Zostajemy w ogrodzie

W tym roku wyjątkowo nie mogę odżałować kończącego się lata. Uczepiłam się go i nie chcę puścić, choć całe swoje dwadzieścia lat przeżyłam w przeświadczeniu, że jesień to moja ulubiona pora roku. Teraz, rozpieszczona zeszłorocznym słońcem grzejącym niestrudzenie do ostatnich dni października, chyba przyzwyczaiłam się do ciepła trochę za bardzo.

Jednocześnie nie mam nic przeciwko zmianom, chociażby na straganach. Nie zauważyłam nawet kiedy zniknęły brzoskwinie, morele i borówki, bo najadłam się ich po uszy kiedy panował czas im właściwy. Później moja uwaga samoistnie i naturalnie zwróciła się ku jabłkom, śliwkom i dyni. (Wciąż jednak łapczywie pochłaniam pomidory, obawiając się, że każdy dzień może być już tym ostatnim). Wiem, że jest jesień; na okrągło piekę warzywa, po nocach śni mi się szarlotka, poranne owsianki znów jem na gorąco, a do kawiarki, prócz Wrocławskiego Klasyka, wsypuję czasem ziarnko kardamonu i dwa goździki. Co więcej, ta jesień mi się podoba, sami słyszycie jaka jest smaczna! Tym więc ciężej pogodzić ją z nieodpartą chęcią zatrzymania (w niektórych kwestiach) czasu.

Ze wspomnieniem słońca i leniuchowania nierozłączny stał się dla mnie tego lata mój ogród. Odbyły się w nim dziesiątki spotkań, od kameralnych rendez-vous po pikniki i obfite grillowe biesiady, był nawet koncert z prawdziwego zdarzenia! Przywykłam do spędzania w nim czasu i do zapraszania do niego gości, i tak wiele bym dała, by ten sezon nie dobiegał jeszcze końca! Podczas gdy w kuchni jesień witam chętnie, poza nią mogłaby dla mnie nie istnieć, bo stanowi sporą przeszkodę w kontynuowaniu upodobanych przeze mnie ogrodowych tradycji.

Fakt, że po dziewiętnastej już się ściemnia nie stanowi problemu – na jabłoni wiszą lampki choinkowe, a po kuchennej szufladzie turla się przecież tysiąc świeczek. Późnopopołudniowe uczty w ogrodzie cały czas więc się tu zdarzają. Problem tylko taki, że opatulanie się w naleśnik z grubego koca bardzo nie sprzyja podnoszeniu się z miejsca. Dajcie mi do tego jeszcze najedzony brzuch i napełniającą się cyklicznie lampkę wina, a nie wstanę choćby się waliło i paliło. Na moje nieszczęście muszę dodać: dosłownie.

Pewna droga mi Pani wróciła ostatnio z długiej podróży. Chciałam godnie ją powitać, a przy okazji upewnić się, że nie zabraknie nam czegoś do podjadania, niezbędnego przy wymianie opowieści. Ale że prodiż mam tylko jeden, towary ustawiały się do niego w kolejce. Kiedy przyszła pora na kruszonkę do obłędnego cytrynowego puddingu planowanego na deser, my zamiast jej doglądać siedziałyśmy już w ogrodzie w towarzystwie sałaty z pieczoną dynią i jeszcze ciepłej focacci z figami i serem owczym. Siedziało się niczego sobie, przyznam; na tyle miło, że czas skutecznie zwiódł nas co do prędkości swojego upływu. To te koce i wino, jestem pewna... Kiedy oswobodziwszy się z ich objęć ruszyłam spacerkiem do środka zobaczyć czy kruszonka nie potrzebuje czasem przemieszania, zastałam prodiż buchający chmurami czarnego dymu, z których spalonego aromatu wietrzę mieszkanie do dziś.

