Nie tak całkiem

IMG_2315.jpg

Te przepisy szykowałam kiedy kwitły jabłonie. Dziś dojrzałe owoce z impetem spadają z drzew przez cały dzień i noc. A przepis aktualny, bo taki to dziwny rok, że trwa sezon na wszystko naraz. Jedyne, czego już nie ma to szparagi, ale to żaden problem – podmieńcie je na brokuła lub zieloną fasolkę, a wyjdzie równie pysznie. 

Na kuchennym palniku stanie dziś tylko jeden garnek z wodą. Będziemy obserwować jak nabiera ona coraz bardziej zielonkawej barwy, po kolejnych partiach blanszowanych w niej warzyw. Wrzucone do wrzątku, będziemy je z niego wyławiać niemal od razu. Mgnienie oka – dokładnie tyle jest im potrzebne, żeby smakowały najlepiej. Na talerzach znajdzie się groszek cukrowy,  którego strączki są jędrne, soczyste i słodsze niż same ziarenka (ale jeśli nie znajdziecie odpowiednio młodego, możecie użyć też samych ziarenek). Małe pory, które podduszone na maśle w magiczny sposób nabierają jego cech i dosłownie rozpływają się w później ustach. Szparagi, ale ich najedliśmy się już w tym roku po pas... zamiast nich sięgnijcie po coś innego, najlepiej w równie pięknym zielonym kolorze. I pierwsze gruntowe ogórki, w pysznej chropowatej skórce – oczywiście na mizerię. Dodamy jeszcze tylko młode ziemniaki i otrzymamy klasyczny polski obiad – z jajkiem sadzonym, bez którego cały ten talerz miałby trochę mniej sensu.

IMG_2358.jpg
IMG_2315-3.jpg

Nie rezygnując z polskiej przewagi, urozmaicimy potem ten obiad egzotycznymi niuansami. Do warzyw dodamy japońską pastę miso, która rozpuści się w sosie tworząc słodko-słone, kremowe ragout. Zamiast śmietany do mizerii sięgniemy po tajskie mleko kokosowe (dorzućmy też dużo kolendry, która doda jej świeżości). A jajka posypiemy dymną papryką gochugaru z Korei, dzięki której nie będzie im trzeba ani szczypty soli. Umiejętność łączenia rodzimych skarbów, z tym, co dobre z daleka, to klucz do najpełniejszego wykorzystania potencjału tych wszystkich dobroci ze świata całego. O każdej porze roku.

IMG_2315 copy.jpg

Receptury z aktualnego numeru magazynu Aktivist, całość do podejrzenia tutaj, online. Jedliśmy to jako jeden z pierwszych w tym roku obiadów przy stole w ogrodzie. Teraz powoli szykujemy się na przedostatnie. 

IMG_2361.jpg

(Nie tak całkiem) klasyczny obiad polski

z ragoût z zielonych warzyw i miso,
orientalną mizerią
i jajem po koreańsku

 

4 porcje

 

– Mizeria kokosowa z kolendrą

  • 4 duże ogórki gruntowe
  • liście z dużego pęczka kolendry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1-2 łyżki soku z limonki
  • sól do smaku

Pokrój ogórki na cieniutkie plastry, korzystając z noża lub mandoliny. Umieść je w dużej misce, dodaj drobno posiekane liście kolendry, mleko kokosowe, sok z limonki i szczyptę soli. Dokładnie wymieszaj i w razie potrzeby dopraw do smaku. Możesz podawać od razu, ale najlepiej smakuje po schłodzeniu przez około 2 godziny w lodówce.

