jeżynami prosto z prywatnych krzaków. 

Żytnie naleśniki

(1 porcja, ok. 5 dużych ale cienkich naleśników)

1/4 szklanki mąki żytniej razowej
1/3 szklanki jasnej mąki żytniej (typ 720)
1 jajko
1/3 szklanki mleka
1 łyżka stopionego masła
ew. 1 łyżka cukru (ja użyłam brzozowego)
szczypta soli
woda, najlepiej gazowana - do konsystencji

Wszystkie składniki zmiksować ze sobą dokładnie (ja robię to przy pomocy zwykłego blendera z kielichem). Na koniec dodawać wodę do uzyskania lejącego, gładkiego ciasta. Im więcej dodamy wody tym naleśniki będą cieńsze i dziurawe, ale i trudniej będzie je przewrócić. W miarę możliwości ciasto odstawiamy je na 15 minut by odpoczęło.

Patelnię przed smażeniem należy naprawdę mocno rozgrzać. Jeśli jest to dobrej jakości teflon, można śmiało pominąć jakikolwiek tłuszcz, ja zawsze używam kapki oleju jedynie przed pierwszym naleśnikiem. Z przewracaniem należy czekać do ostatniej chwili - brzegi naleśnika muszą mocno zbrązowieć, inaczej może on porwać nam się w dłoniach. Przez to, po usmażeniu, naleśniki mogą być miejscami chrupkie, sztywne - wystarczy układać je na kupie i na bieżąco zamykać pokrywką od patelni lub drugim talerzem. Momentalnie zmiękną od własnego ciepła, i będą najdelikatniejszymi z jakimi mieliście przyjemność. Smacznego