Lepiej niż w Toskanii

ribollita

Przetrwanie okresu przednówkowego to jedno z największych wyzwań w roku dla tych, którzy starają się jeść zgodnie z rytmem natury. Jest to bowiem czas, jak sama nazwa wskazuje, poprzedzający nadejście tego, co nowe. W oczekiwaniu na pierwsze wiosenne zbiory możemy więc mieć jedynie nadzieję, że nie skończą nam się zapasy spiżarniane. Wystarczy jednak odrobina kreatywności, by z zachomikowanych na zimę specjałów tworzyć naprawdę królewskie dania.

Prawdziwa ribollita (po włosku dosłownie „ponownie gotowana”) to toskańska potrawa przygotowywana poprzez dodanie kawałków zeschniętego chleba do zupy „z wczoraj”. Ten zagęszcza ją i urozmaica, dzięki czemu nie grozi nam monotonia jedzenia tego samego obiadu dwa dni z rzędu. Unikamy też jednocześnie marnowania chleba, który nie nadaje się już do zjedzenia na świeżo. Nikt nas jednak nie będzie oceniał, jeśli zupę ugotujemy tylko po to, by do niej ten czerstwy chleb dorzucić. A nawet jeśli kupimy bochenek i celowo odłożymy go na tydzień do zeschnięcia. Sama robię to regularnie, bo choć lubię zupy i lubię chleby, dopiero kiedy połączę je w jednym garnku, dzieje się prawdziwa magia.

Ważne, aby pieczywo było odpowiednio suche – twarda skórka po namoczeniu działa jak gąbka, mięknąc i pęczniejąc od zupy, ale pozostając w jednym kawałku. Miąższ chleba rozpada się zaś i miesza z zupą. Wyrazisty smak zakwasu łączy się z delikatnym aromatem pomidorów, ziół i oliwy z pierwszego tłoczenia. W pełni wegetariańskie, a syci (i wygląda!) jak treściwy gulasz. Pełna białka fasola oraz zimowe warzywa korzeniowe czynią to danie dobrze zbilansowanym i odżywczym.

zima w kawkowie
zimowa marianka

Nie wiem dlaczego danie to wymyślono w Toskanii – nie mają tam z pewnością mroźnej zimy i długich spacerów w śnieżnych zaspach, a to one są idealnym wstępem dla talerza gorącej ribollity. Zamiast Włoch polecam więc mroźną Polskę. Za jakiś czas spróbuję pewnie wiosennej wersji pełnej zielonych jarzyn, być może z bagietką zamiast razowca? Ale póki na horyzoncie jest biało, ponownie gotuję zimową zupę „ponownie gotowaną”, za każdym razem jednakowo się nią zachwycając.

ribollita

Ribollita, czyli zupa jarzynowa z chlebem razowym
w Polsce lepsza niż w Toskanii

Na bulion warzywny:

  • 1 por

  • 1/2 dużej bulwy selera (drugą połowę zachowaj do zupy)

  • 1 biała cebula, opalona na ogniu

  • 2 marchewki

  • kilka gałązek lubczyku

  • 2 listki laurowe

  • kilka ziaren ziela angielskiego

  • sól do smaku

Na fasolę:

  • 2 szklanki suchej fasoli Piękny Jaś

  • 2 listki laurowe

  • 1/2 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu

Na zupę:

  • 2 białe cebule

  • 3 marchewki

  • druga 1/2 bulwy selera

  • 1 batat

  • 1/4 główki białej kapusty

  • 2 ząbki czosnku

  • 5 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia

  • 2 łyżki masła

  • 1 łyżeczka suszonego oregano

  • kilka gałązek świeżego tymianku

  • szczypta płatków chili (wedle uznania, ale zupa nie powinna być bardzo pikantna)

  • 3 łyżki octu balsamicznego

  • 100 ml wytrawnego białego wina

  • ugotowana fasola z przepisu powyżej (i trochę wody z gotowania)

