Ostatki w Kukbuku

Od kilku dni nie mogę przejść obojętnie obok żadnego kiosku, bo z półek patrzy na mnie piękna okładka nowego Kukbuka (tym razem jest jej dwa razy więcej niż zwykle!). Zimowy numer jest pełen pyszności, jeśli jeszcze go nie macie, koniecznie przejdźcie się do salonu prasowego lub kliknijcie tu!

Ode mnie w tym numerze dowiecie się jak wykorzystać pozostałe po świątecznym gotowaniu produkty, tak aby nie zajmowały Wam miejsca w szafkach czekając na kolejne Boże Narodzenie. Menu rozpustnego zimowego śniadania z ostatków prezentuje się następująco:

Z pszenicy na kutię - "Owsianka" z karmelizowanymi pomarańczami

Z podeschniętego piernika - Grzanki z gorgonzolą i suszonymi jabłkami

Z burakami po barszczu - Flatbread z jajkiem i pieczenią

Z wigilijnymi grzybami i fasolą - Sałatka z orkiszu z warzywami i pomarańczowym vinaigrette

Z owocami na kompot - Napar imbirowy

Smacznego!

Oczy w kolorze dyniowego vinaigrette

 

Założenie było proste.

Upiec małą dynię i przerobić ją na puree, które następnie podzielić na trzy części i na bazie każdej z nich stworzyć jakieś pyszne danie. Wciąż nie wiem czy to  jeszcze niefortunny zbieg okoliczności, czy już klątwa... ale nie da się ukryć, że od zaanonsowania tego przedsięwzięcia przy pierwszym przepisie (hop korzenne pancakes) dyń upiekłam już piętnaście, bynajmniej nie tworząc z nich czterdziestu pięciu innowacyjnych potraw. Zamiast tego pospiesznie dodawałam po trochu do makaronu czy miksowałam na prowizoryczną zupę, dbając by żaden z moich ostatnich posiłków nie przekroczył przypadkiem złotych siedmiu minut, maksymalnego czasu przygotowania na jaki mogłam sobie pozwolić. Tym sposobem ów pierwszą część cyklu zamiast ucztą Trzyd(y)niową powinnam była ochrzcić Trzytygod(y)niową, bo prawdziwy szmat czasu zajęło mi opracowanie trzeciego przepisu na dyniowe cudo do mojej przeklętej blogowej serii.

Chciałam, kochani, ale nie mogę – żadnych więcej wpisów cyklicznych na tym blogu! Wiem, że to dziecinne, ale zwalenie winy na obligatoryjność jako psychiczną barierę w publikowaniu wydaje mi się rozsądne; cokolwiek innego, co mogło być przyczyną (kot, studia, praca i przede wszystkim coraz więcej projektów, w które się angażuję) nigdzie się nie wybiera, a więc oficjalnie uznane za przeszkody dalej stałyby mi na drodze. 

O projektach i pracy w przyszłości opowiadać będę sporo, o studiach raczej słuchać nie chcecie... całe szczęście, że przynajmniej kota mogę przedstawić Wam już dzisiaj. Niewiele ponad tydzień temu adoptowałam najbardziej uroczego szkraba jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. Luizjana jest wychowanką jednej z nieciekawych wrocławskich ulic. Trzy miesiące, które sobie liczy, przeżyła naturalnie unikając konaktu z człowiekiem. Jest jeszcze płochliwa i najbezpieczniej czuje się pod kanapą, ale wystarczy zacząć drapać ją za uchem aby nagle zmieniła się w mruczącą kulkę z impetem wtulającą się we wszystko co znajduje się na horyzoncie (moją twarz, głównie). Znajomi przychodzą do mnie i śmieją się, że trąbię o kici, a jej nie widać – i, cóż, na razie to prawda, ale pracujemy nad jej nieśmiałością, nieustannie robiąc godne podziwu postępy! Najpierw pierwsza typowo kocięca reakcja na zabawkę była rarytasem, za jakiś czas już Luizjna wystawiła nos w towarzystwie obcych, a zanim ktokolwiek się obejrzał brawurowo atakowała sznurówkę siedzącego na kanapie gościa! Mnie każdy ten progres cieszy co najmniej jakby dziecko stawiało mi pierwsze kroki. Dziś rano pierwszy raz wgramoliła mi się sama z siebie do łóżka i wyraźnie dała do zrozumienia, że moja sześciogodzinna przerwa na sen to dla niej trochę za długi odstęp w pieszczotach. Mam z nią dobrze, bo zawsze doskonale wiem co próbuje mi zasygnalizować. Wiecie, ma bardzo sugestywne spojrzenie. Oczu w kolorze dyniowego vinaigrette!

