Nie tak całkiem

IMG_2315.jpg

Te przepisy szykowałam kiedy kwitły jabłonie. Dziś dojrzałe owoce z impetem spadają z drzew przez cały dzień i noc. A przepis aktualny, bo taki to dziwny rok, że trwa sezon na wszystko naraz. Jedyne, czego już nie ma to szparagi, ale to żaden problem – podmieńcie je na brokuła lub zieloną fasolkę, a wyjdzie równie pysznie. 

Na kuchennym palniku stanie dziś tylko jeden garnek z wodą. Będziemy obserwować jak nabiera ona coraz bardziej zielonkawej barwy, po kolejnych partiach blanszowanych w niej warzyw. Wrzucone do wrzątku, będziemy je z niego wyławiać niemal od razu. Mgnienie oka – dokładnie tyle jest im potrzebne, żeby smakowały najlepiej. Na talerzach znajdzie się groszek cukrowy,  którego strączki są jędrne, soczyste i słodsze niż same ziarenka (ale jeśli nie znajdziecie odpowiednio młodego, możecie użyć też samych ziarenek). Małe pory, które podduszone na maśle w magiczny sposób nabierają jego cech i dosłownie rozpływają się w później ustach. Szparagi, ale ich najedliśmy się już w tym roku po pas... zamiast nich sięgnijcie po coś innego, najlepiej w równie pięknym zielonym kolorze. I pierwsze gruntowe ogórki, w pysznej chropowatej skórce – oczywiście na mizerię. Dodamy jeszcze tylko młode ziemniaki i otrzymamy klasyczny polski obiad – z jajkiem sadzonym, bez którego cały ten talerz miałby trochę mniej sensu.

IMG_2358.jpg
IMG_2315-3.jpg

Nie rezygnując z polskiej przewagi, urozmaicimy potem ten obiad egzotycznymi niuansami. Do warzyw dodamy japońską pastę miso, która rozpuści się w sosie tworząc słodko-słone, kremowe ragout. Zamiast śmietany do mizerii sięgniemy po tajskie mleko kokosowe (dorzućmy też dużo kolendry, która doda jej świeżości). A jajka posypiemy dymną papryką gochugaru z Korei, dzięki której nie będzie im trzeba ani szczypty soli. Umiejętność łączenia rodzimych skarbów, z tym, co dobre z daleka, to klucz do najpełniejszego wykorzystania potencjału tych wszystkich dobroci ze świata całego. O każdej porze roku.

IMG_2315 copy.jpg

Receptury z aktualnego numeru magazynu Aktivist, całość do podejrzenia tutaj, online. Jedliśmy to jako jeden z pierwszych w tym roku obiadów przy stole w ogrodzie. Teraz powoli szykujemy się na przedostatnie. 

IMG_2361.jpg

(Nie tak całkiem) klasyczny obiad polski

z ragoût z zielonych warzyw i miso,
orientalną mizerią
i jajem po koreańsku

 

4 porcje

 

– Mizeria kokosowa z kolendrą

  • 4 duże ogórki gruntowe
  • liście z dużego pęczka kolendry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1-2 łyżki soku z limonki
  • sól do smaku

Pokrój ogórki na cieniutkie plastry, korzystając z noża lub mandoliny. Umieść je w dużej misce, dodaj drobno posiekane liście kolendry, mleko kokosowe, sok z limonki i szczyptę soli. Dokładnie wymieszaj i w razie potrzeby dopraw do smaku. Możesz podawać od razu, ale najlepiej smakuje po schłodzeniu przez około 2 godziny w lodówce.

 

– Zielone ragoût z pastą miso

  • 800 g groszku cukrowego w strączkach
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • 25 g masła (w wersji wegańskiej zastąp olejem kokosowym)
  • 2 młode pory
  • szczypta soli
  • 2 łyżki nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 3 łyżki białej pasty miso
  • 100 ml gorącej wody
  • 200 ml mleka sojowego
  • skórka z 1 cytryny
  • parmezan w płatkach
     
  • oraz ok. 600 g młodych ziemniaków
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: jadalne kwiatki do dekoracji