  • 1 puszka całych pomidorów bez skórki

  • 1 płaska łyżka cukru

  • bulion z przepisu powyżej

  • sól do smaku

  • 1/2 bochenka czerstwego razowego chleba na zakwasie (min. tygodniowego)

Do podania:

  • koperek i natka pietruszki

  • 1 kulka mozarelli

  • świeżo mielony czarny pieprz

W dniu poprzedzającym gotowanie zupy przygotuj bulion. W dużym garnku umieść umyte, nieobrane warzywa – marchewkę, pół selera, przekrojonego na dwie części pora (tak, by zmieścił się do garnka), opaloną cebulę i lubczyk. Dodaj liście laurowe oraz ziele angielskie i zalej wszystko 4 litrami zimnej wody. Podgrzewaj na średnim ogniu do zagotowania. Wówczas przykryj garnek, zmniejsz ogień i pozwól bulionowi delikatnie pyrkać około 2 godziny, aż nabierze złotego koloru i odpowiedniego aromatu. Dopraw solą i odstaw do wystudzenia (nie odcedzając). 

W dużej misce zalej też zimną wodą fasolę i odstaw ją na całą noc do namoczenia. 

Następnego dnia przepłucz fasolę, włóż ją do dużego garnka i zalej dużą ilością świeżej zimnej wody. Dodaj listki laurowe i pieprz i (podobnie jak bulion) podgrzewaj na średnim ogniu. Od momentu zagotowania zmniejsz ogień i gotuj 2-3 godziny, do całkowitej miękkości fasoli. Jeśli za dużo wody odparuje, uzupełnij ją, żeby fasola nie wystawała ponad powierzchnię. Po zdjęciu z ognia porządnie osól wodę i odstaw całość do przestudzenia.

Przed rozpoczęciem gotowania zupy, przygotuj wszystkie warzywa – obierz cebule, marchewki, selera i batata. Pokrój wszystko w podobnej wielkości kawałki (ok. 1x1 cm), poszatkuj także kapustę. Obierz czosnek z łupin i skrój na cienkie plasterki. 

W wielkim garnku rozgrzej oliwę i masło. Dodaj oregano i tymianek, przemieszaj i od razu wrzuć do środka cebulę i czosnek. Duś kilka minut na dużym ogniu, wsyp płatki chili, a następnie resztę warzyw. Wlej ocet balsamiczny. Podsmażaj około 10 minut ciągle powoli mieszając. Po tym czasie wlej wino, dodaj też ugotowaną fasolę i około 1,5 szklanki wody z jej gotowania. Dodaj puszkę pomidorów i łyżkę cukru, wymieszaj.

Wyłów z bulionu warzywa. Odłóż pora, skrój go i dodaj do zupy, a z reszty dokładnie wyciśnij z płyny do garnka z bulionem. Następnie, chochla po chochli, dopełnij bulionem gar z zupą, przelewając go przez sitko – tyle, by jego poziom sięgał około 5 centymetrów ponad poziom warzyw. Przykryj połowicznie i gotuj całość na małym ogniu przez minimum godzinę, co jakiś czas mieszając. Jeśli zupa będzie się robić za gęsta, dodawaj więcej bulionu.

Kiedy wszystkie warzywa będą miękkie, dopraw zupę do smaku solą. Porwij na kawałki czerstwy chleb i dodaj go do zupy. Przemieszaj, zdejmij z ognia i odstaw na 10 minut. W międzyczasie posiekaj koperek i pietruszkę, a mozzarellę porwij na małe kawałki. Nakładaj zupę do głębokich talerzy. Każdą porcję dekoruj mozzarellą, koperkiem i/lub pietruszką oraz świeżo zmielonym czarnym pieprzem.

