On a roll

W obliczu obfitości składników w najróżniejszych kuchniach świata, fakt że na podium w moim sercu mam ich nie trzy, a kilkadziesiąt, nie powinien budzić zdziwienia. To i tak nieduża część tego, spośród czego możemy wybierać! Obok miodu, twarogu, marchewek, orzechów czy parmezanu, wśród faworytów ex aequo zajmujących u mnie pierwsze miejsce, na pewno znalazłaby się i quinoa. 

Rice&More z dodatkiem trzech kolorów komosy ryżowej zainteresowało mnie najbardziej ze wszystkich mieszanek. Przypominam, że tworzę właśnie serię wpisów, przygotowując dania z każdą z nich. Zielone risotto i poranną owsiankę z trzech kasz utrzymałam w dość klasycznym tonie, z quinoą miałam ochotę na coś specjalnego. W tej samej, ścisłej choć rozległej czołówce moich faworytów bez dwóch zdań wylądowałoby też sushi – reszta kropek połączyła się już sama.

Do sushi można podejść dwojako. Jeśli chcemy przygotować je spełniając rygorystyczne wymogi japońskiej tradycji, będzie to nie lada wyzwanie. Znaczenie będą tu miały sekundy, milimetry, kąty nachylenia, wypracowana w technika, cztery specjalne noże i przede wszystkim – oryginalne składniki najwyższej jakości i ich minimalistyczne, japońskie kombinacje. Ale temat można potraktować też znacznie luźniej i mimo wielkiego szacunku dla tradycji gorąco Was do tego zachęcam! Pomyśleć o sushi jako o wymyślnym patencie na ryż (lub inne ziarna!) z ulubionymi dodatkami. Dla zabawy zawinąć wszystko w arkusz wodorostów – kręcenie tych rolek to jeden z najlepszych pomysłów na wspólne gotowanie!

Quinoa, coraz lepiej przez nas oswajana, pasuje tu idealnie ze swoim orzechowym posmakiem. Chrupkość, której dodaje, dobrze współgra ze świeżymi, soczystymi składnikami, a dzięki odpowiednim proporcjom w stosunku do ryżu pozostaje dodatkiem, a nie dominantą, przez co danie nie odbiega za daleko od swojego japońskiego pierwowzoru. Poza tym, komosa ryżowa jest szalenie zdrowa, dopełnia więc całości, tworząc danie lekkie, pełne kolorowych witamin i minerałów, orzeźwiające podczas upałów, sycące i treściwe.

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem włoskich specjałów Monini. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

Zielone sushi maki
z quinoą w trzech kolorach

2-4 porcje

w oparciu o przepis na sushi, który przywiozłam z Yokohamy, oraz recepturę Sary Britton

  • 200 g mieszanki Rice&More „Quinoa trzy kolory”
  • 3 łyżki japońskiego octu ryżowego
  • 1 łyżeczka miodu lub syropu z agawy
  • 1 łyżeczka soli
     
  • 4-5 arkuszy wodorostów nori
  • mata bambusowa do zwijania maków

    oraz wszystko, co zapragniecie włożyć do środka rolek, czyli na przykład:
     
  • 200 g ugotowanego, łuskanego bobu*
  • ½ dojrzałego awokado, najlepiej odmiany hass
  • 2 małe ogórki
  • ½ kostki wędzonego tofu
  • szczypiorek, kiełki
  • majonez lub serek philadelphia (opcjonalnie)
  • sezam
  • sos sojowy do podania

*Najlepszego sposobu na bób nauczył mnie mój przyjaciel-super kucharz. Klucz do sukcesu to łuskanie go na surowo. Zajęcie odrobinę żmudne, ale jak wyrobimy sobie mechanizm, to idzie sprawnie. Odcinamy końcówkę każdego ziarenka nożykiem i obieramy surową skórkę. Wyłuskany bób wrzucamy do garnka z wrzątkiem z łyżeczką soli i łyżeczką cukru i gotujemy 4-5 minut, po czym od razu przelewamy lodowatą wodą.