 

– Zielone ragoût z pastą miso

  • 800 g groszku cukrowego w strączkach
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • 25 g masła (w wersji wegańskiej zastąp olejem kokosowym)
  • 2 młode pory
  • szczypta soli
  • 2 łyżki nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 3 łyżki białej pasty miso
  • 100 ml gorącej wody
  • 200 ml mleka sojowego
  • skórka z 1 cytryny
  • parmezan w płatkach
     
  • oraz ok. 600 g młodych ziemniaków
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: jadalne kwiatki do dekoracji

Zagotuj duży garnek wody i delikatnie ją osól. Obok przygotuj miskę z zimną wodą i kostkami lodu. Najpierw wrzuć do wody strączki groszku, zblanszuj przez 1-2 minuty, a następnie wyłów (najlepiej sitem lub łyżką cedzakową) i od razu przełóż do wody z lodem. Dzięki temu zachowają piękny zielony kolor i będą chrupkie. Odłam zdrewniałe końcówki szparagów, a resztę pokrój na 2-cm kawałki. Główki odłóż, a pozostałe kawałki wrzuć do tej samej gotującej się wody i zblanszuj przez 2-3 minuty, aż zmiękną, ale wciąż będą jędrne. Na ostatnią minutę dorzuć główki szparagów. Wyłów i również umieść w misce z lodowatą wodą. Garnek zachowaj do gotowania młodych ziemniaków – wrzuć je do wody wyszorowane w całości.

Na głębokiej patelni lub w woku rozgrzej masło (lub olej). Dodaj posiekane w cienkie krążki pory (tylko białą i jasnozieloną część, bez ciemnych liści) i szczyptę soli. Duś przez 10 minut, dodając w międzyczasie cukier i odrobinę wody. Dorzuć do podduszonych porów odsączone strączki groszku i szparagi. W kubku wymieszaj pastę miso z gorącą wodą i dodaj na patelnię. Wlej także mleko sojowe. Wszystko razem delikatnie, ale dokładnie mieszając, podgrzej i gotuj przez pięć minut. Zdejmij z ognia, posyp świeżo startą skórką z cytryny i ewentualnie płatkami parmezanu.

Ugotowane ziemniaki odcedź, po nałożeniu na talerze rozgnieść na płasko widelcem, dopraw solą i obsyp jadalnymi kwiatami.

 

– Jajka sadzone z papryką gochugaru

  • 4 duże jajka
  • sól do smaku
  • 4 duże szczypty papryki gochugaru
  • olej do smażenia

Na dużej, płaskiej patelni rozgrzej warstwę oleju pokrywającą całą powierzchnię. Wbij na nią cztery jajka, każde dopraw delikatnie solą. Smaż przez kilka minut na niedużym ogniu, aż białko będzie ścięte, a żółtko wciąż płynne. Posyp papryką gochugaru i przekładaj na talerze.

 

Inna Wielkanoc

Jak ostatnio wspomniałam (tym razem na poważnie!), nadchodzącą Wielkanoc spędzam inaczej niż zazwyczaj. Z tej okazji Wam też proponuję w tym roku małą odmianę. Tyle na świecie odsłon świątecznego stołu, w ilu domach co roku obchodzone są święta. Niemal każda rodzina ma ukochane klasyki, przyrządzane według sekretnych przepisów dziedziczonych od pokoleń. Ale różnice mogą wynikać też z chęci unowocześnienia tradycji. W tym roku zamiast (lub oprócz!) bab i mazurków warto z okazji Wielkanocy upiec ciasto inne niż w pozostałych domach. Może być zupełnie zwyczajne, wystarczy dodać mu świątecznego ducha. Na przykład marchewkowe, wyjątkowe od samych koniuszków wieńczących jego królewską, tortową formę, aż po środek, czyli serce – pełne bakalii ciasto na mące gryczanej.

