The 12 Dishes of Polish Christmas

Jakiś czas temu podporządkowałam swoje życie pracy nad projektem, którego efekt końcowy ujrzał przed kilkoma dniami światło dzienne. Od razu wykrzyczałam to na FB, ale moja internetowa wylewność nie pozwoliłaby mi przecież na tym zakończyć. Kto chciałby przeczytać dziś więcej na temat tego, jak razem z Culture.pl nakręciłam dwanaście anglojęzycznych filmów przedstawiających przepisy na polskie potrawy wigilijne – be my guest!

vlcsnap-2015-12-12-15h22m28s237.jpg

Mam szczęście za wieloletnią przyjaciółkę mieć pewną zdolną montażystkę, Martę. Już od jakiegoś czasu snułyśmy plany połączenia sił i kręcenia kulinarnych klipów. Szeroko rozumiana filmowa współpraca dobrze wychodziła nam od zawsze, choć ostatnie, co razem stworzyłyśmy (zapewne jakiś wciągający thriller, tudzież teledysk muzyczny) prawdopodobnie wciąż jest na VHS-ie. Zbieranie się do wspólnego nagrywania zajęłoby nam bez mała kolejne dziesięć lat... gdyby nie pojawił się bodziec nadający temu ręce, nogi i miano prawdziwego projektu.

Bodźcem był pierwszy mail od Sylwii z Instytutu Adama Mickiewicza. Kiedy przyszedł, tajemniczo napomykając o propozycji stworzenia kulinarnych filmów, byłam na kolacji z przyjaciółmi. Pobieżnie przeczytałam powiadomienie na telefonie i, mimowolnie zachichotawszy, od razu się tym z nimi podzieliłam. Moje towarzystwo nie mogło zdecydować czy zabawniejsza jest wizja Marianny gotującej przed kamerą niczym Robert Makłowicz, czy może raczej odcinek Kuchennych Rewolucji w moim domu? Żartom ze mnie na ekranie nie było końca. I podczas gdy najgłośniej chyba śmiałam się ja sama, kilka dni (i wiele maili) później znalazłam się na planie pierwszego filmu kulinarnego w swojej karierze.

Doskonale wiecie, że decyduję się na współprace wtedy, gdy są one w pełni zgodne z moim sercem i sumieniem. Od dawna gotowałam i będę gotować dalej z ziołami Baziółki pod ręką, to samo z prenumerowaniem Kukbuka i czytywaniem zdrowych newsów na hellozdrowie.pl. Kult czekolady Lindt wyznawałam na długo przed tą inicjatywą, a każdemu kto pyta gdzie jeść we Wrocławiu od dawna polecałam (i polecam dalej) Food Art Gallery. Współpraca z Culture.pl jest dla mnie kolejnym wyróżnieniem, bo to portal naprawdę bliski mojemu sercu. Czytuję go od lat, bardzo często wpadając w pułapkę licznych odnośników w artykułach, które przenoszą mnie do kolejnych i kolejnych tekstów. Zazwyczaj chodzę z głową w chmurach, ale jeśli zdarza mi się być na bieżąco z kulturalnymi newsami, prawie na pewno zawdzięczam to właśnie im. Jakby tego było mało, niezliczoną ilość razy ich zasoby ratowały mnie z opresji na studiach – nawet ostatnio, kiedy nagle okazało się, że już dawno powinnam była wybrać temat swojej pracy licencjackiej.

