Wiosny bliski wschód

IMG_0982 copy2.jpg

W kawiarniach, klubach, restauracjach i sklepach czeka już na Was nowy numer magazynu Aktivist, a w nim jak zwykle parę przepisów ode mnie. Tym razem jemy jeszcze przedwiosennie, ale w sam raz na dziś, kiedy po pierwszej fali upałów słońce na chwilę odpuściło. Przed Wami talerz pełen świeżości, kwaskowych, wyrazistych smakow, i lekkości – choć wciąż odżywczy i sycący. 

Wschód prawdziwej wiosny jest bliski. I z tej okazji to na Bliskim Wschodzie witam moją ulubioną porę roku. Polskie nowalijki, które szturmują powoli lokalne warzywniaki, drobno siekam i
mieszam z arabskim kuskusem, tworząc ojczystą wersję tabbouleh. Do tego pestki dyni podprażone z odrobiną sumaku i lekko zamarynowane chrupiące rzodkiewki.

smallIMG_0990.jpg

Szybkie marynowane rzodkiewki

  • 1/2 pęczka rzodkiewek
  • 200 ml octu z białego wina
  • 1/2 szklanki drobnego cukru
  • 1,5 łyżeczki soli

Wymieszaj ocet z cukrem i solą, najlepiej w słoiku (nie podgrzewaj – wystarczy kilka minut wstrząsania). Umyj rzodkiewki w lodowatej wodzie i pokrój na plasterki. Włóż je do słoika i zalej marynatą. Odstaw do zamarynowania na minimum 30 minut, a maksimum 3 godziny. 

 

Prażone pestki dyni z sumakiem

  • 100 g pestek dyni 
  • 3/4 płaskiej łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka sumaku + więcej do posypania sałatki

Przepłucz pestki dyni na sitku, zalej zimną wodą i odstaw do namoczenia na kilka minut. W międzyczasie rozgrzej patelnię. Odsącz pestki na sitku i wrzuć je na patelnię. Kiedy wciąż będą mokre dodaj sól i sumak. Praż na średnim ogniu, powoli mieszając łopatką, tak długo aż z pestek odparuje cała wilgoć. Suche zaczną charakterystycznie strzelać. Wówczas zmniejsz ogień i odłóż łopatkę, aby pozwolić im się przypiec i napęcznieć. Co jakiś czas przemieszaj je zamaszystym ruchem patelni. Kiedy będą złote, wyłącz ogień i zostaw pestki do całkowitego wystudzenia. 

 

Tabbouleh z selerem naciowym i rodzynkami

  • 1 szklanka kuskusu (można użyć razowego)
  • 10 (2+8) łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 80 g rodzynek sułtańskich (zalać gorącą wodą i zachować ją)
  • 4-5 łodyg selera naciowego
  • szczypiorek z 1 małej dymki
  • liście z 1/3 pęczka natki pietruszki
  • liście z 1/4 pęczka koperku
  • sok i skórka z 1 cytryny
  • sól do smaku

Wsyp kuskus do dużej miski i dodaj dwie łyżki oliwy. Wymieszaj, aby pokryła go równomiernie. Wyrównaj powierzchnię łyżką i zalej wrzątkiem około 2 mm ponad powierzchnię kuskusu. Przykryj i odstaw na 8-10 minut. Rodzynki włóż do mniejszej miski i zalej wrzątkiem do ich poziomu.

W międzyczasie pokrój łodygi selera naciowego wzdłuż w paski, a następnie w drobną kostkę. Drobno posiekaj szczypiorek, pietruszkę i koperek. Zetrzyj skórkę z cytryny, a następnie wyciśnij z niej sok. 

Kuskus "rozczesz" widelcem, delikatnymi ruchami go spulchniając. Dodaj połowę pestek dyni, pokrojonego selera, pietruszkę, koperek skórkę i sok z cytryny oraz odsączone rodzynki. Wymieszaj, wlej pozostałe 8 łyżek oliwy, a następnie po jednej łyżce wodę, w której moczyły się rodzynki – tyle, ile będzie konieczne żeby sałatka była soczysta, nie sucha. Dopraw do smaku solą. Przed podaniem wmieszaj zamarynowane rzodkiewki. Posyp z wierzchu dodatkowymi pestkami dyni oraz sporą szczyptą sumaku. Smacznego!