Zagotuj duży garnek wody i delikatnie ją osól. Obok przygotuj miskę z zimną wodą i kostkami lodu. Najpierw wrzuć do wody strączki groszku, zblanszuj przez 1-2 minuty, a następnie wyłów (najlepiej sitem lub łyżką cedzakową) i od razu przełóż do wody z lodem. Dzięki temu zachowają piękny zielony kolor i będą chrupkie. Odłam zdrewniałe końcówki szparagów, a resztę pokrój na 2-cm kawałki. Główki odłóż, a pozostałe kawałki wrzuć do tej samej gotującej się wody i zblanszuj przez 2-3 minuty, aż zmiękną, ale wciąż będą jędrne. Na ostatnią minutę dorzuć główki szparagów. Wyłów i również umieść w misce z lodowatą wodą. Garnek zachowaj do gotowania młodych ziemniaków – wrzuć je do wody wyszorowane w całości.

Na głębokiej patelni lub w woku rozgrzej masło (lub olej). Dodaj posiekane w cienkie krążki pory (tylko białą i jasnozieloną część, bez ciemnych liści) i szczyptę soli. Duś przez 10 minut, dodając w międzyczasie cukier i odrobinę wody. Dorzuć do podduszonych porów odsączone strączki groszku i szparagi. W kubku wymieszaj pastę miso z gorącą wodą i dodaj na patelnię. Wlej także mleko sojowe. Wszystko razem delikatnie, ale dokładnie mieszając, podgrzej i gotuj przez pięć minut. Zdejmij z ognia, posyp świeżo startą skórką z cytryny i ewentualnie płatkami parmezanu.

Ugotowane ziemniaki odcedź, po nałożeniu na talerze rozgnieść na płasko widelcem, dopraw solą i obsyp jadalnymi kwiatami.

 

– Jajka sadzone z papryką gochugaru

  • 4 duże jajka
  • sól do smaku
  • 4 duże szczypty papryki gochugaru
  • olej do smażenia

Na dużej, płaskiej patelni rozgrzej warstwę oleju pokrywającą całą powierzchnię. Wbij na nią cztery jajka, każde dopraw delikatnie solą. Smaż przez kilka minut na niedużym ogniu, aż białko będzie ścięte, a żółtko wciąż płynne. Posyp papryką gochugaru i przekładaj na talerze.

 

Risotto & more

Średnio co pół roku dopada mnie pewne zjawisko i za każdym razem obiecuję sobie, że kiedyś rzetelnie je przebadam. Musi w tym siedzieć jakaś biologia, bo nie wierzę, że to wyłącznie złośliwość umysłu! Mowa o tym, jak w obliczu goniących terminów i pilnych obowiązków wzrasta ludzka kreatywność i chęć działania na najróżniejszych polach – prócz tego jednego, na które jesteśmy skazani!

Sesje egzaminacyjne odkrywają we mnie pomysłową i wszechstronną osobę. Robię przemeblowania, biję życiowe rekordy w sporcie, słucham zaległych audycji, bawię się w naukę kaligrafii i czytam o sztuce komponowania zapachów. Zawsze przypomina mi się też, że bardzo chcę nauczyć się robić na drutach. Ale jak nic innego, kiedy nie wolno, chce mi się gotować!

Co chwilę przychodzą mi do głowy kolejne dania, które koniecznie muszę zrobić. Szczególnie trudno jest teraz, w przypadku sesji letniej – kto nie ma motylków w brzuchu przechodząc obok uginających się pod ogromem warzyw i owoców straganów! Zaprzestanie gotowania nie wchodzi w grę, to jasne. Na razie więc segreguję w głowie pomysły, jako pierwsze realizując te zjadające możliwie mało przeciekającego przez palce czasu.

Jeśli więc na blogach kulinarnych szukacie ucieczki od obowiązków, mam złą wiadomość! Przygotowanie obiadu nie będzie dziś jedną z nich :) zielone risotto wniesiecie gotowe na stół niecałe pół godziny po przekroczeniu progu kuchni.

