Þrjár dagar í Reykjavík *

* Ten wpis miał się ukazać mniej więcej rok temu. Ale gdyby tak się stało, wyglądałby zupełnie inaczej. Pamiętacie luźny mikro-przewodnik po stolicy południowej Francji, Trois jours à Marseille? Napisałam go po bardzo krótkim pobycie, mimo wszystko wypełnionym wieloma pysznościami. Podobny miałam pomysł na Reykjavik, który odwiedziłam na chwilę zeszłego lata. Tytuł dzisiejszego wpisu znaczy dosłownie „Trzy dni w Reykjaviku” – tyle mniej więcej spędziłam tam ja, to się zgadza. Mimo to tytuł jest zwodniczy. Bo zamiast niepewnie przedstawiać miasto sama, oddam dziś głos komuś kto zna je jak własną kieszeń i chętnie wtajemniczy Was w jego najlepsze smaczki.

Rejkiawiczanie których domy znajdują się na parterze, mają uroczy zwyczaj ozdabiania swoich parapetów gadżetami umilającymi przechodniom spacer. Powiększcie to zdjęcie i przyjrzyjcie się ile obrazków, figurek i zabawek uśmiecha się do Was z tych domowych witryn. Chodząc po mieście nie mogłam przestać zastanawiać się kim są ludzie, którzy je tam ustawili. Czasami udało się zajrzeć przez okno do środka, zazwyczaj jednak ta mała wystawka była wszystkim, na podstawie czego mogłam odgadywać życiorysy lokatorów.

IMG_5196 copy.jpg

Naszą przewodniczką będzie moja najlepsza przyjaciółka Kasia, którą na ulicy z pewnością wzięlibyście za Islandkę. I choć jest Polką z krwi i kości, spędziła w Reykjaviku wystarczająco dużo czasu by poznać go lepiej niż niejeden rdzenny mieszkaniec. Spróbowała wielu smacznych rzeczy pod adresami, które mogą się Wam przydać kiedy odwiedzicie to miasto. Nie będzie dziś o rekinach, wielorybach ani maskonurach (na pewno nie na talerzu) – poznajcie prawdziwy, codzienny Reykjavik i okolice.

Na końcu tego wpisu czeka na Was przepis na śledzie po islandzku. Nie przywiozłam go z Reykjaviku, nikt nie wie czy rzeczywiście pochodzi on z tych rejonów. Ale nawet jeśli nazwa jest bezzasadna jak w przypadku ryby po grecku, pisanie o Islandii jest dobrym pretekstem do podzielenia się tym przepisem. Bo takie śledzie są bardzo w klimacie. Chłodnym i szarawym, a więc takim, który panuje aktualnie i u nas w Polsce. Dlatego nie zwlekajcie ani chwili i zaraz po lekturze pędźcie na śledziowe zakupy. Będzie ostry chrzan i łagodna śmietana, słone kapary i słodkie jabłka, miękka ryba i chrupiąca cebula. Róż, biel, czerwień i zieleń przeciwko szarościom. A do tego wystarczy bochen ciemnego, żytniego chleba – bo choć nie pieczemy go w ziemi przy gorących źródłach, robimy w Polsce przecież najwspanialszy!

Reykjavik to bardzo kameralne miejsce. Mimo, że jest stolicą Islandii, ciężko myśleć o nim jako o mieście – liczba ludności jest prawie o połowę mniejsza niż w Radomiu, a jedyny „wieżowiec” to 73-metrowy kościół Hallgrímskirkja. Dzięki temu jednak łatwo jest poczuć się tam dobrze i swojsko, a także czerpać dobrą energię z wszechobecnych kolorowych akcentów przełamujących chłodną szarość, którą spowita jest cała wyspa. Ale powierzchnia miasta wcale nie jest taka mała, przez co do najlepszych miejsc nie da się zawsze trafić przypadkiem. Oddaję więc głos Kasi, która zaprowadzi wszędzie, gdzie warto zawędrować.


1. Kex Hostel

Zdecydowanie najciekawsze miejsce na mapie Reykjaviku. Hostel, bar oraz restauracja w jednym. Zawsze gwarno, radośnie, międzynarodowo, ale i lokalnie. Ta industrialna, jednak niezwykle przytulna pełna książek i dziwnych krzeseł przestrzeń mieści się w dawnej fabryce ciasteczek nad oceanem. Duży ogródek na tarasie. Można tu spędzić cały dzień, zaczynając od śniadania, przez lunch po kolację i piwo ze znajomymi. Mają tu duży wybór lokalnych piw oraz przekąsek opartych na tradycyjnych przepisach. Miłośnikom jazzu polecam wpaść tu we wtorek na cotygodniowy koncert.

Skúlagata 28, 101 Reykjavík, Islandia
kexhostel.is


2. Reykjavik Roasters

Najlepsza palarnia i kawiarnia reprezentująca trzecią falę. W Reykjaviku znajdują się dwie. Pierwsza malutka, urządzona w domowym islandzkim stylu (widoczna na zdjęciach). Tutaj rządzi przemiły Brytyjczyk Tom, który z cierpliwością odpowie na każde ciekawskie pytanie. Druga przestronna, mniej turystyczna, reprezentująca skandynawski design. Reykjavik Roasters to mekka islandzkich wielbicieli specialty coffee oraz kaw przelewowych. Świeżo paloną kawę w ziarnach można kupić na miejscu po wcześniejszej degustacji. Uwaga! Islandczycy się nie spieszą. Tym bardziej islandzcy bariści, bądźcie cierpliwi i wyrozumiali – warto!

Kárastígur 1, 101 Reykjavík, Islandia
Brautarholt 2, Brautarholt, Reykjavík, Islandia

reykjavikroasters.is


3. Kaffihús Vesturbæjar

Dla przyjaciół Kaffi Vest. Bistro/kawiarnia położona w najładniejszej moim zdaniem dzielnicy Reykjaviku tuż nad oceanem, z dala od turystycznych szlaków. Moje idealne letnie popołudnie spędziłabym w ogródku z widokiem na ocean, rozkoszując się filiżanką idealnego flat white’a po wizycie w sąsiadującym, urokliwym basenie Vesturbæjarlaug. Kaffi Vest to kawiarnia bardzo lokalna, mało tu turystów. Można spokojnie zaszyć się z książką obserwując mokre blond czupryny stylowych Islandczyków wychodzących z basenu. Wielkie okna oraz liczne lustra sprawiają, że możemy obserwować grę świateł oraz z każdego niemalże stolika wpatrywać się w ocean. Przemili bariści (również polscy!), pyszna kawa z palarni Reykjavik Roasters oraz oryginalne menu.

