Pobudka

Ostatnie miesiące były dla mnie wymagające i pełne wrażeń. Kilka razy miałam pod górę i kusiło mnie, by zrobić w tył zwrot, a najchętniej po prostu uciec na drugi koniec świata albo zapaść w sen zimowy. Nie było mi dane; ale w tym ostatnim wyręczył mnie mój biedny, zapomniany blog. Bardzo długo nic się tu nie działo, ale przyszedł czas pobudki! Dzięki chwilowemu uśpieniu Coutellerie, dzięki słońcu i temperaturom już-prawie-dwucyfrowym, dzięki odkrytym letnim owocom w zamrażarce – wracam!

Przygotowanie wpisu na bloga to sporo zabawy. Znaleźć wolny poranek, zaplanować, ugotować, powtórzyć, powtórzyć jeszcze raz i spisać proporcje, wreszcie zrobić zdjęcia, przygotować je do publikacji i opatrzyć całość ładnym słowem wstępu. Choć przez jakiś czas czułam, że nie mam już do tej zabawy serca, to musiał być jakiś koszmar senny. Po pobudce okazuje się, że za tym – i za wami – tęskniłam!

Każdy wie, że po przebudzeniu najważniejsze jest śniadanie (zaraz po szklance wody z cytryną lub octem, ale o tym opowiem w następnym wpisie). Spoczywa na nim wielka odpowiedzialność – musi przygotować nas na nadciągający dzień, wartością odżywczą zapewniając krzepę, a pysznym smakiem dobry nastrój. Mam wspaniałą wiadomość! Udało mi się znaleźć poranek, zaplanować, zrobić, powtórzyć, spisać proporcje, sfotografować i napisać wstęp. I dziś na śniadanie jemy pełnoziarniste gofry z mąki gryczanej. Idealnie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku, leciutkie. O orzechowym posmaku gryki, niesłodkie, a więc z solidnym kleksem syropu klonowego, na poduszce z kwaśnej śmietany i podduszonych jagód zamrożonych latem. Sycące i zdrowe, a cieszą jak deser nad Bałtykiem. Dla takiej pobudki warto było na trochę przysnąć.

Idealne gofry gryczane

4 porcje
źródło przepisu

  • 145 g pełnoziarnistej mąki gryczanej
  • 1 łyżka nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 1 ¼ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • duża szczypta soli
  • 1/2 łyżeczka mielonej wanilii lub cynamonu
  • 300 ml maślanki lub kefiru
  • 1 duże jajko
  • 30 g rozpuszczonego masła (4 łyżki) + więcej do smarowania gofrownicy
  • do podania: syrop klonowy, śmietana, owoce (użyłam zamrożonych latem jagód, lekko podgrzanych)

Rozgrzej gofrownicę do maksymalnej tempatury. Do dużej miski wsyp suche składniki – mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę, sól i wanilię (lub cynamon). W osobnym naczyniu wymieszaj maślankę lub kefir (użyłam mieszanki, bo akurat jedno i drugie miałam otwarte w lodówce), roztrzepane jajko i rozpuszczone masło. Wlej mokre składniki do suchych i wymieszaj szpatułką, tylko do połączenia, jak najkrócej! Ciasto będzie dość gęste, klejące trochę jak namoczone siemię lniane. Odstaw na 5 minut.

Powierzchnię gofrownicy smaruj odrobiną rozpuszczonego masła (najłatwiej robić to silikonowym pędzlem) przed każdą partia gofrów. Nakładaj około 2 łyżek ciasta na gofra (w zależności od rozmiaru gofrownicy). Gofrownicę otwórz dopiero kiedy już prawie nie będzie parowała. Te gofry mogą wymagać więcej czasu niż klasyczne, a jeśli wyjmiesz je za szybko, nie zrobią się chrupiące. Po wyjęciu ostudź przez minutę na kratce – będą jeszcze bardziej chrupiące. Podawaj z kwaśną śmietaną, owocami i syropem klonowym, ale też z miodem, masłem orzechowym lub migdałowym, z ricottą, mascarpone, dżemem czy konfiturą. Wolna amerykanka.

