Na Polskim Stole #3

Pamiętacie jak przedstawiłam Wam Polski Stół, projekt dolnośląskich wytwórców zastawy stołowej? Opowiadałam o jego elementach prezentując przepisy na ojczyste smakołyki, które chętnie w nich serwuję. Po puddingu lnianym w szklance z huty Julia i wypasionych kanapkach na talerzu z Manufaktury w Bolesławcu przyszła pora na ostatnią część zestawu – miseczkę z porcelany Kristoff, a w niej drożdżowe racuchy na polskim cydrze. Bardzo żałuję, że to już koniec tej serii, choć nie tracę nadziei, że uda mi się motywować do kombinowania z rodzimymi pysznościami dalej, bez okazji.

Choć na blogu pojawia się ostatnia, porcelanowa miska była pierwszą, dla której znalazłam przeznaczenie obmyśliwszy koncepcję moich wpisów o Polskim Stole. Miał w niej jednak być zupełnie inny specjał – dość nietuzinkowe (choć wyjątkowo proste i swojskie) jajka z jabłkami. Podesłała mi je kilka lat temu czytelniczka. Podeszłam do tematu niepewnie, w końcu to jakby słodka jajecznica, ale spróbowałam i od tamtej pory mam śniadaniowe lekarstwo na każdy szarawy poranek, taki jak dziś (nie traci skuteczności, a było to już parę ładnych lat temu). To jest fenomen, który przy okazji stanowi pochwałę polskości na stole – bo przecież i jajka i jabłka mamy pierwsza klasa.

Z przepisem tym razem się nie złożyło, choć kiedyś na pewno się tu pojawi (obiecuję, że wystąpi w kristoffowej miseczce!); za mocno naszło mnie na racuchy! Prawdziwe, puszyste tłuściochy, z każdym kęsem w magiczny sposób przenoszące piętnaście lat wstecz. Nie było przeciwko nim argumentu, jako że w środku są oba składniki, które miałam na celowniku (jabłka wręcz podwójnie, bo zagniotłam ciasto na bazie polskiego cydru). Przemyciłam w nich jeszcze jeden rodzimy skarb, ubóstwiany przeze mnie do kompletnej niepoczytalności – kto mnie zna, ten wie już, że mowa o miodzie. To jeden z bardzo nielicznych (jak nie jedyny) składnik, w obliczu którego tracę wszelkie zahamowania. Mogłabym go jeść aż bym wybuchła, tak sądzę, na pewno nie wiem, bo wcześniej zawsze kończy mi się słoik. Najbardziej lubię miody charakterne – spadziowy, wrzosowy, a ponad wszystko gryczany, który idealnie dopełnia smak cydrowych racuchów na moim Polskim Stole. 

Na śniadaniu w Food Art Gallery Mariusz Kozak wypełnił porcelanowe miski jogurtem z granolą. Jeśli znacie już tę restaurację i jej szefa kuchni (na przykład stąd!), mówić nie muszę, ale bardzo chcę, że wszystko własnej roboty, najwyższej jakości, zatrważająco proste jak na to jak pyszne. I to jest rozwiązanie, po które sięgam na codzień. Płatki, jogurt, owsianka czy jagły, wszelkiej maści śniadania miseczkowe, których jestem oddaną fanką. Ale nie w niedzielę, szarą jak dzisiejsza, kiedy mamy luksus wysiadywania drożdżowego ciasta i nigdzie nie spieszy nam się spod kołdry. Pijemy po drugiej kawie i szykujemy Polski Stół - dziś od rana będzie lał się przy nim cydr!