Teraz coś, co stworzyłam jest częścią tej skarbnicy wiedzy, a ja pękam z dumy i przybijam piątkę z Martą, bez której zupełnie nic by przecież nie powstało. Patrzymy na te filmy z zupełnie innej perspektywy niż Wy, to jasne. I mimo niedociągnięć, które w nich widzimy, ogromnie cieszymy się ze wspólnego sukcesu.

vlcsnap-2015-12-12-15h24m10s36.jpg

Nie ma co udawać, że kiszona kapusta nie klei się do noża przy krojeniu, a masa makowa na palcach wcale nie przypomina ziemi pod paznokciami. Domowe pierogi były, są i będą asymetryczne, a lepiąc je przez cały grudniowy dzień nietrudno dać się zaskoczyć zachodowi słońca (i kończyć robotę w ciemnopomarańczowym świetle). Podczas pracy nauczyłyśmy się, że to jest okej – kwestie, które z początku uważałyśmy za niedoskonałości, przy odpowiednim podejściu okazały się być po prostu autentyczne. Kręcone z ręki filmy postanowiłyśmy utrzymać w konwencji „podglądania” w kuchni. Jest naturalne światło, nierówne ujęcia, kadry przysłonięte plecami skupionej kucharki. Raz na jakiś czas jest trochę mnie, pojawia się nawet Luizjana, która dzielnie towarzyszyła mi w starciach z karpiami i piernikami. Chciałyśmy, żeby było szczerze, domowo i spokojnie. I choć te filmy miały trafiać w Wasze serca, a nie na duże ekrany, dostały nawet przemiłą nominację do Oscara :)

Post na Facebooku generalnie sprowokował ogromny napływ ciepłych słów i poparcia dla naszego projektu. Odświeżamy stronę bez przerwy, wciąż na nowo ładując zapasy dobrej energii płynącej z Waszych wiadomości i komentarzy. Za każde słowo ogromnie dziękujemy. Wciąż jesteśmy bardzo ciekawe Waszych opinii, dlatego piszcie jak najwięcej, co Wam się podoba, a co warto zmienić – musimy wiedzieć na przyszłość, aby każdy kolejny film był coraz lepszy!

Oto link do całego artykułu: http://culture.pl/en/article/the-12-dishes-of-polish-christmas (z tekstem Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux), a poniżej wstawiam wszystkie dwanaście filmów (koniecznie oglądajcie w HD!). Do moich ulubionych należą chyba kutia i makowiec, ale wiadomo, że nie od dziś mam obsesję na punkcie masy makowej. Marta wyjątkowo lubi jeszcze gołąbki.

Barszcz na zakwasie:

Zupa grzybowa:

Karp wigilijny:

Karp po żydowsku:

Śledzie w śmietanie (przepis mojej mamy!):

Pierogi z kapustą i grzybami:

Wigilijna kapusta z białą fasolą:

Gołąbki:

Kutia:

Piernik staropolski:

Makowiec:

Kompot z suszu:

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

Zawód: temperówka

Jeśli na liście Twoich postanowień noworocznych znajduje się słynny punkt "zrzucić parę kilo", pewnie pospiesznie zamkniesz zaraz przeglądarkę z moim dzisiejszym wpisem. A to błąd, który - choć Tobie przyniesie ulgę - może okazać się bolesny dla Twoich krewnych i znajomych. Bowiem jeśli teraz naciśniesz krzyżyk, nie dowiesz się jak wyjątkowym prezentem mógłbyś obdarować kogoś ze swoich bliskich!

O tym w jak wspaniały sposób można wyrazić miłość przy pomocy jedzenia było już nieraz. Każdy przygotowany z myślą o kimś posiłek czy jadalny upominek są cudowne, ale podwójną radość sprawiają rzeczy specjalnie dostosowane do indywidualnych pragnień i upodobań. Jasne, że wszyscy przy zdrowych zmysłach cieszą się otrzymawszy tabliczkę czekolady! Ale zaręczam, że tabliczka taka potrafi wzruszyć prawie do łez, jeśli obdarowywany zobaczy w niej serce tego, kto mu ją wręcza. Serce widoczne w doborze smaków (znajomości jego gustów), uroczo nierównych bokach czekolady (własnej, ręcznej robocie), amatorskim opakowaniu ze staranną dedykacją (poświęconym czasie i wysiłku). Sama nie wiem (jeszcze!) jakie to uczucie dostać spersonalizowaną czekoladę, wiem natomiast jak przyjemnie jest takową ofiarowywać. A Ty, nie chcesz się przekonać?