Sałatka była pyszna, a focaccia jeszcze lepsza, dlatego pocieszałyśmy się, że nie miałybyśmy miejsca na deser nawet gdyby się udał... Ale jak nie wtedy to kiedy indziej, wiadomo, wszedł mi na ambicję, i kilka dni później stanął na stole, dokładnie taki, jaki być powinien. Wierzch złoty (nie czarny, ehm), pachnący prażonymi migdałami, maślaną słodyczą i idealnie wpasowaną nutą rozmarynu (nie ważcie się pomijać, w ostateczności można podmienić na tymianek). Pod spodem kremowy pudding cytrynowy, tak dekadencki, że nie ośmielilibyście się nazwać go zdrowym (a tym bardziej nie zrobionym z sojowej masy o smaku mydła – silken tofu). Potem już tylko figę w plastry i pozostaje sięgać po łyżkę. Totalnie warte prób, nawet jeśli miałoby ich być sześć.

Pierwszą przygodę rozumiem jako groźbę od jesieni, demonstrującej swoją potęgę w ramach zemsty za poważanie w jakim mam jej wieczorne mrozy (w c i ą ż  przesiadując w ogrodzie!). Ale, choć z początku się wahałam, teraz wiem, że nie mogę dać się sterroryzować. Za mało czasu do zimy, za dużo do kolejnego lata. Uczę się jednak na swoich błędach i nie zostawiam już niczego bez opieki w domu. Jezu, jak dobrze, że nie mam piekarnika; prodiż równy gość, świetnie znosi pracę w terenie i od tej pory jest zaproszony na każde garden party jakie się u nas odbywa!

Pudding cytrynowy z owsianą kruszonką
z figami i rozmarynem

3 porcje
przepis bazowy z The Sprouted Kitchen Sary Forte

Na pudding:
350 g silken tofu
1/3 – 1/2 szklanki syropu z agawy (lub klonowego, lub miodu - jeśli lubicie ich smak)
2 łyżki mąki kukurydzianej
1 niewoskowana cytryna
duża szczypta soli

Na kruszonkę:
1/2 szklanki płatków owsianych
1/4 szklanki posiekanych migdałów (lub płatków)
1/2 szklanki cukru trzcinowego
2 łyżki masła*
kilka kropli ekstraktu waniliowego
½ łyżki drobno posiekanego rozmarynu (2-3 gałązki)
duża szczypta soli

+ świeże figi, więcej rozmarynu

* Aby deser był wegański, masło można zastąpić olejem kokosowym (najlepiej nierafinowanym, o pięknym aromacie).

Tofu wyjąć z opakowania i odsączyć na kilku warstwach ręcznika papierowego (zmieniając w razie potrzeby) z różnych stron, przez około dziesięć minut. Następnie zmiksować z resztą składników – miodem, skórką z całej cytryny i sokiem (na początek 3 łyżki, potem do smaku), mąką kukurydzianą i solą. Blendować tak długo, aż masa będzie lśniąca i gładka, minimum kilka pełnych minut. Spróbować i ewentualnie dostosować proporcje miodu czy cytryny. Przełożyć do pucharków i schłodzić minimum trzy godziny (a maksimum dobę – można przygotować dzień wcześniej).

Zrobić kruszonkę. (Polecam od razu z podwójnej ilości; tak czy inaczej wychodzi sporo, ale uwierzcie mi że będziecie pragnieć więcej). Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. W rondelku rozpuścić masło (lub olej kokosowy), dodać cukier i podgrzewać na mini ogniu do jego roztopienia. Dodać sól i ekstrakt waniliowy. Wymieszać z płatkami, migdałami i rozmarynem. Rozłożyć na blaszce wyłożonej papierem i piec 10 – 20 minut – do zezłocenia i wysuszenia. W trakcie pieczenia przemieszać raz czy dwa, aby całość rumieniła się równomiernie.

Ostudzoną kruszonkę wykładać na każdą porcję puddingu (niedużo, po łyżce – i tak będziecie dokładać sobie co najmniej trzykrotnie). Dekorować figami i dodatkowym świeżym rozmarynem. Smacznego!