Racuchy na cydrze
z miodem gryczanym i renetą

4-6 porcji

  • 1-2 szare renety
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 płaska łyżka cukru trzcinowego
  • 1 szklanka cydru jabłkowego
  • 1 łyżka miodu gryczanego
  • ok. 500 g mąki pszennej
  • 1/3 szklanki kremówki
  • 1 jajko
  • szczypta soli
  • neutralny olej dobry do smażenia (ryżowy, rzepakowy, kokosowy)
  • do podania: cukier puder, lub to, co lubicie najbardziej

Jabłka obieramy i kroimy w około 1-centymetrową kostkę. Mieszamy z cynamonem i odstawiamy do przegryzienia. Cydr podgrzewamy lekko w garnku. Drożdże rozkruszamy w misce, dodajemy cukier trzcinowy, łyżkę mąki  i zalewamy ciepłym (nie gorącym) cydrem. Mieszamy i odstawiamy w ciepłe miejsce na 5 minut, aby zaczyn ruszył. Kiedy zacznie lekko się pienić, przesiewamy do niego resztę mąki, dodajemy miód, kremówkę, jajko i szczyptę soli. Wyrabiamy gładkie ciasto (zawsze używam do tego miksera) – ma być gładkie i odchodzić od ścian miski, ale wciąż dosyć luźne, będziemy nabierać je łyżką. Na koniec dorzucamy jabłka i dokładnie mieszamy. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 1 – 1,5 godziny (do podwojenia objętości).

Po wyrośnięciu i końcowym przemieszaniu gotowego ciasta, rozgrzewamy dużą patelnię z olejem. Nie musi być go bardzo dużo, ale powinien pokrywać całą powierzchnię. Temperaturę testujemy nakładając malutką porcję ciasta – powinno skwierczeć, ale nie zbrązowieć za szybko (jeśli olej będzie za gorący, racuchy się spalą nim nie zdążą dojść w środku, jeśli za zimny – za mocno w nie wsiąknie). Nakładamy łyżką porcje ciasta i lekko je spłaszczamy (i tak sporo urosną). Smażymy na ciemnozłoty kolor, po kilka minut z obu stron. Gotowe racuchy wykładamy na moment na ręcznik papierowy, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu. Podajemy z cukrem pudrem, chyba, że lubicie inaczej.

The 12 Dishes of Polish Christmas

Jakiś czas temu podporządkowałam swoje życie pracy nad projektem, którego efekt końcowy ujrzał przed kilkoma dniami światło dzienne. Od razu wykrzyczałam to na FB, ale moja internetowa wylewność nie pozwoliłaby mi przecież na tym zakończyć. Kto chciałby przeczytać dziś więcej na temat tego, jak razem z Culture.pl nakręciłam dwanaście anglojęzycznych filmów przedstawiających przepisy na polskie potrawy wigilijne – be my guest!

vlcsnap-2015-12-12-15h22m28s237.jpg

Mam szczęście za wieloletnią przyjaciółkę mieć pewną zdolną montażystkę, Martę. Już od jakiegoś czasu snułyśmy plany połączenia sił i kręcenia kulinarnych klipów. Szeroko rozumiana filmowa współpraca dobrze wychodziła nam od zawsze, choć ostatnie, co razem stworzyłyśmy (zapewne jakiś wciągający thriller, tudzież teledysk muzyczny) prawdopodobnie wciąż jest na VHS-ie. Zbieranie się do wspólnego nagrywania zajęłoby nam bez mała kolejne dziesięć lat... gdyby nie pojawił się bodziec nadający temu ręce, nogi i miano prawdziwego projektu.

Bodźcem był pierwszy mail od Sylwii z Instytutu Adama Mickiewicza. Kiedy przyszedł, tajemniczo napomykając o propozycji stworzenia kulinarnych filmów, byłam na kolacji z przyjaciółmi. Pobieżnie przeczytałam powiadomienie na telefonie i, mimowolnie zachichotawszy, od razu się tym z nimi podzieliłam. Moje towarzystwo nie mogło zdecydować czy zabawniejsza jest wizja Marianny gotującej przed kamerą niczym Robert Makłowicz, czy może raczej odcinek Kuchennych Rewolucji w moim domu? Żartom ze mnie na ekranie nie było końca. I podczas gdy najgłośniej chyba śmiałam się ja sama, kilka dni (i wiele maili) później znalazłam się na planie pierwszego filmu kulinarnego w swojej karierze.