Jeśli nie masz gofrownicy możesz usmażyć z tego ciasta pancakes, też będzie pysznie!

Na Polskim Stole #1

Nie pochodzę z Dolnego Śląska, ale z Wrocławiem związana jestem już dłuższą chwilę. Możliwe, że w jakimś stopniu to, o czym dziś chcę Wam opowiedzieć jest dla mnie wyjątkowe ze względu na lokalny charakter. Jednocześnie, nawet jeśli by tak było, nie mam wątpliwości, że spodoba się również tym z Was na drugim końcu kraju (a może i świata).

Projekt Polski Stół to efekt współpracy między trzema dolnośląskimi fabrykami – porcelany (Kristoff w Wałbrzychu), naczyń kamionkowych (Manufaktura w Bolesławcu) i szkła kryształowego (Huta Julia w Piechowicach). Wytwórcy, zamiast postrzegać się nawzajem jako konkurencję, połączyli siły i razem stworzyli kolekcję zastawy stołowej. W jej ramach powstały trzy sety (dwa śniadaniowe i jeden deserowy), każdy składający się z elementów wytworzonych przez poszczególnych producentów. Przewodnim motywem ich dekoracji jest heksagon przypominający plaster miodu. Piękna jest ta idea przywracania zapomnianego polskiego rzemiosła na dzisiejsze stoły; mnie szczególnie ujmuje też płynność jaką osiąga tu połączenie tradycji – tj. technik produkcji niezmiennych często od dekad – z nowoczesnością, czyli współczesnym wzornictwem i oczekiwaniami młodych odbiorców.

zdjęcie:  polskistol.com

zdjęcie: polskistol.com

Śniadanie w Food Art Gallery we Wrocławiu, dzięki któremu pierwszy raz usłyszałam o projekcie, odbyło się już prawie dwa miesiące temu. Z różnych przyczyn przekazuję Wam dobrą nowinę dopiero teraz. Kiedy z wyszłam ze spotkania (jak zwykle mimowiednie układając w głowie hymny uznania dla Mariusza Kozaka, który odpowiadał za to, co serwowano na naszym Polskim Stole), miałam ochotę otworzyć komputer i bezzwłocznie opisać Wam świetność tej nowej rodzimej inicjatywy. Ale pośpiech jest ojcem niedoskonałości, i choć odpowiednie podejście do tematu zajęło mi trochę czasu, cieszę się, że dziś mogę prezentować Wam te produkty dokładnie tak, jak je widzę – wypełnione polskimi pysznościami. 

Koordynatorka projektu Kasia Świętek i opowieści o tym, jak to się wszystko właściwie zaczęło.

Na pierwszy ogień idzie Huta Julia, w moim zestawie odpowiedzialna za kryształową szklankę, której urodę aż żal trwonić zaledwie na napoje. Dla mnie to przedmiot tak piękny, że zasługuje na pełnoprawne śniadaniowe danie – tym bardziej jeśli pomyślę o tym jak liczne było grono osób, które pracowały nad jej powstaniem.

Agnieszka Blacheta, zarządca huty, długo i barwnie opowiadała o tym, jak skrupulatna praca rąk odpowiedzialna jest za każdy przedmiot wychodzący z fabryki. Ciężko w to uwierzyć, kiedy opracowane z aptekarską dokładnością szkło nie prezentuje ani pół skazy demaskującej jakiekolwiek ludzie omsknięcie!

P.S. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o procesie powstawania kryształów i codziennym dniu pracowników Julii, przeczytajcie ten reportaż z wizyty w hucie.

W szklankach z Huty Julia na moim Polskim Stole wylądował budyń z siemienia lnianego, czyli rodzima odpowiedź na szlagierowy chia pudding. Z samych polskich dóbr – lnu, maślanki, miodu, zimowych jabłek i malin zamrożonych zeszłego lata. Zachwycający – zróbcie!

Zabieram się za przygotowywanie specjałów do porcelany i kamionki! I bardzo jestem ciekawa - co Wy najchętniej widzielibyście na swoich Polskich Stołach?