Mieszankę Rice&More gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Odcedzamy na sitku. W szklance lub słoiczku mieszamy składniki zaprawy – ocet ryżowy, sól oraz miód lub syrop. Dodajemy do ugotowanego ryżu z quinoą i mieszamy dokładnie, ale delikatnie, aby nie pognieść ziaren. Pozostawiamy do wystudzenia.

W międzyczasie zajmujemy się resztą składników, czyli nadzieniem. Ogórka i szczypiorek kroimy w podobnej długości słupki, tofu w paski, a awokado w plasterki. Przygotowujemy wybrane przez siebie składniki tak, aby wygodnie układało nam się je w rolkach. Bambusową matę owijamy kilka razy folią spożywczą. Rozkładamy na niej arkusz nori i równo uklepujemy na nim 120 g ryżu. Zostawiamy jedynie wolną górną granicę szeroką na około 2 centymetry. Na ryżu układamy pasek składników.

Aby zwinąć rolkę, podnosimy dół maty bambusowej razem z nori i bardzo ściśle podwijamy go, dociskając rolkę do środka (razem z matą). Następnie matę wyciągamy do poziomu i rozpoczynamy rollowanie "od siebie". Cały czas mocno uciskając! Ciężko opisać tę czynność słowami, najlepiej zobaczyć na przykład na tym filmie. Zwinięte rolki kroimy przepoławiając kolejne części - najpierw całość na dwa, każdą połówkę na ćwiartki, i ćwiartki na ósemki. Dzięki temu dużo prościej jest zachować identyczny rozmiar rolek.

Podajemy z sosem sojowym, można nawet zaopatrzyć się w marynowany imbir (lub zrobić go własnoręcznie!) i wasabi. Smacznego!

Pamiętajcie też o trwającym właśnie konkursie na danie z Rice&More! Gorąco zachęcam Was do udziału - do wygrania są aż cztery kultowe roboty kuchenne KitchenAid. Ugotujcie coś pysznego korzystając z wybranej mieszanki ziaren i dodajcie swoją potrawę (z opakowaniem na zdjęciu) do galerii konkursowej. Wraz z trzema pozostałymi jurorami wybierzemy po jednym zwycięskim daniu. Pokażcie mi swoje najbardziej oryginalne pomysły na Rice&More!  Do zdobycia jest także pięć aparatów Fujifilm Instax Mini 8 - wygrać je można w konkursie publiczności. Macie czas do 10 lipca! Powodzenia! :)

Rozpustny Ranek w letnim Kukbuku

Czy ktoś z Was nie ma jeszcze nowego, letniego numeru Kukbuka? Wierzcie mi, chcecie nabyć go jeszcze przed weekendem. Jest piękny i wciągający, od pierwszej aż po ostatnią stronę. I choć nie chcę, by brzmiało to zbyt próżnie, znajdziecie w nim też trochę smakowitości ode mnie. Kto odmówiłby śniadaniowej uczty, w ramach której serwuje się sałatkę z komosy ryżowej z bobem i truskawkami, jajka w kokilkach z łososiem i majonezem pomarańczowym, zieloną soccę z cukinią, jabłkiem i bursztynem oraz orzeźwiający napój znany jako chia fresca z limonką?

Wszystkie moje przepisy, wśród stosu innych wspaniałości, w wakacyjnym numerze Kukbuka - miłej lektury!

Bobie lato

Po kilku tygodniach od rozpoczęcia sezonu na bób, sięgam wreszcie po przepisy z jego wykorzystaniem. Te pierwsze półkilogramowe woreczki, kupowane dzień w dzień niemal bez wyjątku, znikały sauté, zamiast obiadu, jedynie z odrobiną soli i ewentualnie łyżką masła. Bób był lepszy do filmu niż popcorn, lądował też w dużej misce obok świeżych czereśni i jagodzianek podjadanych na kocu w ogrodzie. Kiedy czuję, że jestem względnie nasycona tymi szaro-zielonymi fasolkami w najczystszej postaci, ukręcam swoją ulubioną pastę i wyjadając ją pokrojonymi w słupki chrupiącymi warzywami, zastanawiam się co dalej.