Doskonale wiecie, że decyduję się na współprace wtedy, gdy są one w pełni zgodne z moim sercem i sumieniem. Od dawna gotowałam i będę gotować dalej z ziołami Baziółki pod ręką, to samo z prenumerowaniem Kukbuka i czytywaniem zdrowych newsów na hellozdrowie.pl. Kult czekolady Lindt wyznawałam na długo przed tą inicjatywą, a każdemu kto pyta gdzie jeść we Wrocławiu od dawna polecałam (i polecam dalej) Food Art Gallery. Współpraca z Culture.pl jest dla mnie kolejnym wyróżnieniem, bo to portal naprawdę bliski mojemu sercu. Czytuję go od lat, bardzo często wpadając w pułapkę licznych odnośników w artykułach, które przenoszą mnie do kolejnych i kolejnych tekstów. Zazwyczaj chodzę z głową w chmurach, ale jeśli zdarza mi się być na bieżąco z kulturalnymi newsami, prawie na pewno zawdzięczam to właśnie im. Jakby tego było mało, niezliczoną ilość razy ich zasoby ratowały mnie z opresji na studiach – nawet ostatnio, kiedy nagle okazało się, że już dawno powinnam była wybrać temat swojej pracy licencjackiej.

Teraz coś, co stworzyłam jest częścią tej skarbnicy wiedzy, a ja pękam z dumy i przybijam piątkę z Martą, bez której zupełnie nic by przecież nie powstało. Patrzymy na te filmy z zupełnie innej perspektywy niż Wy, to jasne. I mimo niedociągnięć, które w nich widzimy, ogromnie cieszymy się ze wspólnego sukcesu.

vlcsnap-2015-12-12-15h24m10s36.jpg

Nie ma co udawać, że kiszona kapusta nie klei się do noża przy krojeniu, a masa makowa na palcach wcale nie przypomina ziemi pod paznokciami. Domowe pierogi były, są i będą asymetryczne, a lepiąc je przez cały grudniowy dzień nietrudno dać się zaskoczyć zachodowi słońca (i kończyć robotę w ciemnopomarańczowym świetle). Podczas pracy nauczyłyśmy się, że to jest okej – kwestie, które z początku uważałyśmy za niedoskonałości, przy odpowiednim podejściu okazały się być po prostu autentyczne. Kręcone z ręki filmy postanowiłyśmy utrzymać w konwencji „podglądania” w kuchni. Jest naturalne światło, nierówne ujęcia, kadry przysłonięte plecami skupionej kucharki. Raz na jakiś czas jest trochę mnie, pojawia się nawet Luizjana, która dzielnie towarzyszyła mi w starciach z karpiami i piernikami. Chciałyśmy, żeby było szczerze, domowo i spokojnie. I choć te filmy miały trafiać w Wasze serca, a nie na duże ekrany, dostały nawet przemiłą nominację do Oscara :)

Post na Facebooku generalnie sprowokował ogromny napływ ciepłych słów i poparcia dla naszego projektu. Odświeżamy stronę bez przerwy, wciąż na nowo ładując zapasy dobrej energii płynącej z Waszych wiadomości i komentarzy. Za każde słowo ogromnie dziękujemy. Wciąż jesteśmy bardzo ciekawe Waszych opinii, dlatego piszcie jak najwięcej, co Wam się podoba, a co warto zmienić – musimy wiedzieć na przyszłość, aby każdy kolejny film był coraz lepszy!