Budyń z siemienia lnianego -
- chia pudding po polsku

2 porcje

6 łyżek siemienia lnianego
400 ml maślanki*
1 pełna łyżka miodu + więcej do podania
1 łyżka ekstraktu waniliowego**
szczypta soli morskiej
sezonowe owoce do podania (można wykorzystać też mrożone)

** Robię go też na mleczku kokosowym, w tej samej ilości (400 ml to jedna puszka). Dodaję wtedy kilka kropel soku z cytryny.
*
Można zastąpić ziarenkami z 1 laski wanilii, lub pominąć jeśli żadnego nie mamy.

Dwie z sześciu łyżek siemienia lnianego drobno mielimy (ja robię to w elektrycznym młynku do kawy). Łączymy z pozostałymi czterema łyżkami całych ziaren i zalewamy maślanką (lub mleczkiem kokosowym). Dodajemy wanilię, miód i szczyptę soli. Mieszamy intensywnie i odstawiamy do napęcznienia na minimum 5 godzin (najlepiej na całą noc). Idealnie jeśli w ciągu pierwszej godziny uda nam się kilka razy przemieszać pudding, aby gęstniał równomiernie.

Rano przygotowujemy owoce do przełożenia puddingu. Najlepiej polskie :) ale wykorzystajcie to, na co macie akurat ochotę. Na moich zdjęciach widzicie ciepłe prażone jabłka z cynamonem oraz maliny zamrożone latem 2015 roku. W szklankach układamy warstwy owoców i puddingu, a wierzch możemy udekorować ulubionymi orzechami czy pestkami. Całość polewamy jeszcze odrobiną polskiego miodu i podajemy. Smacznego!

Na papierze

Trochę ponad tydzień temu moja przyjaciółka obchodziła urodziny. Przez natłok pracy nie mogłam z tej okazji przyjechać do Warszawy, musiałam więc zrobić co w mojej mocy, żeby wynagrodzić Weronice swoją nieobecność i przynajmniej duchem być w tym dniu tak blisko jak to możliwe. Koniec końców udało mi się nawet wręczyć jej prezent, za pośrednictwem drugiej przyjaciółki, razem z którą go stworzyłam. Połączyłyśmy siły i wspólnie – choć na odległość – zrobiłyśmy książkę kucharską, od początku do końca spersonalizowaną i osobistą. Każdy jej element (no, prócz jednej wklejonej głowy Jamiego Olivera) wykonałyśmy ręcznie, co było nie lada wyzwaniem, bo żadna z nas nie grzeszy szczególnym talentem plastycznym. Mimo to, a może też trochę dzięki temu, prezent  sprawił dużo radości i otrzymał wiele komplementów! Jako dwie mało wybitne artystki poczułyśmy się docenione, a ja dodatkowo na tyle na ile się dało zaspokoiłam swoje obawy i niepokoje spowodowane niemożnością bezpośredniego uściskania swojej starzejącej się przyjaciółki.

Babka oliwna z lukrem rozmarynowym i coulis z owoców leśnych nie była częścią Weronikowej ksiązki kucharskiej. Po prostu trochę rozpędziłam się w tej zabawie w akwarelki. A że na głowie mam w ostatnim czasie mnóstwo rzeczy, którymi ani trochę nie chce mi się zajmować, uznałam to też za mniejsze – bo bardziej produktywne – zło, niż wymówki w postaci wychodzenia z domu, oglądania filmów czy spania.

Początkowo wpis ten miał być ochrzczony Zmianą medium, bo planowałam całkowicie zastąpić zdjęcia malunkami (tak jak w książce). W międzyczasie wyszło jednak na jaw, że czeka mnie jeszcze trochę treningu z pędzlem zanim będę w stanie przedstawić pyszne ciasto tak przekonująco na papierze, jak prezentuje się ono w rzeczywistości, tj. uwiecznione na zdjęciu. Ostatecznie więc jest miszmasz dwóch technik, tak czy inaczej miła odskocznia, a ja wracam do obowiązków, od których nie mam już teraz żadnej ucieczki.

