Zupa curry na koszmary

Jeśli poproszono by mnie o wymienienie trzech rzeczy, które przeszkadzają mi w codziennym życiu, w każdej jego godzinie odpowiedź wyglądałaby pewnie zupełnie inaczej. Całe szczęście, że rotacja małych nieszczęść zatacza koło i tak prędko jak przybywa mi nowych, tak zapominam o rzeczach zaprzątających mi głowę chwilę wcześniej. 

Jedną z moich trzech pozycji permanentnie okupuje teraz uczelnia, ale dwie pozostałe zmieniają się jak w kalejdoskopie. Deszcz, gdy już wiążę buty do biegania, kolejka do piekarni, niemiły hydraulik, uschnięty rozmaryn, zerwany łańcuszek, przeterminowane drożdże. Takie koszmary – choć przez jakiś moment leżą mi na wątrobie – to jednak błahostki. Zdarzają się smutki trwające dłużej niż chwilę. Kiedy przez liczne dokładki z czterech porcji pewnej zupy zrobiła się jedna i pół, w zapomnienie odeszła nawet szkoła – moim jedynym zmartwieniem był deficyt cudownego pokarmu, mimo iż godzinę wcześniej cierpiałam odrobinkę z braku sił na jego szykowanie.

Okazało się jednak, że z początku zupa wymaga minimalnego nakładu pracy, a później to już właściwie gotuje się sama. Nijak nie jest to współmierne do satysfakcji, jaką przynosi efekt końcowy. Mimo negatywnego wstępu, niosę dzisiaj dobrą nowinę! Póki nie wyczyścicie po tej zupie garnka, na pytanie o rzeczy przeszkadzające Wam w życiu nie przyjdzie Wam do głowy kompletnie nic, poważnie. To zupa curry na wszystkie koszmary. Lojalnie ostrzegam jednak, że kiedy już się skończy, pozostawi po sobie bolesną pustkę – tej zaś najlepiej zaradzić gotując ją ponownie, i to od razu z podwójnej porcji.  

Przepis jest subtelnym mariażem Tajlandii z Japonią – tę ostatnią przemycam sobie ostatnio wszędzie. Delikatny japoński bulion z miso to pod wieloma względami skrajne przeciwieństwo ostro-kwaśnych tajskich zup na tłuściutkim mleku kokosowym. Oba te twory zajmują jednak wysoką pozycję w rankingu super zup w moim sercu, ich połączenie wydawało mi się więc skazane na sukces. Przy okazji spaceru po Tokio wspominałam, że pasta miso stanowi idealną parę z treściwym (żeby nie powiedzieć ciężkim) wywarem, czyniąc miso ramen cudownie gęstą, sycącą, słono-słodką zupą. Podobnie jest w dzisiejszym przypadku  – jej duet z kremowym bulionem na mleku kokosowym to sukces w tej samej kategorii. 

Zielona zupa kokosowa z młodymi ziemniakami
z tajską bazylią i pastą miso

4 porcje

  • 1 duża biała cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 brokuł
  • 3 małe marchewki
  • ½ kg młodych ziemniaków
  • listki z ½ doniczki tajskiej bazylii (reszta do podania)*
  • 50 g świeżego imbiru
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka suszonej trawy cytrynowej
  • ½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego**
  • 2 łyżki oleju kokosowego (najlepiej nierafinowany)
  • 2 kopiaste łyżki zielonej pasty curry
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1,5 szklanki wody lub bulionu
  • 1 kopiasta łyżka jasnej pasty miso
  • sok z 1 limonki

* Ma ją w ofercie Baziółka, szukajcie tam, gdzie dystrybuują oni u Was swoje zioła. Jej aromat jest niepowtarzalny, to jak mieszanka bazylii i kolendry, może nawet z odrobiną mięty? Nie ma tu godnego zastępstwa. PS.: To nie wpis sponsorowany, tylko rekomendacja prosto z serca!

** Zależy jak ostra jest Wasza pasta (ja używam tej) i jak ostre curry lubicie – doprawiajcie do smaku!

W woku lub głębokiej patelni rozgrzewamy olej kokosowy, dodajemy posiekaną cebulę i czosnek. Szklimy na małym ogniu, następnie dorzucamy marchew i ziemniaki pokrojone w nieduże kawałki podobnej wielkości. Podsmażamy przez kilka minut, następnie dodajemy tajską bazylię i starty na dużych oczkach imbir. Po kilku chwilach dodajemy suche przyprawy (kurkumę, trawę cytrynową i pieprz kajeński) i pastę curry. Nieustannie mieszając dusimy wszystko razem przez kilka minut, następnie dolewamy całe mleczko kokosowe i wodę (lub bulion). Wrzucamy brokuły (podzielone na jednakowej wielkości różyczki). Gotujemy pod przykryciem na niedużym ogniu, do miękkości wszystkich składników – około 20-25 minut. Wywar powinien być kremowy, jego gęstość możemy regulować wedle uznania, chwilę dłużej odparowując by był skondensowany, lub dodając więcej wody/bulionu dla rozrzedzenia. Na koniec odlewamy ½ szklanki i dokładnie mieszamy z pastą miso i sokiem z limonki. Dodajemy z powrotem do zupy. Po tym już jej nie zagotowujemy!