22,, Melhagi 20, 107 Reykjavík, Islandia
kaffihusvesturbaejar.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


4. Kjarvalsstaðir, Reykjavík Art Museum

Muzeum poświęcone współczesnemu malarstwu i rzeźbie, ale przede wszystkim artyście Jóhannesowi S. Kjarvalowi, mieszczące się w pięknym parku, w budynku typowym dla nordyckiego modernizmu. W muzeum znajduje się kawiarnia i bistro. W cieplejsze dni można usiąść z kawą na dużym placu z widokiem na park korzystając z prawdziwie świeżego powietrza.

Flókagata 24, 105 Reykjavík, Islandia
listasafnreykjavikur.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


5. Brauð & co

To najlepsze rozwiązanie na szybkie śniadanie. Co zaskakujące, w Reykjaviku trudno jest znaleźć dobre pieczywo na zakwasie. W tej niszowej piekarni znajdziecie najlepszy chleb i wypieki. Mój ukochany zestaw to słynna w Skandynawii słodka bułeczka cynamonowa i czarna, mocna kawa przelewowa. Nie ma lepszego połączenia.

16,, Frakkastígur, 101 Reykjavík
braudogco.is


6. HOT DOGI

Hot dog uznawany przez Islandczyków za narodowy przysmak. Tak jak wiele innych międzynarodowych potraw i hot dog ma własną nazwę – pylsur. Budek z hot dogami w mieście jest mnóstwo. Najsłynniejsza znajduje się w centrum, jednak ja polecam tę prowadzoną przez sympatyczne starsze małżeństwo przy basenie Vesturbaejarlaug (widoczna na zdjęciu). Mniejsza kolejka, a smak taki sam. Pylsur znacznie różni się od znanych nam hot dogów. W miękkiej bułce, z baranią parówką, świeżą cebulką oraz słodkawym beżowym sosem, którego receptura pozostaje tajemnicą.

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Dzielnica Vesturbær, fot.  Adam Podleśny

Dzielnica Vesturbær, fot. Adam Podleśny

7. Basen Vesturbæjarlaug

Jeśli chcielibyście prześcignąć żabką Björk (niełatwe zadanie), w tym miejscu macie szansę spróbować. Jeden ze starszych basenów w Reykjaviku. Kameralny, otwarty, na świeżym powietrzu. Można tu zarówno trenować jak i wygrzewać się w gorących basenach oraz saunach. Wejście na cały dzień kosztuje ok. 30 zł.
Islandczycy słyną z zamiłowania do kąpieli – w gorących źródłach, ale i w basenach. To miejsce łączące wszystkie pokolenia. Rodzinne spotkania, dyskusje o polityce, wypad na plotki, a nawet randki, to wszystko rozgrywa się tutaj przez okrągły rok. W weekendy pyszna kawa przelewowa na koszt firmy.

Hofsvallagata 107, 107 Reykjavík, Islandia


8. Bergsson Mathus

Czyli dosłownie Jadłodajnia Bergssona. Polecana przez Jamiego Olivera i przeze mnie, restauracja idealna o każdej porze dnia. W menu na lunch znajdziecie cztery różne pozycje, również wegetariańskie. Obfite i pożywne. Daniem, które polecam najbardziej jest ryba, codziennie inna, tak świeża jak to tylko możliwe. Na kolację warto przyjść we dwójkę lub w grupie i zamówić menu do podziału. Na stole stanie przed Wami zacna porcja świetnie przyrządzonej pieczonej ryby czy baraniny. Najbardziej jednak polecam to miejsce ze względu na atmosferę. Przyjacielscy i gościnni kelnerzy sprawią, że poczujecie się jak na kolacji u przyjaciół. Po jedzeniu spacer wokół sąsiadującego stawu Tjörnin zamieszkanego przez islandzkie łabędzie to sprawdzony przepis na udany wieczór.

Templarasund 3, 101 Reykjavík, Islandia
bergsson.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska


9. Hverfisgata 12 i Mikkeller & Friends

O tej ukrytej pizzerii mówi się, że jest tak hip, że nie ma nawet nazwy. Piękny i przytulny dwupoziomowy lokal. Idealne miejsce na randkę i drinka ze znajomymi. Na dole pizzeria o nietypowym menu oraz bar prowadzony przez najlepszych islandzkich barmanów. Wachlarz lokalnych wódek i likierów, drinki inspirowane islandzką naturą, jagodowe, słone, pyszne. Na drugim piętrze znajduje się zaprzyjaźniony pub należący do duńskiego browaru Mikkeller. Można tu spróbować ponad dwudziestu różnych, zmieniających się sezonowo piw prosto z beczki. Najbardziej polecam pszeniczne warzone ze skórką pomarańczy i kolendrą oraz najbardziej kontrowersyjne, z chmielu wędzonego na owczych odchodach.

Hverfisgata 12, 101 Reykjavík, Islandia
mikkeller.dk


10. Messinn

To restauracja specjalizująca się w tradycyjnych morskich przepisach. Kelnerzy ubrani w marynarskie stroje serwują różnorodne, tradycyjne potrawy rybne. Najbardziej polecam te do podziału, podawane na ciężkich patelniach stawianych na środku stołu. Plokkfiskur, czyli "gulasz" rybny, podawany na liściach szpinaku, z ziemniaczkami, pomidorkami oraz warzywami korzeniowymi to przepyszny i tradycyjny przysmak. Do tego słodkawy, piernikowy chleb żytni z solonym masłem. Niebo w gębie.

Lækjargata 6, 101 Reykjavík, Islandia
messinn.com


11. Vitabar

W centrum Reykjaviku kryje się kilka miejsc znanych tylko wtajemniczonym mieszkańcom. Jednym z nich jest niezwykle klimatyczny bar z burgerami. Typowo sąsiedzki lokal na szybki posiłek i plotki przy piwie. Ja dowiedziałam się o nim od Ivara z FM Belfast (On tour with Ivar – patrz punkt 14). Nie są to może te najzdrowsze burgery, ale za to autentyczne i zdecydowanie najlepsze. Największym powodzeniem cieszy się ten z sosem na bazie gorgonzoli. W barze panuje nieoczywisty, trochę podziemny klimat i niezobowiązująca atmosfera. Ciemne wnętrze oświetlone pięknymi lampami i nietuzinkowi goście. To sprawia, że chce się tu wracać.