Babka oliwna z lukrem rozmarynowym i coulis z owoców leśnych

IMG_0425.jpg

Smacznego!

P.S. A kto jeszcze nie widział na fb ani instagramie, w najnowszym Kukbuku znalazł się mój przepis na jesienne śniadanie, pudding jaglany z karmelizowanym pasternakiem i masłem migdałowym. Zbiera pochwały, więc polecam całym sercem - będę smazyć się w piekle za ten brak skromności, ale mogłabym to jeść dzień w dzień...

Do usłyszenia,

Marianna

Nikt nie sprosta

Z natury jestem raczej bezkonfliktowa, ale w pewnych kwestiach nie chodzę na kompromisy. Z jagodziankami sprawa jest prosta - mojemu ideałowi nikt nie sprosta.

Próbuję co roku, ale jeszcze bez sukcesu. Nie znalazłam nigdzie miejsca z jagodziankami, które by mnie w pełni usatysfakcjonowały. Pewnie, ciasto drożdżowe jest dobre nawet samo w sobie, ale w tym przypadku nie najważniejsze - powinno przecież pękać z przepełnienia jagodami i uginać się pod ogromem kruszonki. Piekarnie zazwyczaj o tym zapominają. Oczywiście wszystkie  jagodzianki, które są świeże i naturalne jem ze smakiem, ale żeby w pełni się zaspokoić, muszę - jak w przypadku tylu innych rzeczy! - upiec je sobie sama.

Trochę dziś oszukuję, bo jako że jestem uzależniona od drożdżówek i robię je naprawdę często, zdjęcia są z kilku różnych okazji i nie za każdym razem przedstawiają jagodzianki. Na przykład w brioszkach ze zdjęć poniższych (oraz z pierwszego) w środku znajdowały się maliny. Prezentowały imponującą fuksję i, kwaśne, świetnie kontrastowały z ogromną ilością kruszonki.

Dlatego dzisiaj dzielę się przede wszystkim przepisem na samo ciasto drożdżowe, a wariant w jakim je wykorzystacie może być jeszcze inny od tych proponowanych przeze mnie. Jaki by to jednak nie był eksperyment, nie ma szans że wyjdzie niesmaczny, bo ta brioszka to cudo, idealnie maślana i puszysta, ach.

Najsmaczniejsze na świecie jagodzianki
(i nie tylko, czyli przepis na idealne, uniwersalne ciasto brioche)

9-12 porcji (w zależności od wielkości bułeczek)
Źródło przepisu

Ciasto:
370 g mąki pszennej
50 g świeżych drożdży
 100 ml ciepłego mleka
50 g drobnego cukru trzcinowego
3 jajka
150 g prawdziwego masła, miękkiego
łyżeczka ekstraktu waniliowego
szczypta soli

Kruszonka:
50 g prawdziwego masła, miękkiego
60 g mąki
60 g cukru trzcinowego

+ jagody, ok. 600 g (lub dowolne inne owoce, np. maliny czy wiśnie*)

W dużej misce wymieszać drożdże z ciepłym mlekiem, łyżeczką cukru i mąki. Odstawić na kilka minut w ciepłe miejsce do spienienia. Następnie dodać przesianą mąkę, sól, cukier, ekstrakt waniliowy i roztrzepane jajka (zostawić 1-2 łyżki jajek, do posmarowania bułeczek). Zacząć zagniatanie ciasta (mikserem z hakiem) i stopniowo dodawać kawałki miękkiego masła. Wyrabiać intensywnie przez kilka minut, najlepiej nie mniej niż dziesięć. Ma być elastyczne i pięknie odchodzić od ścianek miski. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia (aż podwoi objętość, zwykle około 1 – 1,5 godziny, podczas upałów wystarcza 40 minut). Po tym czasie ciasto odgazować uderzając w nie pięścią.

