Moda na rośliny

IMG_2104.jpg

Święta wielkanocne zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nimi coroczne wyzwanie zaplanowania wspaniałego menu. Chodzą słuchy, że w tym sezonie najmodniejsze będą stoły zapełnione roślinami! I nie chodzi bynajmniej o kwiaty w wazonie czy pojemniki z rzeżuchą; choć i te z pewnością nie zawadzą, najważniejsza stanie się obecność roślin także na talerzach. Na początek, szczególnie jeśli temat jest dla nas nowy, warto spróbować wegańskiego pasztetu, rozsmarowanego na kromce chleba jak najprawdziwsze foie gras. Pochodzące z orzechów, grzybów i sosu sojowego umami w które obfituje, sprawia że jego smak zadowoli każdego mięsożercę. Będzie to przy okazji rozwiązanie ekologiczne – ale oprócz tego, że podziękuje nam za nie Ziemia, wdzięczne będą też nasze organizmy. Wegański pasztet dostarczy im bowiem nieporównywalnie więcej wartości odżywczych niż mięsny. Na HelloZdrowie znajdziecie więcej informacji na temat tego, co dobrego siedzi m.in. w fasoli i orzechach, stanowiących jego bazę.

Ten przepis pamięta jeszcze czasy moich bożonarodzeniowych filmów kręconych we współpracy z Culture.pl. W formie pisemnej nie było go jednak na blogu, a na wideo jest trudniej dostępny (no i po angielsku). Teraz możecie z niego wygodnie korzystać, a jeśli ktoś chciałby przyjrzeć się całemu procesowi robienia "foie gras", może powrócić do tego filmu.

IMG_2126.jpg
IMG_2098 copy.jpg

Wegańskie “foie gras” –
– świąteczny pasztet z fasoli, orzechów i pieczarek

8-12 porcji

  • 200 g suchej białej fasoli, np. Piękny Jaś

  • 150 g orzechów włoskich

  • 200 g pieczarek

  • 2 nieduże białe cebule

  • 2 ząbki czosnku

  • 2 łyżki oliwy

  • 2 łyżki oleju kokosowego

  • 2 gałązki świeżego rozmarynu

  • spora szczypta świeżego tymianku

  • sok z 1/2 cytryny

  • 2 łyżki sosu sojowego

  • 1 łyżeczka cukru trzcinowego

  • 1/2 łyżeczki chili lub pieprzu kajeńskiego

  • sól morska

  • do podania: kiszone ogórki, żurawina, ćwikła, musztarda, rzeżucha, i wszystko inne co lubimy

Wieczorem poprzedniego dnia zalej fasolę dużą ilością zimnej wody i zostaw do namoczenia. Rano przepłukaj, umieść w garnku, zalej świeżą wodą i ugotuj do miękkości (około 1 godziny), w razie potrzeby uzupełniając odrobiną wody, żeby wszystkie fasolki były przykryte. Po wyłączeniu ognia, posól i wymieszaj.

W międzyczasie wysyp orzechy włoskie na suchą patelnię i upraż je na niedużym ogniu, często mieszając. Przesyp do miski i odstaw do przestudzenia. Następnie umyj pieczarki i pokrój je na plasterki. Posiekaj w kostkę cebulę oraz czosnek. Na tej samej, już rozgrzanej patelni rozpuść oliwę i olej kokosowy. Dodaj przygotowane warzywa ze szczyptą soli, rozmarynem i tymiankiem. Duś do miękkości, około 15 minut, co jakiś czas mieszając. Zdejmij z ognia i przełóż do naczynia blendera lub malaksera. Dodaj sos sojowy, cukier, chili i sok z cytryny, a także odsączoną (najlepiej wciąż gorącą) fasolę oraz uprażone orzechy. Miksuj wszystko razem na najwyższych obrotach, aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji – pasztet może być gładki niczym foie gras, lub zachować teksturę, dzięki połączeniu maślanej fasoli i chrupiących orzechów. W obu wersjach będzie przepyszny! Podawaj na kanapkach z ulubionymi dodatkami, np. kiszonym ogórkiem, żurawiną, rzeżuchą, czy ćwikłą.

Wesołych, roślinnych świąt! I pięknej wiosny.