Przepis opracowany dla Hellozdrowie – tu link! Jedzcie (i nie szczędźcie sobie dokładek) po długim, mroźnym spacerze – smacznego.

ribollita w kawkowie

Risotto bez cudzysłowu

risotto z karmelizowaną marchewką

Szybko wpadam dziś z przepisem (i jeszcze szybciej robionymi zdjęciami). To nie był Obiad Na Bloga; to obiad od niechcenia, który spontanicznie zdecydowałam się opublikować (wracają dni obiadów przed zmrokiem!). Risotto to bowiem jedna z moich ulubionych potraw, a na Coutellerie są samego jego dziwne wersje (jedna zielona i z miksem ziaren, druga z kosmosu, bo z nasion słonecznika. Obie przepyszne! Ale to jednak “risotto” w cudzysłowie).

Przyszedł więc czas na klasyczne, prawdziwe risotto, które zimą mogłabym jeść co drugi dzień. Na górze lądują różne rzeczy, czasami jest to tylko jajko w koszulce i/lub (jeszcze więcej) parmezanu. Dziś talerze były prawie tęczowe, dzięki fioletowej marchwi, czerwonemu pieprzowi i świeżej zielonej melisie. Z dodatkami mogę folgować, za to bazy trzymam się klasycznej. Gotuję na oko, bo risotto to potrawa intuicyjna – od lat robię je na wyczucie i Was zachęcam do tego samego. Na potrzeby dzisiejszego wpisu wszystko pomierzyłam, ale potraktujcie te proporcje jako luźny drogowskaz. Każdy ryż gotuje się inaczej w innym garnku, na innym palniku – obserwujcie rozwój wydarzeń w swoich kuchniach. Nie ma zestawu żelaznych zasad gwarantujących sukces, niestety! Ale jeśli dostosujecie działania do sytuacji, na pewno wyjdzie idealnie! Pogrubiłam w tekście rzeczy, które są najważniejsze przy gotowaniu risotto. Pamiętajcie o nich, ufajcie swoim oczom i podniebieniom, i do dzieła. Za niecałą godzinę będzie stać przed Wami talerz najbardziej kojącego pożywienia, jakie można zaserwować sobie o tej porze roku.

IMG_0617 copy.jpg

Ingerencją na którą sobie pozwalam jest korzystanie z różnych bulionów dodawanych do bazy. Nie są to zazwyczaj żadne szaleństwa (choć ostatnio zrobiłam risotto na bulionie dashi, i tak, wino podmieniłam na sake!!!), ale tworzą różnorakie podstawy smakowe, którymi lubię się bawić. Rzadko robię risotto na wywarach mięsnych, wolę delikatne buliony z coraz to nowych kombinacji warzywnych. Dziś padło na pietruszki, które dają słodki, lekko selerowy wywar o złotym kolorze.

IMG_0635.jpg

Risotto na bulionie pietruszkowym
z karmelizowaną marchewką i czerwonym pieprzem

4 porcje
risotto w luźnym oparciu o proporcje z
Italian Food Elizabeth Davis, znalezione tutaj

na wywar pietruszkowy:

  • 1 duża biała cebula
  • 4-5 średnich pietruszek
  • 1/4 pęczka natki pietruszki
  • 1/2 łyżeczka suszonego lubczyku
  • 2 listki laurowe
  • 2 ziarenka ziela angielskiego
  • 1 goździk
  • 2,5 litra zimnej wody

na risotto:

  • 2 szalotki
  • 50 ml oliwy extra vergine
  • 300 g ryżu do risotto (użyłam carnaroli, może być też vialone nano lub arborio)
  • 150 ml wytrawnego białego wina
  • ok. 600 ml wywaru pietruszkowego z przepisu powyżej
  • 40 g zimnego masła
  • 60 g parmezanu
  • sól do smaku
  • do podania: karmelizowane marchewki, świeża melisa

na marchewki:

  • 2 duże marchewki (użyłam fioletowych, ale każdy kolor będzie w porządku)
  • 20 g masła
  • 1 płaska łyżka ziaren czerwonego pieprzu
  • duża szczypta soli
  • ok. 50 ml wody
  • 1 płaska łyżka cukru trzcinowego

 

PRZYGOTOWANIE BULIONU

Obierz cebulę z łupin i opal ją z każdej strony na ogniu (jak do rosołu). W międzyczasie wyszoruj pietruszki pokrój je na kilka mniejszych części. Do dużego garnka wlej 2,5 litra zimnej wody (używam mineralnej z filtra), dodaj opaloną cebulę, pietruszki, a także natkę i suche przyprawy – lubczyk, listki laurowe, ziele angielskie i goździka. Podgrzewaj do zagotowania, następnie zmniejsz ogień i gotuj powoli przez godzinę. Nie przykrywaj garnka. Dziesięć minut przed końcem gotowania zacznij szykować risotto.