Gryczane ciasto marchewkowe
z kremem z ricotty i płatkami róży

na tortownicę o średnicy 16–18 cm (czyli 8–10 porcji)

Na ciasto:

  • 3 jajka

  • 40 g orzechów laskowych, posiekanych na duże kawałki

  • 150 g marchewki, startej na drobnych oczkach (2 duże lub 3 średnie sztuki)

  • 100–120 g drobnego, nierafinowanego cukru trzcinowego

  • 170 ml oleju roślinnego, np. z pestek winogron lub ryżowego

  • 1 łyżeczka octu jabłkowego lub z białego wina

  • 170 g pełnoziarnistej mąki gryczanej

  • 70 g jasnej mąki pszennej

  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

  • 1 płaska łyżeczka suszonego imbiru

  • 1 płaska łyżeczka cynamonu

  • niepełna łyżeczka soli

  • 40 g suszonej żurawiny

Na krem:

  • 250 g serka mascarpone

  • 250 g ricotty

  • 80 ml niepasteryzowanej śmietany kremówki

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1 laski wanilii

  • pół łyżeczki soli

  • 3–4 łyżki cukru pudru

  • suszone płatki róży do dekoracji

Przygotuj tortownicę o średnicy 16–18 cm. Dno wyłóż papierem, a boki posmaruj masłem lub odrobiną oleju. Piekarnik rozgrzej do 160 stopni.

Na najwyższych obrotach ubij jajka z cukrem. Kiedy masa będzie puszysta, dodaj olej i ocet i ubijaj jeszcze chwilę. W innym dużym naczyniu połącz suche składniki – obie mąki, proszek do pieczenia, sodę, imbir, cynamon i sól. Dokładnie wymieszaj, w międzyczasie dorzucając także bakalie. 

Wlej mokre składniki do miski z suchymi. Dodaj startą marchewkę i wszystko razem wymieszaj szpatułką, starając się, aby proces trwał jak najkrócej. Im mniej ruchów na tym etapie, tym lepiej urośnie nam ciasto! Przelej masę do formy i piecz 40–50 minut (do suchego patyczka). Po wyjęciu przestudź ciasto przez 10 minut w formie, a następnie wyjmij je i połóż do góry nogami. Dzięki temu wybrzuszony wierzch się spłaszczy, nie będzie więc konieczności odcinania go, aby otrzymać płaski tort. Zostaw do całkowitego ostygnięcia, a następnie długim nożem z piłką przekrój na trzy równe blaty.

W międzyczasie przygotuj krem. Do dużej miski włóż mascarpone i ubijaj przez kilka minut, aż lekko się napowietrzy. Następnie dodaj ricottę, śmietankę, ekstrakt waniliowy oraz sól i dalej ubijaj, aż składniki utworzą gładką masę. Łyżka po łyżce dodawaj cukier puder, aż krem będzie wystarczająco słodki. Ubijaj jeszcze chwilę, aż krem się usztywni. 

Spodni blat ciasta ułóż na obrotowej tacy, jeśli taką posiadasz. Będzie ci łatwiej rozprowadzać krem na jego brzegach. Jeśli nie masz tacy, ułóż spód od razu na paterze. Na pierwszy blat wyłóż około ¼ kremu z miski, równo rozprowadź i przykryj kolejnym blatem. Powtórz czynność, kolejną warstwę kremu przykryj wierzchnim blatem i na górze oraz bokach rozprowadź pozostały krem. Wierzch udekoruj suszonymi płatkami róży. Tort można podawać od razu, ale najlepiej kroi się oraz smakuje po schłodzeniu – w miarę możliwości odstaw go na kilka godzin do lodówki. 

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie.pl. Znajdziesz tam też garść przydatnych informacji na temat prozdrowotnych właściwości gryki!

Wesołych Świąt!

Pobudka

Ostatnie miesiące były dla mnie wymagające i pełne wrażeń. Kilka razy miałam pod górę i kusiło mnie, by zrobić w tył zwrot, a najchętniej po prostu uciec na drugi koniec świata albo zapaść w sen zimowy. Nie było mi dane; ale w tym ostatnim wyręczył mnie mój biedny, zapomniany blog. Bardzo długo nic się tu nie działo, ale przyszedł czas pobudki! Dzięki chwilowemu uśpieniu Coutellerie, dzięki słońcu i temperaturom już-prawie-dwucyfrowym, dzięki odkrytym letnim owocom w zamrażarce – wracam!