IMG_2138.jpg

Jednak dłonie drżą

polenta z pieczonymi warzywami

Choć nie wiem czy będziecie chcieli mi wtórować, od kilku dni cieszę się, że przyszła wiosna. Na wieś przyleciały już żurawie, trawniki w mieście atakują przebiśniegi, a mnie wczoraj rano obudziło świecące mi w oczy słońce, naprawdę. Wiem, że nadal jest bardzo zimno, ale chce mi się już być na świeżym powietrzu i odczuwać pojawianie się tej wiosny, przez niewyspane, ale wygrzane powieki, zmarznięty nos, koniuszki wszystkich palców. Chociaż może to jest cykliczne, to jednak dłonie drżą... fajnie, że radość z wiosny kompletnie nie słabnie, mimo że taka jest powtarzalna, poznana, i rok w rok do przewidzenia.

Żeby to wszystko działało, potrzebuję jednak nadal jedzenia zimowego. Moje myśli idą powoli w stronę kiełków i lemoniady, ale to jeszcze nie czas świeżego, chrupiącego i lekkiego pożywienia. Każdy chłód wiośnie wybaczę, jeśli odpowiednio rozgrzeję się wcześniej od środka. A do tego najlepsze są blachy pełne upieczonych warzyw i  wyjadane łyżkami kasze, tym lepsze, im bardziej kleikowe i kojące.

Dziś więc zapraszam na jeden z moich absolutnie ulubionych przepisów ostatniego czasu – kremową polentę z kalafiorem romanesco i brukselkami, pieczonymi z masłem, miodem i  wielką garścią świeżych ziół. W równie ostatnio ulubionej formie filmowej. Reżyseria, zdjęcia, dźwięk i montaż to rzecz jasna zasługi Marty, którą znacie ze wszystkich projektów wideo, jakie ukazały się pod szyldem Coutellerie. Jej dłonie może i drżą z tej wiosny (lub zachwytu tym daniem), ale na pewno nie kiedy filmuje! Zapraszamy na przedwiosenną premierę.

polenta z pieczonymi warzywami

Kremowa polenta z pieczonymi warzywami

4 porcje

Na warzywa:

  • duża garść brukselek
  • 5 szalotek
  • 1 kalafior romanesco
  • garść drobnych pieczarek
  • kilka ząbków czosnku
     
  • 50 g masła
  • 4 gałązki tymianku
  • 2 gałązki rozmarynu
  • kopiasta łyżka miodu gryczanego
  • duża szczypta soli

Na polentę:

  • 200 g polenty, czyli drobnej kaszy kukurydzianej
  • około 1 L wody
  • 100 ml śmietany kremówki
  • 50 g parmezanu (+ więcej do podania)
  • duża szczypta soli
  • świeżo mielony czarny pieprz
  • oraz listki rukwi wodnej do podania

Zacznij od przygotowania warzyw do pieczenia. Zdejmij zewnętrzne listki z brukselek, obierz i przepołów szalotki, kalafiora pokrój na małe różyczki, wymyj pieczarki i odetnij im zdrewniałe końcówki. Ząbki czosnku obierz z zewnętrznych łupin, ale pozostaw w skórce. Wszystkie warzywa włóż do głębokiego naczynia żaroodpornego.

Na patelni rozgrzej masło, dodaj tymianek i rozmaryn (odłóż po jednej gałązce każdego), a na końcu miód. Podgrzewaj sos kilka minut na najmniejszym ogniu, tak by zioła nie smażyły się, ale delikatnie dusiły, oddając aromat. Polej sosem warzywa do pieczenia, dopraw je solą i dodatkowym odłożonymi wcześniej ziołami (delikatnie porwij je w dłoniach). Wstaw do piekarnika nagrzanego do 200oC i piecz do miękkości, ok. 35-40 minut.

W międzyczasie ugotuj polentę. Wsyp kaszę kukurydzianą do garnka, zalej gorącą wodą i mieszając drewnianą łyżką, powoli podgrzewaj. Kiedy zgęstnieje, wciąż dodając konieczną wodę, zacznij mieszać trzepaczką – nie powstaną dzięki temu grudki. Gotuj około 10 minut, dodając wody tak by kasza zawsze była płynna, jak kleik. W międzyczasie zetrzyj parmezan i dodaj go do kaszy i wymieszaj. Wlej także kremówkę. Dopraw solą i pieprzem do smaku (sporo!). Gotuj jeszcze kilka minut, wciąż uzupełniając wodą jeśli robiłaby się za gęsta.