IMG_0980-2 copy.jpg

Aktivist jest bezpłatny i ukazuje się w sześciu polskich miastach (Warszawa, Łódź, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Wrocław), szukajcie go w kawiarniach, restauracjach, klubach i tym podobnych miejscach. A jeśli nie znajdziecie, po przepisy zajrzyjcie do wydania online (pyszności zaczynają się na stronie 48).

Dziwne

Na samym początku jesieni, tej ciepłej i miejscami wciąż zielonej, ugotowałam pewne danie po raz pierwszy. Kontenta, powtórzyłam je kilka razy w różnych konfiguracjach, a niedługo później dopracowałam swoją własną, idealną odsłonę. Spisałam proporcje i zrobiłam sto zdjęć, jedno wylądowało nawet na zachętę w internecie i przy tej okazji obiecałam Wam przepis tak prędko jak się da. Udało się dziś, a więc kilka miesięcy później; i choć trochę mi wstyd, to podkreślam ten poślizg w konkretnym celu. Moje spóźnienie to jedyna rzecz w tym wpisie, która zdaje się całkiem normalna - cała reszta będzie dziśiaj raczej dziwna.

Weźmy na przykład tę dynię. Na talerzu mogłaby udawać ananasa, a z zewnątrz wygląda na co najmniej trędowatą. Jakiś czas temu miałam w domu jedną szkaradną sztukę kiedy odwiedziła mnie mama. Na jej widok jęknęła i załamała ręce, zawiedziona że w mojej kuchni znajduje się coś tak doszczętnie spleśniałego. Nie od razu chciała uwierzyć, że to idealnie świeża dynia, która jest po prostu dziwna!

Choć uważam, że Dziwna Dynia byłaby celną i ładnie brzmiącą nazwą oficjalną, prawdziwe imię tego gatunku brzmi Futsu Black. Dla warszawiaków dynia dostępna jest w gospodarstwie Majlertów (w sezonie - teraz sklepik jest zamknięty). Na zdjęciu właśnie pani Jola Majlert pokazuje ją w przekroju. Można jednak znaleźć ją w wielu innych miejscach, u mnie jest nawet (i to do teraz) w warzywniaku pod domem. Jeśli jednak nie widzieliście dziwnej dyni nigdzie w swoich okolicach, użyjcie starej dobrej odmiany hokkaido lub innej zwartej, słodkiej dyni, która nadaje się do pieczenia.

Ale z dynią wygrywa reszta wymyślnej zawartości talerza. Znów; choć moim zdaniem nazwa Dziwne Risotto trafia w punkt i intryguje, na logikę powinnam to danie ochrzcić Słonecznikottem (Słoneczottem? Girasolottem? Ała!). Na pomysł ugotowania risotto z ziaren słonecznika zamiast ryżu wpadłam dzięki My New Roots, ale swoją wersję zbliżyłam do włoskiego oryginału - masłem, winem, szalotką i parmezanem. I jest to naprawdę dobre i ciekawe danie. Nie zastąpiłoby mi klasyki, bo jest od niej jednak zupełnie inne - ale dla mnie to znacznie lepiej. Sceptycznie podchodzę do rzeczy, które udają rzeczy, to jest dobre po prostu samo w sobie. 

Nieważne czy unikacie węglowodanów, macie alergię na ryż, bojkotujecie monotonię kuchni włoskiej czy jesteście ciekawi nowych kulinarnych doznań nie zważając na to, czy coś mają imitować. Możecie też zupełnie bez powodu; ale zróbcie sobie taki obiad! Zdziwicie się jak bardzo warto.

"Risotto" z ziaren słonecznika
z pieczoną dynią

4 porcje; inspiracja z My New Roots

  • 350 g łuskanych ziaren słonecznika
  • ok. 1 - 1,5 L wody mineralnej
  • 1 łyżka masła (w wersji wegańskiej można użyć oleju kokosowego)
  • 2 duże szalotki
  • 4 małe ząbki czosnku
  • spora szczypta soli
  • 1-2 łyżki sosu sojowego, jasnego
  • 200 ml białego wina wytrawnego
  • ok. 500 ml ulubionego, domowego bulionu
  • 50 g parmezanu (w wersji wegańskiej podmieniamy na łyżkę płatków drożdżowych)
  • kilka kropel soku z cytryny
     