Dzisiejszy przepis jest miszmaszem inspiracji, od opowieści mojej koleżanki podróżującej po Libanie, po ujrzany przelotem przepis z jednej z książek Ottolenghiego, której nie mam niestety w swoich zbiorach (chyba była to The Cookbook). Sałatka, doprawiona bardzo lekko, ale dosyć charakternymi przyprawami, stawia bób w zupełnie nowym (wspaniałym!) świetle. Nie potrzeba jej niczego oprócz kawałka jeszcze ciepłej drożdżowej pity. Przepyszny pomysł na letni obiad, w klimacie orientalnym, ale z wykorzystaniem  naszych polskich specjałów.

Libańska sałatka z bobu
w domowym chlebku pita

4 porcje

500 g surowego bobu
½ pęczka rzodkiewki
½ dużej czerwonej cebuli
garść listków kolendry lub pietruszki (co bardziej lubicie, można dać jedno i drugie)
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
3 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka startej skórki cytrynowej
2/3 łyżeczki mielonego kuminu
duża szczypta soli, pieprz czarny
+ do podania 4 chlebki pita (przepis poniżej)

 

Bób opłukać i ugotować (najlepiej na parze, wystarczy ok. 7-8 minut). Przelać zimną wodą i wyłuskać. Rzodkiewkę, cebulę i pietruszkę lub kolendrę pokroić drobno, wszystko razem umieścić w dużej misce. Połączyć składniki na sos, zalać sałatkę, wszystko razem wymieszać. Spróbować, ewentualnie doprawić. Odstawić do lodówki (warto przygotować wcześniej, nabiera smaku z czasem) lub od razu nakładać do pit (przepis poniżej).

Domowe chlebki pita z patelni

przepis stąd
7-8 dużych sztuk

2 szklanki jasnej mąki pszennej
ok. ¾ szklanki ciepłej wody
20 g świeżych drożdży
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
1 płaska łyżeczka soli
1 płaska łyżeczka cukru

Z pokruszonych drożdży, łyżeczki mąki i cukru oraz odrobiny wody zrobić zaczyn. Po kilku minutach, kiedy zacznie pienić się i lekko urośnie, dodać resztę mąki, oliwę i sól. Zacząć wyrabiać (używam do tego miksera), powoli dolewając wodę. Ciasto ma być luźne, ale nie kleić się przesadnie. Odstawić do wyrośnięcia (przy takich upałach wystarcza 20 minut). Następnie kawałki ciasta odrywać i podsypując wałkować cienko na kształt elipsy, następnie składając na pół i dociskając brzegi. Dzięki temu pity urosną brzuchate i będzie można je nadziać. Smażyć na dobrze rozgrzanej patelni, ale na nie za dużym ogniu, przez kilka minut z każdej strony. Z tej ilości ciasta wychodzi około 7-8 dużych pit. Gwarantuję, że te nadwyżkowe bardzo się przydadzą (do podjadania przy przygotowywaniu, oraz do czyszczenia miski po sałatce z przepysznej przesiąkniętej jej smakami oliwy).

Każdą pitę otwierać nożem i faszerować sałatką z bobu. W gorące dni, jedna porcja z powodzeniem wystarcza za cały obiad. Samo w sobie jest pyszne, ale wyobrażam sobie, że świetnie smakowałoby również z jogurtowym sosem tahini (z TEGO przepisu).* Smacznego!

* proponował to też Ottolenghi we wspomnianym wcześniej przepisie.

Lepieje, czyli o standardach pierogowych

Niełatwo jest sprostać moim wymaganiom względem pieroga. Może dlatego, że tyle jest wariantów - różniących się nawet grubością i twardością ciasta, nie mówiąc o nadzieniach - sto sposobów przygotowania, z których każdy człowiek na Ziemi preferuje odrobinę inny. Może dlatego, że naprawdę łatwo to danie sknocić, bo owa "odrobina" zaważa w tym przypadku na całości odbioru. Standard pierogowy mam bardzo wysoki również przez to jaką mistrzynią w robieniu ruskich jest moja babcia Jadzia. Przez to jak wysoko jej poziom podniósł poprzeczkę, ilelekroć przyjdzie mi ochota na pierogi muszę jakoś ją w sobie tłamsić, bo nic co mam w zasięgu ręki nie jest w stanie dorównać smakowi, do jakiego zostałam przyzwyczajona w dzieciństwie.