Przepisu na takie tabliczki nie będzie, bo to prosta zabawa i nie ma co udawać, że wciskanie w czekoladę wybranych dodatków można uznać za recepturę. Jest w tym wszystkim jednak pewien ważny element, który zamiast tego Wam przybliżę. Tytułowa "temperówka", która jest zabawą polegającą na podgrzewaniu i schładzaniu czekolady w konkretny sposób. Ma na celu ustabilizowanie znajdującego się w niej tłuszczu kakaowego. Przeprowadza się ją bezproblemowo, a zastygnięta czekolada ma dzięki niej połysk i odpowiednią teksturę. Świetnie sprawdza się jako polewa (np. do pralinek, domowych cukierków), ale też przy tworzeniu samodzielnych czekoladek czy właśnie domowych tabliczek. Cały proces temperowania można naturalnie pominąć. Skróci to i ułatwi ich przygotowywanie - wystarczy wówczas czekoladę roztopić i przelać do foremki. Trzeba jednak liczyć się z tym, że tak zastygnięta prezentuje się gorzej, jest matowa, i już po jednym dniu może wygladać niezachęcająco (choć podobno nie wpływa to na smak). Jest także inna w strukturze, bardziej miękka, łatwiej się rozpuszcza (praktycznie od razu przy dotyku), nie strzela już charakterystycznie podczas łamania. Moim zdaniem temperować warto. A jeśli powstrzymuje Was brak termometru, zawsze można spróbować metody, która go nie wymaga (a której uczą w Le Cordon Bleu, więc polecam ją tu, mimo że sama nie próbowałam :) )

Technika temperowania czekolady
czyli o tym jak spersonalizować tabliczkę lub dwie

(korzystałam z tych i tych wskazówek)

Potrzebne będzie minimum
400 g ulubionej czekolady* (taką ilość czekolady będzie wygodniej temperować)
oraz
wybrane dodatki.

* Warto zacząć od czekolady gorzkiej - im więcej kakao, tym łatwiej przeprowadzić proces temperowania. Mi z 70% udało się za pierwszym razem, w przypadku mlecznej musiałam zrobić powtórkę (z białą już nie miałam problemu - była czwarta w kolejce i widocznie nabrałam wprawy!).

Czekoladę posiekać jak najdrobniej - dzięki temu będzie się rozpuszczała szybciej i równomierniej. Aby zaoszczędzić sobie pracy można użyć małych groszków czekoladowych. 3/4 czekolady (300 g) przełożyć do metalowej, szklanej lub ceramicznej miski umieszczonej nad garnkiem z wrzątkiem (tak, aby dnem nie dotykała wody). Uwaga, nie można dopuścić ani kropli do środka! Niespiesznie mieszając rozpuścić całą czekoladę i doprowadzić do:

46° C - 48° C
dla czekolady gorzkiej

43° C - 45°
C dla czekolady mlecznej

38° C - 41° C
dla czekolady białej

(Temperaturę należy mierzyć umieszczając koniec termometru w środku miski, nie dotykając jej spodu).

Kiedy czekolada odpowiednio się ogrzeje, zdjąć miskę z kąpieli wodnej i odstawić na 10 minut. Po tym czasie dodawać stopniowo pozostałą 1/4 posiekanej czekolady (100 g) i mozolnie ucierając doprowadzać do jej rozpuszczenia (bez podgrzewania). Kontrolować temperaturę - chcemy osiągnąć:

29° C - 30° C
dla czekolady gorzkiej

27° C - 28° C
dla czekolady mlecznej

26° C - 27° C
dla czekolady białej

Jeżeli odpowiednią temperaturę osiągniemy przed dodaniem całej czekolady, resztę zostawiamy.

