More than tabbouleh

Była kiedyś taka historia, że zakazałam sobie kupować Plenty More Yotama Ottolenghi. Pamiętacie? To była trudna decyzja; i choć nie mogę sobie przypomnieć jakie były te trzy cele, które miałam osiągnąć by się nią nagrodzić, to musiałam polec – zgodnie z przepowiednią dostałam ją dopiero po dłuższym czasie w prezencie od mojej siostry.

Puśćmy w niepamięć te niepowodzenia – najważniejsze, że już jesteśmy razem. Od kiedy książka trafiła w moje ręce, odczuwam fascynację bliskowschodnią kuchnią jeszcze mocniej niż zazwyczaj. A wydawało mi się, że na co dzień jestem wielbicielką! Póki co wypróbowałam przepisy na bób i ciasto, ale lista „do zrobienia” jest bardzo, bardzo długa.

Nie potrafię wskazać jednoznacznie co dokładnie urzeka mnie tak w kuchni arabskiej. Z pewnością trafia bardzo w moje smaki. Śnią mi się po nocach te bakłażany, ciecierzyce, pomidory, pietruszki i mięty, oliwy, tahiny, sumaki, harissy... Bardzo odpowiada mi też formuła stołu zastawionego najróżniejszymi mezze, z których każdy komponuje na własnym talerzu kolorowe mozaiki. I wreszcie, ma w sobie coś sama kultura jedzenia, pełna bliskowschodniej hojności, otwartości, dokładek i oblizywania palców.

Ale poza tymi wspaniałościami jest jeszcze coś mniej konkretnego; wszechobecnego, a jednak niełatwego do nazwania po imieniu. To chyba coś w rodzaju elementu zaskoczenia, który zawsze czai się za rogiem przy styczności z kuchnią Bliskiego Wschodu. Różowe pikle z rzepy. Mięso z cynamonem. Kiszone cytryny. Mam nieustanne poczucie, że tam wciąż jest coś do odkrycia. Że jest coś, a za tym czymś zawsze jest jeszcze coś więcej

Jak wiecie, ostatnio moim wyzwaniem są mieszanki ziaren Rice&More. Tłumaczyć chyba nie trzeba – ryż i więcej, więcej niż ryż. Z jedną zawędrowałam do Włoch, z drugą odczarować śniadanie z przedszkola, a ostatnia otrzymała wcielenie japońskie. Rozkochana w Plenty, nomen omen, More, ostatnią mieszankę wysłałam na Bliski Wschód. Bulgur, którego aż trzy różne rodzaje znajdują się w jej składzie, jest tam w końcu dobrem narodowym. Jeśli jesteście wielbicielami klasycznej sałatki tabbouleh, koniecznie spróbujcie tej wersji – bogatszej o bulgur z łubinu, bulgur z zielonego grochu, i przede wszystkim o brązowy ryż! Jest dzięki nim bardziej treściwa, pozostając jednocześnie lekką i świeżą. Syci, odżywia, eksploduje owocowym smakiem oliwy, kwaśną cytryną i ogromną ilością świeżych ziół. Nie wiem, czy jest lepsze jedzenie na lato.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

"Tabbouleh" z trzech rodzajów bulguru
na hummusie

4 porcje

100 g suchej mieszanki Rice&More „Bulgur mix”
½ dużego pęczka natki pietruszki
garść liści mięty, najlepiej pieprzowej
½ pęczka drobnego szczypiorku
300 g pomidorów truskawkowych
sok z ½ cytryny
½ szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia, Waszej ulubionej
½ łyżeczki cynamonu
½ łyżeczki gałki muszkatołowej
1 płaska łyżeczka soli
szczypta pieprzu kajeńskiego

+ hummus (najlepiej domowy, ale jeśli nie macie czasu, można po prostu kupić go w ulubionej knajpie lub wybrać sprawdzony z tych dostępnych w sklepach), uprażone orzeszki piniowe, pieczywo/pita do podania

Zaczynamy od ugotowania ziaren – Rice&More zalewamy w garnku wrzątkiem 1 cm ponad poziom i gotujemy na niewielkim ogniu 10-15 minut, aż mieszanka wchłonie cały płyn i będzie al dente. Studzimy.