Bergþórugata 21, 101 Reykjavík, Islandia


12. Icelandic Street Food

Kuchnia islandzka słynie z wysokiej jakości baraniny. Opinii na temat najlepszej, tradycyjnej lamb soup w Reykjaviku jest tyle co mieszkańców. Moje serce skradła serwowana właśnie tu. Niezwykle charyzmatyczny, witający u progu młody właściciel tego niepozornego lokalu stworzył menu oparte na przepisach swojej babci, zawierające raptem 4-5 pozycji. Najbardziej polecam lamb soup i shellfish soup. Gęsty bulion jagnięcy z satysfakcjonującą ilością mięsa i warzyw nie jeden raz uratował mnie podczas przeziębienia czy gorszych dni. Na życzenie serwowany w chlebie!

Lækjargata 8, 101 Reykjavík, Islandia


13. Húrra

Ten niepozorny bar to centrum islandzkiej muzyki. Niewielka przestrzeń pomieści fanów jazzu, rapu, elektroniki i dobrych potańcówek. W każdy poniedziałkowy wieczór można posłuchać i uczestniczyć w koncertach młodych, jazzowych muzyków. Naturalnie przechodzą one w jam sessions – zagrać czy zaśpiewać może każdy. Jam otwiera śpiewający barman, młody Chet Baker. Przy świetnym piwie z islandzkiego browaru Einstök można nawiązać nowe międzynarodowe znajomości i przez chwilę poczuć się jak w Nowym Orleanie. Húrra organizuje wiele różnorodnych koncertów. Islandzcy raperzy, KIASMOS, FM Belfast i GusGus to również stali goście.

Tryggvagata 22, Reykjavik, Iceland
hurra.is

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska


14. On tour with Ivar i City Walk

Nawet jeśli tak jak ja zazwyczaj trzymacie się z dala od zorganizowanych wycieczek, dla tych dwóch musicie zrobić wyjątek. On tour with Ivar to wycieczka prowadzona przez perkusistę sławnego islandzkiego zespołu FM Belfast. Ivar jest niezwykle ciepłym i ciekawym człowiekiem, który oprowadzi Was po swoich ulubionych zakamarkach i lokalach rodzinnego miasta. Opowie o muzyce, polityce, architekturze w sposób lokalny i subiektywny. W cenie wycieczki, prócz spaceru z super człowiekiem, dostaniecie też bułeczkę cynamonową, kawę, drinka, lunch w Messinnie, piwo i hummus. Poza tym, czy gdziekolwiek indziej na świecie gwiazda muzyki pop w wolnych chwilach przybiera postać przewodnika? Takie rzeczy tylko na Islandii.

Druga wycieczka to dwugodzinny, darmowy spacer historyczny po Reykjaviku. Brzmi nudno? Nie z tą zwariowaną ekipą młodych islandzkich historyków. Jeśli na ulicach Reykjaviku co chwilę widzicie grupy turystów wybuchających śmiechem, to właśnie ich sprawka. Szczególnym darem opowiadania obdarzony jest Eric. Przezabawny, rzetelny Islandczyk uosabia tamtejsze autoironiczne poczucie humoru! Ta grupa także wie gdzie najlepiej zjeść i wypić.

ontourwithivar.com
citywalk.is


Po tej wyczerpującej przeprawie z insiderką Kasią, nie czuję, żebym miała cokolwiek do dodania. Może tylko że to w Reykjaviku trafiłam do najfajniejszej łazienki w mojej kolekcji toaletowych fotografii.

Szybko pokażę Wam jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć poza Reykjavikiem, nawet jeśli czas mocno Was goni. Te cuda natury znajdują się bardzo blisko stolicy, w obrębie tak zwanego The Golden Circle – popularnej wśród turystów trasy, o której przeczytacie więcej tutaj. Zamierzam kiedyś wrócić na Islandię, by oddalić się jak to tylko możliwe od cywilizacji i poznać naturę jej terenów znacznie lepiej. Ale jeśli tak jak ja odwiedzacie Reykjavik w ekspresowym tempie, nie przejmujcie się. Wystarczy opuścić granice miasta, przejechać kilka kilometrów i krajobraz zmienia się w to, czego o Islandii nasłuchaliście się przed przyjazdem.

Strokkur, najpotężniejszy czynny gejzer na Islandii. Tutaj w akcji – wybucha tak co około 6-10 minut. Zaraz obok znajduje się Geysir, czyli Oryginalny Gejzer, od którego nazwy wzięło się to słowo! Liczy sobie około dziesięć tysięcy lat, ale ostatnio jest bardzo spokojny, urządzając całe lata przerwy między wybuchami. 

IMG_5284.jpg

Piękne jezioro Kerið w kraterze wulkanu Grímsnes.

Wodospad Gullfoss na rzece Hvítá.

Mamy nadzieję, że po odwiedzeniu z nami Islandii czujecie nieodpartą chęć teleportacji pod któryś ze smacznych adresów Reykjaviku! Jeśli jednak nie macie takiej wyprawy na razie w planach, nie szkodzi. Zawsze są przecież islandzkie śledzie. Smacznego!

Śledzie po islandzku
w soku z buraków i chrzanie

4-6 porcji
przepis z duńskiego magazynu Gastro, dzięki Pistachio

  • 100 g obranego korzenia chrzanu
  • 500 ml soku z buraków
  • 4 kulki ziela angielskiego
  • 1 gwiazdka anyżu
  • 4 ziarna pieprzu czarnego
  • 50 g marynowanych buraków (ze słoika)
  • 125 ml wody
  • 125 ml octu jabłkowego
  • 120 g cukru trzcinowego
     
  • 4-5 dużych płatów solonego śledzia (moczonego wcześniej przez kilka godzin w mleku)
  • 1 reneta (lub inne jabłko, ale jak najbardziej kwaśne, twarde)
  • 1 mała biała cebula lub szalotka
  • ok. 4 łyżki kaparów
  • kwaśna śmietana
  • koperek
  • ulubiony żytni chleb razowy

Chrzan kroimy w plasterki i wkładamy do garnka razem z sokiem z buraków i przyprawami (zielem angielskim, anyżem i pieprzem). Podgrzewamy pod przykryciem do zagotowania, następnie zdejmujemy z ognia i odstawiamy na godzinę.