  • 1/2 niedużej dyni o zwartym, słodkim miąższu (u mnie odmiana futsu black, dobra będzie też hokkaido lub delica)
  • oliwa, sól, pieprz
  • świeża bazylia, zimnotłoczony olej rzepakowy, opcjonalnie: parmezan

Przygotowania rozpoczynamy wieczorem, dzień wcześniej (lub tego samego dnia z rana, jeśli risotto chcemy zjeść na kolację). Ziarna słonecznika płuczemy na sitku, przekładamy do naczynia, zalewamy wodą mineralną z dodatkiem łyżki soli i zostawiamy do namoczenia na całą noc (minimum 7-8 godzin). Po tym czasie płuczemy ponownie i odsączamy. Odmierzamy 135 g (niepełną szklankę) nasion, umieszczamy ją w blenderze z niepełną szklanką wody mineralnej i miksujemy na gładko. 

W głębokiej patelni lub garnku o szerokim dnie rozgrzewamy masło. Dodajemy pokrojone w kosteczkę szalotki oraz sporą szczyptę soli. Szklimy na niedużym ogniu przez 2 minuty, po czym dorzucamy pokrojony drobno czosnek. Podsmażamy przez 4-5 minut (do miękkości, nie zbrązowienia). Dodajemy ziarna słonecznika (te niezmiksowane), sos sojowy, podlewamy białym winem i dusimy wszystko przez kolejne 5 minut. Następnie dolewamy ok. 500 ml bulionu i gotujemy całość pod przykryciem około 20-30 minut, co jakiś czas mieszając. W razie potrzeby dodajemy więcej bulionu, a jeśli płynu będzie za dużo, odparowujemy gotując przez chwilę bez pokrywki. Na koniec dorzucamy drobno starty parmezan (jeśli używamy) oraz zmiksowane wcześniej z wodą ziarna słonecznika. Wszystko razem podgrzewamy jeszcze przez kilka minut na małym ogniu. Na koniec doprawiamy do smaku solą, sokiem z cytryny i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Dodajemy również płatki drożdżowe (w wersji wegańskiej - jeśli nie używaliśmy parmezanu).

Kiedy “risotto” się gotuje, rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Dynię kroimy na pół i wyciągamy miąższ z pestkami. Resztę kroimy w grube plastry, smarujemy oliwą i posypujemy solą i pieprzem. Pieczemy ok. 20-30 minut, aż z brzegów się zezłoci, a w środku będzie bardzo miękka.

Każdą porcję risotto dekorujemy plastrami upieczonej dyni, listkami świeżej bazylii i jeszcze odrobiną utartego parmezanu, jeśli go używamy. Skrapiamy tłoczonym na zimno olejem rzepakowym, orzechowym lub np. dobrą oliwą z oliwek. Smacznego!

Aurum

Spóźnialskość to już chyba mój znak rozpoznawczy jako autorki tego bloga, a “Na ostatnią chwilę” powinno być tytułem każdego wpisu, który się tutaj pojawia. O złocie chciałam pisać, kiedy było wszędzie - nie znalazłam jednak czasu i piękne aurum zdążyło już ustąpić miejsca melanżowi barw charakterystycznych dla zakurzonej, przyrdzewiałej stali. 

W przypadku dzisiejszego wpisu sprawa nie jest aż tak beznadziejna - minął czas złota za oknem, ale nie ma przeszkód, by nadal podawać je sobie na talerzu. Dynie i orzechy, czyli składniki, które nam to umożliwią, wciąż piętrzą się na półkach w większości warzywniaków.  A spóźniony wpis o kolorach jesieni możemy potraktować jako jej miłe przypomnienie. Na szarugę nadciągającej zimy, zmrożone kałuże, coraz częstsze grady i śniegi - talerz kojącego makaronu w kremowym sosie z dyni i orzechów. I ciepłe zdjecia jesieni, by komfort zagościł też w głowie.