Odrywać po małym kawałku (optymalne są kulki wielkości małego pomidora), rozpłaszczać na dłoni, do środka pakować jagody (ile tylko uda się zmieścić, dwie kopiaste łyżki stołowe to minimum. Ja nie dodaję do nich cukru, ale jeśli lubicie słodkie smaki, to można je wcześniej z nim wymieszać). Zlepiać brzegi ciasta jak woreczek i nadawać bułeczkom okrągły kształt. Układać na blaszce wyłożonej pergaminem, łączeniem do dołu, w sporych odstępach. Po uformowaniu jagodzianek odstawić je jeszcze do podrośnięcia i w tym czasie nagrzać piekarnik do 190 stopni.

Przygotować kruszonkę ucierając masło, mąkę i cukier w palcach. Do jajek, które sobie zostawiliśmy dodać trochę mleka i dokładnie posmarować bułeczki. Obsypać kruszonką, lekko ją dociskając, aby dobrze się trzymała. Wstawić do piekarnika na około 30-35 minut (grzanie góra-dół, najlepiej z termoobiegiem). Jeśli zbyt szybko by się zarumieniły, można przykryć folią aluminiową, ale nie należy skracać czasu pieczenia. Po wyjęciu z pieca studzić na kratce. Smacznego!

Uwaga: Tak jak pisałam, z tego samego przepisu można zrobić brioszki z dowolnymi owocami (szczególnie polecam te kwaśne, rewelacyjnie współgrają z delikatnym ciastem i slodką kruszonką – np. maliny czy porzeczki). Można też zrezygnować z nadzienia oraz kruszonki i upiec przepyszne (i bardzo uniwersalne) brioszki śniadaniowe – najlepsze z domową konfiturą, dobrym twarogiem, czy zupełnie same, maczane w kawie. „Czyste” kulki można piec obok siebie w wyłożonej papierem formie – tortownicy lub niedużej prostokątnej – pozwalając im się zrosnąć, otrzymujemy brioszki do odrywania. (Nie polecam tego w przypadku bułeczek z owocami, mają wtedy ograniczoną przestrzeń i raz zdarzył mi się w środkowej zakalec).

* Poza sezonem mogą być mrożone, dodajemy je bez rozmrażania ale mieszamy z 1-2 łyżeczkami skrobii (zwłaszcza te bardziej soczyste)

Niedecyzyjna

Trudną jest sztuka dokonywania wyborów. Od trzech tygodni męczę się z niemożliwą do podjęcia decyzją, która z nieprawdopodobną mocą zaważy na moich przyszłych losach. Liczyłam po cichu na to, że któreś drzwi same zatrzasną mi się przed nosem, ale nic z tych rzeczy - świat stoi otworem w obydwu wariantach, a ja miotam się w czymś przypominającym odwrotność konfliktu tragicznego - gdzie każda z opcji oferuje takie rewelacje, że nie sposób uznać wyższość którejkolwiek.

Odkąd wisi nade mną Wielka Decyzja, nie ma godziny, w której nie rozmyślałabym o tym jak bardzo nie potrafię podjąć tej właściwej. Trudne wybory dostrzegam tym samym we wszystkich pozostałych, nawet najbardziej prozaicznych sferach życia. Odechciewa mi się kupna nowego notatnika, kiedy każdy z czterech nowych kolorów w jakich jest dostępny wydaje mi się idealny. Co rano zdążam zjeść całe śniadanie zanim zdecyduję co zrobić w następnej kolejności, nie mówiąc o planowaniu reszty dnia. Zaś kiedy szukam pomysłu na tartę, przechadzam się godzinę po ogrodzie i, zbierając owoce, rozmyślam które najlepiej będzie ułożyć na wierzchu. A kończy się tak, jak widać na zdjęciu wyżej...

Nic bym więcej od życia nie chciała, jak tylko by w kwestii decydowania o swojej przyszłości, móc - tak jak w przypadku tarty - uznać, że biorę wszystko naraz.