Właściwie przepis, który dla Was mam to coś więcej niż risotto. Zdecydowanie nie jest klasyczne! Przygotowałam je z mieszanki brązowego ryżu, komosy ryżowej, amarantusa i bulguru z łubinu, przemycając tym samym dużo zdrowego urozmaicenia. Dobra wiadomość – nie musicie mieć tych egzotycznych ziaren w kuchennych szufladach. Wszystkie znajdziecie w mieszance „Ziarna Inków” z Rice&More, nowej serii produktów Monini. Bardzo je sobie upodobałam, szybko się gotują i są pyszne! Rozwiązują też mój częsty dylemat między kaszami i ryżem (uwielbiam je jednakowo). Przygotuję dla Was przepis z każdą mieszanką w roli głównej. Będzie bardzo pysznie i różnorodnie, obiecuję!

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone „risotto"
ze szpinakiem, groszkiem i serem kozim

2-4 porcje

2 łyżki oliwy
1 szalotka
2 małe ząbki czosnku
200 g mieszanki Rice&more "Ziarna Inków"
650ml bulionu drobiowego lub warzywnego

200 g groszku zielonego mrożonego
120 g szpinaku
1/3 szklanki listków bazylii
skórka z ½ cytryny
180 ml gorącej wody

100 g sera koziego pleśniowego
½ małej cukinii + odrobina oliwy do podsmażenia
świeżo mielony czarny pieprz

Na patelni rozgrzewamy oliwę i dodajemy drobno posiekaną szalotkę i czosnek. Dusimy aż zmiękną, przez około dwie minuty, a następnie dodajemy mieszankę ziaren. Podsmażamy jeszcze dwie minuty, po czym podlewamy bulionem (lekko ponad poziom ryżu). Gotujemy na najmniejszym ogniu, często mieszając, na bieżąco uzupełniając bulion małymi porcjami – tak, jak przy przygotowywaniu klasycznego risotto.

W międzyczasie w blenderze lub malakserze mrożony groszek zalewamy gorącą wodą. Dodajemy umyty i osuszony szpinak, bazylię oraz skórkę z cytryny. Całość miksujemy pulsacyjnie, pozostawiając w masie niewielkie grudki.

Po dodaniu całego bulionu, kiedy „risotto” osiągnie odpowiednią konsystencję, wlewamy zieloną masę. Dorzucamy także połowę sera koziego (50 g) w małych kawałkach. Wszystko mieszamy delikatnie i gotujemy jeszcze 4-5 minut. W międzyczasie na patelni podsmażamy plastry cukinii. Gotowe risotto doprawiamy ewentualnie do smaku solą (czy będzie to konieczne zależy od bulionu – zdarzają się mniej i bardziej słone).

Risotto podajemy w głębokich talerzach, przyozdobione podsmażonymi plastrami cukinii, resztą koziego sera i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Smacznego! 

A teraz najlepsze - prezenty!  Gorąco zachęcam Was do udziału w konkursie, w którym do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid! Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki Rice&More i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Powodzenia! :)

Trzy dni Wielkanocy

Wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc, dlatego najwyższa pora odkopać ulubione receptury z świąteczne! Dziś na portalu HelloZdrowie pod lupę biorę jajka. W czasie Świąt pojawiają się one niemal na każdym polskim stole. I choć obowiązkowe są przecież nie mniej niż żurek, ćwikła i mazurki, coraz częściej zdarza się, że z bólem serca ich sobie odmawiamy.

Przyczyną rezygnowania z jajek może być towarzystwo ciężkiego majonezu, w którym zazwyczaj lubią występować. Okazuje się, że jego dodatek nie jest ani trochę konieczny do stworzenia udanego jajecznego przysmaku! Warto odważyć się na eksperymenty – wymieszać jajka z pełnym zdrowych tłuszczy awokado lub puszystym purée z pieczonych buraków, czy też nafaszerować je na modłę japońską, zamiast majonezu wykorzystując w nadzieniu gęsty jogurt. Każda z tych niecodziennych propozycji kusić będzie z wielkanocnego stołu nie tylko intrygującym smakiem, ale też lekkością i pożywnością. We wszystkich przepisach jajka gotujemy na półtwardo, dzięki czemu wartości odżywcze zawarte w żółtkach nie ulegają zniszczeniu. Wielkanocny przesyt jajkami wydawał Wam się dotychczas nieunikniony? Nie w tym roku! Coś czuję, że do tych przepisów będziecie wracać jeszcze długo po Świętach.