Oto link do całego artykułu: http://culture.pl/en/article/the-12-dishes-of-polish-christmas (z tekstem Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux), a poniżej wstawiam wszystkie dwanaście filmów (koniecznie oglądajcie w HD!). Do moich ulubionych należą chyba kutia i makowiec, ale wiadomo, że nie od dziś mam obsesję na punkcie masy makowej. Marta wyjątkowo lubi jeszcze gołąbki.

Barszcz na zakwasie:

Zupa grzybowa:

Karp wigilijny:

Karp po żydowsku:

Śledzie w śmietanie (przepis mojej mamy!):

Pierogi z kapustą i grzybami:

Wigilijna kapusta z białą fasolą:

Gołąbki:

Kutia:

Piernik staropolski:

Makowiec:

Kompot z suszu:

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

Nikt nie sprosta

Z natury jestem raczej bezkonfliktowa, ale w pewnych kwestiach nie chodzę na kompromisy. Z jagodziankami sprawa jest prosta - mojemu ideałowi nikt nie sprosta.

Próbuję co roku, ale jeszcze bez sukcesu. Nie znalazłam nigdzie miejsca z jagodziankami, które by mnie w pełni usatysfakcjonowały. Pewnie, ciasto drożdżowe jest dobre nawet samo w sobie, ale w tym przypadku nie najważniejsze - powinno przecież pękać z przepełnienia jagodami i uginać się pod ogromem kruszonki. Piekarnie zazwyczaj o tym zapominają. Oczywiście wszystkie  jagodzianki, które są świeże i naturalne jem ze smakiem, ale żeby w pełni się zaspokoić, muszę - jak w przypadku tylu innych rzeczy! - upiec je sobie sama.

Trochę dziś oszukuję, bo jako że jestem uzależniona od drożdżówek i robię je naprawdę często, zdjęcia są z kilku różnych okazji i nie za każdym razem przedstawiają jagodzianki. Na przykład w brioszkach ze zdjęć poniższych (oraz z pierwszego) w środku znajdowały się maliny. Prezentowały imponującą fuksję i, kwaśne, świetnie kontrastowały z ogromną ilością kruszonki.

Dlatego dzisiaj dzielę się przede wszystkim przepisem na samo ciasto drożdżowe, a wariant w jakim je wykorzystacie może być jeszcze inny od tych proponowanych przeze mnie. Jaki by to jednak nie był eksperyment, nie ma szans że wyjdzie niesmaczny, bo ta brioszka to cudo, idealnie maślana i puszysta, ach.

Najsmaczniejsze na świecie jagodzianki
(i nie tylko, czyli przepis na idealne, uniwersalne ciasto brioche)

9-12 porcji (w zależności od wielkości bułeczek)
Źródło przepisu

Ciasto:
370 g mąki pszennej
50 g świeżych drożdży
 100 ml ciepłego mleka
50 g drobnego cukru trzcinowego
3 jajka
150 g prawdziwego masła, miękkiego
łyżeczka ekstraktu waniliowego
szczypta soli

Kruszonka:
50 g prawdziwego masła, miękkiego
60 g mąki
60 g cukru trzcinowego

+ jagody, ok. 600 g (lub dowolne inne owoce, np. maliny czy wiśnie*)

W dużej misce wymieszać drożdże z ciepłym mlekiem, łyżeczką cukru i mąki. Odstawić na kilka minut w ciepłe miejsce do spienienia. Następnie dodać przesianą mąkę, sól, cukier, ekstrakt waniliowy i roztrzepane jajka (zostawić 1-2 łyżki jajek, do posmarowania bułeczek). Zacząć zagniatanie ciasta (mikserem z hakiem) i stopniowo dodawać kawałki miękkiego masła. Wyrabiać intensywnie przez kilka minut, najlepiej nie mniej niż dziesięć. Ma być elastyczne i pięknie odchodzić od ścianek miski. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia (aż podwoi objętość, zwykle około 1 – 1,5 godziny, podczas upałów wystarcza 40 minut). Po tym czasie ciasto odgazować uderzając w nie pięścią.