Tutaj do historii włącza się Wisława Szymborska, mająca do powiedzenia coś bardzo adekwatnego do tematu.

Lepieje
z tomu "Rymowanki dla dużych dzieci"

Lepiej mieć horyzont wąski, niż zamawiać tu zakąski.
Lepszy piorun na Nosalu, niż pulpety w tym lokalu.
Lepiej nie być w żony guście, niż jeść boczek w tej kapuście.
Lepszy ku przepaści marsz, niż z tych naleśników farsz.
Lepsza ciotka striptizerka, niż podane tu żeberka.
Lepiej mieć życiorys brzydki, niż tutejsze jadać frytki.
Lepiej w głowę dostać drągiem, niż się tutaj raczyć pstrągiem.

Miałam ostatnio przygodę, po której chciało mi się jednego Lepieja  donośnie za Wisławą Szymborską wykrzyczeć. Przyparta do muru przez okrutną chęć na pierogi postanowiłam sprawdzić jak się one prezentują na kulinarnej mapie mojego miasta. Pierwsza próba była porażką nie do końca z winy pierogów, ale dwie (!) kolejne wcale wizerunku nie odbudowały. Trzy miejsca na wspomnianej mapie skreślone, innych testować ochoty nie mam, a w głowie tylko zgrabne podsumowanie: Lepiej złamać obie nogi, niż miejscowe zjeść pierogi. Au.

Zaakceptowanie wizji połamanych nóg to był moment w którym przekonałam się, że aby pierogi mogły mnie usatysfakcjonować, najwidoczniej muszę zrobić je sobie sama. Ciasto dopasować do swoich preferencji (przy okazji naturalnie je uzdrawiając) a do środka wpakować swoje ulubione na chwilę obecną smaki. Efekt okazał się fenomenalnie pyszny, i chyba wyłącznie dzięki temu nie mam pierogowej traumy na całe życie. To mogą być Wasze nowe Ulubione Pierogi, poważnie. Nawet jeśli jak ja spaczeni jesteście niedoścignioną wspaniałością specjałów babci czy mamy, zdradzę że te mają szansę wylądować (nierobiąceażtakwielkiejróżnicy)-prawie ex aequo!

(Teraz tylko wypatrywać wpisu Odwódkowego - w końcu Od samogonu utrata pionu, a moje receptury na domowe trunki ustawiają się już w kolejkach...)

Pierogi są super, bo robi się je hurtowo i bezproblemowo mrozi, dzięki czemu mogą być świetnym zabezpieczeniem na momenty nagłego zapotrzebowania na posiłek – jako szybki obiad zapracowanego człowieka, ratunek dla gospodarza (o takiej profesji..), który nie ma czym nakarmić gości, czy ekspresowe doładowanie energii przed wymagającym dniem (tudzież nocą – ależ po nich się tańczy!).

Pełnoziarniste pierogi z bobem, szpinakiem i ricottą

na podstawie przepisu stąd
4-5 porcji

Na farsz*:
2 szklanki ugotowanego bobu (po wyłuskaniu)**
¾ - 1 szklanka zblanszowanego i dobrze odciśniętego szpinaku
150 g ricotty di bufala (ale może być też klasyczna – owcza lub krowia)
2 łyżki drobniutko posiekanych świeżych ziół – mięty(!), bazylii, natki pietruszki
1 ząbek czosnku, nie za duży
1 łyżka soku z limonki lub cytryny, lub więcej do smaku
duża szczypta soli morskiej, pieprz czarny

Na ciasto:
1 szklanka drobnomielonej mąki pełnoziarnistej (użyłam mieszanej, pszenno-żytnio-orkiszowej)
1 łyżka płynnego masła
ok. 1/3 wrzątku + więcej do konsystencji
szczypta soli i cukru

+ do podania: dobra, wyrazista oliwa z pierwszego tłoczenia, sól morska i świeżo mielony pieprz czarny, ewentualnie więcej świeżych ziół

* Smaczny również jako pasta do pieczywa!