Jeżeli chcesz przygotować wywar z wyprzedzeniem (np. poprzedniego dnia) lub wykorzystać inny bulion, który już masz gotowy, podgrzej go przed dodaniem do risotto! Dodanie zimnego bulionu zatrzyma gotowanie ryżu i zaburzy cały proces. 

 

PRZYGOTOWANIE RISOTTO

W garnku z grubym dnem rozgrzej oliwę.

Nie używam patelni, bo jej powierzchnia jest za duża – żeby wypuszczać skrobię ziarenka ryżu muszą się razem kokosić i o siebie ocierać, a nie być cienką warstwą.

Pokrój szalotki w drobną kostkę, wrzuć na dno i dodaj dużą szczyptę soli. Zeszklij na małym ogniu, nie dopuszczając do przysmażenia. Następnie dodaj suchy ryż i przez kilka minut podsmażaj wszystko razem, mieszając nieustannie drewnianą łyżką, aż ziarenka ryżu zaczną robić się na brzegach przezroczyste. Wlej na patelnię wino i duś, dalej mieszając.

Używaj do mieszania drewnianej łyżki, najlepiej takiej z dziurą w środku. Postaraj się nie zgniatać ziarenek ryżu. 

Kiedy wino odparuje, wlej chochlę gorącego bulionu, mieszaj powoli i pozwól mu gotować się na najmniejszym ogniu. Jak tylko płyn się wchłonie, uzupełnij kolejną chochlą bulionu. Ta część zajmuje około 15-20 minut. W międzyczasie przygotuj marchewki (przepis poniżej).

Mieszaj ryż często, ale nie cały czas, aby zanadto go nie napowietrzać. Uwagi potrzebuje głównie ostatnie 7-10 minut, kiedy ryż jest już prawie gotowy i może przyklejać się do dna garnka.

Gotujący się ryż będzie wypuszczał coraz więcej skrobii, a całość nabierze kremowości. Same ziarenka powinny jednak pozostać zdecydowanie al dente, ze strukturą dokładnie wyczuwalną przy gryzieniu. Pamiętaj też, że gotowe risotto musi mieć dużo płynu – temperatura się utrzymuje i ryż dalej go wchłania, a dodatkowo zgęstnieje po lekkim ostygnięciu. Zdejmij garnek z ognia, dodaj zimne masło i starty parmezan. Wymieszaj szybkimi ruchami garnka – tak jak na TYM filmie.

Poprawnie ugotowane risotto jest na tyle płynne i kremowe, że miesza się all’onda, co po włosku oznacza “jak fala” (co widać na nagraniu). 

Skosztuj i w razie potrzeby dopraw solą do smaku. 

 

PRZYGOTOWANIE MARCHEWEK

Wyszoruj marchewki i pokrój je na talarki o grubości około pół centymetra (użyłam ekologicznych marchewek i ich nie obrałam, jeśli wolisz, możesz to zrobić). Rozgrzej na patelni masło, dodaj marchewki, ziarenka pieprzu i sól. Podsmażaj przez kilka minut, mieszając tak, aby równomiernie pokryły się masłem. Następnie wlej na patelnię wodę, przykryj i pozwól marchewkom ugotować się przez około 5-7 minut. Odkryj patelnię i jeśli po tym czasie nie będzie już na niej wody, wlej jeszcze odrobinę. Od razu dodaj cukier, przykryj patelnię i energicznie wszystko razem wymieszaj. Następnie odkryj i delikatnie mieszając smaż tak długo, aż cukier się skarmelizuje. Wyłącz ogień i trzymaj pod przykryciem. 