W międzyczasie przygotowujemy resztę składników. Umyte i osuszone listki ziół siekamy bardzo drobno dużym, ostrym nożem (to ważne – złe ostrze pogniecie je i zniszczy). Kroimy też szczypiorek i przepoławiamy pomidory. Wszystkie składniki łączymy w dużej misce, dodajemy ostudzony ryż z bulgurem i mieszamy. Zalewamy oliwą i sokiem z cytryny, dorzucamy cynamon, gałkę muszkatołową, pieprz kajeński i sól. Dokładnie wszystko mieszamy i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie próbujemy, w razie potrzeby doprawiamy, i gotowe! Serwujemy na talerzykach hummusu, z wierzchu wedle uznania posypując prażonymi orzeszkami piniowymi (u mnie tym razem ich zabrakło, ale Was namawiam). Smacznego!

Pamiętajcie też o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More! Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid. Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 17 lipca! Powodzenia! :)

Sezon na burrito

Zaczyna się. Czas w roku, w którym, na jakimś etapie, każdy z nas marzy o zapadnięciu w sen i przebudzeniu się po wszystkim, na wiosnę. Mnie, choć mam lekkie ciarki na myśl o zimie, depresja dopada zwykle dopiero koło lutego. Wcześniej są przecież Gwiazdki, sylwestry i liczne święta wolne od pracy. Teraz z kolei dni bywają jeszcze gorące, chociaż po zmroku wychodzi na jaw prawda o październikowym klimacie. Nie można już tak po prostu siedzieć nocą na parapecie otwartego kuchennego okna, czyli w ulubionej miejscówce na czytanie książek i telefoniczne rozmowy. Podczas porannej drogi do pracy czy szkoły, wszystko – od zimnego światła i mlecznej mgły, po zmęczone oczy i pragnienie wypoczęcia – sprawia, że można poczuć się jak przy wakacyjnych powrotach z dansingów do białego rana (nadchodzącego w owym czasie o czwartej, nie siódmej trzydzieści).

Ale choć ten czas w roku wyróżnia się, prócz powyższych, wieloma innymi cechami na cześć których można by nadawać mu imiona, ja – w imię filozofii nieskupiania się na mankamentach – lubię nazywać go sezonem na burrito. Bo jaka zła by nie była ta ciemna strona jego charakteru, na wszystkie niedoskonałości jest proste remedium – zawinięcie się w burrito z kołdry, które (najlepiej w parze z gorącą czekoladą – ah, cliché, ale jaka skuteczność!) łagodzi ból wynikający z całej tej ciemności, szarości i zimnych stóp.

Wczoraj musiałam wstać przed świtem. Ten pierwszy ciemny poranek w roku zawsze jest najcięższy. Wiem o tym doskonale, dlatego przygotowałam się jak mogłam najlepiej. Upewniłam, że budzik nie leży w zasięgu mojej ręki, bo przecież w życiu bym nie wstała mogąc wyłączyć go bez wychodzenia z łóżka. Specjalnie też dzień wcześniej przerwałam czytanie książki w dość decydującym momencie, aby dalszy rozwój wydarzeń był kolejnym powodem, dla którego warto otworzyć oczy jeszcze przecież niemalże w środku nocy! Ale co najważniejsze, przygotowałam wieczorem wszystkie składniki na królewskie śniadanie, które znałam już dobrze z ostatniego weekendu. Wtedy, celebrowane powoli i leniwie, było wzorowym Niedzielnym Śniadaniem jakiemu daleko do szybkiego byleczego, które zazwyczaj ląduje w brzuchu o poranku rozpoczynającym się przed świtem. Tymczasem okazało się, że można je de facto przygotować w niecałe siedem minut. Jeśli pastę z dyni zrobicie wcześniej, to (nie dość że będzie ona smaczniejsza) rano pozostanie Wam pokrojenie kilku składników, usmażenie jajecznicy i zwinięcie wszystkiego w duży, smakowity rulon.