Gorącą polentę nakładaj na talerze i dekoruj upieczonymi warzywami. Każdą porcję obsyp kilkoma listkami rukwi wodnej i dodatkowym parmezanem. Skrop oliwą i podawaj, smacznego!

Lepiej niż w Toskanii

ribollita

Przetrwanie okresu przednówkowego to jedno z największych wyzwań w roku dla tych, którzy starają się jeść zgodnie z rytmem natury. Jest to bowiem czas, jak sama nazwa wskazuje, poprzedzający nadejście tego, co nowe. W oczekiwaniu na pierwsze wiosenne zbiory możemy więc mieć jedynie nadzieję, że nie skończą nam się zapasy spiżarniane. Wystarczy jednak odrobina kreatywności, by z zachomikowanych na zimę specjałów tworzyć naprawdę królewskie dania.

Prawdziwa ribollita (po włosku dosłownie „ponownie gotowana”) to toskańska potrawa przygotowywana poprzez dodanie kawałków zeschniętego chleba do zupy „z wczoraj”. Ten zagęszcza ją i urozmaica, dzięki czemu nie grozi nam monotonia jedzenia tego samego obiadu dwa dni z rzędu. Unikamy też jednocześnie marnowania chleba, który nie nadaje się już do zjedzenia na świeżo. Nikt nas jednak nie będzie oceniał, jeśli zupę ugotujemy tylko po to, by do niej ten czerstwy chleb dorzucić. A nawet jeśli kupimy bochenek i celowo odłożymy go na tydzień do zeschnięcia. Sama robię to regularnie, bo choć lubię zupy i lubię chleby, dopiero kiedy połączę je w jednym garnku, dzieje się prawdziwa magia.

Ważne, aby pieczywo było odpowiednio suche – twarda skórka po namoczeniu działa jak gąbka, mięknąc i pęczniejąc od zupy, ale pozostając w jednym kawałku. Miąższ chleba rozpada się zaś i miesza z zupą. Wyrazisty smak zakwasu łączy się z delikatnym aromatem pomidorów, ziół i oliwy z pierwszego tłoczenia. W pełni wegetariańskie, a syci (i wygląda!) jak treściwy gulasz. Pełna białka fasola oraz zimowe warzywa korzeniowe czynią to danie dobrze zbilansowanym i odżywczym.

zima w kawkowie
zimowa marianka

Nie wiem dlaczego danie to wymyślono w Toskanii – nie mają tam z pewnością mroźnej zimy i długich spacerów w śnieżnych zaspach, a to one są idealnym wstępem dla talerza gorącej ribollity. Zamiast Włoch polecam więc mroźną Polskę. Za jakiś czas spróbuję pewnie wiosennej wersji pełnej zielonych jarzyn, być może z bagietką zamiast razowca? Ale póki na horyzoncie jest biało, ponownie gotuję zimową zupę „ponownie gotowaną”, za każdym razem jednakowo się nią zachwycając.

ribollita

Ribollita, czyli zupa jarzynowa z chlebem razowym
w Polsce lepsza niż w Toskanii

Na bulion warzywny:

  • 1 por

  • 1/2 dużej bulwy selera (drugą połowę zachowaj do zupy)

  • 1 biała cebula, opalona na ogniu

  • 2 marchewki

  • kilka gałązek lubczyku

  • 2 listki laurowe

  • kilka ziaren ziela angielskiego

  • sól do smaku

Na fasolę:

  • 2 szklanki suchej fasoli Piękny Jaś

  • 2 listki laurowe

  • 1/2 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu

Na zupę:

  • 2 białe cebule

  • 3 marchewki

  • druga 1/2 bulwy selera

  • 1 batat

  • 1/4 główki białej kapusty

  • 2 ząbki czosnku

  • 5 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia

  • 2 łyżki masła

  • 1 łyżeczka suszonego oregano

  • kilka gałązek świeżego tymianku

  • szczypta płatków chili (wedle uznania, ale zupa nie powinna być bardzo pikantna)

  • 3 łyżki octu balsamicznego

  • 100 ml wytrawnego białego wina

  • ugotowana fasola z przepisu powyżej (i trochę wody z gotowania)