 

Pavlova z figami i miodem waniliowym

Bezowy szał jest w pełnej krasie, w moim mieście i w moim sercu. Warszawa rozstrzyga kwestię tego gdzie znaleźć najlepszy tort, robiąc rankingi, testując i recenzując. Ja próbowałam trzech, z czego dwa były naprawdę dobre - kawowy oraz z wiśniami (ten ostatni jadam właściwie całkiem regularnie...). Ale zamiast porównywać bezy na rynku, wolę wyciągnąć mikser i we własnej kuchni stworzyć deser w stu procentach dopasowany do naszego gustu. Beza, w parze z sernikiem, jako wypieki rdzennie bezglutenowe są ostatnio moimi najlepszymi przyjaciółmi, bo do takowych musiałam się chwilowo ograniczyć. Dzisiejsza pavlova to połączenie kruchej bezy, przepysznego śmietankowego kremu z wanilią, świeżych fig na które mamy sezon (ale można śmiało zastąpić je innymi owocami) i genialną miodową polewą, którą w swojej wersji wzbogaciłam o kwiatowy aromat wody różanej. To był królewski deser, polecam całym sercem!

Pavlova z figami i miodem waniliowym

Źródło przepisu

4 - 5 białek
250  g drobnego cukru (lub pudru)
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka białego octu winnego
szczypta soli

125 g mascarpone
200 ml śmietanki kremówki
1 łyżka drobnego cukru (lub pudru)
ziarenka z 1/2 laski wanilii

4 łyżki płynnego miodu (np. wielokwiatowego)
ziarenka z 1/2 laski wanilii
1 łyżeczka wody różanej
1 łyżeczka soku z cytryny

4 - 5 świeżych, dojrzałych fig

Zaczynamy od pieczenia bezy. Białka należy ubić ze szczyptą soli. Kiedy piana będzie sztywna, dodawać partiami cukier, cały czas miksując na najwyższych obrotach. Następnie dodać łyżeczkę mąki i octu. Miksować jeszcze kilka minut. Masa powinna być gęsta i błyszcząca. Na papierze do pieczenia narysować okrąg o wybranej średnicy (aby pavlova była w miarę wysoka nie powinien on przekraczać 23 cm, ja zrobiłam za duży). Wyłożyć masę na papier ułożony na blaszce i uformować bezę szpatułką, podnosząc brzegi i zostawiając w środku miejsce na krem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 120 stopni. Po 1 godzinie pieczenia zmniejszyć temperaturę do 100 stopni i suszyć przez 3 godziny. Bezę można przygotować nawet z dwu-, trzydniowym wyprzedzeniem.

Do przygotowania kremu trzeba upewnić się, że śmietanka i mascarpone są bardzo mocno schłodzone. Serek włożyć do miski, dodać cukier i ziarenka wyskrobane z połowy laski wanilii. Miksować chwilę, aż wszystko wymiesza się i będzie kremowe. Następnie dodać śmietankę, wlewając ją stopniowo i nie przestając ubijać. Trzeba uważać by nie przesadzić, bo od zbyt długiego miksowania masa się zwarzy - przestajemy kiedy nabierze puszystości. Przygotowujemy polewę, mieszając ze sobą wszystkie płynne składniki i dodając ziarenka z drugiej połowy laski wanilii.*

Do wgłębienia w bezie nałożyć krem, na nim umieścić pokrojone w ósemki figi. Całość polać miodem (wychodzi go trochę za dużo jak na taką bezę, ale to proporcje najlepszego smaku. Resztkę można zjeść łyżeczką.) i podawać! Jeśli nie wędruje na stół od razu, warto sam miód zostawić na koniec, beza z kremem i figami może spokojnie postać w lodówce. Smacznego!

* W przepisie wykorzystane są ziarenka wanilii, ale po ich wyskrobaniu w lasce zostaje jeszcze mnóstwo smaku! Nie wyrzucamy jej, tylko robimy waniliowy budyń czy owsiankę (dodając laskę do gotowania).