Risotto nakładaj do głębokich talerzy i każdą porcję dekoruj talarkami marchewki, kilkoma ziarenkami pieprzu oraz świeżymi listkami melisy. Albo czymkolwiek innym, na co masz ochotę. Podawaj od razu! Smacznego!

risotto z karmelizowaną marchewką

W jesiennym Kukbuku podpowiadam

Mała przerwa w niespiesznej relacji z Japonii! Pod moją nieobecność na ojczystej ziemi ukazał się nowy numer Kukbuka, o jesiennym tytule Wielkie Jabłko. Naturalnie sama nie miałam go jeszcze w rękach, ale coś mi mówi, że w ciemno mogę Wam go polecić. Poza tym, kilka moich przepisów zadebiutowało na jego łamach. Tym razem rozłożyłam na czynniki pierwsze stereotypową kuchnię studencką, szukając lepszej jakości alternatyw dla jej evergreenów. 

Studiujecie czy nie - nieistotne. Dobry przepis na prosty i niedrogi smakołyk zawsze warto mieć w zanadrzu. Zamiast szukać po kieszeniach groszy na tyleż warte, sztuczne jedzenie - z paczki, proszku lub wątpliwej czystości ulicznej budki - zaopatrzcie się w kilka prostych składników i wyczarujcie sobie rzeczy znacznie lepsze:

Kasza jaglana i karmelizowane gruszki, zamiast klasycznego ryżu na mleku z jabłkami

Placki ziemniaczane

Zapiekanki z dynią, cheddarem i sosem z pomidorów malinowych (mój hit!)

Ciasto czekoladowe z burakami, a niżej domowa wersja chińskiej zupki - orientalny bulion z makaronem soba i jajkiem

Smacznego!

Miso hungry

Mam nadzieję, że każdy z Was spełnia swoją powinność i jada teraz przynajmniej po jednym pęczku szparagów dziennie. Jeśli ktoś w głębi serca wie, że mógłby skorzystać z sezonu choćby ociupinę lepiej, niech się nie przyznaje, tylko czym prędzej zabiera do roboty! Ja kocham szparagi miłością wielką, i paradoksalnie z tego właśnie powodu tak mało ich tutaj u mnie na blogu. Przez cały (wyjątkowo krótki) sezon chcę nacieszyć się nimi jak najmocniej i, aby nie zakłócać ich smaku, rzadko bawię się w próbowanie nowych receptur. Jeśli u Was jest podobnie – przybijam piątkę, ale dzisiejszy przepis polecam nawet jeśli macie zupełnie odwrotnie. Bo niezależnie od tego czy jemy szparagi solo, czy codziennie testujemy nowe, rewolucyjne dania, jedno jest pewne – przy każdym pęczku odcinamy pokaźną garść twardych szparagowych końcówek, i rzadko myślimy o tym ile smaku się marnuje kiedy wyrzucamy je do kosza.

Zamiast bezdusznie pozbywać się tych pozornie nieużytecznych skrawków, warto wymyć je i wykorzystać przy gotowaniu bulionu. Wciąż opracowuję idealną recepturę na wywar wynoszący ich smak na należyty piedestał – póki co, używam ich w towarzystwie orientalnych smaków trawy cytrynowej, imbiru i kolendry, jako podstawy tworzącej głęboki smak dla tych aromatycznych dodatków. Lekki bulion to idealna zupa na chłodną, deszczową wiosnę. Gorąca i pełna rozgrzewających przypraw, ale nie ciężka i sycąca jak typowo zimowe gęściory. Dobry bulion można pić solo z kubka, ale ja najbardziej lubię przygotowywać na jego bazie pyszną, azjatycką zupę miso.