W mojej kuchni celebrujemy sezonowość, right? Sezon już prawie w pełni, czym prędzej zabierajcie się więc za śniadaniowe burrito.

BREAKFAST BURRITO
z pastą dyniową, jajecznicą i suszonymi pomidorami

2 porcje

szybka pasta z dyni: /można zastąpić hummusem/
½ upieczonej dyni hokkaido
łyżka posiekanego rozmarynu (lub łyżeczka suszonego)
1 płaska łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
¾ łyżki jasnego miodu
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka octu balsamicznego
chili lub cayenne na końcu noża
duża szczypta soli

dodatkowo:
2 jajka + odrobina masła
kilka suszonych pomidorów (ze słoika)
kilka plastrów świeżego ogórka
½ dojrzałego awokado
młody szpinak (lub rukola czy roszponka)
szczypior, ew. ulubione kiełki
2 duże ulubione tortille

Dynię (którą pieczemy po wydrążeniu, pokrojeniu w łódki i posmarowaniu naoliwionym pędzlem) zblendować z resztą składników. Spróbować, ewentualnie doprawić i odstawić na czas zajmowania się resztą skadników. Pastę z dyni można zrobić dzień wcześniej, ale odpowiednio wcześnie wyjąć z lodówki (lub podgrzać minimalnie przed nakładaniem), aby nie była za zimna.

Przygotować wszystko do środka tortilli: suszone pomidory odsączyć i pokroić na mniejsze kawałki, ogórka i awokado w plastry, szczypior posiekać, szpinak oraz kiełki umyć i osuszyć.

Na koniec, operując symultanicznie dwiema patelniami, usmażyć na odrobinie masła jajecznicę, w międzyczasie grzejąc (na małym ogniu i pod przykryciem) skropione wodą tortille. Kiedy będą gorące i elastyczne, przełożyć je na talerze i wypełnić wszystkimi wspaniałościami. Zawijać z jedną stroną otwartą, jeśli jemy od razu, lub jak klasycznego wrapa, jeśli zabieramy na wynos (pierwsze zdjęcie – po przekrojeniu). Smacznego!

 

Superheroes z polskiej ziemi

We wszechogarniającym dziś szale na lokalność i sezonowość, spodziewam się miliona wyświetleń i tysiąca kciuków w górę przy dzisiejszym przepisie. Jeśli trochę mnie już znacie, wiecie jak bardzo by mnie to uradowało. Jeśli zaś znacie mnie choć trochę naprawdę, wiecie że nie cieszyłabym się bynajmniej z rosnącej sławy. Ja zwyczajnie tak mocno popieram te trendy, że odczuwanie, a także aktywny udział w ich szerzącej się popularności jest dla mnie ogromną przyjemnością!

Ale do rzeczy. Zamiast atrakcji na dzień dziecka mam dziś dla Was przepis na pyszny i totalnie nowatorski hummus, jakiego z całą pewnością jeszcze nie znacie. To prawdopodobnie dlatego, że hummusem wcale tak naprawdę nie jest. W moim słowniku słowo to  – oprócz nazwy własnej dla, cóż, hummusu – ma dodatkowe znaczenie, do którego na próżno szukać mi synonimów. Definicja ta (bardziej niż składu, smaku czy pochodzenia) dotyczy sposobu czy okoliczności serwowania i jedzenia. Jak bardzo bym się nie starała, nazwanie dzisiejszego specjału pastą lub dipem zdecydowanie by mi zgrzytało. Pasta jest na kanapki, dip – do maczania naczosów. A to niżej, co ukręciłam jakiś czas temu z fasoli i szparagów, bez dwóch zdań jest po prostu hummusem!

Popularność, którą wywróżyłam mu na początku, zawdzięczałby prostej rzeczy – jest kwintesencją tego, co ma w ofercie piękna polska wiosna. Szparagi za chwilę się skończą, ich intensywne wykorzystywanie jest obowiązkiem każdego szanującego się smakosza. Razem z białą fasolą, czosnkiem i młodą natką pietruszki stanowią naszą narodową drużynę o prawdziwej polskiej supermocy.