Dyniowy vinaigrette
w sałatce z ciecierzycą, gorgonzolą i granatem

1/3 szklanki puree z dyni, najlepiej piżmowej
1/3 szklanki dobrej oliwy z pierwszego tłoczenia
2 łyżki octu jabłkowego
1 łyżka białego octu winnego
1 łyżka delikatnego miodu lub syropu klonowego
1 duży ząbek czosnku
taki sam kawałek imbiru
szczypta cynamonu
szczypta suszonego tymianku (lub płaska łyżka listków świeżego)
dużo soli i świeżego czarnego pieprzu
ew. woda lub oliwa do rozcieńczenia

dodatkowo:
1,5 szklanki ugotowanej ciecierzycy (lub 1 puszka, opłukanej)
nasiona z ½ dużego owoca granatu
100 g gorgonzoli, w kostkę
pestki dyni, uprażone na suchej patelni
rukola, kilka garści ulubionej sałaty
ulubione pieczywo / naan / pita

Wszystkie składniki na dressing zmiksować na gładko, dodając na koniec tyle wody lub oliwy ile będzie koniecznie do uzyskania pożądanej konsystencji. Ja zawsze robię sosy raczej gęste, następnie bezpośrednio przed użyciem odpowiednio je rozcieńczając – w drugą stronę to niestety nie działa!

Dyniowy vinaigrette jest wyrazisty, kwaśny, przepysznie orzeźwia zwyczajną garść zieleniny, którą możecie podać jako side dish do obiadu. Inną opcją jest dorzucić na talerz jakiś konkret, np. w postaci strączków, a do przegryzania (i późniejszego wytarcia talerza) zaopatrzyć się w ulubione pieczywo, czy – jak u mnie – samodzielnie upieczone chlebki naan. Wówczas niepozorny talerz z sałatką staje się pełnoprawnym posiłkiem. I to sponsorowanym przez niby zwykły sos! Smacznego!

Nie kombinujmy

Cześć czytelnicy! Cisza tu niemal taka, jak nocą w małym francuskim Nouans-les-Fontaines, z którego to dziś po raz pierwszy udało mi się zebrać, by do Was napisać. Obiecuję wszystko nadrobić, ale póki co moje oczy wolą, gdy razi je słońce, nie ekran komputera... 

W Turenii, gdzie trafiłam ponad tydzień temu, nie kombinujemy. Choć najchętniej nigdy bym stąd nie wyjeżdżała, zbliżający się powrót do domu oznacza zajęcie się wreszcie tysiącami zdjęć, z których (niekiedy dwa razy dziennie) oczyszczać muszę spracowaną kartę pamięci swojego aparatu. Już za chwilę pokażę Wam wiele z nich, a przez każde jedno przemawiać będzie myśl o tym, jakie życie może być proste. Przyjemności, jakimi raczymy się w środkowej Francji, zapewniają odpoczynek absolutny, jakiego nie zaznałam jeszcze w żadnym momencie tych intensywnych wakacji. Tutaj, przez ten krótki czas w roku, nikt do niczego się nie zmusza. Drzewa w ogrodzie uginają się od dojrzewających fig, śliwek i brzoskwini, sauvignon pije się już do śniadania, a budziki ustawia tylko przed poranną wyprawą na pchli targ w pobliskiej wsi. Nie silimy się też na szczególne innowacje w kuchni. Stawiamy raczej na klasykę, czcząc ją za pomocą pokazowych produktów naszego regionu. 

Kiedy gorgonzola obezwładnia smakiem tak, że można by jeść ją solo, nikt nie głowi się nad tym w jakiej kombinacji miałaby szansę zrewolucjonizować gastronomię. Zamiast tego ręce same sięgają po towarzystwo dobrze jej znane, a intuicyjnie utworzone połączenia nie niosą za sobą żadnego ryzyka. I choć zazwyczaj niepewność eksperymentowania to mój ulubiony czynnik urozmaicający pracę w kuchni, w Nouans postuluję o niekombinowanie. Jakoś mi tych emocji nie trzeba w miejscu, gdzie nawet piętka bagietki z masłem jest małą eksplozją zachwycającego smaku.