Kolejnym i ostatnim już etapem jest ponowne podgrzanie czekolady. Miskę umieścić znów w kąpieli wodnej, i bardzo ostrożnie, kontrolując termometr nieprzerwanie, podgrzać lekko do temperatury:

32° C
dla czekolady gorzkiej

30° C
dla czekolady mlecznej

29° C
dla czekolady białej

W takiej temperaturze pracuje się z czekoladą.

To teraz czas w niej maczać, obtaczać i topić to, na co ma się ochotę. Można tworzyć dekoracje rysując nią przy pomocy łyżeczki po pergaminie. Uwaga! Należy zdjąć miskę ze źródła ciepła - nie wolno podgrzać czekolady do temperatury wyższej choćby o jeden stopień. Jeśli tak się przytrafi, proces temperowania trzeba niestety zacząć od początku.

Jeśli z czekolady chcemy zrobić spersonalizowane tabliczki, po prostu łączymy ją w misce z większą częścią przygotowanych bonusów, przelewamy do odpowiedniej foremki wyłożonej pergaminem i dekorujemy wierzch resztą dodatków. Czas zastygania jest zależny od grubości tabliczki, przy standardowej nie powinien przekroczyć 30 minut. Nie poleca się wkładania do lodówki coby ten proces przyspieszyć (ponoć źle wpływa to na stabilizujący się tłuszcz kakaowy)!

Powodzenia!

Moje tabliczki:

1. Gorzka (70% kakao) ze skórką pomarańczową i orzechami włoskimi;
2. Mleczna ze stroopwaflami;
3. Biała z suszoną żurawiną i pistacjami;
4. Ciemna (60% kakao) z prażonymi migdałami i solą morską.

Makowiec wg Małgorzaty Musierowicz

 Od kilku dni zbieram się do napisania kilku słów w mojej lakonicznej, na dziś dzień, zakładce "O mnie". Zamierzam stworzyć w jej ramach małe wprowadzenie do tego kim jestem i czego w związku z tym możecie spodziewać się po moim blogu. Zdarza mi się bowiem, przeglądając archiwalne wpisy, martwić co też nawypisywałam, lub głowić upo kiego grzyba umieściłam tu jakiś przepis. I za każdym razem dochodzę do wniosku, że nie wprowadzę żadnej poprawki, nie zatrę żadnego śladu, bo to cenna dokumentacja całej mojej nauki i cierpliwego doświadczania. Każdy kto tu zagląda powinien wiedzieć, że przed założeniem tego bloga nie gotowałam praktycznie wcale, więc jest on ze mną od samego początku, od stanu absolutnej niewiedzy i ciekawskiego, choć nieśmiałego, podejmowania kolejnych kulinarnych wyzwań.

Póki co niewyraźnie, ale czuję, że i w tej dziedzinie zaczynam obierać swój indywidualny kierunek. Jakbym do tej pory badała ją dokładnie z każdej możliwej strony, a teraz powoli decydowała która odpowiada mi najbardziej. Może to chwilowe, a może na amen - ale na ten moment ciągnie mnie w kuchni do prawdziwości i prostoty. Czuję respekt przed wszelkimi maminymi czy babcinymi specjałami, których próbuję w domu lub u znajomych. Jeśli uda mi się wyprosić przepis - tym większa moja radość, im mniej w nim sztywnych konkretów.