Odrywać po małym kawałku (optymalne są kulki wielkości małego pomidora), rozpłaszczać na dłoni, do środka pakować jagody (ile tylko uda się zmieścić, dwie kopiaste łyżki stołowe to minimum. Ja nie dodaję do nich cukru, ale jeśli lubicie słodkie smaki, to można je wcześniej z nim wymieszać). Zlepiać brzegi ciasta jak woreczek i nadawać bułeczkom okrągły kształt. Układać na blaszce wyłożonej pergaminem, łączeniem do dołu, w sporych odstępach. Po uformowaniu jagodzianek odstawić je jeszcze do podrośnięcia i w tym czasie nagrzać piekarnik do 190 stopni.

Przygotować kruszonkę ucierając masło, mąkę i cukier w palcach. Do jajek, które sobie zostawiliśmy dodać trochę mleka i dokładnie posmarować bułeczki. Obsypać kruszonką, lekko ją dociskając, aby dobrze się trzymała. Wstawić do piekarnika na około 30-35 minut (grzanie góra-dół, najlepiej z termoobiegiem). Jeśli zbyt szybko by się zarumieniły, można przykryć folią aluminiową, ale nie należy skracać czasu pieczenia. Po wyjęciu z pieca studzić na kratce. Smacznego!

Uwaga: Tak jak pisałam, z tego samego przepisu można zrobić brioszki z dowolnymi owocami (szczególnie polecam te kwaśne, rewelacyjnie współgrają z delikatnym ciastem i slodką kruszonką – np. maliny czy porzeczki). Można też zrezygnować z nadzienia oraz kruszonki i upiec przepyszne (i bardzo uniwersalne) brioszki śniadaniowe – najlepsze z domową konfiturą, dobrym twarogiem, czy zupełnie same, maczane w kawie. „Czyste” kulki można piec obok siebie w wyłożonej papierem formie – tortownicy lub niedużej prostokątnej – pozwalając im się zrosnąć, otrzymujemy brioszki do odrywania. (Nie polecam tego w przypadku bułeczek z owocami, mają wtedy ograniczoną przestrzeń i raz zdarzył mi się w środkowej zakalec).

* Poza sezonem mogą być mrożone, dodajemy je bez rozmrażania ale mieszamy z 1-2 łyżeczkami skrobii (zwłaszcza te bardziej soczyste)

Bobie lato

Po kilku tygodniach od rozpoczęcia sezonu na bób, sięgam wreszcie po przepisy z jego wykorzystaniem. Te pierwsze półkilogramowe woreczki, kupowane dzień w dzień niemal bez wyjątku, znikały sauté, zamiast obiadu, jedynie z odrobiną soli i ewentualnie łyżką masła. Bób był lepszy do filmu niż popcorn, lądował też w dużej misce obok świeżych czereśni i jagodzianek podjadanych na kocu w ogrodzie. Kiedy czuję, że jestem względnie nasycona tymi szaro-zielonymi fasolkami w najczystszej postaci, ukręcam swoją ulubioną pastę i wyjadając ją pokrojonymi w słupki chrupiącymi warzywami, zastanawiam się co dalej.

Dzisiejszy przepis jest miszmaszem inspiracji, od opowieści mojej koleżanki podróżującej po Libanie, po ujrzany przelotem przepis z jednej z książek Ottolenghiego, której nie mam niestety w swoich zbiorach (chyba była to The Cookbook). Sałatka, doprawiona bardzo lekko, ale dosyć charakternymi przyprawami, stawia bób w zupełnie nowym (wspaniałym!) świetle. Nie potrzeba jej niczego oprócz kawałka jeszcze ciepłej drożdżowej pity. Przepyszny pomysł na letni obiad, w klimacie orientalnym, ale z wykorzystaniem  naszych polskich specjałów.