IMG_7049-2.jpg

Jogurtowy krem à la pâtissière, który wypełnia prezentowaną dziś tartę jest wspaniały, znacznie lżejszy w smaku niż klasyczny. Jest słodki, ale przełamuje go delikatna kwaskowatość greckiego jogurtu. Dobrze komponuje się z wyrazistymi owocami, ja szczególnie upodobałam sobie jagody. Z kolei spód, jak na wykonany w całości z razowej mąki, jest zaskakująco kruchy. Bardzo go polecam, choć można oczywiście użyć innego, jeśli macie swoje sprawdzone klasyki. W obu przypadkach daję tej tarcie gwarancję pysznego smaku!

Tarta z jogurtowym crème pâtissière i letnimi owocami
na razowym cieście kruchym

forma o średnicy 23-26 cm
przepis na spód stąd

Ciasto:
225 g razowej mąki pszennej (drobnomielonej)
150 g prawdziwego masła, zimnego
40 g cukru pudru
szczypta soli

Krem:
225 ml mleka
3 żółtka
50 g cukru
50 g masła
3 łyżki z górką skrobii kukurydzianej (lub ziemniaczanej)
300 g jogurtu greckiego
pół laski wanilii lub 1 łyżeczka ekstraktu

+ ulubione letnie owoce (nie same słodkie borówki, warto dodać kwaśne porzeczki, maliny, jagody)

Przygotować ciasto. Mąkę przesiać (otręby, które zostaną na sitku wyrzucić), dodać cukier i sól i zagnieść z pokrojonym w kostkę masłem. Najłatwiej zrobić to z pomocą malaksera. Zagnieść kulę, owinąć ją w folię i schłodzić przez godzinę w lodówce. Po tym czasie ciasto rozwałkować między dwoma kawałkami folii spożywczej na grubość ok. 4-5 mm, tak aby utworzyło koło trochę większe niż forma do tarty. Wierzchnią warstwę folii zdjąć, ciasto przenieść do formy (wysmarowanej masłem) odwracając je po drodze. Pozbyć się drugiej folii. Wylepić formę dokładniej, wyrównując także brzegi. Podziurkować widelcem, przykryć pergaminem i wysypać fasolę, ryż lub specjalne groszki do pieczenia. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na 15 minut. Po tym czasie zdjąć obciążenie i pergamin i dopiekać jeszcze ok. 15-20 minut (do zezłocenia). Ostudzić całkowicie.

W międzyczasie zrobić krem. Ziarenka z wanilii wyskrobać i razem z laską wrzucić do mleka. Zagotować i zdjąć z ognia. W innym garnku żółtka utrzeć z cukrem i skrobią na puszysty kogel-mogel. Wciąż ubijając dodawać powoli gorące waniliowe mleko (laskę zachować na następny raz, jest w niej jeszcze dużo aromatu). Garnuszek niezwłocznie postawić na ogniu i nie przerywając ubijania doprowadzić do zagotowania. Masa musi bardzo zgęstnieć (bardziej niż budyń), trzeba pilnować dokładnego mieszania, bo lubi przywierać do dna! Przełożyć do miski i przykryć folią spożywczą (tak by dotykała bezpośrednio powierzchni). Odstawić do wystudzenia, a jogurt grecki przełożyć na sitko wyłożone gazą lub czystą kuchenną ściereczką, i odsączyć do konsystencji gęstego serka (ok. 1-2 godzin). Po całkowitym ostudzeniu budyniu zmiksować go z odsączonym jogurtem.

Wyłożyć krem na spód. Udekorować owocami i odstawić do schłodzenia, najlepiej na całą noc. Bezpośrednio przed podaniem można posypać (bardzo delikatnie!) cukrem pudrem, aby dodać urody. Tarcie smakuje wspaniale z filiżanką mocnej kawy. Smacznego!

(Uwaga: z tego przepisu można zrobić również małe tartaletki (spody piec wtedy o kilka minut krócej). To dobre rozwiązanie, jeśli obawiacie się kremu pâtissière - mnie też czasem z nim nie po drodze. Zwykle wychodzi, ale zdarza mu się gorzej zastygać i wówczas duża tarta, krojona na kawałki, może się rozpływać. Małe tartaletki rozwiązują problem, bo znikają na jeden raz!)