Każdą porcję podajemy z dużą ilością świeżej tajskiej bazylii, jeśli lubicie można dorzucić też kolendrę. Bardzo pasuje też dodatek jajka na półtwardo! Smacznego!

 

Umysł daleko, brzuch nawet dalej

Dziś będzie krótko, gdyż myślami znajduję się gdzieś zupełnie indziej.

Dużo nauki, dużo nowych przedsięwzięć, nadejście wiosny, a wraz z nią pikników, z którymi wiąże się przygotowywanie różnych pyszności. Dziś moje myśli krążą wokół jednej z nich, zaplanowanej na wieczór, do zjedzenia już jutro na kocysiu w parku Szczytnickim. Jeśli okaże się sukcesem, niebawem i Wy o niej usłyszycie.

Tymczasem, uciekając już pomiędzy karty XVIII wieku w malarstwie europejskim (które powinno być teraz moim  j e d y n y m  zmartwieniem), zostawiam Was z sałatką której charakterek przeniesie Wasze brzuchy na słoneczną grecką plażę! Co zabawne, ją również przygotowałam "w plener", choć miało to miejsce kawał czasu temu. Rozeszła się jednak w trymiga, stąd tylko jedno zdjęcie, które mam nadzieję wystarczy, aby zachęcić Was do odtworzenia jej w domu. Jeśli lubicie słono - kwaskowe smaki i macie ochotę na małe orzeźwienie po zimie, nie pożałujecie.

Śródziemnomorska quinoa
z fetą, pieczoną papryką i brokułami

4-6 porcji

Źródło

1 szklanka komosy ryżowej*
1 duża czerwona papryka (lub 1 mały słoik pieczonej, z zalewy)
1 główka brokuła
1 szklanka ugotowanej ciecierzycy (lub z puszki)
1/4 szklanki kaparów, odsączonych
150 g fety**
sok z 1 cytryny
4-5 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia
2 płaskie łyżeczki suszonego tymianku
natka pietruszki
sól morska, pieprz czarny
garść płatków migdałów

* można częściowo zastąpić kaszą jaglaną - ja użyłam 3/4 komosy i 1/4 kaszy.

 ** polecam użyć prawdziwej fety, a nie "sera typu greckiego" czy "favity"!

Quinoa/kaszę podprażyć na sucho, aż zacznie pachnieć, nie na tyle jednak by zmieniła kolor. Przelać wrzątkiem (na sitku), po czym umieścić w rondelku, zalać wodą (ciut więcej niż podwójną ilością) i gotować na małym ogniu do całkowitego wchłonięcia. Przestudzić i "rozczesać" widelcem, spulchniając.

Brokuła wymyć, podzielić na różyczki i ugotować na parze przez 8 - 10 minut (nie za długo, niech pozostanie jędrny. Najlepiej sprawdzać miękkość na bieżąco widelcem). Po zdjęciu z ognia przelać zimną wodą, dzięki temu zachowa kolor.

Paprykę - jeśli używamy świeżej, co polecam w sezonie - pokroić na ćwiartki i upiec do miękkości (i zczernienia skóry) w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.

Przygotować dressing, mieszając ze sobą wszystkie składniki - oliwę, sok z cytryny i suszony tymianek (można użyć świeżego, wówczas należy podwoić ilość).

Migdały podprażyć na suchej patelni. Kapary odsączyć, paprykę pokroić w długie paski (lub w sporą kostkę - wówczas do jedzenia nie będzie potrzebny nóż i druga ręka :-) ). Fetę pokroić w drobną kostkę (ok. 1x1cm).

W dużej misce połączyć komosę/kaszę, ciecierzycę, paprykę i kapary. Dodać sos i wymieszać całość bardzo dokładnie. Doprawić solą i pieprzem do smaku. Następnie delikatnie wmieszać brokuły oraz fetę. Całość udekorować uprażonymi migdałami i (opcjonalnie) posiekaną natką pietruszki. Smacznego!