W osobnym garnku zagotowujemy wodę z octem i cukrem. Kiedy cukier się rozpuści, zdejmujemy z ognia, studzimy i dodajemy do pierwszego garnka z sokiem z buraków. Dodajemy też pokrojone buraki. Śledzie myjemy i kroimy na mniejsze kawałki. Wkładamy do słoika i zalewamy marynatą. Odstawiamy do lodówki na 2-3 dni, lub dłużej, jeśli po tym czasie stwierdzimy, że warto.

Zamarynowane śledzie podajemy na półmisku w towarzystwie skrojonego jabłka, piór cebuli, przepłukanych kaparów i kwaśnej śmietany. Obsypujemy posiekanym koperkiem i podajemy z dobrym, razowym chlebem żytnim.

IMG_6667.jpg

Na Polskim Stole #3

Pamiętacie jak przedstawiłam Wam Polski Stół, projekt dolnośląskich wytwórców zastawy stołowej? Opowiadałam o jego elementach prezentując przepisy na ojczyste smakołyki, które chętnie w nich serwuję. Po puddingu lnianym w szklance z huty Julia i wypasionych kanapkach na talerzu z Manufaktury w Bolesławcu przyszła pora na ostatnią część zestawu – miseczkę z porcelany Kristoff, a w niej drożdżowe racuchy na polskim cydrze. Bardzo żałuję, że to już koniec tej serii, choć nie tracę nadziei, że uda mi się motywować do kombinowania z rodzimymi pysznościami dalej, bez okazji.

Choć na blogu pojawia się ostatnia, porcelanowa miska była pierwszą, dla której znalazłam przeznaczenie obmyśliwszy koncepcję moich wpisów o Polskim Stole. Miał w niej jednak być zupełnie inny specjał – dość nietuzinkowe (choć wyjątkowo proste i swojskie) jajka z jabłkami. Podesłała mi je kilka lat temu czytelniczka. Podeszłam do tematu niepewnie, w końcu to jakby słodka jajecznica, ale spróbowałam i od tamtej pory mam śniadaniowe lekarstwo na każdy szarawy poranek, taki jak dziś (nie traci skuteczności, a było to już parę ładnych lat temu). To jest fenomen, który przy okazji stanowi pochwałę polskości na stole – bo przecież i jajka i jabłka mamy pierwsza klasa.

Z przepisem tym razem się nie złożyło, choć kiedyś na pewno się tu pojawi (obiecuję, że wystąpi w kristoffowej miseczce!); za mocno naszło mnie na racuchy! Prawdziwe, puszyste tłuściochy, z każdym kęsem w magiczny sposób przenoszące piętnaście lat wstecz. Nie było przeciwko nim argumentu, jako że w środku są oba składniki, które miałam na celowniku (jabłka wręcz podwójnie, bo zagniotłam ciasto na bazie polskiego cydru). Przemyciłam w nich jeszcze jeden rodzimy skarb, ubóstwiany przeze mnie do kompletnej niepoczytalności – kto mnie zna, ten wie już, że mowa o miodzie. To jeden z bardzo nielicznych (jak nie jedyny) składnik, w obliczu którego tracę wszelkie zahamowania. Mogłabym go jeść aż bym wybuchła, tak sądzę, na pewno nie wiem, bo wcześniej zawsze kończy mi się słoik. Najbardziej lubię miody charakterne – spadziowy, wrzosowy, a ponad wszystko gryczany, który idealnie dopełnia smak cydrowych racuchów na moim Polskim Stole. 

Na śniadaniu w Food Art Gallery Mariusz Kozak wypełnił porcelanowe miski jogurtem z granolą. Jeśli znacie już tę restaurację i jej szefa kuchni (na przykład stąd!), mówić nie muszę, ale bardzo chcę, że wszystko własnej roboty, najwyższej jakości, zatrważająco proste jak na to jak pyszne. I to jest rozwiązanie, po które sięgam na codzień. Płatki, jogurt, owsianka czy jagły, wszelkiej maści śniadania miseczkowe, których jestem oddaną fanką. Ale nie w niedzielę, szarą jak dzisiejsza, kiedy mamy luksus wysiadywania drożdżowego ciasta i nigdzie nie spieszy nam się spod kołdry. Pijemy po drugiej kawie i szykujemy Polski Stół - dziś od rana będzie lał się przy nim cydr!

Racuchy na cydrze
z miodem gryczanym i renetą

4-6 porcji

  • 1-2 szare renety
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 płaska łyżka cukru trzcinowego
  • 1 szklanka cydru jabłkowego
  • 1 łyżka miodu gryczanego
  • ok. 500 g mąki pszennej
  • 1/3 szklanki kremówki
  • 1 jajko
  • szczypta soli
  • neutralny olej dobry do smażenia (ryżowy, rzepakowy, kokosowy)
  • do podania: cukier puder, lub to, co lubicie najbardziej

Jabłka obieramy i kroimy w około 1-centymetrową kostkę. Mieszamy z cynamonem i odstawiamy do przegryzienia. Cydr podgrzewamy lekko w garnku. Drożdże rozkruszamy w misce, dodajemy cukier trzcinowy, łyżkę mąki  i zalewamy ciepłym (nie gorącym) cydrem. Mieszamy i odstawiamy w ciepłe miejsce na 5 minut, aby zaczyn ruszył. Kiedy zacznie lekko się pienić, przesiewamy do niego resztę mąki, dodajemy miód, kremówkę, jajko i szczyptę soli. Wyrabiamy gładkie ciasto (zawsze używam do tego miksera) – ma być gładkie i odchodzić od ścian miski, ale wciąż dosyć luźne, będziemy nabierać je łyżką. Na koniec dorzucamy jabłka i dokładnie mieszamy. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 1 – 1,5 godziny (do podwojenia objętości).

Po wyrośnięciu i końcowym przemieszaniu gotowego ciasta, rozgrzewamy dużą patelnię z olejem. Nie musi być go bardzo dużo, ale powinien pokrywać całą powierzchnię. Temperaturę testujemy nakładając malutką porcję ciasta – powinno skwierczeć, ale nie zbrązowieć za szybko (jeśli olej będzie za gorący, racuchy się spalą nim nie zdążą dojść w środku, jeśli za zimny – za mocno w nie wsiąknie). Nakładamy łyżką porcje ciasta i lekko je spłaszczamy (i tak sporo urosną). Smażymy na ciemnozłoty kolor, po kilka minut z obu stron. Gotowe racuchy wykładamy na moment na ręcznik papierowy, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu. Podajemy z cukrem pudrem, chyba, że lubicie inaczej.