Libańska sałatka z bobu
w domowym chlebku pita

4 porcje

500 g surowego bobu
½ pęczka rzodkiewki
½ dużej czerwonej cebuli
garść listków kolendry lub pietruszki (co bardziej lubicie, można dać jedno i drugie)
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
3 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka startej skórki cytrynowej
2/3 łyżeczki mielonego kuminu
duża szczypta soli, pieprz czarny
+ do podania 4 chlebki pita (przepis poniżej)

 

Bób opłukać i ugotować (najlepiej na parze, wystarczy ok. 7-8 minut). Przelać zimną wodą i wyłuskać. Rzodkiewkę, cebulę i pietruszkę lub kolendrę pokroić drobno, wszystko razem umieścić w dużej misce. Połączyć składniki na sos, zalać sałatkę, wszystko razem wymieszać. Spróbować, ewentualnie doprawić. Odstawić do lodówki (warto przygotować wcześniej, nabiera smaku z czasem) lub od razu nakładać do pit (przepis poniżej).

Domowe chlebki pita z patelni

przepis stąd
7-8 dużych sztuk

2 szklanki jasnej mąki pszennej
ok. ¾ szklanki ciepłej wody
20 g świeżych drożdży
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
1 płaska łyżeczka soli
1 płaska łyżeczka cukru

Z pokruszonych drożdży, łyżeczki mąki i cukru oraz odrobiny wody zrobić zaczyn. Po kilku minutach, kiedy zacznie pienić się i lekko urośnie, dodać resztę mąki, oliwę i sól. Zacząć wyrabiać (używam do tego miksera), powoli dolewając wodę. Ciasto ma być luźne, ale nie kleić się przesadnie. Odstawić do wyrośnięcia (przy takich upałach wystarcza 20 minut). Następnie kawałki ciasta odrywać i podsypując wałkować cienko na kształt elipsy, następnie składając na pół i dociskając brzegi. Dzięki temu pity urosną brzuchate i będzie można je nadziać. Smażyć na dobrze rozgrzanej patelni, ale na nie za dużym ogniu, przez kilka minut z każdej strony. Z tej ilości ciasta wychodzi około 7-8 dużych pit. Gwarantuję, że te nadwyżkowe bardzo się przydadzą (do podjadania przy przygotowywaniu, oraz do czyszczenia miski po sałatce z przepysznej przesiąkniętej jej smakami oliwy).

Każdą pitę otwierać nożem i faszerować sałatką z bobu. W gorące dni, jedna porcja z powodzeniem wystarcza za cały obiad. Samo w sobie jest pyszne, ale wyobrażam sobie, że świetnie smakowałoby również z jogurtowym sosem tahini (z TEGO przepisu).* Smacznego!

* proponował to też Ottolenghi we wspomnianym wcześniej przepisie.

Zima smakuje malinami

Przeżyłam ostatnio dzień, który miał być moim ostatnim.

Nie wiem czym na niego zasłużyłam i jakim cudem jednak mi się udało, ale słowo klucz - przeżyłam - oznacza jedno: mogę przekazać Wam przepis na wspaniałe śniadanie, którym się rozpoczął. Na sam dźwięk słów malina, pomarańcza, cynamon, drożdżówka powstaje w mojej głowie teoria, iż to ono zadziałało owego felernego dnia magicznie (spokojna głowa, nie omieszkam sprawdzić tej teorii przygotowując je po raz kolejny). Wam też polecam spróbować - w końcu to nie żart, a sprawa życia i śmierci.