  • 1 puszka całych pomidorów bez skórki

  • 1 płaska łyżka cukru

  • bulion z przepisu powyżej

  • sól do smaku

  • 1/2 bochenka czerstwego razowego chleba na zakwasie (min. tygodniowego)

Do podania:

  • koperek i natka pietruszki

  • 1 kulka mozarelli

  • świeżo mielony czarny pieprz

W dniu poprzedzającym gotowanie zupy przygotuj bulion. W dużym garnku umieść umyte, nieobrane warzywa – marchewkę, pół selera, przekrojonego na dwie części pora (tak, by zmieścił się do garnka), opaloną cebulę i lubczyk. Dodaj liście laurowe oraz ziele angielskie i zalej wszystko 4 litrami zimnej wody. Podgrzewaj na średnim ogniu do zagotowania. Wówczas przykryj garnek, zmniejsz ogień i pozwól bulionowi delikatnie pyrkać około 2 godziny, aż nabierze złotego koloru i odpowiedniego aromatu. Dopraw solą i odstaw do wystudzenia (nie odcedzając). 

W dużej misce zalej też zimną wodą fasolę i odstaw ją na całą noc do namoczenia. 

Następnego dnia przepłucz fasolę, włóż ją do dużego garnka i zalej dużą ilością świeżej zimnej wody. Dodaj listki laurowe i pieprz i (podobnie jak bulion) podgrzewaj na średnim ogniu. Od momentu zagotowania zmniejsz ogień i gotuj 2-3 godziny, do całkowitej miękkości fasoli. Jeśli za dużo wody odparuje, uzupełnij ją, żeby fasola nie wystawała ponad powierzchnię. Po zdjęciu z ognia porządnie osól wodę i odstaw całość do przestudzenia.

Przed rozpoczęciem gotowania zupy, przygotuj wszystkie warzywa – obierz cebule, marchewki, selera i batata. Pokrój wszystko w podobnej wielkości kawałki (ok. 1x1 cm), poszatkuj także kapustę. Obierz czosnek z łupin i skrój na cienkie plasterki. 

W wielkim garnku rozgrzej oliwę i masło. Dodaj oregano i tymianek, przemieszaj i od razu wrzuć do środka cebulę i czosnek. Duś kilka minut na dużym ogniu, wsyp płatki chili, a następnie resztę warzyw. Wlej ocet balsamiczny. Podsmażaj około 10 minut ciągle powoli mieszając. Po tym czasie wlej wino, dodaj też ugotowaną fasolę i około 1,5 szklanki wody z jej gotowania. Dodaj puszkę pomidorów i łyżkę cukru, wymieszaj.

Wyłów z bulionu warzywa. Odłóż pora, skrój go i dodaj do zupy, a z reszty dokładnie wyciśnij z płyny do garnka z bulionem. Następnie, chochla po chochli, dopełnij bulionem gar z zupą, przelewając go przez sitko – tyle, by jego poziom sięgał około 5 centymetrów ponad poziom warzyw. Przykryj połowicznie i gotuj całość na małym ogniu przez minimum godzinę, co jakiś czas mieszając. Jeśli zupa będzie się robić za gęsta, dodawaj więcej bulionu.

Kiedy wszystkie warzywa będą miękkie, dopraw zupę do smaku solą. Porwij na kawałki czerstwy chleb i dodaj go do zupy. Przemieszaj, zdejmij z ognia i odstaw na 10 minut. W międzyczasie posiekaj koperek i pietruszkę, a mozzarellę porwij na małe kawałki. Nakładaj zupę do głębokich talerzy. Każdą porcję dekoruj mozzarellą, koperkiem i/lub pietruszką oraz świeżo zmielonym czarnym pieprzem.

Przepis opracowany dla Hellozdrowie – tu link! Jedzcie (i nie szczędźcie sobie dokładek) po długim, mroźnym spacerze – smacznego.

ribollita w kawkowie

La scarpetta

Mam sentyment do domowych, polskich obiadów. Wychowana na „zupie i drugim”, do dziś z przeziębienia leczę się rosołem, a za ruskimi mojej babci skoczyłabym w ogień. Jednak mam takie dni, kiedy polskie dwa dania kończą się dla mnie za szybko. Choć wstaję od stołu z pełnym brzuchem, nadal jestem głodna – pogawędek, smakowania, błogiej dezorientacji rozmaitością jedzenia. Na to sposób jest prosty – obiady jeść po włosku.