Na Polskim Stole #1

Nie pochodzę z Dolnego Śląska, ale z Wrocławiem związana jestem już dłuższą chwilę. Możliwe, że w jakimś stopniu to, o czym dziś chcę Wam opowiedzieć jest dla mnie wyjątkowe ze względu na lokalny charakter. Jednocześnie, nawet jeśli by tak było, nie mam wątpliwości, że spodoba się również tym z Was na drugim końcu kraju (a może i świata).

Projekt Polski Stół to efekt współpracy między trzema dolnośląskimi fabrykami – porcelany (Kristoff w Wałbrzychu), naczyń kamionkowych (Manufaktura w Bolesławcu) i szkła kryształowego (Huta Julia w Piechowicach). Wytwórcy, zamiast postrzegać się nawzajem jako konkurencję, połączyli siły i razem stworzyli kolekcję zastawy stołowej. W jej ramach powstały trzy sety (dwa śniadaniowe i jeden deserowy), każdy składający się z elementów wytworzonych przez poszczególnych producentów. Przewodnim motywem ich dekoracji jest heksagon przypominający plaster miodu. Piękna jest ta idea przywracania zapomnianego polskiego rzemiosła na dzisiejsze stoły; mnie szczególnie ujmuje też płynność jaką osiąga tu połączenie tradycji – tj. technik produkcji niezmiennych często od dekad – z nowoczesnością, czyli współczesnym wzornictwem i oczekiwaniami młodych odbiorców.

zdjęcie:  polskistol.com

zdjęcie: polskistol.com

Śniadanie w Food Art Gallery we Wrocławiu, dzięki któremu pierwszy raz usłyszałam o projekcie, odbyło się już prawie dwa miesiące temu. Z różnych przyczyn przekazuję Wam dobrą nowinę dopiero teraz. Kiedy z wyszłam ze spotkania (jak zwykle mimowiednie układając w głowie hymny uznania dla Mariusza Kozaka, który odpowiadał za to, co serwowano na naszym Polskim Stole), miałam ochotę otworzyć komputer i bezzwłocznie opisać Wam świetność tej nowej rodzimej inicjatywy. Ale pośpiech jest ojcem niedoskonałości, i choć odpowiednie podejście do tematu zajęło mi trochę czasu, cieszę się, że dziś mogę prezentować Wam te produkty dokładnie tak, jak je widzę – wypełnione polskimi pysznościami. 

Koordynatorka projektu Kasia Świętek i opowieści o tym, jak to się wszystko właściwie zaczęło.

Na pierwszy ogień idzie Huta Julia, w moim zestawie odpowiedzialna za kryształową szklankę, której urodę aż żal trwonić zaledwie na napoje. Dla mnie to przedmiot tak piękny, że zasługuje na pełnoprawne śniadaniowe danie – tym bardziej jeśli pomyślę o tym jak liczne było grono osób, które pracowały nad jej powstaniem.

Agnieszka Blacheta, zarządca huty, długo i barwnie opowiadała o tym, jak skrupulatna praca rąk odpowiedzialna jest za każdy przedmiot wychodzący z fabryki. Ciężko w to uwierzyć, kiedy opracowane z aptekarską dokładnością szkło nie prezentuje ani pół skazy demaskującej jakiekolwiek ludzie omsknięcie!

P.S. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o procesie powstawania kryształów i codziennym dniu pracowników Julii, przeczytajcie ten reportaż z wizyty w hucie.

W szklankach z Huty Julia na moim Polskim Stole wylądował budyń z siemienia lnianego, czyli rodzima odpowiedź na szlagierowy chia pudding. Z samych polskich dóbr – lnu, maślanki, miodu, zimowych jabłek i malin zamrożonych zeszłego lata. Zachwycający – zróbcie!

Zabieram się za przygotowywanie specjałów do porcelany i kamionki! I bardzo jestem ciekawa - co Wy najchętniej widzielibyście na swoich Polskich Stołach?

Budyń z siemienia lnianego -
- chia pudding po polsku

2 porcje

6 łyżek siemienia lnianego
400 ml maślanki*
1 pełna łyżka miodu + więcej do podania
1 łyżka ekstraktu waniliowego**
szczypta soli morskiej
sezonowe owoce do podania (można wykorzystać też mrożone)

** Robię go też na mleczku kokosowym, w tej samej ilości (400 ml to jedna puszka). Dodaję wtedy kilka kropel soku z cytryny.
*
Można zastąpić ziarenkami z 1 laski wanilii, lub pominąć jeśli żadnego nie mamy.

Dwie z sześciu łyżek siemienia lnianego drobno mielimy (ja robię to w elektrycznym młynku do kawy). Łączymy z pozostałymi czterema łyżkami całych ziaren i zalewamy maślanką (lub mleczkiem kokosowym). Dodajemy wanilię, miód i szczyptę soli. Mieszamy intensywnie i odstawiamy do napęcznienia na minimum 5 godzin (najlepiej na całą noc). Idealnie jeśli w ciągu pierwszej godziny uda nam się kilka razy przemieszać pudding, aby gęstniał równomiernie.

Rano przygotowujemy owoce do przełożenia puddingu. Najlepiej polskie :) ale wykorzystajcie to, na co macie akurat ochotę. Na moich zdjęciach widzicie ciepłe prażone jabłka z cynamonem oraz maliny zamrożone latem 2015 roku. W szklankach układamy warstwy owoców i puddingu, a wierzch możemy udekorować ulubionymi orzechami czy pestkami. Całość polewamy jeszcze odrobiną polskiego miodu i podajemy. Smacznego!

Sznycel, kimchi i kobiety

Z książkami kucharskimi zapoznaję się stopniowo, a pierwszym krokiem jest powierzchowne, ale powolne przewertowanie całości. Najprzyjemniej zabiera mi się do tego przy śniadaniu, czasem wręcz odmawiam sobie zajrzenia do książki dzień wcześniej, odkładając ją na poranek. Zajęcie to ma trzy podstawowe cele – upoić się zapachem świeżego druku (znacie to!), niespiesznie pozachwycać fotografiami i wstępnie zorientować w przepisach.