Panująca zima smakuje dla mnie malinami. Pewnie gdybym kiedyś usłyszała od kogoś te słowa spojrzałabym na niego pytając skąd się urwał (więc uprzedzam, Wy mnie o to nie pytajcie!), ale w tym roku, dzięki zapasom w zamrażarce, z zadowoleniem dogadzam sobie raz po raz jakimś letnim owocem. Kiedy było cieplej, kręciłam koktajle aż zakatowałam blender. Odkąd spadł śnieg - wolę owoce zapiekać. Najczęściej pod kruszonką (którą przygotowuje się szybciej niż zjada - a u mnie to ewenement). W domu robiliśmy też scones, które rozpłynęły się do postaci placków, ale smakowały wybornie. Drożdżówki, które Wam dziś pokazuję jedliśmy gorące, mimo zbliżającej się ważnej kolacji, z brzuchami i tak pełnymi jeszcze przed startem. Całe szczęście, że siedzenie w domu idzie w parze z kilkukrotnym zwiększeniem pojemności żołądka, bo zapach świeżego drożdżowego ciasta i połączenia pomarańczy, malin i cynamonu nie pozostawiał wyboru. Nieważne czy i Wam zima smakuje malinami. Uwierzcie za to, że jedno jest pewne: maliny zimą smakują podwójnie!

Te drożdżówki nie są bardzo słodkie, dobre na śniadanie, ale nas w pełni zadowoliły również jako deser. Wiele zależy od dżemu pomarańczowego, który wykorzystacie - upewnijcie się, że nie ma on gorzkiego posmaku skórek. Idealnym uzupełnieniem (i moją ulubioną częścią całego wypieku) jest skarmelizowana demerara na wierzchu - ale w zależności od upodobań można pominąć ją i np. posypać gotowe bułeczki pudrem. Uwaga! Moje 9 zawijasów to 1,5 porcji z poniższego przepisu. Polecam Wam jednak pozostać przy wielkości formy, którą wykorzystałam (27 cm) - tym u mnie było trochę ciasno.

Drożdżówki z malinami i dżemem pomarańczowym

Źródło przepisu

6 porcji (np. forma o średnicy 27 cm)

Ciasto: 

300 g jasnej mąki
125 ml ciepłego mleka
20 g świeżych drożdży
20 g cukru
50 g masła
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii lub ziarenka z 1 laski
białko do posmarowania
gruba demerara do posypania (opcjonalnie)

Nadzienie:

150 g dżemu pomarańczowego, najlepiej domowego
ok. 1 szklanki malin (mrożonych nie rozmrażać)
3 łyżeczki cynamonu

Masło stopić i przestudzić. Drożdże rozpuścić w mleku. W dużej misce wymieszać suche składniki - mąkę, cukier i sól. Mieszając (najlepiej mikserem z hakiem) dodawać mleko z drożdżami, masło, jajko i ekstrakt waniliowy. Zagniatać sprężyste ciasto intensywnie przez kilka minut, po czym przykryć ściereczką i odstawić do podwojenia objętości (na około 1 godzinę - ja ulokowałam miskę przy kominku i po 40 minutach ciasto prawie już wychodziło).

Następnie 1/2 ciasta rozwałkować na prostokąt o grubości trochę ponad 0,5 cm. Posmarować połową dżemu, posypać połową malin (rozdzielałam je w dłoniach na mniejsze kawałki), posypać równomiernie cynamonem (najłatwiej jest użyć małego sitka). Zwinąć wzdłuż krótszego boku. Powstałą roladę przekroić ostrym nożem na trzy równe części (zadbajmy o to, aby faktycznie były takie same - aby miały wyrównane szanse w walce o przestrzeń do szalonego wzrostu w piekarniku). Powtórzyć z drugą częścią składników. Ślimaki ułożyć w formie wyłożonej papierem (można mniejszymi kawałkami pergaminu odzielić je od siebie, aby się nie sklejały, ja chciałam właśnie drożdżówki "do odrywania"). Odstawić na ok. 30 minut do ostatecznego wyrośnięcia. 

Piekarnik rozgrzać do 170 stopni. Bułeczki posmarować z wierzchu białkiem roztrzepanym z odrobiną wody, posypać demerarą (utworzy cudowną skorupkę). Piec do idealnego wyrośnięcia i zezłocenia, około 1 godziny. Smacznego!