Makaron z sosem z pieczonej dyni i orzechów laskowych

2 porcje

  • 300 g upieczonej lub ugotowanej dyni rozgniecionej widelcem*

  • 70 g orzechów laskowych (waga po wyłuskaniu)

  • 50 g parmezanu**

  • 1 mała cebula

  • 1 duży ząbek czosnku

  • garść listków tymianku

  • skórka z 1 cytryny

  • 50 ml oliwy

  • 1 łyżka sosu sojowego

  • sól, pieprz

  • 160-200 g makaronu (waga przed ugotowaniem)

* Jeśli używamy dyni hokkaido, nie trzeba jej obierać – skórka dodaje ciekawej faktury.
** W wersji wegańskiej ser można zastąpić płaską łyżką płatków drożdżowych lub pominąć.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Łuskamy orzechy (jeżeli używamy świeżych) i prażymy je 7‒10 minut. Upieczone orzechy niezwłocznie przekładamy na kuchenną ściereczkę, szczelnie zawijamy i intensywnie pocieramy przez kilka minut, tak aby pozbyć się ich ciemnej skórki (nic się nie stanie, jeśli część nie zejdzie). Studzimy i siekamy lub rozgniatamy lekko w moździerzu.

W dużym garnku podgrzewamy wodę. Kiedy zawrze, solimy i wrzucamy makaron. Gotujemy według instrukcji na opakowaniu. Kiedy będzie al dente, odsączamy na durszlaku, zachowując wodę z gotowania.

W tym samym czasie na patelni do zimnej oliwy dodajemy posiekaną w kostkę cebulę, czosnek w cienkich plasterkach, listki tymianku i skórkę z cytryny. Doprawiamy solą. Podgrzewamy na średnim ogniu. Kiedy zacznie skwierczeć, dodajemy orzechy (część zostawiamy do posypania gotowego dania) i smażymy wszystko razem kilka minut. Kiedy cebula i czosnek będą miękkie, dorzucamy dynię i wlewamy sos sojowy. Dusimy wszystko razem, dolewając po trochu wody z gotowania makaronu. Na koniec dodajemy sam makaron. Wszystko razem mieszamy delikatnie na patelni, podgrzewając jeszcze kilka minut i dolewając wody z gotowania, która w połączeniu z dynią stworzy gęsty sos. Dosypujemy parmezan lub płatki drożdżowe, mieszamy i zdejmujemy z ognia. Przekładamy na talerze i każdą porcję posypujemy dodatkowymi orzechami i świeżo zmielonym pieprzem.

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie. Smacznego!

Junko-san i kabocha

Jedząc w Japonii, najczęściej uczyłam się kompletnie nowych rzeczy o kompletnie nowych składnikach. Przed przyjazdem nie słyszałam o takich warzywach jak goya, shimeji, shiso czy myoga; po spróbowaniu wszystkie pokochałam i - z narastającą przez całą podróż pasją - poszukiwałam kolejnych lokalnych dziwactw.  Znacznie rzadziej zdarzało się, bym poznała zupełnie mi obcy sposób przyrządzania czegoś, co już dobrze znam. Przychodzą mi do głowy właściwie tylko dwa takie wspomnienia - kiedy spróbowałam nasu dengaku (starego dobrego bakłażana zupełnie siebie nie przypominającego spod aromatycznej glazury miso), i kiedy pewna cudowna, ekscentryczna staruszka w Kioto po raz pierwszy ugotowała mi japońską dynię kabocha

Junko-san była sąsiadką baru, nad którym mieszkaliśmy w Kioto. Przychodziła co wieczor - kiedy wracaliśmy po całodziennych wycieczkach, relacjonując sobie nawzajem swoje przygody i omawiając kolejne plany. Siedziała z nami w naszym salonie nieraz do godzin niemal porannych, paląc papierosy i częstując ciastkami, które wypiekało i sprzedawało przez okno miłe małżeńswo Japończyków mieszkających za rogiem. Po angielsku Junko-san nie potrafiła powiedzieć nic oprócz “Made in Japan” (mówiła tak o sobie - po czym szczerzyła się w bezzębnym uśmiechu). Mimo to odbyłam z nią kilka solidnych rozmów, trochę o pogodzie, a trochę o życiu. Próbowaliście kiedyś zwierzać się z sekretów komuś, kto nie rozumie Waszego języka? Ja po polsku, ona po japońsku, a naprawdę długo potrafiłyśmy tak gawędzić! Któregoś wieczora wróciłam do domu z połówką kabochy, a uradowana Junko-san chwilę pokrzyczała, a później zabrała ją do kuchni i ugotowała nam dynię w dashi, sosie sojowym i mirinie. 