Brokuły z sosem orzechowym

Mam wrażenie, że po raz setny rozpoczynam tymi słowami, ale pal sześć: wracam do żywych! Przerwałam pisanie przez intensywną pracę nad nową stroną! I troszkę przez wakacje, brak czasu (lub chęci spędzania go przed ekranem komputera). Ale wracam, bo bardzo tego chcę i potrzebuję - a Coutellerie w nowej odsłonie spodziewać się możecie już bardzo niedługo.

Póki co mam dla Was przepis na sałatkę, wspaniałą jako dodatek do obiadu czy przystawkę, ale dobrą też w roli pełnowymiarowego dania, szczególnie w towarzystwie quinoa czy ewetualnie brązowego ryżu. Dressingi na bazie masła orzechowego to moje aktualne uzależnienie (które nastąpiło płynnie po epoce tahini). Są świetne z wszelkimi sałatami, ale szczyt ich wspaniałości ukazuje się właśnie w towarzystwie warzyw na ciepło. Wszelkie sosy przygotowuję na oko, nieustannie próbując i na bieżąco oceniając czego należy dodać więcej, ale podaję tu proporcje, od których możecie wyjść. Efekt końcowy zależy jednak od Was samych i tego jak mocno zdecydujecie się go doprawić.

Brokuły z sosem orzechowym

2-3 porcje jako dodatek/przystawka

1 główka brokuła
pestki z 1/2 granata
garść delikatnych kiełków (np. brokuła lub lucerny)
3 kopiaste łyżki masła orzechowego
1 łyżka oliwy extra vergine
1 pełna łyżka delikatnego miodu
1 - 2 łyżeczki sosu worcester
1 łyżeczka sosu sojowego
sok z cytryny (do smaku, ale ok. 1 całego owocu)
większa szczypta pieprzu czarnego lub cytrynowego oraz pieprzu cayenne
mniejsza szczypta imbiru, wędzonej papryki, kurkumy
gorąca woda do odpowiedniej konsystencji
ew. sól

Składniki na sos wymieszać ze sobą dokładnie (masło orzechowe można lekko podgrzać, aby je upłynnić). Próbować, kosztować i oceniać, a następnie regulować smak dodając tego i owego, aby spełniać swoje indywidualne oczekiwania. Wodą należy rozcieńczać do momentu uzyskania kremowej konsystencji, ciut gęstszej niż ciasto naleśnikowe. Odstawić do przegryzienia na min. godzinę.

Brokuła umyć i podzielić na różyczki. Ugotować na parze, przez 7-10 minut (nie rozgotować, mają pozostać lekko chrupiące!). Od razu przelać zimną wodą, dzięki czemu zachowają żywy kolor. Odstawić na moment, by wyschły całkowicie. Następnie rozłożyć je na talerzu i szczodrze oblać sosem orzechowym. Całość okrasić pestkami granata i ulubionymi kiełkami. Smacznego!

Jaglane kluseczki z burakami i tymiankiem

Wszędzie zupa z dyni w kolorze słońca, a ja poprawiam sobie humor innymi barwami na talerzu. Róż, który widać na tych zdjęciach jest autentyczny! A kluski, prócz tego że urody niezwykłej, zachwyciły moje podniebienie. Od przyjazdu staram się gotować tak by, wiadomo, było smacznie i z wykorzystaniem końcówki sezonu na różniaste warzywa i owoce, ale przede wszystkim za kryterium stawiając sobie szybkość przygotowania potrawy i to jak się przechowuje (by robić z zapasem i wyprzedzeniem). I póki co wychodzą mi rzeczy lepsze niż za czasów gdy nie stawiałam sobie żadnych ograniczeń... Przepis ze świeżo poznanego jaglanego królestwa, co za odkrycie! Będzie więcej i u mnie, już niedługo!

Jaglane kluseczki z burakami i tymiankiem
i brokuły z migdałami i oliwą

Źródło przepisu

3 duże - 4 mniejsze porcje

2 duże buraki
1/2 szklanki kaszy jaglanej
6- 7 łyżek stołowych mąki (użyłam gryczanej i ryżowej)
1 łyżka mąki lub skrobii ziemniaczanej
1 jajko
1 mała biała cebula
1 duży brokuł
1- 2 ząbki czosnku
garść migdałów (mogą być w płatkach)
sól, pieprz czarny
szczypta gałki muszkatołowej
świeży tymianek
oliwa z oliwek extra vergin
odrobina masła/oleju do podsmażenia
1 łyżeczka białego octu winnego

Buraki upiec lub ugotować na parze. Kaszę jaglaną ugotować (po uprzednim uprażeniu i przepłukaniu!). Posiekaną cebulkę podsmażyć, najlepiej na maśle. Wszystko ostudzić i zblendować z jajkiem. Do powstałej masy dodać mąki i tymianek, doprawić solą, pieprzem i gałką, i wymieszać wszystko dokładnie. Kluski formować przy pomocy dwóch łyżek stołowych, zsuwając do osolonego wrzątku z dodatkiem 1 łyżeczki octu. Wyciągać od razu po wypłynięciu, po ok. 1-2 minutach. Najlepiej spróbować ugotować pierwszą kluskę i jeśli będzie się rozpadać, dodać do "ciasta" więcej mąki.