Przygotowanie wpisu na bloga to sporo zabawy. Znaleźć wolny poranek, zaplanować, ugotować, powtórzyć, powtórzyć jeszcze raz i spisać proporcje, wreszcie zrobić zdjęcia, przygotować je do publikacji i opatrzyć całość ładnym słowem wstępu. Choć przez jakiś czas czułam, że nie mam już do tej zabawy serca, to musiał być jakiś koszmar senny. Po pobudce okazuje się, że za tym – i za wami – tęskniłam!

Każdy wie, że po przebudzeniu najważniejsze jest śniadanie (zaraz po szklance wody z cytryną lub octem, ale o tym opowiem w następnym wpisie). Spoczywa na nim wielka odpowiedzialność – musi przygotować nas na nadciągający dzień, wartością odżywczą zapewniając krzepę, a pysznym smakiem dobry nastrój. Mam wspaniałą wiadomość! Udało mi się znaleźć poranek, zaplanować, zrobić, powtórzyć, spisać proporcje, sfotografować i napisać wstęp. I dziś na śniadanie jemy pełnoziarniste gofry z mąki gryczanej. Idealnie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, leciutkie. O orzechowym posmaku gryki, niesłodkie, a więc z solidnym kleksem syropu klonowego, na poduszce z kwaśnej śmietany i podduszonych jagód zamrożonych latem. Sycące i zdrowe, a cieszą jak deser nad Bałtykiem. Dla takiej pobudki warto było na trochę przysnąć.

Idealne gofry gryczane

4 porcje
źródło przepisu

  • 145 g pełnoziarnistej mąki gryczanej
  • 1 łyżka nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 1 ¼ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • duża szczypta soli
  • 1/2 łyżeczka mielonej wanilii lub cynamonu
  • 300 ml maślanki lub kefiru
  • 1 duże jajko
  • 30 g rozpuszczonego masła (4 łyżki) + więcej do smarowania gofrownicy
  • do podania: syrop klonowy, śmietana, owoce (użyłam zamrożonych latem jagód, lekko podgrzanych)

Rozgrzej gofrownicę do maksymalnej tempatury. Do dużej miski wsyp suche składniki – mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę, sól i wanilię (lub cynamon). W osobnym naczyniu wymieszaj maślankę lub kefir (użyłam mieszanki, bo akurat jedno i drugie miałam otwarte w lodówce), roztrzepane jajko i rozpuszczone masło. Wlej mokre składniki do suchych i wymieszaj szpatułką, tylko do połączenia, jak najkrócej! Ciasto będzie dość gęste, klejące trochę jak namoczone siemię lniane. Odstaw na 5 minut.

Powierzchnię gofrownicy smaruj odrobiną rozpuszczonego masła (najłatwiej robić to silikonowym pędzlem) przed każdą partia gofrów. Nakładaj około 2 łyżek ciasta na gofra (w zależności od rozmiaru gofrownicy). Gofrownicę otwórz dopiero kiedy już prawie nie będzie parowała. Te gofry mogą wymagać więcej czasu niż klasyczne, a jeśli wyjmiesz je za szybko, nie zrobią się chrupiące. Po wyjęciu ostudź przez minutę na kratce – będą jeszcze bardziej chrupiące. Podawaj z kwaśną śmietaną, owocami i syropem klonowym, ale też z miodem, masłem orzechowym lub migdałowym, z ricottą, mascarpone, dżemem czy konfiturą. Wolna amerykanka.

Jeśli nie masz gofrownicy możesz usmażyć z tego ciasta pancakes, też będzie pysznie!