 Nie planowałam robić makowca, ale wtorkowy poranek jakoś mnie do tego natchnął. Spodziewałam się koślawego debiutu - tak przecież straszą dziurawymi i rozjechanymi roladami! - tymczasem zawijas wyszedł całkiem zgrabny. Na drugi raz dodam trzy razy więcej masy (wspominałam, że za bardzo ją lubię) ale z przepisu skorzystam tego samego. Bo ma on wszystko, czego w moim domu wymaga się od makowca. Dzięki masie wewnątrz oraz polewie czekoladowej na górze, nie wysycha tak szybko jak klasyczne drożdżowe (nawet dziś, 5 dni po wypieku kiedy zjadam ostatnie kawałki, smakuje naprawdę dobrze - szczególnie po lekkim podgrzaniu). Poza tym nie mogłabym odmówić sobie przyjemności z podążania za tym przepisem, tak mi się on podoba. Ciężko w nim w o większą naturalność, zostawia też sporo swobody, choć nie wymaga jednocześnie szczególnych umiejętności i nie zakłada z góry ogromnej w pieczeniu wprawy. Jestem pewna, że każdy kto go wypróbuje osiągnie sukces, że dana mu będzie ta emocjonująca chwila prawdy (jak wyszedł zawijas!) przy krojeniu pierwszej kromki. I choć nikt tutaj makowca w wykonaniu mamy Tosi nie jadł, gwarantuję że Wasz własny przyniesie ową kolosalną satysfakcję z jej doścignięcia!

Makowiec wigilijny mamy Tosi

wg Łasucha literackiego Małgorzaty Musierowicz (dzięki uprzejmości White Plate);

porcja na DWIE strucle

"Przepis na ten makowiec, naprawdę wyjątkowo cudowny, dostała Tosia od swojej Mamy i piecze go tylko raz do roku. Bo ma to być, po prostu, specjał wyjątkowy, niepowtarzalny i jedyny, kojarzący się tylko z Gwiazdką.

Pieczenie makowca to cała akcja i kiedy Tosia zabierała się do tego po raz pierwszy, musiała walczyć ze zwątpieniem i obawami, czy podoła. Ale, oczywiście, dla chcącego nic trudnego, nie święci garnki lepią, a w ogóle to dobrze jest przekonać się, że Mama nie jest aż tak niedościgłym wzorem. Można ją dogonić, a nawet prześcignąć i to jest naprawdę kolosalna satysfakcja!

Zaczyna się od sparzenia 1/2 kg maku. Zalewa się go wrzątkiem w garnku i niech sobie stoi przez noc.

Nazajutrz odsącza się mak na sicie, bardzo dokładnie, a potem przekręca się go przez maszynkę, jeden raz tylko, nie dwa czy nawet trzy, jak doradzają w książkach kucharskich. Tosia lubi, jak mak troszkę chrupie w zębach, a nie maże się kleiście.

No więc, raz go przez maszynkę - a potem, do tego przekręconego maku, wlewa się trzy-cztery łyżki płynnego miodu, prawdziwego!

Teraz cukier. W przepisie Tosinej Mamy jest napisane: "cukier - do smaku" - no, bo rzeczywiście, jedni wolą słodziej, drudzy nie. Do smaku, to do smaku.

Dwie łyżki roztopionego masła. Rodzynki. Skórka pomarańczowa. Obrane i posiekane migdały. Orzechy włoskie. Orzechy laskowe. Wszystko posiekane. Wreszcie - ze trzy lub cztery łyżki wiśniowej konfitury. I całe jajko. Wszystko to należy wymieszać i niech sobie odpoczywa, nasączając się powoli różnorakimi aromatami.

[Ja użyłam swojej masy makowej (ok. 3/4 ilości z tego przepisu), wymieszanej z dwoma białkami ubitymi na sztywną pianę.]

Teraz ciasto. Rozczyn jak zwykle:

szklanka letniego mleka

3 dkg drożdży
łyżeczka cukru
łyżka mąki

I niech rośnie.
Na ciasto potrzeba:

300 g mąki [użyłam ok. 450 g, było b. luźne]
3 jajka
1/3 kostki masła
(roztopić! ostudzić!) [90 g]
1/3 szklanki cukru [60 g]
szczyptę soli

Z tym ciastem jest następujący problem: ono nie ma być zwarte, jak np. to na placki czy baby. Nie. Ma być luźne, wolne, choć naturalnie doskonale ubite za pomocą kopystki. [Użyłam miksera (z hakiem), wyrabiałam ok. 10 minut.]