Brokuła umyć i podzielić na mniejsze części. Ugotować na parze z dodatkiem posiekanego czosnku.

Migdały (posiekane, chyba że używacie płatków) uprażyć na suchej patelni.

Na talerze wykładac brokuły, następnie ułożyć kluseczki. Posypać całość migdałami, dodać więcej świeżego tymianku (nie sugerujcie się zdjęciem, zdecydowanie wygodniej jest z miejsca porwać go na małe kawałeczki...) i polać hojnie najlepszą możliwą oliwą, koniecznie z pierwszego tłoczenia, o intensywnym, świeżym aromacie! To bardzo ważny punkt. Ja zużyłam chyba pół butelki. Bez dobrej oliwy to danie jest tylko w połowie pyszne :)

Smacznego

Zielone curry z krewetkami

Gdzieś ostatnio, przy okazji szukania przepisu na dobre chili, trafiłam na stwierdzenie iż jest ono daniem, które najlepiej jeść w samotności - ewentualnie z kimś, kto nas kocha mocno i bezwarunkowo. Dla mnie, do takiej kategorii zaliczają się praktycznie wszystkie dania jesienno-zimowe. A dokładniej te, w których ma być gęsto, ostro i rozgrzewająco. Kiedy temperatura spada poniżej 10 stopni, gotuję z ostrą papryką, imbirem i przyprawami "piernikowymi" tak często, że przestaje się opłacać chowanie ich po szafkach. Stoją sobie na blacie i lądują we wszystkim co przygotowuję (łącznie z herbatą).

I to jest właśnie czas potraw, z którymi najlepiej jest chować się przed światem. Bo przesadzenie z pikanterią kończy się czerwonym liczkiem, apetycznym smarkaniem i koniecznością ciągłego wietrzenia płonącej jamy ustnej. Jest wielu, którzy to lubią! Mnie samą nawet zaskakuje czasem ogromna potrzeba zjedzenia czegoś naprawdę spicy. Ale nie należy się łudzić, ciężko pogodzić tę przyjemność z zachowaniem niezmiennej atrakcyjności zewnętrznej.

Curry to nie jest typowo zimowe danie (wręcz przeciwnie, jest w nim jeszcze letnia świeżość w postaci warzyw), ale jest mu do takich blisko o tyle, że jest cholernie ostre. Syci cudownie, rozpalając policzki  i wyciskając łzy. A może ja przesadziłam z papryczkami? Dodawając je, kontrolujcie sytuację na bieżąco... chyba, że jecie sami?

Zielone curry z krewetkami

2 porcje

200 g krewetek tygrysich (ok. 10 sztuk)
1 puszka mleczka kokosowego
1 płaska łyżka mąki/skrobii ziemniaczanej (lub kukurydzianej)
1 kopiasta łyżeczka zielonej pasty curry*
1/2 dużego pęczka dymki
ulubione warzywa, u mnie: 1 główka brokuła i garść zielonej fasolki
3 łyżki oleju do smażenia, np. ryżowego
2 łyżki sosu sojowego
opcjonalnie: suszone chili w płatkach

 * używam takiej, o bardzo stałej konsystencji i skoncentrowanym smaku; jeśli macie rzadszą (w słoiczku) można dać trochę więcej

W woku rozgrzać olej i podsmażyć na nim posiekaną cebulkę (ze szczypiorem). W międzyczasie podzielić warzywa na małe kawałki, obrać ze wszystkiego co niepotrzebne i dorzucić na patelnię. Smażyć chwilę, jednocześnie obierając krewetki z ogonków (jeśli używamy mrożonych wystarczy zalać je 30 minut wcześniej wodą). W osobnym naczyniu rozrobić mleko kokosowe z pastą curry i sosem sojowym. Dodać mieszankę i wszystko razem dusić do miękkości warzyw. Zależy, naturalnie, jakich używacie, ale powinno zająć to około 10 minut. Po tym czasie wymieszać w szklance mąkę/skrobię z zimną wodą i dodać do całości. Kiedy zgęstnieje, zdjąć z ognia. Spróbować, i jeśli nie jest za ostre, dodać chili (ale ostrożnie...).

Serwować można z czym dusza zapragnie, ale wszyscy wiedzą, że najlepsze jest z ryżem. Smacznego!