Buraczejmy

Nikogo nie powinno zszokować jeśli powiem, że na zdjęciu powyżej, w środku rozpustnie wyglądającej porcji ciasta, chowa się spora dawka zdrowych warzyw. Dodawanie buraków do wypieków czekoladowych to patent znany i lubiany. Ale jeśli jest ktoś, kto za sprawą swojego magicznego dotyku mógłby osiągnąć tego rodzaju zabiegiem poziom doskonałości nieznany nikomu innemu, z całą pewnością jest to Nigel Slater. To jego przepisem inspirowane jest dzisiejsze ciasto czekoladowe z dodatkiem buraków, w którego szlachetnej słodyczy i idealnej wilgotności zupełnie się zatracicie.

Kariera buraków w Polsce rozwinęła się w czasach PRL-u, kiedy - jako składniki tanie i ogólnodostępne - szły na ratunek kuchennym nieurodzajom. Wielu z nas kojarzy je więc z taniością i prostotą. Nie ma w tych skojarzeniach nic złego, pod warunkiem, że się do nich nie ograniczamy. Bo w burakach jest tak naprawdę znacznie więcej - zdrowie, smak, i ogromny potencjał do kuchennych eksperymentów.

Buraki to kopalnia minerałów i składników odżywczych. Szczególnie bogate są w potas i magnez (dzięki czemu świetnie obniżają ciśnienie krwi i zapobiegają chorobom serca), a także w silne przeciwutleniacze zwane betacyjanami, które oprócz pięknego koloru zapewniają im właściwości przeciwnowotworowe i wspomagają wytwarzanie czerwonych krwinek. Buraki są też wspaniałym wyborem na detoks organizmu - działają zasadotwórczo, oczyszczają organizm z toksyn i mają mnóstwo błonnika i pektyny, które pomagają regulować procesy trawienne.

Zagadką jest dla mnie czym te wartościowe warzywa sobie na to zasłużyły, ale w języku potocznym zaczęto nazywać ich imieniem ludzi nadętych lub niewychowanych. Staram się bojkotować tę tendencję - uważam ją za bardzo niesprawiedliwą, bo (z moją ogromną doń sympatią) nie potrafię dostrzec związku między pysznym burakiem o pięknej, purpurowej barwie, a zwykłym gburem gatunku ludzkiego. Dziś, zamiast się tej tendencji pozbyć, postaram się zniwelować jej pejoratywne zabarwienie. Zachęcam wiem, bądźmy jak buraki, ale te prawdziwe - rumiani, pomocni w ciężkich czasach i dobrzy dla ludzkich serc!

Czekoladowe ciasto z burakami

8 porcji; na podstawie przepisu z drugiego tomu „Tender” Nigela Slatera

  • 250 g buraków

  • 200 g czekolady 70% kakao

  • 4 łyżki mocnej, świeżo zaparzonej kawy

  • 200 g masła

  • 135 g mąki

  • 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia

  • 3 łyżki kakao

  • 5 jajek

  • duża szczypta soli

  • 190 g drobnego cukru trzcinowego (nierafinowanego)

  • maliny (mogą być mrożone) lub inne owoce czy przetwory (wybierajmy raczej kwaśne), oraz jogurt grecki, śmietana lub mascarpone do podania

Buraki szorujemy, wkładamy do garnka, zalewamy nieosoloną wodą i wstawiamy na duży ogień. Gotujemy do miękkości, 30‒40 minut od zagotowania (jeśli są duże – młode buraki będą gotowe szybciej). Następnie odsączamy, studzimy pod strumieniem zimnej wody i obieramy (po prostu w dłoniach, skórka powinna odchodzić sama). Odcinamy końcówki i ręcznym blenderem lub w malakserze gnieciemy buraki na niezbyt gładkie purée.

Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Dodajemy kawę oraz masło pokrojone w małe kawałki. Bardzo delikatnie mieszamy, tylko tak, by „utopić masło”, i zostawiamy, by samo się rozpuściło. W międzyczasie przesiewamy mąkę z proszkiem do pieczenia i kakao. Rozbijamy i dzielimy jajka, białka do ubicia umieszczając w dużej misce lub naczyniu miksera. Żółtka roztrzepujemy w miseczce lub kubku widelcem.