Po stwierdzeniu, że ciasto odstaje od kopystki oraz że zawiera dużo pęcherzyków powietrza, Tosia wykłada ciasto na stolnicę podsypaną mąką, przykrywa je czystą ściereczką i pozwala mu nieco podrosnąć.

Potem dzieli je na pół, ponieważ z tej ilości ciasta zręczniej jest wykonać dwa mniejsze makowce, niż męczyć się z jednym wielkim. Więc rozwałkowuje się cienko ten pierwszy kawałek - tak by przybrał formę podłużnego prostokąta. Nakłada na ten prostokąt mak - od brzegu do brzegu.

Zwija teraz ciasto wraz z makiem w długi rulon (poczynając od tego dłuższego brzegu prostokąta) i zakleja końce rulonu. Następnie smaruje masłem długą formę ćwibakową, posypuje ją tartą bułką i wkłada makowiec do formy.

Tę samą operację powtarza się z drugim kawałem ciasta i drugą połową makowego nadzienia, tak że po chwili na stolnicy widnieją dwie jednakowe formy ćwibakowe, wypełnione w 2/3 wysokości bladym ciastem, z którego nie powinno w żadnym miejscu wyłazić makowe nadzienie. Jeśli wyłazi - zalepić dziurkę! Tak. I można jeszcze pozwolić makowcom wyrosnąć, a w tym czasie nagrzać piekarnik do 180 stopni i wykonać na przykład kruszonkę, jeśli kto lubi. (Tosia nie lubi) [Ja lubię, ale na makowcu? Od kiedy?].

Mama Tosi zawija makowce w pergamin i w nim je piecze. Inni wolą folię aluminiową. Ale Tosia ceni stałość i niezawodność blaszanej foremki.

[Jednego makowca piekłam zawiniętego w pergamin, oczywiście z pozostawioną przestrzenią do wyrośnięcia (kilka centrymetrów). Drugiego zawinęłam ciaśniej i zamroziłam.]

Po upieczeniu (180-200 st C) [Piekłam w 200 stopniach przez 30 min., później jeszcze 10 min. w 170 stopniach.] i sprawdzeniu patyczkiem tych miejsc, gdzie więcej jest ciasta niż nadzienia, Tosia pozwala makowcom przestygnąć, ale nie całkiem, gdyż lukrowanie w momencie, gdy ciasto jest jeszcze ciepłe decyduje o tym, jak gładko lukier rozleje się po powierzchni makowców.

Lukier czekoladowy jest tu bardzo na miejscu, także kajmakowy, albo cytrynowy. [Swojego makowca udekorowałam polewą czekoladową, lukru nie lubimy. Polewę robimy rozpuszczając w kąpieli wodnej ok. 20 g masła i pół tabliczki dobrej gorzkiej czekolady. Zanim zastygnie można posypać siekanymi migdałami lub innymi ulubionymi orzechami.]"

Masa makowa

Wiem, że teoretycznie przepis jest spóźniony, ale jestem przekonana, że bożonarodzeniowa atmosfera przeciąga się jednakowo we wszystkich domach. Ochota na świąteczne smaki nie przechodzi co najmniej do nowego roku. Może więc komuś, kto w Wigilię makowcem się nie cieszył, przyjdzie ochota by zrobić go teraz - kiedy zapasy pierników i serników mogą powoli się wyczerpywać. Jeśli tak, moja w tym głowa by wykorzystał domową masę makową. Tak pyszną, że można jeść ją łyżkami, co też ku niezadowoleniu mojego dawno już napełnionego brzucha czynię nieustannie.

Przepis jest dla wszystkich, którzy dotychczas kupowali puszki z gotową masą, żałując że nie posiadają antycznej maszynki do mielenia niezastąpionej przy przygotowywaniu domowej. Tutaj mak mielimy na sucho, dzięki czemu nie jest ona potrzebna, a czas przygotowywania przy okazji skraca się (nie trzeba długo gotować). 