Puśćcie tu luźno wodze fantazji. Gryczany makaron śmiało można podmienić na ulubione nudle, np. ryżowe lub pszenne. Zamiast – lub oprócz! – jajka, może być pokrojone w kostkę silken tofu, lub plastry zwykłego, np. podsmażone. Idealnie pasuje także pieczony łosoś lub inna ulubiona ryba. W miejscu bakłażana warto wypróbować pieczone bataty lub marchewkę (od czasów tego makaronu dobrze wiemy, że stanowi z pastą miso doskonałą parę!), podsmażone boczniaki czy ugotowany groszek cukrowy. Można dodać cienko pokrojoną rzodkiewkę lub rzepę, ulubione kiełki, namoczone glony wakame, a sezam podmienić na orzeszki ziemne czy nawet nerkowce. Czy mój przekaz jest już dostatecznie jasny? W tym bulionie wszystko czego dusza zapragnie będzie dobre!

Wegetariański bulion orientalny z trawą cytrynową
na końcówkach szparagów

6-8 porcji

5 gałązek trawy cytrynowej
20 g świeżego imbiru
końcówki zielonych szparagów z jednego pęczka
5 młodych dymek
4 ząbki czosnku
½ papryczki chili, bez nasion
1 arkusz wodorostów nori
2 małe liście limonki kaffir*
1 łyżeczka nasion kolendry
2 strączki kardamonu
2 płaskie łyżki cukru trzcinowego
1 łyżka sosu sojowego
sól do smaku
2 łyżki oliwy
+ 3 litry chłodnej, przegotowanej wody

* Jeśli ich nie posiadacie, nie ma problemu, zupa będzie trochę delikatniejsza, ale wciąż pyszna – pozostałe składniki są wystarczająco aromatyczne. Można dodać jeden liść laurowy w zastępstwie. Ale gorąco zachęcam do nabycia liści kaffiru, dostępne są w sklepach typu Kuchnie Świata czy przez internet. Mogą okazać się Waszym ulubionym składnikiem w kuchennych szafkach!

W dużym garnku rozgrzewamy oliwę. Dorzucamy przekrojone na pół gałązki trawy cytrynowej, dymki, obrany czosnek, imbir w plastrach, posiekane chili, arkusz nori podzielony na mniejsze kawałki oraz końcówki szparagów. Mieszamy dokładnie i chwilę podsmażamy, następnie dodajemy suche przyprawy – kolendrę, liście kaffiru oraz kardamon – smażymy jeszcze dwie minuty i zalewamy całość 3 litrami chłodnej, przegotowanej wody. Zmniejszamy ogień na minimum i powoli podgrzewamy bulion aż zawrze. Gotujemy minimum 30 minut od tego momentu, wciąż nie zwiększając ognia. Dodajemy cukier, sos sojowy i doprawiamy solą (warto dodać jej mniej niż podpowiada na tym etapie podniebienie – pasta miso także jest słona. Jeśli nie będziecie jej na koniec dodawać, doprawcie bulion trochę porządniej). Trzymamy na ogniu dłużej – do 1,5-2 godzin – jeśli chcemy otrzymać bardziej esencjonalną zupę. Po zdjęciu z palnika przelewamy przez sito. Taki bulion możemy spokojnie przechowywać do trzech, czterech dni w lodówce.

Zupa miso na domowym bulionie orientalnym
z makaronem soba i grillowanym bakłażanem

4 porcje

4 porcje bulionu z powyższego przepisu*
4 łyżki pasty miso
1 bakłażan
2-4 jajka
200 g  gryczanego makaronu soba
szczypior, kiełki, sezam do podania

* Można użyć innego bulionu, np. dashi, mięsnego, lub ulubionego warzywnego – pamiętajmy po prostu, że jako baza definiuje on w tym przepisie smak całej potrawy. Niech będzie najlepszym możliwym, zarówno smakowo jak i jakościowo.

Bakłażana kroimy w plastry, smarujemy z obu stron oliwą i grillujemy na patelni lub z maksymalnie rozgrzanym piekarniku. Po kilku minutach przewracamy, aby równomiernie się zezłocił. Pieczemy lub smażymy tak długo, aż środek będzie zupełnie maślany.