Przyjmę więc podobny schemat przedstawiając książkę Wam, bo o ile się nie mylę robię to po raz pierwszy i przyda mi się jakaś konkretna taktyka. Żałuję, że nie mogę załączyć tu zapachu papieru – po to będziecie musieli nabyć własny egzemplarz – ale przejdę dalej, do kolejnych podpunktów, i coś czuję, że skutecznie Was one do tego zachęcą. 

„Przepisy i opowieści” to zbiór receptur i związanych z nimi historii od dwóch warszawskich szefów kuchni - Pawła Suwały (Butchery & Wine) i Aleksandra Barona (Solec 44), a także od Grzegorza Kwapniewskiego (Rzeźnika), Dariusza Wolszczaka (Pana Sandacza) i Juliana Karewicza (solcowego Barmana). Niniejszym wiecie o publikacji dwie podstawowe rzeczy - pełna jest dobrego jedzenia i testosteronu.

Zgodnie z obietnicą zaczynam od kwestii estetyki. Na codzień, zdjęcia Igora Haloszki są w gronie tych rzeczy, które przyczyniają się do łapiącej mnie co jakiś czas tęsknoty za Warszawą. Przewijają mi się na wallu przy zmianach w menu Solca, tak sugestywne, że raz, zobaczywszy je siedząc akurat w pociągu do Warszawy, pozmieniałam nieco plany, by prosto z dworca jechać na obiad.

Jasna sprawa więc, że i w książce zdjęcia potraw nie zawodzą. Nie są aż tak minimalistyczne, jak te do menu, ale wciąż proste i prawdziwe. Nie pokazują dań w wystudiowanych aranżacjach, raczej tak, jak kucharze postawiliby je na wydawce. To autentyczność, która mnie i mój apetyt nakręca dużo mocniej, niż dopracowane plany. Ostatnio nie lubię, kiedy na zdjęciach dzieje się za dużo – staram się skupiać na stylizacji potrawy, a nie jej tła. Są więc białe naczynia, proste kąty i bliskie kadry. Czasem pojawią się czyjeś ręce, a kilka dań sfotografowanych jest na tle najpiękniejszego jak dla mnie wzoru spośród kuchennych tekstyliów – granatowego fartucha w białe paski.

Ale najbardziej trafiają do mnie zdjęcia niezwiązane z przepisami, te z kuluarów, gdzie są twarze i kuchnie autorów–bohaterów. Poprzeplatana jest nimi cała książka, ale jeśli o mnie chodzi, mogłoby być ich co najmniej dwa razy więcej. Nie istnieje dla mnie coś takiego jak przesyt „drugą stroną” jedzenia – historią, składnikami, tym gdzie (lub czym) były zanim trafiły do kuchni. A na czele owej strony stoją przecież ręce, które się tym wszystkim zajęły. Oglądałabym je bez końca, nawet jeśli z (i tak potężnej) książki kucharskiej zrobiłby się opasły album.

Całe szczęście to samo co historii sfotografowanych, tyczy się tych opowiedzianych. Ogromnie cenię również czytanie o zapleczu, procesie i okolicznościach powstawania dań czy pomysłów. I w tej kwestii o niedosycie nie może być mowy. Najpierw jest wstęp do całej publikacji, a później autobiograficzne (wielostronicowe!) wstępy do rozdziałów poszczególnych autorów, lub po prostu ich kilka słów od siebie. Jakby tego było mało, każdy przepis z osobna opatrzony jest indywidualnym wprowadzeniem. 

Wszystko to ujęte jest prostym, bezpośrednim językiem, który sprawia, że ta książka jest trochę jak rozmowa. Bo mimo, że nie ma tu właściwej interakcji, czytając te zwyczajne wypowiedzi nietrudno uznać się za oficjalnie zaprzyjaźnionego z ich autorami. A potem idziecie do takich na kolację czy zakupy i wprawiacie ich w konsternację chcąc zbijać piątki jak z dobrymi kumplami.

Te teksty to nie słowa ludzi, którzy piszą. To słowa ludzi, którzy gotują, i o tym chcą opowiedzieć. Tym, czyli wszystkim, co przyjdzie im do głowy jako istotne. Raz będzie to historyczne zaplecze sznycla wiedeńskiego, kiedy indziej opowieść o zakopanym koło Solca słoiku kimchi, po którym ślad zaginął, czasem anegdota o kobiecie i miłości, która przyczyniła się do powstania przepisu. Od zwierzeń i opowiastek po dokładny opis patentu na przedłużenie trwałości grasicy, panowie dzielą się zarówno kuchennymi wskazówkami będącymi częścią ich profesji, jak i osobistymi komentarzami.

Nie udało mi się opamiętać i, jak to ja, rozpisałam się na temat zaplecza. Tymczasem samego jedzenia jest tutaj wielka obfitość, więc nie zasiadajcie lepiej do lektury bez czegoś smacznego pod ręką.

Ja na przykład do kuchni pobiegłam zanim jeszcze doszłam do pierwszego przepisu. W tekście o swoich ulubionych składnikach Paweł Suwała zdradza bowiem, że lubi mielić suszone grzyby i szczypta po szczypcie wykorzystywać je jako przyprawę. Próbowałam czytać dalej, ale zupełnie nie mogłam się skupić – myślałam tylko o borowikach, które leżały sobie w mojej szufladzie od czasu gotowania świątecznej zupy. Wstałam, sproszkowałam co trzeba, i ani się obejrzałam, a już dorzucałam szczyptę tego co powstało do białego sosu w ulubionym farfalle z kurczakiem i suszonymi pomidorami. Dopiero po tym jak zjadłam (a następnie chwilę porozmyślałam nad tym jak długo żyłam w niewiedzy) mogłam kontynuować lekturę.

Mówi się, że to książka dla wielbicieli mięsa. Coś w tym jest, mięsnych receptur jest mnóstwo, zanim jeszcze zaczyna się rozdział Rzeźnika, naturalnie w pełni im poświęcony. Dodałabym tylko, że w szczególności interesująca będzie dla tych, którzy lubią jeść, ale nie zawsze potrafią przyrządzać. Sama już o tym pisywałam, często nie wiem jak się do mięsa zabrać. Ta książka ma to ułatwiać, przybliżać onieśmielającą kwestię obróbki mięsa, której trudność często wyolbrzymiamy. W rozdziale Rzeźnika znajduje się solidna porcja wiedzy – każdy rodzaj mięsa i technika przyrządzania z osobna wzięte są pod lupę i opatrzone cennymi wskazówkami.