Masa makowa

bez maszynki, z maku mielonego na sucho!

Źródło przepisu

500 g maku
1 szklanka mleka
3/4 szklanki miodu
4 - 5 łyżek masła
orzechy włoskie, laskowe, migdały
suszone morele i winogrona (lub rodzynki)
skórka pomarańczowa*
2 łyżki amaretto (u mnie armagnac)

* Używam własnoręcznie karmelizowanej skórki pomarańczowej - kandyzowanej nie lubimy. Kupuję suchą, krojoną (np. taką), zalewam wrzątkiem do jej poziomu, aż wchłonie całą wodę (kilka minut). W międzyczasie na patelni robię karmel z ok. 5 łyżek cukru trzcinowego. Wrzucam napęczniałą skórkę i smażę wszystko razem przez kilka minut. Do tego przepisu wykorzystuję ok. 2/3 tej skórki.

Mak zmielić drobno w młynku do kawy (można też kupić mak już zmielony). Wsypać do garnka z gorącym mlekiem. Jeśli wyjdzie bardzo gęste, można wlać odrobinę wrzątku. Następnie dodać masło, posiekane drobniutko bakalie, miód i alkohol. Wszystko razem pogotować kilka minut - coby trochę odparowało - i gotowe! Masa stężeje dodatkowo po schłodzeniu. Można przechowywać ją kilka dni w lodówce lub mrozić (najlepiej w niewielkich porcjach w woreczkach).

Piernik staropolski

 W moim stosunku do Bożego Narodzenia jest mało konsekwencji.

Końcówka grudnia to moment, który kojarzy mi się tak dobrze, że określeniem "cieszę się jak dziecko" trafiam tu w sedno jak w żadnym innym przypadku. Miła jest myśl o samych odwiedzinach w rodzinnym domu, a jak dodać do tego przytulną świąteczną atmosferę, to radość staje się podwójna. Już od dłuższego czasu planuję co komu w tym roku podarować i jakie przyrządzić pyszności.

Sama intensywnie myślę więc o Świętach, a przecież podśmiewam się jednocześnie z przemysłowców wystawiających dzwoneczki i Mikołaje wraz z początkiem listopada. W przedwczesnym i przesadnym komercyjnym wykorzystaniu Gwiazdki jest coś irytującego, nawet jeśli wszechobecne ozdoby cieszą przypominając o tym, jak jest blisko.Nie dokładałabym się do tego swoim dzisiejszym już-bożonarodzeniowym wpisem, gdyby nie istniał ku temu bardzo ważny powód. Właśnie teraz jest najlepszy moment na pierwszy etap przygotowania prawdziwego staropolskiego piernika dojrzewającego! Jeśli zaczniecie w tym tygodniu, czasu wystarczy idealnie aby osiągnął on swoją najlepszą formę i wjechał na stół jako powigilijny deser. Bowiem od zagniecenia ciasta potrzebne mu będzie ok. 5-6 tygodni leżakowania (czas optymalny, minimum to podobno 2, a więc ostatni dzwonek jest na Mikołajki), a następnie jeszcze kilka dni po wypieczeniu i przełożeniu powidłami.

Tak naprawdę nie wiem, czy nie wprowadzam Was w maliny, bo to mój pierwszy raz z tym piernikiem, a czy faktycznie warto dzielić się przepisem powinnam zdecydować już po spróbowaniu. Ale ufam klasykom i czuję w kościach, że jego po prostu warto zrobić. Jeśli faktycznie wyszedłby pyszny, nie darowałabym sobie że przez nadmierną ostrożność mogłam pozbawić kogoś z Was szansy na jego przygotowanie już w tym roku. No to, ryzykujecie ze mną?

~

Update (20/12/13 r.): Nadeszła pora na drugi etap przygotowywania piernika - czas wpakować go do pieca! Wpis uzupełniony o wskazówki w kwestii pieczenia blatów.