** Myślę, że to ok. 300 g surowego, ale lepiej ugotować więcej, odmierzyć wyłuskany a resztę zjeść z masłem i solą!

Bób rozgnieść (nie na pastę, a na mniejsze kawałki) praską do ziemniaków lub widelcem, połączyć z drobno posiekanym szpinakiem, ziołami, wyciśniętym czosnkiem, ricottą, sokiem z cytryny, solą i pieprzem. Odstawić do lodówki, można przygotować dzień wcześniej.

Przygotować ciasto: mąkę wysypać na stolnicę, w dołek w środku wlać 1/3 szklanki wrzątku i łyżkę masła, dodać sól i odrobinę cukru. Zacząć zagniatać i w razie potrzeby dodawać powoli więcej wody. Zagnieść spójne, nieklejące się ciasto i podsypując lekko mąką rozwałkowywać porcja po porcji. Pełnoziarniste ciasto warto wałkować cieniej niż klasyczne, po ugotowaniu jest naturalnie odrobinę twardsze. Bez obaw, surowe nie sprawia raczej problemów, jak się często słyszy – nie rwie się i dobrze się klei.

Dużą szklanką wycinać kółka, pakować do każdego po łyżeczce farszu i lepić pierogi. Ja gotuję pierogi na parze i Was też do tego zachęcam (5-6 minut, a koszyk wcześniej wysmarować oliwą, aby się nie przyklejały). Nie ma ryzyka, że porozpadają się w wodzie. Podawać z najlepszej jakości oliwą, świeżo zmielonym pieprzem i ewentualnie dodatkowymi świeżymi ziołami. Do tego wspaniale współgrają z  białym winem (wytrawnym lub półwytrawnym). Smacznego!

Absolutnie przepyszna pasta z bobu

Oj, to już druga pasta ze strączków z rzędu. Choćby jednak miała być i ósmą, nie mogę czekać z jej publikacją. Gdyby nie była jedyną rzeczą, jaką od kilku tygodni przygotowałam w swojej kuchni, na sto procent wciąż byłaby najlepszą.

Pasta, w kwestii formy, jest alternatywą dla hummusu, ale smak ma od niego znacznie bardziej wyrazisty. Jednocześnie słodka, słona i kwaśna, jest idealnym połączniem i kumulacją geniuszu indyjskich przypraw. Świetnie smakuje z pieczywem, na kanapce lub np. w tortilli czy picie. Można też wyjadać ją świeżymi, chrupiącymi warzywami jako dip. Tak zjadłam ponad połowę, ale w pozostałych konfiguracjach smakowała mi jeszcze bardziej - na zdjęciach udało mi się uwiecznić paczki z papieru ryżowego z cukinią, ogórkiem, marchewką, pestkami dyni i tartym imbirem, oraz kanapkę ze świeżą miętą i odrobiną wędzonej papryki. Przyznaję, że jestem typem podjadacza, ale nie zdarzyło mi się wcześniej zjeść całości obiektu w czasie jego fotografowania. Z przepełnionym brzuchem i zadowolonym podniebieniem poczułam się zobowiązana do szerzenia wieści o tym przysmaku, mnie naprawdę w sobie rozkochał.

Indyjska pasta z bobu

400 g bobu
2 malutkie ząbki czosnku
5 łyżek nasion słonecznika
1 łyżeczka kurkumy
1/3 łyżeczki ostrej papryki w proszku
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
mielonego anyżu na czubku noża
5 łyżek oliwy extra vergine
sok z 1/2 cytryny
1 kopiasta łyżeczka pasty miso
1 łyżeczka jasnego miodu
kilka kropel sosu sojowego

Bób ugotować do miękkości, soląc lekko wodę pod sam koniec. Następnie wyłuskać. Słonecznik podprażyć na suchej patelni. Jedno i drugie ostudzić i zmiksować z suchymi przyprawami, miodem, oliwą, pastą miso i sosem sojowym. Jeśli pasta będzie za gęsta można dodać więcej oliwy lub po prostu wody.