Typowy posiłek w Italii prócz primo i secondo piatto zawiera jeszcze antipasto, contorno, insalate i dolce. Na otwarcie i zamknięcie trunki – aperitivo i digestivo, które są tak samo ważne jak pełnoprawne dania. A między kolejnymi pozycjami wino, rozmowy i przeciąganie obiadowej przerwy w nieskończoność. Mnie do tego ciągnie – kiedy siadam do stołu, lubię zostawać przy nim tak długo, jak to możliwe. Apetyt, jak na niego przystało, rośnie mi w miarę jedzenia. Podobnie jak Włosi, wolę dużo małego niż mało dużego. A starając się trzymać włoskiej formuły, automatycznie uciekam też ostatnio we włoskie smaki.

Nieważne, czy w brzuchu jest jeszcze miejsce; każdy Włoch przedłuży dodatkowo posiłek wycierając talerz do czysta kawałkami chleba. Wykona tym samym wdzięcznie brzmiącą la scarpettę, która, choć w istocie jest czynnością, stanowi element posiłku równie nieodzowny jak poszczególne potrawy. Bardzo ten zwyczaj lubię i mój apel brzmi: nie jedzcie dziś pojedynczego obiadu. Nie narzucam Wam wielodaniowej biesiady w środku tygodnia; jeśli zachowacie włoskie smaki, możecie z bez obaw przyjąć polską, dwudaniową formułę. Ale niech pierwszym daniem będzie makaron, a drugim tylko kawałek dobrego chleba i sos pozostały na dnie talerza i patelni. Mniej gotowania, mniej zmywania, więcej obłędnie aromatycznej oliwy z cytryną i anchois. (A zupa na pewno się nie obrazi!)

Makaron z oliwą, anchois i cytryną

2 – 4 porcje*
na podstawie tego przepisu

Makaron:

  • 1 mała cebula
  • 2 małe ząbki czosnku
  • 1 niewoskowana cytryna
  • ok. 100 ml wyrazistej oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 50 g filetów anchois (po odsączeniu)
  • 300 g ulubionego makaronu (najlepiej spaghetti, linguini lub tagliatelle)
  • natka pietruszki
  • sól, świeżo mielony czarny pieprz

Domowa bułka tarta:

  • 1 duża kajzerka (lub inna bułka, dla ciekawego smaku można też użyć jasnego chleba, np. na zakwasie)
  • 3-4 łyżki masła
  • szczypta soli

Zacznij od przygotowania sosu. Cebulę obierz i pokrój na ósemki, ząbki czosnku rozgnieć bokiem noża, a z cytryny zdejmij dwa paski skórki (użyj do tego obieraczki do warzyw). Resztę skórki zetrzyj klasycznie na drobnej tarce, a z gołej cytryny wyciśnij sok (obie rzeczy odstaw na razie na bok, będą potrzebne na końcowym etapie).

Na zimną patelnię wlej oliwę i dodaj kawałki cebuli, czosnek i skórkę cytryny, a także odsączone fileciki anchois. Postaw na najmniejszym palniku i powoli podgrzewaj, co jakiś czas delikatnie mieszając. Po około 10 minutach, kiedy anchois zaczną rozpadać się w oliwie, zdejmij z ognia, przykryj i odstaw do przegryzienia.

W międzyczasie przygotuj bułkę tartą. Pokrojoną kajzerkę (lub inne wybrane pieczywo) podsusz w piekarniku w temperaturze 140 stopni przez 15 minut. Możesz wykorzystać kilkudniowe kromki, ale nie kompletnie czerstwe – smak będzie gorszy. Po suszeniu przełóż do mocnego, papierowego worka i rozgnieć wałkiem, tłuczkiem lub butelką oliwy. Uważaj by nie przesadzić i pozostawić większe kawałki! Moim zdaniem grubo mielona bułka tarta lepiej wieńczy potrawy, oprócz smaku dodając także ciekawej faktury. Jest też bardziej uniwersalna do przechowywania, na potrzeby innych przepisów zawsze można zmielić ją drobniej.