Przez chwilę myślałam, że nie powinnam klasyfikować kabochy jako japońskiej odsłony swojskiego warzywa. Sama w sobie była mi przecież nieznana - nigdzie poza Japonią jej nie jadłam, ale w smaku bardzo przypominała mi naszą delicę. Okazuje się, że to tylko nieznacznie różniące się odmiany tego samego gatunku (Cucurbita maxima). Dlatego dziś podaję Wam przepis dostosowany do polskich realiów. Uda się wspaniale - obie dynie pod ciemnozieloną skorupką są intensywnie pomarańczowe, o słodkim smaku i dość zwartym, soczystym miąższu. A uduszone w bulionie dashi doprawionym narodowymi japońskimi dobrami (czyli sosem sojowym, mirinem, olejem sezamowym) będą smakowały u nas tak samo dobrze jak w Kioto.

Delica u państwa Majlertów - u nich też jest faworytką!

Dynia duszona w dashi
à la kabocha

2-4 porcje jako dodatek; przepis w oparciu o “Near & Far” Heidi Swanson

  • ok. 700g dyni odmiany delica (waga po wydrążeniu i pokrojeniu, to mniej więcej jedna duża sztuka)*
  • 700 ml bulionu dashi (najlepiej domowym - przepis tutaj)
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 2 łyżki mirinu (można zastąpić sake, wówczas dodajmy dodatkową łyżkę cukru - mirin jest znacznie słodszy)
  • 4 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki oleju sezamowego
  • sezam do posypania, dymka (ja zastąpiłam szczypiorkiem czosnkowym z kwiatami)

* Można też oczywiście użyć innej odmiany dyni, np. Hokkaido - smak będzie się trochę różnił, ale też będzie bardzo smacznie.

Wyszorowaną i pokrojoną w grubą kostkę dynię układamy w dużym garnku - jak najszerszym, niekoniecznie najgłębszym - tak, aby dynia jak najmniej się nawarstwiała. Zalewamy bulionem dashi, dodajemy resztę składników i wszystko razem mieszamy. Zaczynamy podgrzewać na dużym ogniu, a kiedy bulion się zagotuje, zmniejszamy do średniego lub małego i “pyrkamy” do miękkości dyni, ok. 15-20 minut. Bardzo delikatnie wyciagamy dynię łyżką cedzakową i podajemy posypaną sezamem i grubo skrojoną dymką (lub innym zamiennikiem szczypiorkowatym - ja wykorzystałam kwiaty czosnku bulwiastego, też od Majlertów). Skrapiamy dodatkowo olejem sezamowym i w razie potrzeby doprawiamy solą morską lub jeszcze odrobiną sosu sojowego. Smacznego!

Sake, na obiad

Zanim przejdziemy do jedzenia (a dziś będzie naprawdę wyjątkowo smacznie), zgodnie z obietnicą powiem Wam parę słów o sake – narodowym japońskim trunku, o którym często wiemy mniej, niż nam się wydaje. Nie jest to bowiem, jak powszechnie się uważa, „japońska wódka”! Zacznijmy od tego, że słowem sake nazywa się w języku japońskim napój alkoholowy ogólnie, niezależnie od rodzaju. To, o czym mówimy to tak naprawdę nihonshu, ale przyjęło się używanie nazwy ogólnej właśnie w odniesieniu do tego konkretnego wyrobu (przede wszystkim za granicą, ale w samej Japonii również). Produkcja sake opiera się na procesie fermentacji, a nie destylacji. Znacznie trafniejsze jest więc określanie go winem ryżowym. Choć, żeby było śmieszniej, cały przebieg najbliższy jest warzeniu piwa – w końcu bazą jest tutaj ziarno, nie owoce. Proponuję, żeby sake zostało po prostu sake; niezależnie od tych podobieństw, jest przecież jedyne w swoim rodzaju.