Sałatka z gorgonzolą i karmelizowaną gruszką
z dressingiem musztardowo-miodowym

4 porcje

Na sałatkę:
150 g dobrej gorgonzoli
2 twarde gruszki
1 łyżka miodu
1/2 szklanki orzechów, najlepiej włoskich (ale każde ulubione będą ok - tu laskowe)
po dużej garści roszponki, rukoli i bejbi szpinaku

Na sos:
1/3 szklanki najlepszej oliwy extra vergine
sok z 1/2 cytryny
duża łyżka delikatnego miodu
1 ząbek czosnku
łyżeczka musztardy dijon
szczypta soli, pieprzu

+ dobre pieczywo

Gruszki pokroić w grube plastry i poddusić krótko w miodzie, na średnim ogniu. Mają lekko się karmelizować, nie ugotować na papkę. Odstawić do przestygnięcia. Podobnie z uprażonymi na suchej patelni posieknaymi orzechami. W międzyczasie umyć i osuszyć sałaty, a gorgonzolę podzielić na małe kawałki. Układać wszystko (prócz orzechów) warstwami, polać sosem (wszystkie składniki dokładnie zblendowane), obsypać orzechami. Podawać ze świeżym pieczywem, najlepiej podpieczonym przez 2 minuty w piekarniku. Smacznego!

Tabula rasa

Bardzo cenię sobie krótkie chwile sam na sam z małymi codziennymi tabula rasa w moim życiu. Mam tu na myśli pojęcie w rozumieniu bardzo dosłownym. Czy jest to kartka z zeszytu, świeże podobrazie czy dokument w Wordzie, czyste białe tło, czekające tylko na działanie z mojej strony, napawa mnie ciężkim do zdefiniowania (ale niezwykle przyjemnym i inspirującym) uczuciem.

Jakiś czas temu w ten sam sposób potraktowałam okrągły placek, który leżał na moim kuchennym blacie i emanował potencjałem. Czułam ciężar odpowiedzialności za dobór techniki i materiałów - dowolność wyboru jest wiosną przytłaczająca - ale równoważyła go dodająca mi otuchy, beztroska wena twórcza. Moje końcowe dzieło, bezsprzecznie nawiązujące do niezawodnych klasyków swojego gatunku, okazało się naprawdę rewelacyjne. Jak mogłoby zresztą stać się inaczej? Przy samej niezapisanej tablicy już pachnącej kusząco, wypełnienie jej przedstawieniem tego rzędu skazane było na sukces.

Jeśli jesteście wielbicielami puszystego (aka bułkowatego) ciasta rodem z Pizzy Hut, nie zabierajcie się za spód z komosy ryżowej. Tutaj otrzymacie cieniutki placek przypominający chrupiącą pizzę neapolitańską. W smaku czuć quinoę, a dokładniej jej przyjemny orzechowy aromat. Wierzchu chyba zachwalać nie muszę, rzuta oka na zdjęcia / listę składników jest wystarczającym zapewnieniem o jego wspaniałości. Warto ! ! !

quinoa-pizza-6083.jpg

Pizza z pieczonymi młodymi burakami, gorgonzolą i pesto
na spodzie z quinoa (bezglutenowa!)

Źródło przepisu na spód

przepis na 2 porcje obiadowe (1 porcja = 1 pizza)

Na spód:
1 szklanka quinoa – komosy ryżowej
1 mały ząbek czosnku
2 łyżki oliwy
ok. 1/4 szklanki wody (+ do namoczenia komosy)
duża szczypta soli, czarny pieprz

Na górę:
2 upieczone młode buraki z botwiny (takie wielkości piąstki)
ok. 70 – 80 g gorgonzoli
1/2 czerwonej cebuli
garść orzechów włoskich
2 pełne łyżki zielonego pesto (u mnie klasyczne alla genovese)
świeży tymianek

Komosę ryżową zalać zimną wodą i odstawić na noc do namocznia. Kolejnego dnia odsączyć, przepłukać i zblendować z czosnkiem, oliwą, przyprawami i wodą (dodając ją stopniowo, do uzyskania konsystencji ciasta na pancakes, jogurtu naturalnego, itp.). Piekarnik nagrzać do 200 stopni razem z natłuszczoną lekko formą (!). Gorącą wyjąć, przelać do niej połowę ciasta, rozsmarować równo i ponownie wstawić do piekarnika. Piec ok. 30 minut (po 20 odwrócić do góry nogami). Powtórzyć z drugą częścią ciasta. Ostudzić spody na kratce.

Buraki (można upiec je razem ze spodami, lub przy innej okazji) pokroić w równej grubości plasterki, gorgonzolę w płaską kostkę, cebulę – w piórka.  Na każdym spodzie rosmarować porządną łyżkę pesto, na nim ułożyć buraki, następnie cebulę, ser i orzechy. Z powrotem włożyć do piekarnika na około 10 minut, do odpowiedniego zapieczenia. Przed podaniem posypać świeżym tymiankiem. Smacznego!