Podczas Wielkanocy jajko jest nie tylko przysmakiem na stole – w wielu domach postrzega się je symbolicznie i dzieli się nim niczym opłatkiem. Pamiętajmy, by sięgać po jajka z hodowli ekologicznych (z oznaczeniem „0”). Musimy zapłacić za nie trochę więcej, tym samym jednak sponsorujemy kurom odpowiednie warunki hodowli, wolny wybieg i naturalną, organiczną karmę. Dzięki temu ich jajka pełne są wartości odżywczych, a nie chemii i sztucznych hormonów. Ja kupuję wiejskie jajka od znajomego rolnika. One są bardzo duże – jeśli używacie mniejszych (rozmiar M) warto w przepisach dodać o 1 jajko więcej.

Wesołych Świąt!

Jajka faszerowane po japońsku
z pastą miso i sezamem

Marynowane jajka*
2/3 szklanki sosu sojowego „jasnego"
2 łyżki octu ryżowego
1 łyżka cukru trzcinowego
1/3 szklanki ciepłej wody
5 jajek

Nadzienie:
1 łyżka z górką jasnej pasty miso
1 łyżka oleju sezamowego
1 płaska łyżeczka wasabi (lub więcej do smaku)
1 łyżka gęstego jogurtu greckiego
½ - 1 łyżka octu ryżowego
do posypania: nasiona sezamu, szczypior, posiekane arkusze nori

* patent marynowania w sosie sojowym na podstawie Momofuku soy sauce eggs z "Milk Bar Life" Christiny Tosi.

Jajka wkładamy do rondelka odpowiedniej wielkości (powinny mieć trochę luzu) i zalewamy zimną wodą. Podgrzewamy na średnim ogniu, co jakiś czas mieszając, aby ciepło rozchodziło się równomiernie. Od momentu zawrzenia wody włączamy stoper i gotujemy dokładnie 4 minuty na najmniejszym ogniu. Po tym czasie zdejmujemy garnek z ognia i na minutę umieszczamy pod strumieniem lodowatej wody. Przestudzone jajka obieramy (aby zrobić to bez uszczerbku na ich powierzchni, delikatnie tłuczemy całą skorupkę i obieramy jajko pod wodą). Usuwamy dokładnie błonkę, aby jajka równomiernie nam zafarbowały.

W szerokim słoiku lub głębokim naczyniu łączymy składniki marynaty. Mieszamy dokładnie, aż rozpuści się cukier. Umieszczamy w marynacie jajka i upewniamy się, że każde z nich zanurzone jest w całości, w razie potrzeby od góry przyciskając je np. talerzykiem). Odstawiamy na 1,5–2 godziny (to maksimum, aby nie wyszły zbyt słone).

Zamarynowane jajka kroimy na połówki i delikatnie wyciągamy łyżeczką żółtka. Łączymy je z pozostałymi składnikami farszu – pastą miso, olejem sezamowym, wasabi, jogurtem greckim i octem ryżowym. Ucieramy całość na gładkie nadzienie, doprawiając ewentualnie którymś ze składników wedle własnych upodobań. Nakładamy farsz do wgłębień w białkach, posypujemy jajka sezamem, szczypiorkiem oraz posiekanymi wodorostami i serwujemy. 

Różowa pasta jajeczna

6-8 porcji

3 jajka ugotowane na półtwardo*
200 g pieczonych lub ugotowanych buraków (waga po obraniu)
60 g fety
2 łyżeczki tartego chrzanu
sok i skórka z 1 cytryny (niewoskowanej)
sól, pieprz czarny do smak

*Instrukcja bezproblemowego gotowania na półtwardo znajduje się w przepisie na faszerowane jajka po japońsku.

Buraki kroimy na mniejsze kawałki i blendujemy na gładkie purée. W zależności od upodobań możemy też posiekać je na małe kawałeczki nożem. Rozdrobnione w taki czy inny sposób mieszamy z pokruszoną na małe kawałeczki fetą, dodajemy chrzan, skórkę oraz sok z cytryny i rozgniecione widelcem jajka. Całość dokładnie mieszamy i doprawiamy do smaku solą i pieprzem.

Ta pasta ma wyrazisty charakter – pozwólmy jej grać pierwsze skrzypce, idealnie sprawdzi się w kanapce z delikatnego pieczywa wyłącznie w towarzystwie odrobiny masła i świeżego szczypiorku. Smacznego!