Rozgniecioną bułkę tartą wysyp na suchą patelnię i często mieszając praż, aż zacznie się rumienić. Odsuń bułkę na brzegi patelni, a w środek wrzuć masło. Kiedy będzie się rozpuszczało, na bieżąco mieszaj je z bułką. Dopraw szczyptą soli i smaż kilka minut, aż zacznie rozchodzić się delikatny aromat palonego masła. Zdejmij z ognia i pozostaw do całkowitego ostudzenia.

Z przygotowanego wcześniej sosu wyłów dziurawą łyżką czosnek, cebulę i skórkę z cytryny (czosnek i cebulę można też zostawić, nam bardzo smakowały!). Teraz ugotuj makaron al dente według instrukcji na opakowaniu. W ostatniej minucie gotowania zacznij ponownie podgrzewać sos na patelni. Odcedź makaron i dodaj go do gorącego sosu (na tej samej patelni, jeśli jest wystarczająca; jeśli nie, przełóż wszystko do miski lub wykorzystaj garnek, w którym gotował się makaron). Wlej połowę wyciśniętego wcześniej soku z cytryny. Energicznie potrząsaj naczyniem i „podrzucaj” makaron w środku, aby wszystko dokładnie się wymieszało – oliwa z sokiem z cytryny stworzą kremową emulsję. Dopraw solą, spróbuj i ewentualnie dodaj więcej soku z cytryny do smaku.

Nałóż makaron do głębokich talerzy i każdą porcję posyp hojnie bułką tartą oraz posiekaną natką pietruszki. Dopraw świeżo zmielonym czarnym pieprzem i podawaj! A po zjedzeniu, kawałkiem ulubionego chleba dokładnie wytrzyj talerz i patelnię, aby ani kropla aromatycznego sosu się nie zmarnowała. Smacznego!

* W zależności, czy podajemy na obiad solo, czy jako jedno piatto z wielodaniowej uczty.

Dziwne

Na samym początku jesieni, tej ciepłej i miejscami wciąż zielonej, ugotowałam pewne danie po raz pierwszy. Kontenta, powtórzyłam je kilka razy w różnych konfiguracjach, a niedługo później dopracowałam swoją własną, idealną odsłonę. Spisałam proporcje i zrobiłam sto zdjęć, jedno wylądowało nawet na zachętę w internecie i przy tej okazji obiecałam Wam przepis tak prędko jak się da. Udało się dziś, a więc kilka miesięcy później; i choć trochę mi wstyd, to podkreślam ten poślizg w konkretnym celu. Moje spóźnienie to jedyna rzecz w tym wpisie, która zdaje się całkiem normalna - cała reszta będzie dziśiaj raczej dziwna.

Weźmy na przykład tę dynię. Na talerzu mogłaby udawać ananasa, a z zewnątrz wygląda na co najmniej trędowatą. Jakiś czas temu miałam w domu jedną szkaradną sztukę kiedy odwiedziła mnie mama. Na jej widok jęknęła i załamała ręce, zawiedziona że w mojej kuchni znajduje się coś tak doszczętnie spleśniałego. Nie od razu chciała uwierzyć, że to idealnie świeża dynia, która jest po prostu dziwna!

Choć uważam, że Dziwna Dynia byłaby celną i ładnie brzmiącą nazwą oficjalną, prawdziwe imię tego gatunku brzmi Futsu Black. Dla warszawiaków dynia dostępna jest w gospodarstwie Majlertów (w sezonie - teraz sklepik jest zamknięty). Na zdjęciu właśnie pani Jola Majlert pokazuje ją w przekroju. Można jednak znaleźć ją w wielu innych miejscach, u mnie jest nawet (i to do teraz) w warzywniaku pod domem. Jeśli jednak nie widzieliście dziwnej dyni nigdzie w swoich okolicach, użyjcie starej dobrej odmiany hokkaido lub innej zwartej, słodkiej dyni, która nadaje się do pieczenia.