Do poznawania mięsa wciąż jeszcze się szykuję, na pierwszy ogień wypróbowałam proste przepisy, które – przyznaję – wybrałam w oparciu o to, co akurat znajdowało się w mojej lodówce.  W tej chwili już czekają w niej rzeczy potrzebne do przygotowania pulled porka i śledzi, Pan Sandacz ma też w swoim rozdziale przepis na zupę rybną, która śni mi się po nocach, odkąd o niej przeczytałam. Jeśli uda mi się je udokumentować, na pewno podzielę się efektami. Znajomi wiedzą, że od jakiegoś czasu oficjalnie zobowiązuję się też do opanowania sztuki robienia koktajli, a zacząć planuję naturalnie od swoich faworytów. Moim niekwestionowanym numerem jeden jest Krwawa Mary, na którą od ponad roku zachowuję przywiezioną z Meksyku butelkę tequili. Proponowane przez Juliana Karewicza towarzystwo kandyzowanej dymki i soku z żółtych pomidorów (własnoręcznie przygotowanego!) MUSI być godne jej otwarcia. 

Ale póki co... Można uznać to za test, czy panowie równie dobrze co z mięsem radzą sobie bez niego (odp: tak, radzą). Albo za komplement, bo czytając chciałam zacząć gotować tak prędko, że nie mogłam tracić czasu nawet na pójście do sklepu. 

Mus z awokado Pawła Suwały
z pieczonymi batatami

4-6 porcji

3 dojrzałe awokado hass
sok z 1 cytryny
30 g natki pietruszki
½ szalotki
30 ml oliwy extra vergine
150 g kremowego serka*
duża szczypta soli
świeżo mielony czarny pieprz

Do podania (moje):
3 duże bataty
kilka łyżek oliwy
sól wędzona (np. Maldon) 
skórka otarta z 1 limonki
koperek

* Najlepszy jest ten z Wielunia, znany jako Mój Ulubiony, gładki, tłuściutki i z prawdziwym składem, tj. bez żadnych dodatków. Jest genialny też na sernik! Tu w zastępstwie można użyć też creme fraiche. 

Awokado, posiekaną szalotkę, oliwę, sok z cytryny i pietruszkę blendujemy na gładką, puszystą masę. Jeśli obawiacie się o możliwości swojej maszyny, na wszelki wypadek możecie najpierw zmiksować pietruszkę z sokiem z cytryny i oliwą (aby w musie nie było żadnych zielonych drobinek). Na koniec dodajemy serek i miksujemy do połączenia. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem, odstawiamy do schłodzenia (będzie się lepiej formować).

Bataty szorujemy i kroimy w łódeczki. Smarujemy oliwą i pieczemy w 200 stopniach aż będą złotobrązowe z zewnątrz i miękkie w środku - ok. 30-40 minut. Wykładamy na talerze, posypujemy hojnie solą (można użyć zwykłej, ale polecam spróbować wędzonej!), skórką z limonki i odrobiną koperku. Na wierzch wykładamy mus z awokado (wersja elegancka), lub podajemy go osobno jako dip (wersja domowa).

Pyszne i nieoczywiste, dobre na zime, choć lekkie.

A na deser...

Jabłka pod kruszonką Aleksandra Barona
z maślanką i wędzoną papryką

4-6 porcji

3-4 twarde, kwaśne jabłka (najlepiej szare renety)
200 ml maślanki
cukier (opcjonalnie, nie dodałam)

Na kruszonkę:
100 g masła
100 g mąki pszennej
30 g płatków owsianych
20 g otrębów gryczanych*
70 g cukru trzcinowego
1 łyżeczka z górką ostrej wędzonej papryki
szczypta soli morskiej

* Dodałam je zamiast części płatków owsianych, uwielbiam je w kruszonkach! Mają orzechowy posmak i chrupią.

Wymyte jabłka ze skórką kroimy w kostkę (gniazda nasienne można wykorzystać do domowego octu jabłkowego - przepis w książce) i wrzucamy do żaroodpornych kokilek lub jednego większego naczynia. Zalewamy maślanką.

Suche składniki kruszonki mieszamy i dodajemy bardzo miękkie/podtopione masło. Rozcieramy palcami (nie za drobno - mają być grudki). Posypujemy jabłka i pieczemy 15-20 minut w 180 stopniach.

Wskazówka Barona: świetnie smakują podobnie przyrządzone pomidory (z kruszonką z dodatkiem świeżych ziół, tymianek, cząber, szałwia lub rozmaryn). Moja wskazówka: duet gorącego z zimnym jest niezawodny i jak każda kruszonka, ta także najlepiej smakuje z kulką lodów.

Może dzięki tej recenzji książka pojawi się u kogoś z Was pod choinką; byłaby pięknym i - być może wbrew pozorom - bardzo uniwersalnym prezentem. W tekstach (przesiąkniętych pięcioma różnymi osobowościami) jest szczerość i skrajnie charakterna prawda, w przepisach - polskość, odwaga, ale i prostota. Dobre dla tych, którzy po kuchni chcieliby biegać z tasakiem czy siekierą, ale nie tylko (jak widać po lekkim jak chmurka musie i słodkich pieczonych jabłkach).  I dla wszystkich, którzy lubią historie od kuchni. Luźne, ale pełne cennych informacji, inspirujące. Będzie też absolutnie w porządku, jeśli podarujecie ją samym sobie.

Przepisy i Opowieści
P. Suwała, A. Baron, G. Kwapniewski, D. Wolszczak, J. Karewicz
red. Piotr Szczęsny
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2015

IMG_0355.jpg

P.S. Ten wpis powstał przy współpracy z Wydawnictwem Dwie Siostry. Zastanawiam się, czy chcielibyście w przyszłości widzieć tu takie częściej? W Polsce wydawane jest coraz więcej ciekawych książek kulinarnych, a mnie pisanie o nich chodziło po głowie już od jakiegoś czasu. Z racji skrajnego subiektywizmu pewnie tylko dla części z Was moje recenzje byłyby przydatne, ale ogromną przyjemność sprawia mi przelewanie na papier tych wszystkich spostrzeżeń i odczuć względem kolejnych lektur, zawsze wnikliwie przeze mnie studiowanych.