Zielona pasta jajeczna

6-8 porcji

3 jajka ugotowane na półtwardo*
½ szklanki ugotowanego zielonego groszku (zanim pojawi się świeży, idealnie sprawdzi się mrożony)
1 dojrzałe awokado hass
½ pęczka natki pietruszki
sok z ½ cytryny
2 łyżki musztardy francuskiej
1 łyżka oliwy z pierwszego tłoczenia
sól, pieprz czarny do smak

*Instrukcja bezproblemowego gotowania na półtwardo znajduje się w przepisie na faszerowane jajka po japońsku.

Jajka, groszek i awokado rozgniatamy w dużej misce widelcem. Kawałki zostawiamy tak duże, jak mamy ochotę – ja wolę jajeczne pasty raczej gładkie, ale nie całkowicie zmielone. Natkę pietruszki siekamy najdrobniej, jak potrafimy. Łączymy składniki sosu – sok z cytryny, musztardę i oliwę – dorzucamy pietruszkę i mieszamy z rozgniecionymi jajkami, groszkiem i awokado. Doprawiamy solą morską i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Ta pasta jest kremowa i subtelna, świetnie współgra z wyrazistym pieczywem takim jak pumpernikiel. 

 

Zielono mi

Co roku na etapie wiosennego przesilenia mój żywot staje się straszliwie monochromatyczny. Ja bynajmniej nie o tym, że od jakichś dwóch tygodni wszystko za oknem jest szare (okazuje się, że narzekanie nijak tego nie zmienia)! Choć z upartą zimą nie jest łatwo – kończą mi się zapasy kakao, noszę na zmianę wszystkie swoje bure swetry, i mogłabym przysiąc, że nawet Luizjana jakoś ostatnio pociemniała – to dzisiaj, po tym przemyconym pomruku niezadowolenia, skupię się na tym, jak co roku na etapie wiosennego przesilenia łapię się na jedzeniu wyłącznie zielonych rzeczy.

Regularnie zdarza mi się popaść w skrajność. W tym roku jeszcze tego nie robiłam, ale czeka mnie tydzień detoksu sokowego, podczas którego w moim menu będą wyłącznie zielone koktajle. Póki co nie chcę wymagać od siebie za dużo. Wciąż potrzebuję comfort foodów, matchy z mlekiem, gęstego kremu z brokułów, zielonego curry, ziemniaków niewidocznych spod zielonego koperku, gorącego jarmużu, makaronu szpinakowego, słodkiego groszku i bazyliowego pesto. Jem normalnie i tak, jak czuję – wydaje się, że przemawia przeze mnie zapotrzebowanie na chlorofil. Może trochę udawane? Bo nawet lody pistacjowe, na których w niektóre dni opiera się ostatnio moja dieta, są w kolorze zielonym. Daję słowo, nie robię tego specjalnie; czuję jednak w kościach, że to nie przypadek. Strasznie chciałabym podśpiewywać już Osiecką (którą – to wiadomo), ale choć na niektórych gałązkach pojawiają się powoli nowe pączki, póki co ciągle jest mi zdecydowanie szaro. 

Żeby monochromatyzm nie kojarzył się z czernią i bielą, chętnie zarażę Was wszystkich moimi inklinacjami ku kolorowi natury. Zacznijmy od pełnoziarnistego szpinakowego makaronu z groszkiem i pesto, którego zjadłam 2,5 porcji za jednym zamachem. To propozycja obezwładniająca w swojej prostocie - jeśli będziecie chcieć więcej, z przyjemnością stworzę dożywotnie menu oparte wyłącznie na zieleni. Do czasu pojawienia się liści na drzewach i szczypiorków na straganach zawsze mamy przecież lody pistacjowe!