Sake pija się na zimno lub ciepło (w temperaturze około 40 stopni). Zależy to od rodzaju samego alkoholu, ale także od tego z czym go podajemy. Bardzo ważna jest bowiem kompatybilność między napojem i jedzeniem, które zawsze powinno stanowić akompaniament dla kieliszka. Nie chodzi o przypadek, w którym barman bez pytania podaje nam do zamówionej kolejki senbei (ryżowe krakersy) czy orzeszki. Chodzi o kulinarną sztukę tworzenia tych połączeń – dlatego tak popularną instytucją jest izakaya! Mariaż baru z restauracją, gdzie serwuje się niekiedy naprawdę wybitną kuchnię, a do każdego specjału dopasowuje odpowiedni rodzaj alkoholu. Szefowie kuchni w ekskluzywnych restauracjach haute cuisine, rozplanowując wielodaniową ucztę (tzw. kaiseki) również uwzględniają w niej precyzyjnie dobrane rodzaje sake.

Powyżej: z lewej ja, kieliszek i kolacja u Okiny, podczas której piłam najlepsze sake w całej swojej podróży (przy kolejnych odwiedzinach, jeszcze wspanialszych niż te, które Wam pokazywałam). Z prawej - kawałek baru w Mahakali, mojej ulubionej izakayi w Tokio.

Sake ma standardowo między 15 a 20% alkoholu – nie zdziwcie się jednak, jeśli na etykiecie wśród japońskich znaków zobaczycie napis 50%, 60% czy nawet 70%. Mowa tam o ilości ryżu pozostałej po procesie polerowania. Im więcej wierzchniej warstwy ziaren się odrzuca, tym szlachetniejszy efekt końcowy. (Wstyd się przyznać, ale kiedyś tego nie wiedziałam - wszyscy znajomi, którym przywiozłam po buteleczce, razem ze mną dziwili się jakie to sake pyszne jak na to, ile ma procent!)

Smak sake ciężko opisać, szczególnie, że między poszczególnymi rodzajami występują spore różnice. Zasadniczo przypomina mi wytrawne wermuty, ale o słodkim posmaku (który szczególny potencjał uwalnia kiedy używamy sake do gotowania!). Smak jest charakterny, często dość ostry, ale wciąż odpowiedni do sączenia bez zbędnych dodatków. Bardzo lubię też amazake - osobliwy rodzaj gęstego, mlecznego i bardzo słodkiego sake. Często występuje w wariancie bezalkoholowym.

Powyżej: sklep z alkoholami na Nishiki Market w Kioto.

Powyżej: beczki sake stojące na drodze do świątyni Meji-Jingu w Tokio. Nie są, rzecz jasna, pełne – to byłoby marnotrawstwo kompletnie niezgodne z wartościami japońskimi! Nazywają się kazaridaru i pełnią symboliczną funkcję dekoracyjną. Sake od czasów starożytnych jest istotną częścią wielu obrzędów religii shintō – wierzy się, że to trunek zbliżający ludzi do bogów. Spożycie znacząco wzrasta podczas obchodów różnych świąt i festiwali, dlatego świątynie przyjmują wówczas dary od wytwórni sake. W przypadku niewielkich świątyń sprawa nie jest skomplikowana, wspierają je te najbardziej lokalne przedsiębiorstwa, ale z taką Meji-Jingu nie jest już tak łatwo! Ta ogromna świątynia akceptuje darowizny od wszystkich producentów sake z Japonii. Jest ich około 1,8 tysiąca, dlatego nad planowaniem „transakcji” czuwa specjalnie powołany komitet. Jego członkowie mają za zadanie dopilnować, by w świątyni nie znalazło się więcej sake niż potrzebne dla lokalnej społeczności przy danym obrządku. Dlatego wielu wytwórców przesyła malutkie buteleczki, albo wręcz puste beczki – najważniejszy jest przecież kimochi (gest)!

Ale ostatnio oprócz wiedzy obiecałam Wam też przepisy! Nie wiem, czy spodziewaliście się drinków (może będą, mam w tej kwestii jeden pomysł) - na razie mam coś znacznie ciekawszego. Jeśli poczujecie chęć, świetnym pomysłem będzie sączenie sobie sake do obiadu; niezależnie od tego, ja pokażę Wam dziś jak to sake sobie na obiad zaserwować.