Przygotowujemy formę „keksówkę” (25‒30 cm) lub tortownicę (dno wykładamy papierem do pieczenia, a boki smarujemy odrobiną masła). Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 180 stopni.

Zdejmujemy z kąpieli wodnej miskę z czekoladą i delikatnie mieszamy, aż do równomiernego połączenia z masłem i kawą. Odstawiamy na kilka minut do przestudzenia. Następnie wlewamy żółtka, mieszając jednocześnie szybkimi ruchami (najlepiej użyć do tego trzepaczki). Dodajemy też buraki i wszystko razem łączymy na jednolitą masę. Białka jajek ubijamy na sztywną pianę z dodatkiem sporej szczypty soli. Dodajemy cukier i ubijamy jeszcze minutę do połączenia. Następnie bardzo delikatnymi ruchami szerokiej szpatułki lub drewnianej łyżki łączymy pianę z masą czekoladowo-buraczkową. Mieszamy, robiąc tzw. ósemki i starając się, by jak najmniej powietrza uciekło z ubitych białek. Na sam koniec dodajemy mąkę z proszkiem i kakao i mieszamy jeszcze delikatniej.

Przekładamy masę do przygotowanej foremki. Pieczemy 45‒50 minut. Podajemy z lekko posłodzoną śmietaną, jogurtem greckim lub mascarpone i z ostatnimi w tym roku malinami. Smacznego!

Przepis opracowany oczywiście dla Hellozdrowie!

Cukinki

Mam za sobą kilka bardzo intensywnych miesięcy. Momentami wydawało mi się, że ten ostatni czas mnie pokona, ale dotrwałam, oto jestem! Wróciłam do gotowania. I choć nie w tej samej kuchni, bo znad Odry przeniosła się teraz nad Wisłę, to niezmiennie czuję się w niej na swoim starym, dobrym miejscu.

Nie brakowało mi jako tako czasu na gotowanie – jeść przecież trzeba, poza tym przygotowywanie uczt to jeden z moich ulubionych sposobów spędzania czasu z przyjaciółmi. Brakowało go za to na wyliczanie proporcji, pisanie i robienie zdjęć innych niż telefonowe. Ale teraz wykreśliłam wiele niezwiązanych z kuchnią obowiązków mojego dnia powszedniego, a cały czas, który dzięki temu dostałam w prezencie, zamierzam spożytkować na pracę nad Coutellerie.

Wiele się z tym zamierzeniem wiąże ekscytacji. Nie tylko samym faktem, że blog wreszcie wróci do życia. W obliczu mojego postanowienia wiele rzeczy pozornie z nim niezwiązanych nabiera ogromnego znaczenia. Wysokie, jasne okna w moim domu oznaczają potencjał dla fotografii dań, które ujrzycie w przyszłości. Nadejście jesieni ekscytuje mnie, bo to pora mojego ulubionego jedzenia – ciepłego i comfortowego. A mieszkanie w Warszawie z radością wiążę z wieloma lokalnymi przywilejami – jak na przykład to, że każdego dnia mogę teraz przebierać w warzywach wykopanych chwilę wcześniej na polu państwa Majlertów. Ostatnio odwiedziłam ich gospodarstwo po raz pierwszy i siłą trzeba mnie było wyciągać spomiędzy grządek. (Niedługo pokażę więcej!)

Nikt chyba nie zaprzeczy, że im coś mniejsze, tym ma więcej uroku. Kociaki, niemowlęta, okrągłe francuskie serki w czerwonym wosku, nawet czeskie słowa przypominające nasze zdrobnienia! Miniaturowe rzeczy mają w sobie coś ujmującego, a kiedy coś jest „mini” podwójnie, nie sposób przejść koło tego obojętnie. Dlatego od Majlertów wyjechałam z torbą cukinek skandalicznie uroczego rozmiaru, a jedyne co nie było w nich mini-mini to smak. Na talerzach wylądowały podsmażone z dużą porcją ziół, oliwy i słodkiego czosnku, i powiem wprost – to było maksymalnie dobre.