Zielony makaron z pesto i zielonym groszkiem

4 porcje

200 g tagliatelle ze szpinakiem*
200 g zielonego groszku
2 kopiaste łyżki pesto alla genovese**
skórka i sok z ½ cytryny
1 łyżka masła lub oliwy
2 ząbki czosnku
2/3 – 1 szklanka wody bulionu
parmezan lub grana padano do podania
świeżo mielony czarny pieprz
prażone pestki słonecznika lub orzeszki piniowe

Mimo lekkiej sprzeczności z tematem dzisiejszego wpisu, danie będzie równie udane w wariancie wielobarwnym. W smaku różnica między szpinakowym a zwykłym makaronem jest niewielka, możecie śmiało użyć rodzaju, który najbardziej lubicie.
** Możecie użyć domowego, również innego niż genueńskie (ciekawe jak smakowałoby tu szałwiowe!), ale pesto ze sklepu też sprawdzi się idealnie, jeśli jest dobrej jakości.

W woku – lub dużej, głębokiej patelni – rozgrzewamy masło (lub oliwę). Dodajemy posiekany czosnek i chwilę dusimy. Dorzucamy groszek (może być zamrożony) i na dużym ogniu smażymy przez kilka minut, często mieszając. Dodajemy skórkę z cytryny, sok i pesto, całość mieszamy i zalewamy bulionem. Dusimy około 15 minut, podczas mieszania rozcierając lekko ziarenka groszku. Kiedy prawie cały bulion odparuje, w osolonej wodzie gotujemy makaron. Gdy wciąż będzie twardawy, szczypcami lub łyżką cedzakową wyciągamy go i wrzucamy na patelnię z sosem. Dolewamy ok. ½ - 1 szklankę wody z gotowania. Na sporym ogniu podgrzewamy całość intensywnie mieszając, aby sos odparował i dokładnie pokrył makaron. Podajemy od razu, doprawiając porcje świeżo mielonym czarnym pieprzem, twardym serem startym na wiórki lub płatki i podprażonymi pestkami słonecznika lub orzeszkami piniowymi. Smacznego!

Był miesiąc maj, szumiał gaj

Ręka w górę kto ma choć jedną taką osobę, którą z ręką na sercu mógłby nazwać swoją miłością, mimo iż nigdy w życiu nawet jej nie spotkał. Nie będę się na razie na ten temat rozpisywać – ja mam takich osób na luzie około setki i o każdej z nich kiedyś chętnie opowiem. Ale dziś będzie tylko o jednym panu, którego wielu z Was na pewno darzy podobnym uczuciem.

Kto nie kocha Jana Brzechwy? Nie sposób odmówić mu (oraz kilku jego kolegom po fachu) odpowiedziedzialności za dodawanie magii tysięcom dzieciństw, i to już przez tyle pokoleń! (Mam nadzieję, że dzisiejsi rodzice też wiedzą po jakie bajki i wiersze sięgać dla swoich dzieci. Nie twierdzę, że nie należy iść z duchem czasu (z lat dziewięćdziesiątych pamiętam nawet gry komputerowe na bazie wierszy Tuwima!), ale kiedy coś jest wyjątkowo dobre, nie warto porzucać tego uznając za przedawnione).

Brzechwowego Kopciuszka słuchała z winylowych płyt moja mama, wówczas kilkuletnia, a do dziś potrafiąca wyrecytować każdą kwestię wypowiadaną w tym przedstawieniu. W mojej głowie piosenki wybrzmiewają jej głosem – czasami w dzieciństwie śpiewała je mi i moim siostrom. Zawsze był w tym ogromny sentyment i nakręcająca ją urocza dziecięca ekscytacja, co bawiło nas i rozczulało.

Najczęściej, tak mi się zdaje, padało na Balladę Kopciuszka. Pamiętam ją do dzisiaj i czasem przyczepia się do mnie w kółko brzmiąc w mojej głowie.

Jechał królewicz królewską drogą, spotkał na drodze pannę ubogą.
Był miesiąc maj, szumiał gaj, był miesiąc maj, szumiał gaj.
Rzecze królewicz: piękne masz liczko, ale nie przyszłaś na świat księżniczką.
Był miesiąc maj, szumiał gaj. Był miesiąc maj szumiał gaj.
Więc cię za żonę pojąć nie mogę i każde w swoją ruszyło drogę.
Był miesiąc maj, szumiał gaj. Był miesiąc maj, szumiał gaj.

Ci z Was, którzy znają ciąg dalszy przedstawienia wiedzą, że historia nie skończyła się w ten smutny sposób. Królewicz prędko poprawia Kopciuszka, krzycząc:

To nieprawda, ballada kłamie! Pozwól, że podam ci ramię. Choćbyś była sierotą biedną, z tobą tańczyć chcę, z tobą jedną.