„Hummus” ze szparagów i białej fasoli

Źródło przepisu

1 pęczek zielonych szparagów
1,5 szklanki ugotowanej białej fasoli (lub 1 puszka, odsączonej i opłukanej)
sok z niecałej 1/2 cytryny (lub z całej 1/2 limonki)
1 mały ząbek czosnku
2 płaskie łyżki tahiny
garść listków z natki pietruszki (można spróbować też z kolendrą)
duża szczypta soli
+ Wasza najlepsza oliwa, pieprz czarny, więcej pietruszki

Szparagi wyszorować i odłamać końcówki. Pokroić na kawałki i ugotować je krótko (6-7 minut, sprawdzać widelcem) w osolonej wodzie lub na parze (główki dorzucić na ostatnie dwie minuty gotowania!). Po zdjęciu z ognia natychmiast zahartować przelewając lodowatą wodą. Główki odłożyć, a resztę szparagów zmiksować na gładko z fasolą, sokiem z cytryny, pastą tahini, czosnkiem, pietruszką i solą. Jeśli konsystencja będzie zbyt gęsta, można dodać odrobinę wody (ale uwaga aby nie przesadzić). Spróbować, ewentualnie doprawić. Podawać jak hummus – na szerokim talerzu i polany oliwą. Ozdobić wierzch główkami szparagów i natką pietruszki. Konsumować z dobrym polskim razowcem, nie jakąśtam pitą. Smacznego!

C'est la Chandaleur!

2 lutego obchodzi się we Francji święto naleśników.

Jako, że mnie we Francji nie ma, a być bardzo bym chciała - świętuję smażąc naleśniki w Polsce. Nie bez powodu właśnie dziś przedstawiam Wam galettes z mąki gryczanej, podstawę francuskiego street foodu (oraz mojego jadłospisu z czasów mieszkania w Paryżu).

Nafaszerowałam je smakami daleko odbiegającymi od tych tradycyjnych - potrzebowałam małego czyszczenia lodówki i prowiantu wygodnego do zabrania na piknik. Połączenie kremowego (bataty, hummus, awokado) z chrupiącym (kiełki, granat, szczypiorek) okazało się lepsze niż przypuszczałam. Polecam je i Wam, choć pamiętajcie, że możecie do środka włożyć co Wam się żywnie podoba.

Gryczane naleśniki - galettes
z hummusem, awokado i pieczonymi batatami

2 porcje (ok. 6 wrapów)

na naleśniki:

 150 g mąki gryczanej
1 kopiasta łyżka jasnej mąki pszennej*
1 jajko
1/3 szklanki mleka
1 łyżka stopionego masła
1/2 łyżeczki soli
woda do odpowiedniego rozcieńczenia (najlepiej gazowana)
1/2 płaskiej łyżeczki kminu rzymskiego

do środka:

ok. 1 szklanki hummusu
1 średni upieczony batat
1 małe awokado
garść kiełków słonecznika
ziarenka z 1/2 granata
1/2 pęczka szczypiorku
sól, pieprz czarny, cayenne

* w wersji bezglutenowej mąkę pszenną można zastąpić gryczaną, ale naleśniki wyjdą ciut mniej elastyczne

Składniki na naleśniki zmiksować i w miarę możliwości odstawić na kilkanaście minut, by ciasto odpoczęło. Smażyć na mocno rozgrzanej patelni (jeśli jest nieprzywierająca, na sucho). Ilość zależy od wielkości patelni, gęstości ciasta... ale powinno wyjść średnio sześć naleśników.

Każdego naleśnika posmarować hojnie hummusem, następnie układać kiełki, słupki batatów, plasterki awokado, szczypiorek i granata. Całość dodatkowo posypać przyprawami. Zwijać w krokieciki - chyba, że nie szykujecie ich, jak ja, na wynos. Wówczas można podać w formie kopert, jak tradycyjne galettes. Smacznego!