Ale z dynią wygrywa reszta wymyślnej zawartości talerza. Znów; choć moim zdaniem nazwa Dziwne Risotto trafia w punkt i intryguje, na logikę powinnam to danie ochrzcić Słonecznikottem (Słoneczottem? Girasolottem? Ała!). Na pomysł ugotowania risotto z ziaren słonecznika zamiast ryżu wpadłam dzięki My New Roots, ale swoją wersję zbliżyłam do włoskiego oryginału - masłem, winem, szalotką i parmezanem. I jest to naprawdę dobre i ciekawe danie. Nie zastąpiłoby mi klasyki, bo jest od niej jednak zupełnie inne - ale dla mnie to znacznie lepiej. Sceptycznie podchodzę do rzeczy, które udają rzeczy, to jest dobre po prostu samo w sobie. 

Nieważne czy unikacie węglowodanów, macie alergię na ryż, bojkotujecie monotonię kuchni włoskiej czy jesteście ciekawi nowych kulinarnych doznań nie zważając na to, czy coś mają imitować. Możecie też zupełnie bez powodu; ale zróbcie sobie taki obiad! Zdziwicie się jak bardzo warto.

"Risotto" z ziaren słonecznika
z pieczoną dynią

4 porcje; inspiracja z My New Roots

  • 350 g łuskanych ziaren słonecznika
  • ok. 1 - 1,5 L wody mineralnej
  • 1 łyżka masła (w wersji wegańskiej można użyć oleju kokosowego)
  • 2 duże szalotki
  • 4 małe ząbki czosnku
  • spora szczypta soli
  • 1-2 łyżki sosu sojowego, jasnego
  • 200 ml białego wina wytrawnego
  • ok. 500 ml ulubionego, domowego bulionu
  • 50 g parmezanu (w wersji wegańskiej podmieniamy na łyżkę płatków drożdżowych)
  • kilka kropel soku z cytryny
     
  • 1/2 niedużej dyni o zwartym, słodkim miąższu (u mnie odmiana futsu black, dobra będzie też hokkaido lub delica)
  • oliwa, sól, pieprz
  • świeża bazylia, zimnotłoczony olej rzepakowy, opcjonalnie: parmezan

Przygotowania rozpoczynamy wieczorem, dzień wcześniej (lub tego samego dnia z rana, jeśli risotto chcemy zjeść na kolację). Ziarna słonecznika płuczemy na sitku, przekładamy do naczynia, zalewamy wodą mineralną z dodatkiem łyżki soli i zostawiamy do namoczenia na całą noc (minimum 7-8 godzin). Po tym czasie płuczemy ponownie i odsączamy. Odmierzamy 135 g (niepełną szklankę) nasion, umieszczamy ją w blenderze z niepełną szklanką wody mineralnej i miksujemy na gładko. 

W głębokiej patelni lub garnku o szerokim dnie rozgrzewamy masło. Dodajemy pokrojone w kosteczkę szalotki oraz sporą szczyptę soli. Szklimy na niedużym ogniu przez 2 minuty, po czym dorzucamy pokrojony drobno czosnek. Podsmażamy przez 4-5 minut (do miękkości, nie zbrązowienia). Dodajemy ziarna słonecznika (te niezmiksowane), sos sojowy, podlewamy białym winem i dusimy wszystko przez kolejne 5 minut. Następnie dolewamy ok. 500 ml bulionu i gotujemy całość pod przykryciem około 20-30 minut, co jakiś czas mieszając. W razie potrzeby dodajemy więcej bulionu, a jeśli płynu będzie za dużo, odparowujemy gotując przez chwilę bez pokrywki. Na koniec dorzucamy drobno starty parmezan (jeśli używamy) oraz zmiksowane wcześniej z wodą ziarna słonecznika. Wszystko razem podgrzewamy jeszcze przez kilka minut na małym ogniu. Na koniec doprawiamy do smaku solą, sokiem z cytryny i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Dodajemy również płatki drożdżowe (w wersji wegańskiej - jeśli nie używaliśmy parmezanu).

Kiedy “risotto” się gotuje, rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Dynię kroimy na pół i wyciągamy miąższ z pestkami. Resztę kroimy w grube plastry, smarujemy oliwą i posypujemy solą i pieprzem. Pieczemy ok. 20-30 minut, aż z brzegów się zezłoci, a w środku będzie bardzo miękka.

Każdą porcję risotto dekorujemy plastrami upieczonej dyni, listkami świeżej bazylii i jeszcze odrobiną utartego parmezanu, jeśli go używamy. Skrapiamy tłoczonym na zimno olejem rzepakowym, orzechowym lub np. dobrą oliwą z oliwek. Smacznego!