I tańczą.

Dzisiejsza sałatka jest jak ta historia. W roli królewicza występuje czerwona quinoa – szlachetny, niecodzienny przybysz z daleka. Z prostymi warzywami – fasolką, groszkiem czy rzodkiewką, tanimi, polskimi i umorusanymi w świeżej ziemi – zdawałoby się, że nijak jej nie do pary, hm? To nieprawda, ballada kłamie! Ich połączenie jest najlepszym, co może przytrafić Wam się tej wiosny, poważnie. Wzbogaćcie je o akompaniament świeżych ziół oraz koronę z kremowego sosu z tahini, a efekt zachwyci Was bardziej niż najlepszy taniec.

Sałatka z czerwonej komosy ryżowej
z wiosennymi warzywami i cytrynowym dressingiem z tahini

4 małe lub 2 obiadowe porcje

¾ szklanki komosy ryżowej (najlepiej czerwonej, ale inna też się sprawdzi)
garść zielonej fasolki (ze szparagami – ok. ½ pęczka – też byłoby pysznie)
1 szklanka wyłuskanego świeżego groszku (może być mrożony, jeśli jeszcze nie ma u Was świeżego)
2/3 szklanki ciecierzycy (połowa puszki)
½ szklanki skrojonych rzodkiewek (ok. 6 – 7 sztuk)
½ małej czerwonej cebuli (można zastąpić szczypiorem)
bardzo dużo rzeżuchy
listki z 1/3 pęczka natki pietruszki (lub tyle, ile lubicie – ja lubię dużo)
3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

3 pełne łyżki jasnej, płynnej tahiny
sok z 1 cytryny*
½ łyżeczki miodu lub cukru
mleko do rozcieńczenia (ew. woda)
troszkę ponad ½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego
½ łyżeczki soli morskiej lub więcej do smaku
świeży czarny pieprz

*jeżeli macie cytryny ekologiczne, tj. niewoskowane, z całą pewnością nie zaszkodzi zetrzeć też trochę skórki i posypać nią sałatkę na talerzach.

Komosę ryżową przełożyć na drobne sitko i dokładnie opłukać w zimnej wodzie. Umieścić w garnuszku, zalać wodą (dwukrotna objętość) ze szczyptą soli i doprowadzić do zawrzenia. Zmniejszyć ogień, uchylić lekko przykrywkę i gotować bez mieszania ok. 15 minut. Quinoa spęcznieje i wypuści ogonki. Powinno zostać trochę wody, nie wystającej jednak ponad poziom komosy. Jeśli jest jej więcej, odparować gotując chwilę na większym ogniu bez przykrywki, jeśli mniej – można minimalnie uzupełnić. Zdjąć z palnika, dodać jedną łyżkę oliwy, szczelnie przykryć i pozostawić do wchłonięcia reszty wody (ok. 20 minut), a najlepiej do całkowitego wystudzenia. Po tym czasie „spulchnić” przeczesując widelcem.

Groszek i pokrojoną na kawałki fasolkę ugotować krótko (w wodzie lub na parze) – 8 do 10 minut. Natychmiast przelać zimną wodą (dzięki temu zachowają piękny kolor). Ostudzić.

W międzyczasie przygotować resztę składników. Rzodkiewki wymyć i pokroić cienko, ciecierzycę osuszyć (jeśli używacie puszkowanej, opłukać w wodzie po odsączeniu), cebulę posiekać w drobną kostkę, pokroić rzeżuchę i natkę pietruszki. W dużej misce wymieszać wszystko (komosę, ciecierzycę, groszek, fasolkę, rzodkiewki, rzeżuchę i pietruszkę) dodając pozostałe dwie łyżki oliwy.

Dressing sporządzić mieszając tahinę z przyprawami i sokiem z cytryny. Powinna bardzo się zagęścić. Nie przerywając mieszania dodawać mleko (lub wodę) do uzyskania odpowiedniej, kremowej konsystencji (podobnej do ciasta naleśnikowego). Polewać sałatkę bezpośrednio na talerzach. Bardzo smacznego!