W międzyczasie gotujemy makaron, postępując zgodnie z instrukcjami na opakowaniu. Warto gotować odrobinę krócej, aby „doszedł” już po podaniu, w misce parującego bulionu. Kiedy jest gotowy, tj. lekko al dente, niezwłocznie przelewamy go na sito, które zanurzamy w naczyniu z lodowatą wodą (najlepiej pod kranem, który by ją uzupełniał). Płuczemy mieszając ręką przez około minutę, następnie odsączamy.

Jajka możemy ugotować w koszulkach, ale tylko jeśli są bardzo, bardzo świeże. To podstawa sukcesu przy tej budzącej nieraz obawy metodzie. Żadnych wirów na wodzie, wystarczy dodać niepełną łyżkę białego octu do garnka o dużej powierzchni i niewielkiej głębokości. Świeże jajko nie rozpłynie się, a ugotuje w zgrabnym kształcie, lekko „zawijane” od spodu dużą łyżką. Jeśli nie mamy do tego głowy, brak nam czasu, lub nasze jajka są już kilkudniowe, możemy po prostu ugotować je w skorupkach. Idealny sposób na jajka na miękko to zalanie ich w garnku zimną wodą i podgrzewanie na średnim ogniu aż pojawią się bąbelki. Od momentu zagotowania wody (tj. kiedy zacznie naprawdę bulgotać) gotujemy 3 minuty (3 i pół dla większych jajek). Po tym czasie momentalnie chłodzimy pod zimną wodą. Obieramy i zręcznym ruchem kroimy każde jajko na pół. W zależności od upodobań na każdą porcję przeznaczamy dwie lub jedną połówkę.

Bulion podgrzewamy w garnku do zagotowania. Rozlewamy do misek i do każdej porcji dodajemy 1 dużą łyżkę pasty miso. Mieszamy dokładnie łyżką, widelcem lub małą trzepaczką, aby pozbyć się każej grudki. Po dodaniu pasty zupy już nie gotujemy! W miskach układamy dodatki – zgrillowane plastry bakłażana, porcję makaronu oraz jajko. Posypujemy posiekanym szczypiorkiem oraz nasionami sezamu. W razie potrzeby doprawiamy sosem sojowym. Smacznego!

Nieidealnie

Perfekcja jest nudna, ale jest jednak perfekcyjna. Możemy jej umniejszać tak na codzień, ale kiedy sprawy nam się walą, każdy marzy o powrocie do zwykłej pomyślności, jak nużąca i nieciekawa by nie była. Chciałabym, żeby świat był idealnym miejscem, ale nie jest. Idealny to może być złoty podział, Saska Kępa pachnąca szalonym zielonym bzem, czy też uśmiech Marlona Brando. Albo fakt, że przyszła już wiosna, a razem z nią młode pory i od groma innych pysznych wspaniałości! Całemu światu jednak do perfekcji daleko. Raz świeci nam piękne, alegoryczne słońce, a za moment okazuje się, że leżymy z twarzą w ziemi i żeby ponownie stanąć na nogi musimy wygrzebać się spod ciężaru godnego sporego fortepianu.

Ale trzeba sobie jakoś radzić, prawda? Tu, w nieidealnym świecie, w którym czarna soczewica wcale nie jest czarna, cukier kokosowy ani trochę nie smakuje kokosem, a idealna bułka tarta ani nie jest z bułki, ani, na dobrą sprawę, nie jest tarta. Dystansować się do spraw, uczyć trudnej sztuki akceptacji i pokory, a potem wyciągać ile się da z tego, jak jest. Co w tym przypadku oznacza, że z tych wszystkich oszukaństw można wciąż stworzyć przepyszny i niebanalny wiosenny obiad.

A więc do dzieła, prężcie pierś i idźcie do przodu, jak różnie by się nie działo i jak ludzie by nie patrzyli. Bo jeśli ja właśnie napisałam akapit o tym, że ostatnie życiowe wzloty i upadki poprowadziły mnie do ugotowania młodych porów z soczewicą, to naprawdę nie macie się czym przejmować!