~

Update (23/12/13 r.): Jutro Wigilia, najwyższa więc pora przełożyć piernik (domowymi!) śliwkowymi powidłami. Dodaję trzeci - i ostatni - etap przygotowywania piernika.

Staropolski piernik dojrzewający

Przepis z książki "W staropolskiej kuchni" Marii Lemnis i Henryka Vitry

1. ETAP (2-6 tygodni przed Świętami)

500 g miodu *
1 szklanka cukru (w oryginalnym przepisie dwie)
1 kg jasnej mąki pszennej
250 g prawdziwego masła
3 jaja
3 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 szklanki mleka
1/2 łyżeczki soli
70 - 100 g przyprawy do piernika **
opcjonalnie: bakalie (dodałam 3/4 szklanki orzechów włoskich)

* Bezpieczniej będzie użyć delikatnego w smaku miodu (np. rzepakowego, akacjowego, wielokwiatowego...), ale jeśli macie swój inny ulubiony (jak ja - ze spadzi iglastej) to nic nie stoi na przeszkodzie. Dodałam też trochę gryczanego dla wyrazu.

** Oczywiście najlepsza jest domowa, można ją zrobić z mielonych przypraw, jeśli nie macie moździerza. Gotowe mieszanki też się jednak sprawdzą, ale zwracajcie uwagę na skład! Nie należy wybierać tych zawierających mąkę, cukier i kakao. Prawdziwe piernikowe mieszanki najłatwiej dostać w specjalistycznych sklepach z przyprawami.

 Miód, cukier i masło rozpuścić razem w garnku, po czym przestudzić. Kiedy masa będzie jeszcze lekko ciepła, przy pomocy miksera z hakiem połączyć ją stopniowo z przesianą mąką. Kolejno dodawać jajka, następnie mleko rozmieszane z sodą oczyszczoną, solą i przyprawami. Dokładnie wyrobić, ewentualnie dodać ulubione bakalie. Ciasto ma wyjść lepkie, z czasem (ponoć!) stężeje. Przełożyć do szkła, porcelany lub kamionkowego garnka. Przykryć oddychającą ściereczką i odstawić w chłodne miejsce na minimum 2, a optymalnie 5-6 tygodni.

2. ETAP (4-5 dni przed Świętami)

Ciasto na piernik wyciągnąć z miski. Jest na ten moment bardzo twarde i dość klejące. Należy podzielić je równo na trzy części, ważąc każdą z nich dla pewności (powinny być naprawdę jednakowe, aby blaty piernika ładnie wyglądały). Każdą z części rozwałkować na grubość ok. 0,5-0,7 cm - a tak naprawdę po prostu dostosowując do wielkości formy (polecam użycie takiej o wymiarach zbliżonych do 25x30 cm). Przy wałkowaniu można w razie potrzeby podsypywać ciasto mąką. Odciąć boki i wstawić do nagrzanego do 170 stopni piekarnika na 15 - 20 minut. Powtórzyć z pozostałymi dwiema częściami ciasta.

Wystudzone piernikowe blaty ułożyć na sobie (przedzielone arkuszami papieru do pieczenia), zawinąć całość szczelnie w folię aluminiową i obciążyć, np. dużą drewnianą deską. Odstawić do skruszenia.

3. ETAP (1-2 dni przed Świętami)

2 słoiki powideł śliwkowych
150 g dobrej czekolady 70%
50 g masła

Upieczone blaty odpakować i posmarować hojnie śliwkowymi powidłami. Ja zużyłam po 1 słoiku (350 ml) na każdą warstwę. Całość przycisnąć dokładnie, okroić wyrównując brzegi, i przekroić wzdłuż na dwa pierniki.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej z masłem. Hojnie wysmarować obydwa powstałe "bochenki". Odstawić w chłodne miejsce do zastygnięcia.