The 12 Dishes of Polish Christmas

Jakiś czas temu podporządkowałam swoje życie pracy nad projektem, którego efekt końcowy ujrzał przed kilkoma dniami światło dzienne. Od razu wykrzyczałam to na FB, ale moja internetowa wylewność nie pozwoliłaby mi przecież na tym zakończyć. Kto chciałby przeczytać dziś więcej na temat tego, jak razem z Culture.pl nakręciłam dwanaście anglojęzycznych filmów przedstawiających przepisy na polskie potrawy wigilijne – be my guest!

vlcsnap-2015-12-12-15h22m28s237.jpg

Mam szczęście za wieloletnią przyjaciółkę mieć pewną zdolną montażystkę, Martę. Już od jakiegoś czasu snułyśmy plany połączenia sił i kręcenia kulinarnych klipów. Szeroko rozumiana filmowa współpraca dobrze wychodziła nam od zawsze, choć ostatnie, co razem stworzyłyśmy (zapewne jakiś wciągający thriller, tudzież teledysk muzyczny) prawdopodobnie wciąż jest na VHS-ie. Zbieranie się do wspólnego nagrywania zajęłoby nam bez mała kolejne dziesięć lat... gdyby nie pojawił się bodziec nadający temu ręce, nogi i miano prawdziwego projektu.

Bodźcem był pierwszy mail od Sylwii z Instytutu Adama Mickiewicza. Kiedy przyszedł, tajemniczo napomykając o propozycji stworzenia kulinarnych filmów, byłam na kolacji z przyjaciółmi. Pobieżnie przeczytałam powiadomienie na telefonie i, mimowolnie zachichotawszy, od razu się tym z nimi podzieliłam. Moje towarzystwo nie mogło zdecydować czy zabawniejsza jest wizja Marianny gotującej przed kamerą niczym Robert Makłowicz, czy może raczej odcinek Kuchennych Rewolucji w moim domu? Żartom ze mnie na ekranie nie było końca. I podczas gdy najgłośniej chyba śmiałam się ja sama, kilka dni (i wiele maili) później znalazłam się na planie pierwszego filmu kulinarnego w swojej karierze.

Doskonale wiecie, że decyduję się na współprace wtedy, gdy są one w pełni zgodne z moim sercem i sumieniem. Od dawna gotowałam i będę gotować dalej z ziołami Baziółki pod ręką, to samo z prenumerowaniem Kukbuka i czytywaniem zdrowych newsów na hellozdrowie.pl. Kult czekolady Lindt wyznawałam na długo przed tą inicjatywą, a każdemu kto pyta gdzie jeść we Wrocławiu od dawna polecałam (i polecam dalej) Food Art Gallery. Współpraca z Culture.pl jest dla mnie kolejnym wyróżnieniem, bo to portal naprawdę bliski mojemu sercu. Czytuję go od lat, bardzo często wpadając w pułapkę licznych odnośników w artykułach, które przenoszą mnie do kolejnych i kolejnych tekstów. Zazwyczaj chodzę z głową w chmurach, ale jeśli zdarza mi się być na bieżąco z kulturalnymi newsami, prawie na pewno zawdzięczam to właśnie im. Jakby tego było mało, niezliczoną ilość razy ich zasoby ratowały mnie z opresji na studiach – nawet ostatnio, kiedy nagle okazało się, że już dawno powinnam była wybrać temat swojej pracy licencjackiej.

Teraz coś, co stworzyłam jest częścią tej skarbnicy wiedzy, a ja pękam z dumy i przybijam piątkę z Martą, bez której zupełnie nic by przecież nie powstało. Patrzymy na te filmy z zupełnie innej perspektywy niż Wy, to jasne. I mimo niedociągnięć, które w nich widzimy, ogromnie cieszymy się ze wspólnego sukcesu.

vlcsnap-2015-12-12-15h24m10s36.jpg

Nie ma co udawać, że kiszona kapusta nie klei się do noża przy krojeniu, a masa makowa na palcach wcale nie przypomina ziemi pod paznokciami. Domowe pierogi były, są i będą asymetryczne, a lepiąc je przez cały grudniowy dzień nietrudno dać się zaskoczyć zachodowi słońca (i kończyć robotę w ciemnopomarańczowym świetle). Podczas pracy nauczyłyśmy się, że to jest okej – kwestie, które z początku uważałyśmy za niedoskonałości, przy odpowiednim podejściu okazały się być po prostu autentyczne. Kręcone z ręki filmy postanowiłyśmy utrzymać w konwencji „podglądania” w kuchni. Jest naturalne światło, nierówne ujęcia, kadry przysłonięte plecami skupionej kucharki. Raz na jakiś czas jest trochę mnie, pojawia się nawet Luizjana, która dzielnie towarzyszyła mi w starciach z karpiami i piernikami. Chciałyśmy, żeby było szczerze, domowo i spokojnie. I choć te filmy miały trafiać w Wasze serca, a nie na duże ekrany, dostały nawet przemiłą nominację do Oscara :)

Post na Facebooku generalnie sprowokował ogromny napływ ciepłych słów i poparcia dla naszego projektu. Odświeżamy stronę bez przerwy, wciąż na nowo ładując zapasy dobrej energii płynącej z Waszych wiadomości i komentarzy. Za każde słowo ogromnie dziękujemy. Wciąż jesteśmy bardzo ciekawe Waszych opinii, dlatego piszcie jak najwięcej, co Wam się podoba, a co warto zmienić – musimy wiedzieć na przyszłość, aby każdy kolejny film był coraz lepszy!

Oto link do całego artykułu: http://culture.pl/en/article/the-12-dishes-of-polish-christmas (z tekstem Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux), a poniżej wstawiam wszystkie dwanaście filmów (koniecznie oglądajcie w HD!). Do moich ulubionych należą chyba kutia i makowiec, ale wiadomo, że nie od dziś mam obsesję na punkcie masy makowej. Marta wyjątkowo lubi jeszcze gołąbki.

Barszcz na zakwasie:

Zupa grzybowa:

Karp wigilijny:

Karp po żydowsku:

Śledzie w śmietanie (przepis mojej mamy!):

Pierogi z kapustą i grzybami:

Wigilijna kapusta z białą fasolą:

Gołąbki:

Kutia:

Piernik staropolski:

Makowiec:

Kompot z suszu:

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!