Czarna soczewica „muscovado”
na duszonych młodych porach

2 porcje, źródło przepisu

180 g czarnej soczewicy (ok. 2/3 szklanki; można zastąpić zieloną lub brązową)
1 łyżka z górką cukru kokosowego (lub ciemnego cukru trzcinowego muscovado)*
1 łyżka masła
1 łyżeczka oliwy
2 łyżeczki octu ryżowego
sól, pieprz

3 duże młode pory
1 łyżka masła
1 łyżka oliwy
szklanka dobrej jakości bulionu warzywnego
1 łyżeczka miodu

grubo mielona świeża bułka tarta**
natka młodej pietruszki
świeżo mielony czarny pieprz

* Cukier kokosowy ma głęboki, karmelowy aromat – zupełnie jak ciemny cukier trzcinowy, choć odrobinę mniej żywiczny. Możecie używać ich w tym przepisie zamiennie, obie wersje stawiają soczewicę w zupełnie nowym świetle.

** Aby przygotować bulkę tartą w domu,wystarczy podpiec w piekarniku kromki ulubionego jasnego pieczywa (szczególnie polecam wszelkie chleby czy bułki typu „wiejskie”), 15 – 20 minut w temperaturze maksymalnie 150 stopni. Można wykorzystać podeschnięte pieczywo, ale nie stare i czerstwe – takie gorzej smakuje. Ostudzić, przełożyć do papierowej torebki i rozgnieść wałkiem, młotkiem, maczugą od moździerza lub butelką oliwy. Nieistotne co Wam się nawinie, grunt to nie przesadzić z rozdrabnianiem. W tym przepisie używamy dużych, chrupiących kawałków bułki i takie najlepiej przechowywać – na potrzeby innych receptur zawsze można zmielić je na piasek w młynku.

Soczewicę w miarę możliwości moczymy w zimnej wodzie minimum 3 – 4 godziny. Płuczemy, zalewamy świeżą wodą, dodajemy szczyptę soli i od zawrzenia gotujemy na małym ogniu aż soczewica będzie miękka, ale zachowa kształt, od 30 minut do godziny. Odsączamy na sicie.

Porom obcinamy ciemnozielone końcówki, a biało-jasnozielone części dzielimy na wzdłuż na połowy. Nie pozbywamy się trzonów (z drugiej strony) – bez nich warzywa rozpadną się na oddzielne warstwy. Płuczemy dokładnie zimną wodą. Na patelni rozgrzewamy masło i układamy na nim pory grzbietami do góry. Smażymy 3 – 4 minuty na średnim ogniu, następnie polewamy z wierzchu oliwą i delikatnie odwracamy każdego pora, aby zbrązowić go również z drugiej strony. Zmniejszamy ogień, dodajemy bulion wymieszany z miodem, przykrywamy patelnię i dusimy pory 20 – 30 minut, do momentu w którym będą zupełnie miękkie, a bulion niemal całkiem się wchłonie. Próbujemy czy są odpowiednio doprawione (wywary mogą się bardzo różnić) i w razie czego dodajemy szczyptę lub dwie soli.

Na kilka minut przed końcem duszenia porów rozgrzewamy drugą patelnię z masłem, oliwą i soczewicą. Dodajemy cukier kokosowy lub muscovado, sporą szczyptę soli i ocet ryżowy. Chwilę całość podgrzewamy, aż wszystko ładnie się połączy. Redukujemy aż na patelni nie będzie zbędnego płynu.

Gotowe pory układamy na dwóch talerzach. Na wierzch dodajemy soczewicę. Każdą porcję dekorujemy posiekaną natką pietruszki i dużą ilością grubo mielonej, chrupiącej bułki tartej (to klucz do tej potrawy, nie pomijajcie – ja przyznam, że podczas jedzenia dodałam na swój talerz jakąś trzykrotność tego, co widzicie na zdjęciach). Doprawiamy świeżym czarnym pieprzem. Smacznego!