Oprowadzając Was po Kochi mówiłam o motywach rządzących kuchnią w So-An. O tym jak wiele przebytych kilometrów, zebranych doświadczeń i poznanych smaków wpłynęło na ostateczną formę tego, co każdego dnia tworzy w swojej kuchni właściciel tego miejsca. Dokonał on tego, co jest ni mniej, ni więcej moim idealnym planem na życie - przejechał pół świata, spróbował wszystkiego, czym odwiedzane przez niego miejsca się szczyciły, a następnie wrócił i zaczął intensywnie dzielić się zdobytym doświadczeniem (wplatając w nie jednocześnie to, co ma w ofercie jego własny dom). Rozmyślając o fenomenie takiego rozwiązania, dotarło do mnie, że kiedyś podziwiałam już kogoś za podobny scenariusz! Moja idolka Heidi Swanson zrobiła w zasadzie tę samą rzecz, a zwieńczeniem jej przygód, zamiast restauracji, jest zachwycająca książka Near & Far

To w Near & Far znalazłam przepis na dressing z dodatkiem sake. W sałatce z czarnego ryżu jaśminowego, marchewki oraz pachnących prażonych nasion i orzechów. Nie mogłam czekać ani chwili i zrobiłam ją od razu. A smak... co tu dużo mówić, najlepiej przekonajcie się sami. Szepnę tylko o idącym za tym ryzyku - jest szansa, że po posmakowaniu efektów, Wy także zapragniecie spakować plecak i wcielić w życie plan Wielkiej Podróży!

Sałatka z czarnego ryżu i młodych marchewek
z dressingiem z sake

na podstawie przepisu z książki Near & Far Heidi Swanson

2-4 porcje

na dressing:
2 łyżki sake
1 płaska łyżka cukru trzcinowego
1/3 szklanki soku z cytryny
4 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
1 niepełna łyżeczka oleju sezamowego
kilka szczypt soli morskiej

na sałatkę:
1 szklanka mieszanki nasion i orzechów (u mnie ½ szklanki nasion słonecznika, ¼ pestek dyni i ¼ orzechów laskowych)
2 szklanki ugotowanego czarnego ryżu
3-4 młode marchewki
1 ogórek gruntowy
szczypior z małego pęczka dymki
skórka z ½ cytryny
sól morska

do podania (propozycja):
½ pęczka zielonych szparagów,
małe awokado hass

Składniki na dressing łączymy w niewielkim słoiku – to najwygodniejszy sposób ich wymieszania. Po prostu zakręcamy i energicznie wstrząsamy przez kilkanaście sekund.

Nasiona i orzechy płuczemy, a następnie zalewamy zimną wodą i zostawiamy na 20-30 minut do namoczenia. Po tym czasie odcedzamy i jeszcze raz płuczemy. Wysypujemy na rozgrzaną głęboką patelnię i dodajemy dużą szczyptę soli. Póki nasiona są wilgotne, nieustannie mieszamy szpatułką. Kiedy wyschną i zaczną się prażyć, zmniejszamy ogień do minimum i pozostawiamy je w spokoju, mieszając jedynie co jakiś czas (najlepiej potrząsając patelnią). Trzeba dać im czas, by się przypiekły, napęczniały (pestki dyni rosną jak baloniki!). Kiedy będą już ciemne i intensywnie pachnące, zdejmujemy z ognia i przekładamy do głębokiego talerza aby wystudzić. Uwaga! Są wspaniałe i uzależniające, ja zawsze mam w kuchni słoik tak przygotowanych nasion/orzechów, posypuję nimi wszystko. Świetne też jako samodzielna przekąska.  

W dużej misce mieszamy składniki sałatki – ryż, marchewki pokrojone na cieniutkie plastry (najlepiej na mandolinie, ale nóż też da radę, choć zajmie więcej czasu), 1/2 szklanki nasion, posiekany szczypior i skórkę z cytryny. Ogórka kroimy wzdłuż na pół, wydrążamy łyżeczką pestki, kroimy w półplasterki i również je dorzucamy. Mieszamy wszystkie składniki, stopniowo dodając dressing. Może się okazać, że będzie go za dużo, wówczas nie dodajemy całego. Bez obaw, na pewno się nie zmarnuje – świetny do warzyw (np. fasolki szparagowej!) czy choćby na miejscu vinaigrette do zwykłych zielonych sałat.

Każdą porcję na talerzu posypujemy resztą uprażonych nasion i podajemy z wybranymi dodatkami – u mnie zblanszowane szparagi i awokado skropione cytryną. Smacznego!