Cukinki z patelni
z mozzarellą, jajem i chrupiącą komosą

2 porcje
luźno inspirowane tym przepisem, dzięki Dziennikom Stołowym 

  • ok. 600 g cukinii (jak najmniejszych)
  • 2 łyżki oliwy
  • porządna garść liści bazylii
  • mniejsza garść liści mięty
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka octu z czerwonego wina (można zamienić na biały, lub na balsamiczny jeśli macie chęć)
  • sól, najlepiej w płatkach, a jeśli posiadacie, to świetnie pasuje wędzona (używam Maldon)
  • 1 kulka mozzarelli
  • 2 jajka + łyżka białego octu winnego do gotowania
  • chrupiąca quinoa do posypania (przepis poniżej)

Jeżeli uda się nam zdobyć cukinie „mini mini”, przepoławiamy je wzdłuż; jeśli używamy większych okazów, kroimy je na talarki o grubości minimum 1 centymetra. W największej patelni jaką mamy rozgrzewamy łyżkę oliwy i rozprowadziwszy ją równomiernie, układamy cukinie tak, aby każda dotykała powierzchni patelni. Może okazać się konieczne rozłożenie smażenia na dwie tury. Na dużym ogniu i często mieszając podsmażamy cukinie przez 5-7 minut, aż zaczną nabierać gdzieniegdzie koloru ciemnego złota. Kiedy podsmażymy wszystkie tury, możemy bez obaw ułożyć je na patelni nie przejmując się już spiętrzeniem.

Podczas smażenia cukinii szykujemy resztę składników. Drobno siekamy czosnek, a także bazylię i miętę. Do ziół używamy bardzo ostrego noża, aby ich nie miażdżyć! Posiekane składniki wrzucamy na patelnię z gotowymi cukiniami i dodajemy łyżkę oliwy i ocet. Intensywnie mieszając śmiałymi ruchami patelni, wszystko razem smażymy do idealnego połączenia smaków, około 2 minut. Na koniec doprawiamy solą i gotowe. Układamy na dwóch talerzach, dodajemy porwaną na kawałki mozzarellę (ja najbardziej lubię tę z mleka bawolego - di bufalę) i po jednym jajku w koszulce. Posypujemy chrupiącą quinoą, świężo mielonym czarnym pieprzem i gotowe!

Na gotowanie jajek w koszulce metod jest chyba tyle, ilu kucharzy. Ja robię to tak: w garnku (niezbyt głębokim, ale o jak największej powierzchni) gotuję wodę z octem winnym. Kiedy zawrze, zmniejszam ogień do minimum, tak aby tylko delikatnie sobie bąbelkowała. Jajko wbijam do filiżanki i lekko ją zanurzając, powoli „wykładam” je z niej do wody. Nigdy nie robię wiru, miałam do tej metody kilka podejść i żadne nie skończyło się dobrze. Zamiast tego w spokojnej wodzie delikatnie podwijam jajko od spodu do góry łyżką. Gotuję 1-2, czasem prawie 3 minuty – zależy od rozmiaru jajka, temperatury wody, i wielu innych czynników – najlepiej sprawdzić wyławiając jajko i dotykając palcem ocenić stan ścięcia białka. Następnie przekładam je niezwłocznie do zimnej wody z kostkami lodu, a dopiero później odsączam i podaję.

Chrupiąca quinoa

  • 1 szklanka komosy ryżowej dowolnego koloru
  • 1-2 łyżki oliwy

Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni. Komosę ryżową wysypujemy na blaszkę, dodajemy oliwę i dokładnie mieszamy. Prażymy około 10 minut, co jakiś czas mieszając i pilnując, by nie przypiekła się za mocno. Po wyjęciu z piekarnika całkowicie studzimy i przechowujemy w szczelnie zamkniętym słoiku.

Do usłyszenia niedługo!